Archiwa blogu

Mleko i łzy

Dawno dawno temu na płaskowyżu Altiplano żyła piękna kobieta. Nazywa się Tunupa i mieszkała nieopodal wielkiej pustyni, największej w całym królestwie. Działo się znacznie wcześniej niż Inkowie dotarli do Boliwii. Ba! Wcześniej nawet niż mieszkańcy Tiwanaku wybudowali swoje świątynie ku czci słońca.

Tunupa zadziwiała pięknością nie tylko okolicznych mieszkańców, ale wszystkich na Altiplano i wielu młodzieńców rywalizowało o jej względy. W oko wpadła ona szczególnie dwóm potężnym wojownikom – Cusco oraz Cosuña. Nie mogąc dojść do ładu ze sobą oraz rozbijając się o niezdecydowanie Tunupy, młodzieńcy po jakimś czasie postanowili rozwiązać konflikt po męsku.

Laguna Colorada

Laguna Colorada

O względy pięknęj kobiety stoczyli walkę tak epicką, że zarówno słońce i księżyc zatrzymały się przez chwilę na nieboskłonie, by podziwiać ich zmagania. Ich pojedynek trwał wiele godzin, niektórzy twierdzą nawet, że kilka dni. Szala zwycięstwa ważyła się do ostatnich chwil, ale ostatecznie to Cusco wyszedł z walki zwycięsko.

Ślub okazał się wydarzeniem na wielką miarę, a Cusco i Tunupa zamieszkali w żyznej oazie na obrzeżach wielkiej pustyni. Wkrótce narodził im się syn, który dla obojga stał się oczkiem w głowie. W pewne czwartkowe popołudnie, gdy Kusku siał akurat fioletową kukurydzę, a Tunupa zajęta była wyrabianiem koziego sera, młody brzdąc zaintrygowany widokiem ciągnącej się po horyzont piaskownicy ruszył na czworaka przed siebie.

Kingsajz

Kingsajz

Gdy po kilku godzinach zrospaczeni rodzice zorientowali się, że ich syn zniknął, natychmiast rozpoczęli poszukiwania. Tunupa i Kusku przez wiele tygodni przemierzali bezkresne równiny, wylewając przy tym morze łez. Mleko karmiącej jeszcze piersią Tunupy także spłynęło szerokim strumieniem na pustynię. Równina okazała się jednak zbyt ogromna, by odnaleźć na niej maleńkie dziecko. Zrospaczeni rodzice usiedli na krańcu pustyni.

Flamingi

Flamingi

Z tęsknoty i frustracji przemienili się w ogromne góry – dwa wulkany po dziś dzień wypatrujące syna zagubionego na pustyni. Z czasem łzy rodziców sprawiły, że cała pustynia stała się słona, a mleko karmiącej Tunupy zabarwiło ją zupełnie na biało. Tak powstał Salar de Uyuni – największa pustynia solna na świecie.

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

———————————————–

Salar de Uyuni i Cordiliera de Lipez – krajobrazowo prawdopodobnie najbardziej niezwykłe miejsce w Ameryce, jakie odwiedziliśmy:

.

Salar de Uyuni, Boliwia

.

P.S. Geologowie i historycy nie są zgodni co do prawdziwości legendy. Część z nich twierdzi także, że młody udał się nie na pustynię Uyuni, a do La Paz, w poszukiwaniu uroków nocnego życia.

.

Reklamy

Mówią mi

Mówią mi, że gdy zobaczysz Iguazú, nic już nie będzie takie samo.

Mówią mi, że przy największym wodospadzie huk jest tak ogromny, że nie możesz rozmawiać, a i z myśleniem będziesz miał problemy.

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Mówią mi, że niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie siła przyrody jest tak przytłaczająca. Stoisz nad przepaścią i wiesz, że jesteś niczym. Godzinami możesz wpatrywać się w największą z katarakt i bawić się w odprowadzanie wzrokiem poszczególnych kropli wody w otchłań. Patrzeć jak hektolitry wody mijają Cię w każdym ułamku sekundy i lecą w dół jak na zwolnionym filmie. A potem nikną w białej nicości.

