Archiwa blogu

Falklandy czy Malwiny – kto ma rację?

W związku z ostatnim referendum na Falklandach w sprawie przynależności do Wielkiej Brytanii bądź Argentyny, w świadomości globalnej ponownie odżył spór o te wyspy. Kto ma rację?

Po pierwsze Falklandy nie istnieją. Przynajmniej w Ameryce Południowej, a w Argentynie w szczególności. Tu są tylko Malwiny. A Malwiny są argentyńskie – „Malvinas son Argentinas”. To wie każde dziecko. Koniec i kropka. Na 40 milionów mieszkańców w Argentynie nie znajdziesz nikogo, kto będzie innego zdania.

Nasza ojczyzna!

Nasza ojczyzna!

Na końcu świata, w Ushuaia, czyli mieście położonym najbliżej rzeczonych wysp, rokrocznie urządzany jest bieg długodystansowy w intencji odzyskania Malwinów (Falklandów?). W zaśnieżonych przejściach granicznych położonych wysoko w Andach, przyjezdnych z Chile witają wielkie bilbordy „Malvinas son Argentinas”, żeby już na wejściu przyzwyczaić nas do ciągłego prania mózgu. W tropikalnej prowincji Corrientes, gdzieś na bagnach Esteros del Ibera, spotkaliśmy niewielką chacinkę, a przy niej ogromny znak – „Odległość stąd do Malwinów – 2700 km”.

Świadomość i duma narodowa, granicząca z obłędem, nie zna statusu społecznego, wieku ni rasy. O tym, że Malwiny muszą wrócić na ojczyzny łono (i wrócą, prędzej czy później! Tak czy inaczej!) przekonywał nas podstarzały patagoński farmer, dwudziestokilkuletni nauczyciel matematyki w Caleta Olivia i plantator yerba mate w Missiones.

Składamy hołd tym, którzy oddali swe życie za ojczyznę

Składamy hołd tym, którzy oddali swe życie za ojczyznę

I to jest prawdziwy powód, dla którego spór o Falklandy nigdy nie ucichnie. Dla pani prezydent, Cristiny Kirchner, Malwiny to dar niebios. Cóż z tego, że inflacja galopuje, a ceny mate wzrastają z dnia na dzień o 100%? Cóż z tego, że nepotyzm kwitnie, a pani prezydent zleca budowę dróg w Patagonii swojej własnej prywatnej firmie? Cóż z tego, że do rodziny Kirchner i zauszników władzy należy pół Calafate, zaplecza lodowca Perito Moreno – jednej z największych atrakcji turystycznych całego kontynentu? Cóż z tego, że majątek pani prezydent wzrósł z 0,5 mln USD do 14 mln USD (wyłącznie dane oficjalne!), odkąd weszła do polityki kilka lat temu?

Lodowiec Perito Moreno, szeroki na 5 kilometrów i wyższy niż 20-piętrowy wieżowiec przyciąga tłumy

Lodowiec Perito Moreno, szeroki na 5 kilometrów i wyższy niż 20-piętrowy wieżowiec przyciąga tłumy

Gdy kryzys przybiera na sile, wystarczy odgrzać kotleta – zorganizować spotkanie z weteranami wojny z 1982 roku, wygłosić płomienne przemówienie transmitowane przez rządowe radio i telewizję i napomnieć Jamesa Camerona, żeby wreszcie oddał Malwiny.

Swoją drogą, tak właśnie zaczęła się wojna o Falklandy. Gdy argentyńska junta wojskowa doprowadziła kraj do bankructwa, postanowiła zjednoczyć kraj wobec wspólnego wroga i zaatakować wyspy. Na własny pohybel, bo przegrana wojna de facto doprowadziła do obalenia dyktatury.

Obecnie kryzys również wisi na włosku. Nasi znajomi w Buenos Aires twierdzą, że będzie to załamanie co najmniej na skalę kryzysu z 2001 roku, gdy kraj zbankrutował. W ostanie święta, już w Polsce, odwiedzić miał nas pewien Argentyńczyk. Do Europy latał co roku od kilkunastu lat. W tym roku zrezygnował, bo rząd de facto „opodatkował wyjazdy”. Kraj za wszelką cenę stara się gromadzić dolary, bo tylko one wkrótce będą miały realną wartość. Wobec tego już teraz za każdego dolara wydanego za granicą argentyńską kartą kredytową, za każdy kupiony bilet lotniczy, za każdą wypłatę z bankomatu za granicą, trzeba zapłacić bodajże 20% podatku.

A rodowitych mieszkańców Falkandów nikt nie pyta, jaka flaga im się bardziej podoba.

A rodowitych mieszkańców Falkandów nikt nie pyta, jaka flaga im się bardziej podoba.

W tym wszystkim wola ok. 1800 mieszkańców Falklandów, głównie farmerów i hodowców owiec, którzy zamieszkują te wyspy od ponad 180 lat i są potomkami brytyjskich kolonizatorów, nie ma znaczenia. A im w federacji z Wielką Brytanią żyje się dobrze. Mają autonomię, stanowią sami o sobie, a Wielka Brytania zapewnia im bezpieczeństwo.

I kto tu chce prawdziwego kolonializmu?

.

P.S. Wpis miałem napisać wczoraj. I dobrze, że nie napisałem, bo dziś sprawa nabiera nowego charakteru. Wkrótce argentyński papież zaapeluje o rozmowy na drodze dyplomacji i dopiero się zacznie. Całe szczęście, że zwierzchnikiem kościoła anglikańskiego jest królowa brytyjska…

.