Mówią mi, że gdy stoisz nad krawędzią Gardzieli Diabła, czujesz się jakbyś zaglądał w czeluście piekieł. Największa z katarakt pochłania ponad połowę całego przepływu wodospadów Iguazú. Jej ułożony w podkowę kształt niemal otacza widza i każe dwa razy zastanowić się czy aby na pewno piekła nie ma. W tym miejscu ma się wrażenie, że tu kończy się ziemia, a pod spodem gigantyczne słonie podtrzymują Świat Dysku. Naukowcy wciąż nie są pewni czy sam Lucyfer nie zaprojektował Garganty del Diablo.

Garganta del Diablo

Garganta del Diablo

Mówią mi, że choć wodospad ma zaledwie 85 metrów, to nie licz na to, że zobaczysz z góry jak woda wpada do rzeki. Siła wody jest tak potworna, że już z odległości kilku kilometrów dojrzysz wysoki na kilkadziesiąt metrów komin białej piany unoszący się wysoko nad tropikalnym lasem. Raczej nie ma możliwości, żebyś nie wiedział, gdzie znajduje się Garganta del Diablo.

Mówią mi, że Iguazú to nie wodospad, a kraina wodospadów rozciągająca się na przestrzeni ponad dwóch i pół kilometrów. Możesz chodzić po niej cały dzień. Możesz przechadzać się wśród tropikalnej roślinności, obserwować tukany, miejscowe sępy, mrówki o ponad dwucentymetrowej długości, u których wyraźnie zobaczysz oczy, a w nich to, co chętnie by z Tobą zrobiły, gdyby tylko miały jeszcze kilka centymetrów więcej.

Tukan

Tukan

Mówią mi, że „Iguazú” w języku Indian guarani znaczy „Duża Woda”. I na to zjawisko nie znajdziesz lepszego określenia, choćbyś myślał wieki.

Mówili mi i mówili. Mówili jeszcze w Azji, mówili w Australii, mówili także w Chile i Argentynie. Tobie też będą mówić. Ale choć wszyscy będą mieli rację i tak nie zrozumiesz tego, dopóki nie zobaczysz na własne oczy.

A nie! To tukan

A nie! To tukan

.

A kto ciekaw pocztówkowego konkursu, niech szybko leci na fejsa. Tam laureaci, gale, rozdawanie nagród oraz goła baba zawinięta w dywan. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy! W nagrodę jeszcze więcej Iguazú.

Iguazú, Argentyna

.

Szczęki

Ciszę i radość z obserwowania orek patrolujących przybrzeżne wody zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas zakłócały jedynie komunikaty wydawane przez zakapturzoną kobietę do krótkofalówki.

Podejdę bliżej i posłucham, co tam się nadaje.

– Antu wpływa do zatoki. Zdaje się,  że Maga z trójką młodych przygotowują się do ataku w kanale brzegowym. J.C. trzyma się na razie z dala i patroluje wody w drugiej linii. Włącznie z Antu jest ich zatem już 9.

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo "naszego" jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo „naszego” jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

– Dziewięć orek? Myślałem, że co najwyżej 4-5 – zagaiłem, udając, że kumam bazę.

– Nie, nie, dziewięć. Pływają w dwóch grupach i J.C. osobno, ale myślę, że jeszcze ze dwie czy trzy powinny dziś przypłynąć. Macie szczęście. Kwiecień to najlepsza pora na obserwowanie orek. W tym miesiącu są tu prawie codziennie.

– Tak słyszeliśmy. A ten J.C. czemu pływa osobno?

– To dominujący samiec. Nigdy nie poluje. Pilnuje tylko terenu.

W tym momencie J.C. ostentacyjnie wystawił swoją płetwę grzbietową wielkości deski surfingowej nad wodę i buńczucznie parsknął, tworząc widowiskową fontannę.

– Ale co to za imię J.C? Niczym z amerykańskiego filmu.

– Nazywa się Juan Carlos?