Reklamy

Między tapirem a tygrysem

Osad coraz mniej. Po horyzont ciągnie się jedna jedyna droga, która setkami kilometrów oddala się w kierunku Boliwii. Upał każe wyszukiwać cienia najmniejszego nawet krzaka w oczekiwaniu na nienadjeżdżający samochód. I tylko myśl, gdy uda jej się odkleić od czaszki, wybiega czasem w to piekło, zastanawiając się, jaki skwar musi tu panować w paragwajskie lato.

Vagabunda na sjescie w Chaco

Vagabunda na sjescie w Chaco

Chaco przemierzamy żabimi skokami, rozsiadając się w wypasionych i nieskazitelnie czystych furach niemieckich osadników. Mennonici już przed stu lat opanowali zachodni Paragwaj, ciężką pracą wyrywając nieprzystępną, choć doskonałą ziemię. Niemcy, jak to Niemcy, w gruncie rzeczy mili, ale przecież i tak wojnę wywołali. No i ten Klose. Swoją drogą Paragwaj to jeden z krajów, które nigdy nie udzielały informacji na temat zbrodniarzy hitlerowskich, ukrywających się w kraju. Na Liście Wiesethala figuruje wciąż jako kraj odmawiający współpracy w ściagniu zbrodniarzy hitlerowskich. Za czasów dyktatury Stroessnera w Paragwaju ukrywał się między innymi doktor Mengele.

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Ale brniemy dalej i oto jest. Przynajmniej dwudziestoletni, ufajdany błotem, prawdziwy 4×4 prosto z głuszy. Wieczorem lądujemy w paragwajskim mieszkaniu lokalnego weterynarza. Gadka się klei, skwierczący kurczak z rożna gładko odchodzi od kości, a terere jak zwykle wspomaga trawienie.

– Spieszy Wam się do tej Boliwii?

– Nam się nigdzie nie spieszy. Póki co, fajne to Chaco.

– A chcecie zobaczyć prawdziwe Chaco? Ciekawie to robi się dopiero dalej na zachód. Tam, gdzie dojedziesz tylko jeepem. Wybieramy się akurat jutro na rutynowy objazd do jednego folwarku. Dzwonili niedawno, że jeden gaucho zabił wczoraj jaguara, który ostatnio pożarł kilka krów na estancji. Może macie ochotę?

– Estancji? Jaguara?? Gaucho??? – półprzytomnie dukaliśmy słowa klucze, starając się zagłuszyć dzwoniącą już w głowach główną wygraną w tegorocznym dżekpocie.

Wyoming 1887?

Wyoming 1887?

Marzyło nam się onegdaj w Argentynie, by zostać jakiś czas na prawdziwej estancji. Poganiać krowy, pojeździć na koniu, pić mate na krzesłach z niewyprawionej skóry. Niestety w Patagonii czy na argentyńskiej pampie w XXI wieku ciężko trafić na estancję, na której nie przewidziano by już miejsca dla zbłąkanego turysty. Z amerykańskim portfelem oczywiście, bo poniżej 200 dolarów za osobę za dobę ani przystąp. Prawdziwego gaucho też łatwiej spotkać na folderze reklamowym agencji turystycznej albo w Toyocie Land Cruiser niż na koniu.

Który to tapir?

Który to tapir?


Ale Chaco to co innego. Tu po dwóch godzinach znaleźliśmy się w innej rzeczywistości. Po ulewnych deszczach, które w ubiegłym miesiącu niespodziewanie nawiedziły Paragwaj, drogi Chaco w większości stały się nieprzejezdne nawet dla największych jeepów 4×4. Teraz jednak wody już opadły i estancje znów odzyskały kontakt ze światem.

Choć trzeba przyznać, że biedy tam nie zaznają. Liczące zazwyczaj po kilka lub kilkadziesiąt tysięcy hektarów folwarki gromadzą od 500 do kilku tysięcy sztuk bydła. Pracuje na nich zaledwie 4-5 osób, a mniej więcej co dwa tygodnie przysługuje im do zabicia jedna pełnowymiarowa krowa, bo oprócz wynagrodzenia, przynajmniej kilogram mięsa na osobę dziennie to tutaj standard.

Jaguar - najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Jaguar – najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Co kilka tygodni przyjeżdża kontrolnie werterynarz, głównie po to, by pogładzić po brzuchu oswojonego tapira, który z dzikiego Chaco przyszedł za chlebem do estancji. Raz czy dwa razy do roku jakiś gaucho ustrzeli jaguara bądź pumę, wykradającą krowy czy owce.

Poczciwość i szczerość tych ludzi nie zna granic. Żyją niemal zupełnie odcięci od świata, odkłądając, by posłać dzieci do szkoły w stolicy.

– Ale jaguary są chyba pod ochroną? – pytamy nieśmiało.

– To prawda. Za zabicie go wysłali by mnie na 5 lat do więzienia.

Gaucho zawsze nazywają jaguary tygrysami. W Argentynie mają nawet miejscowość Tigre, gdzie prawdopodobnie ze 100 lat temu widziano jakieś jaguary.

– Ale nie szkoda zabijać takiego szlachetnego zwierzaka? Nie ma ich już wiele na świecie…

– Podobno. Chociaż u nas w Chaco ich nie brakuje. Co roku zagryzają kilka krów. A właściciel estancji płaci 100 dolarów za martwego tygrysa. A za wyprawioną skórę dostanę drugie sto od jakiegoś gringo.

Tamtararam tararam, Bonanza!

Tamtararam tararam, Bonanza!

I jak rozstrzygnąć konflikt terytorialnych jaguarów i jeszcze bardziej terytorialnych homo sapiens? Ziemię jaguara bez jego wiedzy i apelacji odebrała łapówka, tworząca estancję o powierzchni 10 tys. hektarów z tysiącem krów.

Jej właściciel nigdy nie był w Chaco. Mieszka w Zurychu. O estancji wie tyle, że co roku dostaje przelew na 200 tys. dolarów za sprzedane w tym roku jałówki.

.

—————————————-

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion - Santa Cruz postoi tak jak i my

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion – Santa Cruz postoi tak jak i my

Okazało się też, że jeszcze ciekawiej było się z Chaco wydostać. Po złapaniu boliwijskiego TIRowca raptem 200 km od granicy, już witaliśmy się z gąską. Niestety niemal gotowa już droga asfaltowa, która łączy oba kraje, była właśnie remontowana. Ponowne opady deszczu sprawiły, że gliniaste drogi Chaco zamieniły się w grzęzawisko. Tym samym podróż, która miała trwać najwyżej 15 godzin, przedłużyła się do ponad 3 dni. Przed oczami znów stanęło nam wschodnie Borneo. Było wykopywanie ciężarówek łopatami, był kulig z trzech TIRów, nocleg na indonezyjskich autobusowych siedzeniach zamieniliśmy na nieco bardziej komfortowy ciągnik siodłowy. Tym razem jednak nie było jedzenia. Ale o tym, jakie figle płata mózg po trzech dniach bez żywności, co roi się przed oczami i jak objawia się Ziemia Obiecana po trzech dniach na głodzie, może innym razem. Kiedyś w książce.

.

A jeszcze więcej tapira, gaucho, jaguara i Chaco w najnowszej galerii o tajemniczym tytule „Chaco”.

.

Chaco, Paragwaj

.

Trudna sprawa

Gdy w Polsce wprowadzano stan wojenny, w Paragwaju można było jeszcze podziwiać największe wodospady świata. Saltos del Guairá położone na rzece Parana – drugiej po Amazonce najpotężniejszej rzece Ameryki Południowej były ponoć wyjątkowo imponujące.

I choć trudno to sobie dziś wyobrazić, szczególnie zobaczywszy Iguazú na własne oczy, ilość wody przepływająca przez wodospady Guairá była przynajmniej 8-krotnie większa niż w Iguazú. W miejscu, gdzie Parana wciśnięta w wąski wąwóz zwęża swój bieg z niemal 400 do zaledwie 60 metrów, jeszcze 30 lat temu istniały zdecydowanie największe wodospady na świecie.

Wodospady Saltos del Guairá - jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Wodospady Saltos del Guairá – jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Więc czemu już ich nie ma?

Pochłonął je sztuczny zbiornik wodny stworzony dla największej hydroelektrowni na świecie. Zapora Itaipu została wybudowana na paragwajsko-brazylijskiej granicy kosztem 20 mld dolarów, co czyni ją jedną z najdroższych inwestycji w historii. Pieniędzy nie wyłożył oczywiście biedny Paragwaj, ale głównie Brazylia, dla której ta zapora jest chyba jeszcze ważniejsza niż dla Paragwaju. Pomogły też pożyczki z USA.

Największa elektrownia na świecie produkuje nawet do 95 terawatogodzin prądu rocznie. Co to znaczy? Znaczy to na przykład, że ilość produkowanej tu rocznie energii elektrycznej wystarczyłaby, by pokryć całe światowe zapotrzebowanie na prąd przez dwa dni. Dzięki Itaipu liczący zaledwie 7 mln ludzi Paragwaj pokrywa 95% swojego rocznego zapotrzebowania na elektryczność, a nadwyżki odsprzedaje Brazylii. Tym samym Itaipu dostarcza także aż 20% całej rocznej energii dla niemal 200-milionowej Brazylii.

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Jak twierdzi naprawdę świetnie funkcjonujące służby PR spółki obsługującej Itaipu, elektrownia kosztująca 20 mld dolarów zwróciła się po 11 latach. Ale czego nie mówi dział PR?

Nie mówi chociażby, że kontrakt na sprzedaż nadwyżek energii wynegocjowany jeszcze przed rozpoczęciem budowy elektrowni jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych kontraktów na świecie. Paragwaj zużywający zaledwie 5% do 8% produkowanej przez Itaipu energii nadwyżki sprzedaje Brazylii po stałej cenie – 3 dolarów za megawatogodzinę (MWh). Dziś Brazylia odsprzedaje tę energię u siebie w kraju za ok. 150 USD za MWh. Ale co jeszcze ciekawsze kontrakt został podpisany w 1973 roku na 50 lat. Zatem jeszcze przynajmniej przez 10 lat Brazylia będzie otrzymywała jedną piątą całej zużywanej przez siebie energii niemal za darmo, co zapewne jeszcze bardziej przyczyni się do jej gwałtownego rozwoju. Autorem kontraktu po stronie paragwajskiej był wieloletni dyktator wojskowy – Alfredo Stroessner. Po obaleniu jego 35-letniej dyktatury w 1989 roku, udał się on do… owszem, Brazylii, gdzie zmarł przed kilkoma laty.

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Niemniej jednak zapora Itaipu jest kluczowym skarbem Paragwaju.  Drugi najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, otoczony przez wiecznie zaborcze Argentynę i Brazylię ma zapewnione bezpieczeństwo energetyczne w nieskończoność i stałe wpływy do budżetu. Przy odrobinie szczęścia i wyzwoleniu się z okowów łapówkarstwa za dziesięć lat być może uda się renegocjować umowę i zyskać nieco więcej dla kraju.