– Jak król Hiszpanii?

– Hiszpanii? Zwariowałeś? Lepiej nie powtarzaj tego głośno. J.C. to imię po pierwszym argentyńskim badaczu orek.

– A Ty? Pracujesz tutaj?

– Tak jakby.

– Od dawna?

– Trochę. Będzie z piętnaście lat. Ale niestety nikt mi za to nie płaci – roześmiała się.

Popatrzyłem z ukosa, próbując dostrzec, co kryje się za ciemnymi okularami, rosyjską czapą i kołnierzem zasłaniającym pół twarzy.

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

– Zaraz, zaraz. Czy ja nie widziałem Cię w telewizji?

– Być może – odparła z uśmiechem, zdejmując okulary i czapę, spod której wypadł półmetrowy blond warkocz.

– Tak, Tak – teraz byłem już pewien. – Widziałem Cię w National Geographic. To w programach z Twoim udziałem po raz pierwszy usłyszeliśmy o Półwyspie Valdez! Gdyby nie Ty, pewnie by nas tu teraz nie było.

No i się zaczęło.

Ingrid Visser o orkach wie prawie wszystko. Co jedzą, jak szybko pływają, ile ważą, jak długo żyją. Wszystkie orki Półwyspu Valdez zna z imienia i rozpoznaje z kilkuset metrów po kształcie płetwy i ubarwieniu. Przez resztę poranka obserwowaliśmy te niesamowite zwierzęta i podpatrywaliśmy Ingrid przy pracy.

– Orki żyją do 80 lat. Ale tylko na wolności. W oceanariach około 10.

– To tak jak delfiny. Jakiś czas temu oglądaliśmy niesamowity dokument – Zatokę delfinów. Zdaje się, że to podobna sprawa.

– Dokładnie. Właśnie teraz walczymy o uwolnienie pewnej orki, całkiem niedawno schwytanej u wybrzeży Holandii. Wyłowiono ją, żeby jej pomóc, ale szybko zainteresowały się nią oceanaria i teraz ciężko będzie ją uratować.

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Ingrid opowiadała, a tuż obok orki szalały przy brzegu, grając na nosie fotografom z połowy świata, czekającym kilkaset metrów dalej na zdjęcia do tegorocznego World Press Photo.

– Nie ma się z czego śmiać. Oni koczują tu już od ponad tygodnia, a dziś już dwa razy biegali w tą i z powrotem po 3 kilometry wzdłuż plaży z kilkunastoma kilogramami sprzętu, gdy orki wybrały sobie sąsiednią zatokę na ataki.

Orki uwielbiają Półwysep Valdez. Przypływają co roku, aby polować tu na młode lwy morskie. Patrolują płytkie wody w oczekiwaniu na przypływ i w momencie, gdy jest wystarczająco dużo wody, chwytają lwy morskie z samej plaży. Lwów morskich jest tu z kolei zatrzęsienie i po narodzinach nowego miotu na początku roku, wszystkie one uczą się pływać i polować poprzez zabawę na płyciznach.

To właśnie to miejsce obrały sobie superinteligentne orki na łowy. Chwila nieuwagi ze strony młodych i wraz z kolejną nadchodzącą falą, orka chwyta w zęby młodą fokę.

– Patrz! – rzuciła Ingrid w momencie, gdy świeżo schwytany lew morski z impetem wyleciał w powietrze, wyrzucony przez jedną z orek. – Mówimy na to „szczeniakowy tenis”.

Po schwytaniu zdobyczy orka wypływa na głębsze wody, po czym wyrzuca ofiarę wysoko w powietrze. Maluch lata w prawo i w lewo, a orki chwytają go kolejno, nurkują i ponownie wyrzucają go w powietrze.

– Szczeniakowy tenis ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze teraz to młode orki uczą się polować. Maga upolowała lwiątko i rzuciła je swoim dzieciom do zabawy. One doskonalą w ten sposób sztukę polowania i jednocześnie przygotowują posiłek. I to jest właśnie ta druga sprawa. Orki są wyjątkowo inteligentne i jednocześnie wybredne. Nie chcą jeść włochatego lwa morskiego. Rzucając małym jak szmatą, przygotowują go także do obdarcia ze skóry. Zjedzą samo mięso, a skóra i resztki zostaną dla padlinożerców.

– Ale widzę, że młode orki muszą się jeszcze sporo uczyć – powiedziała Paula, gdy młody lew morski jakimś cudem wydostał się z oblężenia orek i z prędkością błyskawicy pomknął w stronę plaży. – Wygląda całkiem do rzeczy, zważywszy na to, co przeżył.

– To prawda, biegnie żwawo, ale ma przed sobą zaledwie kilka godzin życia. Z pewnością ma połamane żebra, strzaskaną wątrobę i inne organy wewnętrzne. Teraz przy życiu trzyma go jedynie adrenalina.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Ingrid miała rację. Następnego ranka ciało lwiątka rozrywały już na strzępy petrele i carancho – patagońskie sępy. Przez kolejne dwa dni przyjeżdżaliśmy na plażę Punta Norte. Najciekawsze w oglądaniu tych zwierząt na Półwyspie Valdez była jednak rozmowa z Ingrid Visser. Nowozelandzka badaczka rok dzieli na pobyty w Argentynie, Papui-Nowej Gwinei, Nowej Zelandii i na Antarktydzie.

Z cierpliwością św. Franciszka odpowiada wciąż na te same pytania zaciekawionych turystów. A ile jedzą, jak długo żyją, gdzie są, gdy ich nie ma? Pasja Ingrid do badania tych zwierząt jest bezgraniczna.

.

A że Półwysep Valdez to nie tylko orki, ale także mnogość guanako, pingwinów Magellana, słoni morskich, pancerników czy lwów morskich z łatwością można przekonać się, wchodząc do najnowszej galerii z Argentyny, gdzie prawie wszystkie można obejrzeć z bliska.

.

Półwysep Valdez, Patagonia, Argentyna

.

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

2+2=5

Czyli jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii, jak legalnie pracować i inne informacje praktyczne.

W Nowej Zelandii zima za pasem, a i o nas słuch już dawno tam zaginął. A jednak w naszym poobdrapywanym netbooku jak zwykle widnieje kupka rozpoczętych i rozgrzebanych wpisów, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wśród nich jeden może się jednak okazać bardzo ważny dla braci podróżniczej, więc mimo, że dawno i nieprawda, to jednak wziąłem się na sposób i między pingwinem a flamingiem na patagońskiej Ziemi Ognistej, wyskrobię kilka słów o własnym aucie na antypodach.

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że własne auto w Nowej Zelandii to sprawa banalnie prosta i wyjątkowo godna polecenia.

Patrząc na mapę z europejskiej perspektywy, Nowa Zelandia wydaje się niewielka. Gdy jednak przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że zarówno Wyspa Południowa jak i Północna mają ponad 1000 km długości. Dodatkowo wzdłuż niemal całej Wyspy Południowej ciągnie się łańcuch gór wysokich na trzy do czterech tysięcy metrów, rozdzielający tę krainę na wilgotne, deszczowe wybrzeże zachodnie i  skąpane w słońcu równiny wschodnie.

Kampery na wypasie i życie w autobusie

Podróżując po Wyspie Południowej w sezonie turystycznym ma się wrażenie, że więcej jest tu kamperwanów niż zwykłych samochodów. Firm wypożyczających kampery są setki, a wachlarz dostępnych aut rozciąga się od wielkich kilkutonowych kolubryn, po kolorowe minibusy z przestrzenią wewnątrz zoptymalizowaną na miarę Ikei. I mały van jest według nas chyba najlepszym rozwiązaniem. Pali zazwyczaj mniej niż 10 l na setkę, a masz komfortową sypialnię, kuchnię i salon w jednym.