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Itaipu nie jest piękne. Piękne były zapewne wodospady Saltos del Guairá. Dziś rejon Itaipu przypomina raczej osady zdewastowanej przyszłości rodem z Mad Maxa niż piękno dzikiej przyrody. Niedaleko mu do obrzydliwych argentyńskich roponośnych miast środkowej Patagonii, takich jak Las Heras czy Pico Truncado – prawdopodobnie najbrzydszych miast na świecie. Rozlega się tu ciągły, jednostajny, świdrujący umysł dźwięk generatorów, a po horyzont ciągną się wysokie na kilkadziesiąt metrów transformatory przetwarzające największą ilość prądu na świecie.

Nie wiem, co o tym myśleć. Trudna sprawa.

.

——————————————

Dla poprawy nastroju nieco ładnego Paragwaju można zobaczyć tutaj:

Paragwaj wschodni

.

Science-fiction

Dawno dawno temu była sobie Nibylandia. Jeszcze 100 lat temu Nibylandia była zamieszkana niemal wyłącznie przez rdzennych Niblandczyków. Ale świat rozszerza się znacznie szybciej niż wszechświat i do Nibylandii zaczęli napływać imigranci. Początkowo głównie słynący z zaangażowania robotnicy z Indii sprowadzani do pracy na farmach. Z czasem Hindusi zaczęli sprowadzać rodziny. Jednocześnie w Indiach powoli zaczęła roznosić się wieść o rajskiej, niezatłoczonej Nibylandii, gdzie każdy może zrealizować swój obywatelski sen.

Przybyło jeszcze więcej Hindusów. Z czasem hinduscy imigranci zaczęli odchodzić od pracy na farmach i zajęli się tym, w czym – obok Chińczyków – są chyba najlepsi na świecie. Zaczęli otwierać małe biznesy – sklepy, sklepiki, pralnie, apteki. Mając niewątpliwą smykałkę do interesów, zaczęli także skupować i dzierżawić ziemię. W przeciwieństwie do rodowitych Niblandczyków, których myśl rzadko wybiega dalej niż za jutrzejszy obiad. W pierwszej połowie XX wieku za grosze, a często po prostu za skrzynkę piwa albo hinduskie fatałaszki imigranci wykupili lub wydzierżawili na kilkadziesiąt lat ziemię aż po horyzont.

Po wielu latach spędzonych w Nibylandii doczekali się także obywatelstwa. I prawa wyborczego.

W międzyczasie, niemal niepostrzeżenie, pielęgnując tradycyjny model rodziny 2+12 Hindusi stali się większością obywateli.

I nadszedł wreszcie rok zerowy. Głosami mniejszości, która nie wiedzieć kiedy stała się większością po raz pierwszy wybrano rząd, w którym przeważali Hindusi. I choć premierem został Dr Dobroduszny – rodowity Niblandczyk, to jasne było, że opowiadał się on za zwiększeniem przywilejów dla nowej większości.

To przepełniło kielich, a mleko wylało się wraz z kąpielą. Generał Surowy w okamgnieniu zwołał amię i wyrzucił Dr Dobrodusznego oraz cały jego hinduski rząd na pysk. Świat protestuje, Australia rwie włosy z głowy, Indie grożą bombardowaniem Niblandczyków łajnem wszystkich świętych krów, ONZ wydaje rezolucje 512 przecinek 16, a Brytyjska Wspólnota Narodów zastanawia się czy nie zawiesić niesfornego członka w prawach członka. Ale czy można wyrzucić tak ważne państwo jak Nibylandia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów? Przecież oni tak kochają rugby!

Generał Surowy nie jest jednak Generałem Samo Zło i chce tylko dobra Niblandczyków, więc wkrótce ustępuje i przechodzi na mniej eksponowane stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych, trzymając odbezpieczony pistolet w kaburze. Tysiące Hindusów sprzedają swoje sklepiki i majątki i emigrują do Australii (Nibylandia 2030??).

Tymczasem nowy rząd sporządza konstytucję gwarantującą większość w parlamencie Niblandczykom, a po kilku latach premierem w uczciwych wyborach zostaje Generał Surowy. Ale lata lecą i po niemal dekadzie premierem po raz pierwszy zostaje Hindus – Pan Szanowany. Pan Szanowany szybko kończy jak Dr Dobroduszny, a władzę znów przejmuje wojsko, dzierżąc ją twardo po sądny dzień.

Koniec.

———   * * *  ————   * * *  ————   * * *  ————–

Fikcja na żywo

Jak bardzo fikcyjna jest Nibylandia i rok zerowy?

Czy to Stany Zjednoczone 2020? Holandia 2018? Wielka Brytania 2016?

Niezupełnie. To Fidżi 2011.

Dyktatura pod palmami

Dyktatura pod palmami

W ciągu ostatnich 20 lat turystyczny raj na Pacyfiku przeżył 5 wojskowych zamachów stanu oraz kilka pomniejszych nadszarpnięć demokracji. Pierwszy przewrót odbył się już w 1987 roku. Hindusi stali się wówczas większością obywateli, a Dr Dobroduszny, a w zasadzie Dr Bavadra wyleciał ze stanowiska szybciej niż zdążył uformować hinduski rząd.

Od tamtego czasu władzę w kraju co kilka lat przejmuje wojsko, grożąc palcem, prostując sytuację i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. Co ciekawe w międzyczasie demokracja działa w miarę normalnie, więc premierzy wyrzucani na pysk skarżą się do Sądów Najwyższych i Apelacyjnych, które na zmianę przyznają im rację bądź gnają, gdzie pieprz rośnie.

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Dwa lata temu sprawy zaszły jednak za daleko, a Sąd Apelacyjny wzorem dobrze nam znanych Sądów Lusterkowych i innych Trybunałów uznał, że „wojskowy zamach stanu z 2006 roku był niekonstytucyjny”, w związku z czym trzeba jednak odwołać urzędującego wojskowego premiera.

I co? I Sąd Apelacyjny wyleciał na zbity pysk raz na zawsze, a wraz z nim WSZYSTKIE INNE SĄDY I SĘDZIOWIE. Od 2009 roku wojskowi rządzą na dobre, niczym się nie przejmując i de facto pilnując porządku.

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Niblandzka dyktatura wojskowa przeciętnemu obywatelowi w niczym nie przypomina jednak stereotypowej dyktatury. Nikomu nie dzieje się krzywda, w zamachach nikt nie ginie, Hindusi emigrują, jeśli chcą, a ci, którzy nie chcą, nadal dzierżą ok. 90% gospodarki, której to własności nikt im nie odbiera. Fidżyjczycy polityką raczej się nie interesują i spotkaliśmy tylko jednego, który miał sprecyzowane zdanie i orientował się w bieżących wydarzeniach. Skądinąd popierał on opcję wojskową, która „trzyma kraj żelazną ręką i nie pozwala imigrantom przejąć władzy w nie swoim kraju”. Wielu z nich pamięta jednak, że Hindusi wydzierżawiali setki hektarów na długie lata za naręcze ciuchów czy lampę naftową.

Jeśli chodzi o turystów, to większość nawet nie wie, że krajem rządzi wojsko. Biznes turystyczny jednoczy miejscowych chrześcijan, hindusów i muzułmanów, a pieniądz nie zna religii. Wszyscy jednogłośnie krzyczą Bula!

Ale dyktatura to jednak dyktatura. Prawda? I do tego konstytucyjne ograniczenie praw wyborczych gwarantujące jednej nacji parytet większościowy w parlamencie. Jawna dyskryminacja ze względu na rasę.

Ale czy można się Fidżyjczykom dziwić? To nie oni sprowadzili tu pierwszych Hindusów, a Brytyjczycy, którzy skolonizowawszy kraj ponad 100 lat temu zaczęli sprowadzać tanią siłę roboczą do pracy na farmach. Doprawdy trudno turyście rozstrzygać takie dylematy.

A ryby polityką się nie interesują

A ryby polityką się nie interesują

Po zamachu sprzed dwóch lat Komandor Groźny, a w zasadzie komandor Bainimarama zapowiedział, że demokratyczne wybory odbędą się „najpóźniej w 2014 roku”. Ostatnio stwierdził jednak, że w kraju panuje ład i chyba nie będzie takiej potrzeby.

Brytyjska Wspólnota Narodów ostatecznie zdecydowała się zawiesić Fidżi w prawach członka, więc najbliższy kongres nie na Pacyfiku, a najpewniej na Malediwach.

.

Dyktatura doskonała

Dziś politologiczna ciekawostka.

W Singapurze panuje demokracja. Nominalnie. Faktycznie jednak kraj ten jest w zasadzie systemem autorytarnym. Rządząca partia kontroluje wszystkie media, a wolna prasa i telewizja nie istnieją. Mimo że kraj teoretycznie jest wolny, krytyka władzy szybko kończy się w sprawnie działających sądach, gdzie opozycjoniści kolejno bankrutują po orzeczeniu horrendalnych odszkodowań pod zarzutem zniesławienia.

Sąd Najwyższy w Singapurze - tu kończą nadgorliwi opozycjoniści

Sąd Najwyższy w Singapurze - tu kończą nadgorliwi opozycjoniści

Rządźcie się sami

A zaczęło się skromnie. Po odzyskaniu niepodległości w 1963 r. Singapur przyłączył się do niedawno powstałej Federacji Malezji, obejmującej oprócz Malezji, także autonomiczne prowincje Borneo – Sarawak i Sabah. Jednak już 2 lata później Singapur wyleciał z Federacji z wielkim hukiem, wyrzucony przez ówczesnego premiera Malezji, po wnoszeniu oskarżeń o dyskryminację Chińczyków, którzy w tym kraju stanowią większość.

Od tamtej pory, nieprzerwanie przez ponad 40 lat, zarządzany jest żelazną ręką przez jedną partię – Partię Akcji Ludowej. Pod jej przywództwem Singapur przeszedł niesamowitą metamorfozę i z przeciętnego miasta i zwykłego portu stał się drugim najbardziej rozwiniętym państwem Azji, po Japonii i jednym z największych portów świata.

W Singapurze nawet Chinatown świeci czystością. Niestety również całkowitym brakiem ducha.

W Singapurze nawet Chinatown świeci czystością. Niestety również całkowitym brakiem ducha.

Chińczycy mieszkający w Malezji, która jest znacznie bardziej demokratyczna i zarządzana głównie przez Malajów, po cichu lubią mówić, że gdyby Chińczycy rządzili także Malezją, to byłoby tu jak w Singapurze.

Demokratyczna pułapka

Ale nie ma nic za darmo.

Wyjątkowo skomplikowana ordynacja wyborcza i brak wolnych mediów sprawia, że partiom opozycyjnym jeszcze nigdy nie udało zdobyć żadnego mandatu w liczącym 87 miejsc parlamencie. Kilkakrotnie władza z litości dopraszała jednego lub dwóch opozycjonistów, żeby nie było, że w parlamencie siedzi tylko PAL.