Nowozelandczycy w szczególności lubują się w wielkich, prawdziwie komfortowych kamperwanach, których reklamy zapełniają nie tylko magazyny podróżnicze, ale i zwykłe czasopisma codzienne. Spotkaliśmy też co najmniej trzy rodziny, które posiadały stare autobusy, niczym polskie Autosany, przerobione na kamperwany, w których mogłoby spokojnie zamieszkać pół drużyny piłkarskiej.

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Samochody są tanie. Bardzo tanie. Mały kilkunastoletni kampervan w Nowej Zelandii kosztuje 2500-4000 dolarów nowozelandzkich, czyli 6-11 tys. zł. A zdarzają się megaokazje. Naszego Żuka kupiliśmy za 1800 dolarów od właściciela drobnej firmy remontowej. Samochód był zupełnie pusty w środku, bo wcześniej przewoził głównie farby i drabiny, ale kosztem może 30 dolarów i dwóch dni pracy przerobiliśmy go na cudo warte ponad 3-3,5 tys. dolarów. To że sprzedaliśmy go jedynie za 2800, wynikało jedynie z presji czasu.

Rejestracja samochodu w Nowej Zelandii jest dziecinnie prosta i zajmuje 10 minut. Odbywa się na poczcie, gdzie podajesz numer nadwozia i mówisz, kto jest nowym właścicielem. Kosztuje bodajże 9 dolarów. Nie potrzeba nawet umowy kupna, nie ma żadnych podatków ani przeszkód. W zasadzie, jeśli zna się numer nadwozia, to można by zarejestrować na siebie czyjś samochód bez wiedzy właściciela. Tylko po co? Za granicę i tak nim nie wyjedziesz.

Koniec jest bliski, Chrystus Cię kocha

A jak wyposażyć surowy samochód, zdobyć materace, kołdry, poduszki, prześcieradła, talerze, garnki, sztućce, pokrowce, a nawet stoły i krzesła? A wszystko to za jakieś 30-50 dolarów? To proste. Wystarczy wsłuchać się w głos Boga.

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić w tym roku i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

W Nowej Zelandii, kraju, w którym każdy człowiek mający przynajmniej pół mózgu i jeden sprawny palec u nogi może w tydzień znaleźć pracę, a dwa lata się dorobić, by godnie żyć, odsetek społecznych nieudaczników jest na tyle wysoki, że zaradne społeczeństwo stara się ich wspomagać, jak może. Podobnie jak w Australii, niemal w każdym średniej wielkości mieście jest co najmniej jedna Armia Zbawienia, a także sklepy z rzeczami za dolara i tzw. „Charity shop”. W bogatym społeczeństwie, w którym przeciętna rodzina kupuje nowy zestaw garnków, bo w tym roku wyszła nowa kolekcja, stare oddaje się dla potrzebujących. Czyste, ładne i bezpieczne rzeczy zalegają regały „Charity shopów” obok setek winyli z lat 60 czy 70, za które dałaby się pokroić połowa kolekcjonerów.

Na marginesie dodam, że w Nowej Zelandii są przynajmniej dwa magazyny (AUTENTYCZNIE MAGAZYNY WYCHODZĄCE CO MIESIĄC CZY KILKA MIESIĘCY), które przedstawiają WYŁĄCZNIE najnowsze trendy w kołdrach. Są także np. targi kołder, gdzie projektanci prześcigają się w nowinkach technicznych i stylistycznych.

I pomyśleć, że na zupełnie nieodległych Wyspach Salomona, na których pomoc przecież rokrocznie łoży Nowa Zelandia i Australia, ograbiając je jednocześnie z surowców mineralnych, ludzie na co drugiej wyspie proszą o koszulkę, bo po prostu ich nie mają. Ale to taka tam dygresja nie na miejscu. Do meritum.

Gdzie kupić i sprzedać

Najlepiej mieć szczęście, a samochód kupić ze sprawdzonego źródła. Od znajomego mechanika albo znajomego znajomego. My tak zrobiliśmy i jeśli ktoś chciałby kupić auto w Christchurch, to możemy polecić znajomego mechanika.