Liderem Partii Akcji Ludowej i premierem Singapuru przez ponad 30 lat był Lee Kuan Yew. Od 2004 r. najdziwniejszą demokracją świata rządzi jego najstarszy syn – Lee Hsien Loong.

Wejdziesz na trawnik i po Tobie

Wejdziesz na trawnik i po Tobie

System wyborczy w Singapurze to twardy orzech. Kilka dni zajęło mi ustalenie, jak to możliwe, że opozycja notorycznie zdobywa 30-40% głosów w wyborach, ale jeszcze nigdy nie zdobyła ani jednego miejsca w parlamencie.

Bardzo skomplikowana singapurska ordynacja wyborcza ewoluowała przez lata. W skrócie można powiedzieć, że w kraju tym obowiązuje ordynacja większościowa działająca niemal jak okręgi jednomandatowe. Kraj podzielony jest na kilkanaście okręgów, w których wybiera się nie jednego, ale całe pakiety posłów – najczęściej szóstkami. Z danego okręgu awansuje więc nie sześciu kandydatów z największą liczbą głosów, ale sześciu kandydatów z jednej partii, która zdobyła najwięcej głosów.

„Wszystko albo nic”, jak mówiono, tworząc ten system. Miało to zapobiec niesterowności państwa. A skończyło się na zapewnieniu 100-procentowej wybieralności jednej partii przez 50 lat.

Wyłom

Zresztą do osobliwej ordynacji dochodzi jeszcze szereg innych wymogów, które musi spełniać wystawiona lista sześciu kandydatów, aby w ogóle zostać zarejestrowana. Między innymi muszą oni odzwierciedlać różnorodność etniczną kraju i wywodzić się z różnych środowisk. Tak surowe wymogi często sprawiały, że w wielu okręgach wyborczych startowała Tylko Jedna Prawidłowa Szóstka. Ale to się zmieniło.

Marina Bay - finansowe centrum Singapuru

Marina Bay - finansowe centrum Singapuru

Podczas naszego pobytu w Singapurze, odbyły się akurat najbardziej przełomowe wybory w historii tego kraju. W 2011 r. opozycja dzięki Internetowi, który jako jedyne medium w Singapurze jest naprawdę wolny, zyskuje coraz silniejszą pozycję i po raz pierwszy udało jej się nawet zdobyć jedną Szóstkę w parlamencie. Nie jest to wiele, ale opozycja świętuje największy sukces w historii, a w mediach, nawet światowych, mówi się już o przełomie i wyrwie w systemie singapurskim.

A przed wyborami gazety i telewizja były po prostu pełne premiera. „Nie demontujmy świetnie działającego systemu”, „Najsprawniejsza demokracja świata” krzyczały nagłówki z każdej strony, sukces gonił sukces, a plany rosły jeszcze ambitniejsze.

Zupełnie jak w niektórych krajach europejskich.

.

———————————————–

P.S. który miał nawet być wpisem

Być może zastanawiacie się, jakim cudem po raz kolejny katujemy Was jakimś zaprzeszłym wpisem z Singapuru, skoro ostatnio niemal przez miesiąc przemierzaliśmy Borneo, a teraz już od jakiegoś czasu badamy Celebes.

Otóż spędziwszy ponad tydzień na fantastycznym Derawanie, całe dnie pławiliśmy się w rozkoszach pływania z żółwiami albo podglądając leniwie płynące rybackie życie Indonezji. Wieczorami natomiast, nie dysponując nawet piwem, mieliśmy sporo czasu. Więc w przerwach między egzystencjalnymi dywagacjami a towarzyszeniem młodym żółwikom w odnajdywaniu drogi do morza, korzystając z okazjonalnych dostaw prądu, zabijaliśmy nudę wspominkami.

I z tych oto wspominków uzbierało się parę wpisów, które w najbliższych dniach będą się ukazywać pod naszą nieobecność.

We wspominkach nie udało nam się jednak sięgnąć myślami Malezji kontynentalnej. Kraj, jak wszystkie inne, ciekawy, więc i pisać można by wiele. Może innym razem.

Dziś tylko to, co w kontynentalnej Malezji najciekawsze – zielone dywany herbacianych wzgórz Cameron Highlands. W postaci obrazkowej.

.

Cameron Highlands, Malezja

.

P.P.S. A jeśli się nie zastanawiacie, dlaczego katujemy was starzyzną, to powinniście częściej zaglądać, gdzie się aktualnie znajdujemy.

.

W żelaznym uścisku

Wojskowa dyktatura w Birmie to zdecydowanie najbardziej restrykcyjny dla obywateli i destrukcyjny dla kraju system z jakim się dotychczas spotkaliśmy. Militarna junta uwłaszcza się, gdzie tylko może, morduje mniejszości narodowe w połowie kraju i kradnie na potęgę, stawiając pałace generałom. Obecnie wojskowi w białych rękawiczkach udają cywilów i próbują zainstalować się w nowo powoływanych instytucjach na długie lata.

Ponad dwa razy większa od Polski Birma to największy kraj Azji Południowo-Wschodniej. Jej turystyczny potencjał zdecydowanie przyćmiewa pozostałe kraje regionu, jednak w większości pozostaje zamknięty dla świata i niewykorzystany

Ponad dwa razy większa od Polski Birma to największy kraj Azji Południowo-Wschodniej. Jej turystyczny potencjał zdecydowanie przyćmiewa pozostałe kraje regionu, jednak w większości pozostaje zamknięty dla świata i niewykorzystany

Birma to obok Indii niewątpliwie najbiedniejszy kraj Azji. Jednak o ile w Indiach, zamieszkiwanych przez ponad 1,2 mld ludzi trudno się dziwić zaistniałej sytuacji, to Birma powinna być turystycznym prymusem Azji Południowo-Wschodniej. Na północy – przednóża Himalajów wysokie niemal na 6 000 metrów, Bagan i Inle w centrum, prowincje tętniące wieloetnicznym kolorytem niemal wszędzie dookoła, a na południu najdłuższe wybrzeże Morza Andamańskiego w Azji i kilkaset razy więcej wysp niż w Tajlandii czy Malezji razem wziętych. Niestety trzy z czterech wymienionych atrakcji są całkowicie niedostępne dla turystów i pewnie jeszcze długo nie będą.

Jedno Wielkie Chinatown

Tymczasem wojskowi idą na łatwiznę i głównych przychodów kraju upatrują w rabunkowej gospodarce lasów i bogactw naturalnych, lawinowo wyprzedawanych Chińczykom. Chiny już 5 lat temu były w posiadaniu 60% gospodarki Birmy, a tylko w 2005 r. zainwestowały ponad 200 mln USD w pomoc infrastrukturalną dla tego kraju.

Jadąc z Yangonu do Kalaw przez pół dnia mijaliśmy wielki plac budowy. Powstają nowe drogi, majestatyczne pałace i zielone ogrody. Mając takiego sojusznika jak Chiny, junta niewiele sobie robi ze ścisłego embarga, jakim obłożyły ją Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Znając jednak chiński sposób strategicznego myślenia obliczony co najmniej na dziesięciolecia, Birmie można raczej tylko współczuć.

Każdy przejazd pociągu bardzo widowiskowym i zarazem strategicznym wiaduktem Gokteik jest nadzorowany przez wojskowych z karabinami

Każdy przejazd pociągu bardzo widowiskowym i zarazem strategicznym wiaduktem Gokteik jest nadzorowany przez wojskowych z karabinami

Birmańscy handlarze jadeitu, z którymi pewnego razu jechaliśmy stopem, twierdzą, że ich kraj to pierwsza na świecie Nieogłoszona Jeszcze Prowincja Chin. Drugie największe miasto w tym kraju – Mandalay przez znaczną część Birmańczyków nazywane jest po prostu Chinatown. Tymczasem na północy kraju język chiński jest już przeważający, a np. w mieście Mong La podstawową walutą rozliczeniową jest chiński yuan.

Realizując Idee Fix

Jak się jednak okazuje wielkie place budowy, które realizowane są przy jedynej turystycznej drodze, to jedynie prowadzone z bizantyjskim rozmachem mydlenie oczu zagranicznym turystom i najnowszy genialny pomysł grupy generałów – nowa stolica kraju wybudowana w szczerym polu, przeznaczona wyłącznie dla instytucji rządowych.

Relatywnie wysokie zarobki żołnierzy i gwarancja dostatniego życia kuszą wielu młodych i ambitnych Birmańczyków

Relatywnie wysokie zarobki żołnierzy i gwarancja dostatniego życia kuszą wielu młodych i ambitnych Birmańczyków

Tłumacząc się zbytnim zatłoczeniem Yangonu, wojskowi kosztem miliardów dolarów niemal na środku pustyni wybudowali wielkiego betonowego molocha – Naypyidaw. W rzeczywistości to miasto-twierdza ma prawdopodobnie uchronić ich przed ewentualnymi rewolucjami i zapobiec utracie władzy. Miasto, w którym według oficjalnych danych żyje ponad 925 tys. osób, zostało zaprojektowane wyłącznie jako siedziba państwowych urzędników i wojskowych.

Birmańska rzeczywistość zdecydowanie przerasta jednak orwellowskie i kafkowskie wizje. Według starannie zaplanowanego układu urbanistycznego wybudowano np. 1 200 czteropiętrowych budynków przeznaczonych dla urzędników ministerialnych. Przydzielane i zamieszkiwane są one zgodnie z zajmowanym stanowiskiem i stanem cywilnym. I tak na przykład w budynkach z zielonymi dachami mieszkają pracownicy Ministerstwa Rolnictwa, a w tych w kolorze niebieskim – Ministerstwa Zdrowia. Generałowie i wojskowi oczywiście w dzielnicy willowej.

Nocny przejazd z Yangonu w jakimkolwiek kierunku na północ, daje doskonałą sposobność do obserwowania tego cyrku. Podświetlane fontanny i kaskady świateł wokół pięknych willi sprawiają wrażenie birmańskiego Las Vegas.

Pomysły w stylu miasta na pustyni nie są nowością, a birmańscy wojskowi mają długą tradycję genialnej myśli strategicznej. W 1970 roku bez żadnego uprzedzenia władze postanowiły zmienić obowiązujące przepisy ruchu drogowego i z dnia na dzień ruch lewostronny, będący pozostałością po brytyjskiej kolonizacji, zastąpiono prawostronnym.

Sęk w tym, że nawet dziś większość samochodów w Birmie albo pochodzi sprzed 1970 roku, albo są to wraki sprowadzane z Tajlandii bądź Japonii – w obydwu przypadkach z kierownicą po prawej stronie. Nawet większość autobusów ma kierownicę po lewej stronie, a Birmańczycy jeżdżą i wyprzedzają, tylko okazjonalnie zwracając uwagę na nadjeżdżające z naprzeciwka pojazdy.

Zamordyzm w sieci

Internet w Birmie to dobro rzadkie i bardzo zakazane. Ministrem telekomunikacji jest syn generała, podobnie jak szefem jedynego  dystrybutora telekomunikacyjnego w kraju.