Ale jeśli nie masz takiej możliwości, dobrym rozwiązaniem są giełdy. W Auckland najlepsza giełda to Car Fair  odbywający się w każdą niedzielę nieopodal toru wyścigów konnych. Jest jeszcze sobotnia Auckland City Car Fair , ale to nowy wynalazek skrojony specjalnie dla turystów. Lokalni zazwyczaj nie znają tego miejsca, więc więcej pod koniec sezonu tu sprzedających niż kupujących. Takie miejsca jak Backpackers Car Market  w Auckland czy Christchurch warto rozważyć tylko sprzedając samochód, bo jest tam potwornie drogo (można zarobić) i dużo lewych aut, które nieświadomym i spieszącym się turyściakom próbują opchnąć cwani pośrednicy.

Dobrym pomysłem jest z kolei obejście hosteli w dzielnicy turystycznej i poszukanie prywatnych ogłoszeń. Sporo turystów wyjeżdżających z kraju, zostawia swoje ogłoszenie na tablicach informacyjnych właśnie w tanich hostelach. Sprzedając samochód i my tak zrobiliśmy i po 3-4 dniach otrzymaliśmy kilka telefonów. Niestety samochód był już sprzedany.

Bo tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, czyli czasu. Warto dać sobie nieco więcej czasu na sprzedaż. My, standardowo jadąc na optymistycznej fali, zaplanowaliśmy zaledwie 5 dni (w tym 3 dni długiego weekendu) i mało brakowało, a mogło być krucho. W ostatecznym rozrachunku wyszło nam zatem, że samochód mieliśmy zaledwie 6 tygodni, plus tydzień na sprzedaż. I powiedziałbym, że to jest właśnie czasowa granica opłacalności kupna samochodu. Na krócej polecam autostop.

Pozostaje jeszcze Gumtree czy TradeMe, czyli lokalny odpowiednik naszego Allegro. Tu warto dodać, że samochód z przebiegiem 250-350 tys. km, to jak określił nasz znajomy mechanik „jeszcze dziecko” i przejedzie pewnie drugie tyle.

A jeśli nie pojedzie?

Mechanicy w Nowej Zelandii nie są aż tak strasznie drodzy, jak się spodziewaliśmy. Jeśli dobrze poszukać oczywiście. W Auckland zrobiliśmy na przykład sporo napraw (wał napędowy, uszczelnienie wydechu, przeciekający zbiornik z płynem do sprzęgła), a za wszystko zapłaciliśmy 250 dolarów.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Dość popularne są też szroty. W niewielkim w sumie Invercargill były 4, a na jednym z nich dostaliśmy akumulator za 40 dolarów (nowy 80-150).

Przed kupnem samochód warto sprawdzić. Na giełdach zazwyczaj jest taka opcja i kosztuje ok. 100-150 dolarów i jest oczywiście bez sensu. Najtańszym i jednocześnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie przyspieszonego przeglądu – WOF. WOF robi się zazwyczaj co pół roku albo 3 miesiące. Jest obowiązkowy dla wszystkich aut. Kosztuje ok. 40-60 dolarów, więc w autoryzowanej stacji diagnostycznej za 50 dolarów możemy za jednym zamachem sprawdzić stan auta i i tak przedłużyć obowiązkowy przegląd. Jak dobrze się postarać, a w wybranym samochodzie WOF wygasa np. za miesiąc może udać się namówić właściciela, żeby to on za niego zapłacił.

Podobnie obowiązkowa jest rejestracja samochodu, tzw. REGO. Wydawane na 3 miesiące kosztuje ok. 60-80 dolarów. Ważne REGO musi zapewnić sprzedający.

A może autostop?

Tak jak pisaliśmy, autostop w Nowej Zelandii działa rewelacyjnie. Więc jeśli jesteś tu tylko na kilka tygodni, lubisz czasem zmarznąć, czasem wbić się komuś na chatę, ale głównie poznać epigonów romantyzmu, albo wiecznie żywych hipisów, to można śmiało ruszać w trasę z kciukiem.