W tym ponad 50-milionowym kraju zaledwie 400 tys. korzysta z Internetu i raczej nieprędko to się zmieni. Posiadanie routera lub modemu bez rządowego zezwolenia to przestępstwo zagrożone więzieniem.

W kraju pączkują co prawda kawiarenki internetowe, w większości korzystające z serwerów proxy i umożliwiające używanie Gmaila czy Facebooka, ale wojskowi w każdej chwili mogą odciąć sieć. Tak stało się na przykład w 2007 roku podczas tzw. Szafranowej Rewolucji, czyli powstania mnichów, gdy władze wyłączyły Internet w całym kraju, twierdząc, że nastąpiło przerwanie podmorskiego kabla.

Zresztą nawet teraz Internet poza stolicą i Mandalay działa często tylko w godzinach 7-9 i 19-21.

Większość przygranicznych prowincji jest stale kontrolowana przez wojsko w obawie przez kolejnymi powstaniami

Większość przygranicznych prowincji jest stale kontrolowana przez wojsko w obawie przez kolejnymi powstaniami

Czujne oko Wielkiego Brata

Birmańczyków cechuje buddyjska cierpliwość. Ci, z którymi jeździliśmy stopem, nie ukrywali, że większość boi się kul, więc cierpliwie czekają.

Co innego mniejszości narodowe. Shan, Kayah, Kachin. Ci nie chcą czekać, a w ich prowincjach co kilka miesięcy wybuchają niewielkie powstania. Przedstawiciele tych mniejszości otwarcie mówią, że wojsko powinno pilnować granic, a nie panoszyć się im pod domem. Jednak liczba żołnierzy i jednostek wojskowych np. w prowincji Shan jest zatrważająca.

Na drogach często poustawiane są posterunki wojskowe, które skrupulatnie sprawdzają miejscowych i cierpliwie spisują turystów. Fakt faktem posterunkowi raczej generałami nie zostaną, bo np. spisując nasze paszporty w większości skupiali się na Mr Rafal, co posłusznie podpisywałem.

Podczas największych jak do tej pory protestów na rzecz demokracji, zainicjowanej przez mnichów tzw. Szafranowej Rewolucji, zginęło kilkuset mnichów, a ponad 6 tys. osób zostało aresztowanych

Podczas największych jak do tej pory protestów na rzecz demokracji, zainicjowanej przez mnichów tzw. Szafranowej Rewolucji, zginęło kilkuset mnichów, a ponad 6 tys. osób zostało aresztowanych

Jednak tajniacy pracują już dużo lepiej. Pewnego dnia w Mandalay wdaliśmy się w dłuższą dyskusję z młodym mnichem. Przypadek nierzadki, bo Birmańczycy gdy tylko mogą, chętnie ćwiczą angielski. Ten mnich jednak, korzystając z okazji, chciał również jak najwięcej dowiedzieć się o świecie i opowiedzieć nam o swoim kraju.

Był jednym z aktywnych uczestników demonstracji przeciwko juncie wojskowej 3 lata temu, a kilku z jego bliskich znajomych zostało wówczas zamordowanych. Gdy tak rozmawialiśmy już dobre 2 godziny i akurat opowiadał nam o permanentnej inwigilacji mnichów, „dwóch birmańskich turystów” właśnie postanowiło pooglądać freski bliżej nas. Ci dwaj cały czas kręcą się w pobliżu świątyni, bacznie nadstawiając ucha. Niewiele później podeszli do nas i udając szacunek wobec mnicha, wymienili z nim kilka zdań. On ze względu na swoją historię już od dawna jest na cenzurowanym, więc szybko zmieniliśmy temat.

Malowana demokracja

Tymczasem dziś Birma przechodzi transformację na naszych oczach. Pod koniec ubiegłego roku wybory wygrała nowo utworzona przez wojskowych „cywilna” partia, która jako jedyna była dopuszczona na listy wyborcze. W lutym tego roku pierwszym prezydentem tego kraju został Thein Sein – cywil, który mundur generała porzucił w kwietniu ubiegłego roku po kilkudziesięciu latach służby. Właśnie uchwalona konstytucja przewiduje, że może on pełnić stanowisko przez dwie 5-letnie kadencje.

Opozycja w Birmie praktycznie nie istnieje, a jej główna liderka – Aung San Suu Kyi 15 lat przesiedziała w areszcie domowym. Po ubiegłorocznych wyborach zakończonych przytłaczającym zwycięstwem nowej „cywilnej” partii, Suu Kyi została wypuszczona, ale czy znajdzie ona w sobie siłę, by w wieku 64 lat jeszcze raz zaczynać wszystko od zera?

To nie jest kadr z filmu z lat 30-tych, tylko tak w XXI wieku buduje się drogi w Birmie

To nie jest kadr z filmu z lat 30-tych, tylko tak w XXI wieku buduje się drogi w Birmie

Korzystając z silnej pozycji, generałowie uwłaszczają się i rozkradają kraj na potęgę. W najlepszej chłodnej okolicy pobrytyjskiego kurortu górskiego Pyin-OO-Lwin, wojskowi utworzyli prywatną strefę ogrodzoną murem, za którym powstają majestatyczne wille i pałace. Dzieci generałów oczywiście wyjeżdżają na studia do Londynu lub Ameryki.

Tymczasem większość Birmańczyków żyje w nędzy, kobiety budując drogi, noszą kamienie na głowach, a dzieci w wioskach wypalają cegły na słońcu.

.

———————————————————

A na koniec zapraszamy na film prezentujący birmańską technologię budowania dróg.

.

.