Autostop w Nowej Zelandii ma długą tradycję, a był szczególnie kultowy w latach 70. i 80. Teraz jeżdżą głównie turyści, ale zabierają wszyscy. Główna wada to niestety znacznie mniejsza mobilność i niemożliwość dostania się do pięknych, znacznie mniej odwiedzanych półwyspów i rejonów kraju, którą daje własne auto.

Co nas zauroczyło?

Przede wszystkim zwierzaki i nowozelandzkie podejście do nich. Ale o tym już pisaliśmy. Najciekawszy trek to w naszym odczuciu Tongariro Crossing, czyli przejście przez Mordor. Warto zacząć od strony południowej, bo w przeciwnym kierunku po najlepsze widoki będzie się trzeba cały czas oglądać za siebie.

Tongariro

Tongariro

Świetnie wypadają też półwyspy Wyspy Południowej, czyli Otago i Banks. Na Otago warto wspiąć się na Mt. Charles – niewielkie wzgórze, a panorama nieziemska. W okolicy mocno przereklamowanego Queenstown jedynie co jest fajne, to jednodniowy spacer na Ben Lomond. Naprawdę warto.

We Fiordlandzie najbardziej przypadły nam do gustu Siodło Gertrudy i Key Summit. Cały wielki zamęt wokół tzw. „Great Walks”, czyli Keplera, Milford i Routeburn w naszym mniemaniu można spokojnie ominąć szerokim łukiem. Co fajniejsze odcinki można zrobić w ramach jednodniowych wypadów (np. Key Summit), a zamieszanie i cała marketingowa maszyna, która niczym rak toczy to miejsce, jest godna pożałowania.

Za to w każdym mieście, nawet zapadłej dziurze obowiązkowo musi być Informacja Turystyczna. Zawsze rzetelna, pomocna, rozdająca mapki i służąca wszelką informacją. W Nowej Zelandii nie jest potrzebny żaden przewodnik, a w szczególności Lonely Planet.

Z ciekawostek dodam jeszcze może, żeby nie brać za pewnik nowozelandzkiego bezpieczeństwa. I tu zdarza się, że kradną. W szczególności na Północnej Wyspie, gdzie tak się akurat składa, że mieszka więcej Maorysów. W kraju poprawności politycznej rasistów oczywiście nie ma, ale podobnie jak w Stanach i Wielkiej Brytanii i tak kradną głównie czarni.

Praca w Nowej Zelandii

Wiza do Nowej Zelandii jest darmowa, przyznawana na granicy i ważna przez 3 miesiące. Co ciekawe wszyscy myślą, że Polacy nie mogą legalnie pracować w tym kraju. Jak się jednak niedawno dowiedzieliśmy ambasada Nowej Zelandii każdego roku przyznaje jednak 100 wiz pracowniczych Working Holiday Visa, o które należy starać się w Polsce. W ten sposób pozwolenie na legalną pracę jako geodeci otrzymali na przykład Aga i Krzysiek, którzy w swoim czasie zabrali nas w Nowej Zelandii na stopa…

W lato przy zbieraniu owoców (legalnie lub nielegalnie, co jest dość łatwe) można zarobić 13-16 dolarów za godzinę. W legalnej pracy w biurze dwa lub trzy razy tyle.

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Koszty

Jeśli masz pieniądze, możesz wszystko. Lecieć helikopterem na szczyt góry i wrócić piechotą, wynająć łódź by popływać z delfinami albo skoczyć na spadochronie czy paralotni w co drugim mieście. Jednak Nowa Zelandia jest dlatego piękna, że bez pieniędzy możesz równie dużo.

Nasze średnie dzienne wydatki przez 50 dni w tym kraju wyniosły 37 dolarów nowozelandzkich, czyli 103 zł dziennie. Za dwie osoby oczywiście. Przejechaliśmy ponad 5000 km, na paliwo wydając 900 dolarów NZ. Całe szczęście tej kwoty niemal zupełnie nie odczuliśmy, bo na sprzedaży Żuka zarobiliśmy 800 dolarów.

.

I ostatnia już galeria z Nowej Zelandii. Tym razem z okolic Queenstown i zachodniego wybrzeża.

West Coast i Queenstown, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Pług boży

Są rzeczy piękne. Są zjawiska imponujące. Ale są cuda natury tak majestatyczne, że nie sposób sensownie ich opisać, nie gubiąc się w przesadnej emfazie. Taki właśnie jest lodowiec Perito Moreno.

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno onieśmiela swoim ogromem. Spływa z południowych Andów 30-kilometrowym jęzorem lodowcowym wprost na czatujących na niego turystów. Bo Perito Moreno jest jakby zaprojektowany by być megaatrakcją. Lodowiec większy niż cała Warszawa od Białołęki po Powsin schodzi z gór do Jeziora Argentino póki nie oprze się o przeciwległe wzgórza, na których z odległości kilkudziesięciu metrów gawiedź podziwia jego ogrom.

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

I wbrew temu, czego chciałby Al Gore, Perito Moreno nie tylko się nie kurczy, ale cały czas prze naprzód. Z ponadprzeciętną prędkością warto dodać. Średnio 2 metry dziennie. Te 2 metry pozwalają mu czołgać się powoli po dnie i z każdą minutą żłobić mozolnie krajobraz argentyńskiej Patagonii. Przy okazji, co kilka godzin, lodowiec ustępuje napierającej na niego wodzie i urywa sobie od czoła kilkudziesięciometrowe góry lodowe, które z hukiem godnym lepszej sprawy walą się do wody.

Raz na cztery, pięć lat lodowiec dochodzi do ściany. Dosłownie dopełza do przeciwległego Półwyspu Magellana i tym samym odcina część Jeziora Argentino, którego dno żłobi na co dzień. Poziom wody w odciętej części jeziora szybko się podnosi, a tysiące ton wody coraz silniej napierają na lodowiec. Godzina po godzinie woda kruszy lód od spodu. Po kilku dniach udaje jej się wyżłobić tunel. Mija kolejnych kilka dni i lód wreszcie ustępuje. Cała konstrukcja wali się w kilka sekund, a jezioro wyrównuje poziom. Tymczasem lodowiec od nowa z mozołem zaczyna pełzać w stronę Półwyspu Magellana. W XX wieku cykl ten odbył się 17 razy.

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

A czemu lodowiec jest tak imponujący? Może dlatego, że jego czoło jest szerokie na pięć kilometrów, czyli dajmy na to przesuwając się przez Warszawę, każdego dnia miażdżyłoby obszar od Marszałkowskiej do Prymasa Tysiąclecia. Metr po metrze.

Ale urwał!

Ale urwał!

A może dlatego, że ściana frontowa ma ponad 70 metrów wysokości, czyli więcej niż 20-piętrowy wieżowiec. A w zasadzie tylko tyle wystaje jej nad wodę. Bo pod wodą szoruje dno na głębokości ponad 100 metrów, co oznacza, że przykryłby Marriott i Intercontinental w minutę.

Niemal 200 lat temu Louis Agassiz wysnuwając rewolucyjną teorię o globalnych zlodowaceniach obejmujących większość naszej planety, porównał wolno poruszające się lodowce do pługów bożych, które zmieniają oblicze ziemi. Tej ziemi.

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Żyjąc we współczesnym świecie, często mamy wrażenie, że historia, geografia czy przyroda to obecnie procesy skończone. Wojny to przeszłość, granice się ustabilizowały, góry są tam gdzie są góry, a jeziora na Mazurach. Dzieląc doroczny wypoczynek na narty w Cortinie d’Ampezzo, łódki w Mikołajkach i kite-surfing w Jastarni, umyka nam chwilowość cudów natury, z którymi stykamy się na co dzień. A tymczasem wojna między ziemią i wodą trwa w najlepsze. Zawsze jest jakiś pług.

.

Więcej zdjęć z południowej Patagonii i naszej najnowszej przygody 4×4 znajdziecie tutaj:
.

Perito Moreno, Calafate i okolice, Argentyna

.

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.