Category Archives: Nepal

Nowa zoolandia

Kilka miesięcy temu bardzo chcieliśmy napisać Wam o rzeczy wyjątkowo ważnej, tj. o podejściu do dzikiej przyrody i zwierząt w ogóle w Azji.

Miało być o maltretowanych słoniach w Wietnamie i Nepalu i żeby na nich nie jeździć. Miało być o tygrysach faszerowanych środkami nasennymi na potrzeby fotki z turystami w Tajlandii i żeby Świątynię Tygrysów omijać z daleka. Miało być o psach w Chinach i Indonezji zatłukiwanych bestialsko pałką w restauracjach, żeby ich mięso było soczyste, a adrenalina i stres wydzielane do mięśni zwierzęcia podczas maltretowania zapewniły dobre zdrowie Chińczykom i żeby dwa razy zastanowić się przed zamówieniem kota czy psa w Guangdong.

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Miało być o skorupach chronionych żółwi, które można dostać spod lady na Borneo na pamiątkę i żeby nie chodzić do delfinariów, gdzie delfiny żyją trzy razy krócej niż na wolności i niejednokrotnie popełniają samobójstwa, postanawiając po prostu przestać oddychać. Miało być o płetwach rekina, na które popyt na szybko bogacącym się chińskim rynku rośnie zatrważająco, a setki tysięcy rekinów w Indonezji, na Filipinach i połowie Pacyfiku jest łapanych tylko po to, by odciąć im płetwy i wrzucić z powrotem do morza, gdzie powoli opadają na dno, wciąż żyjąc nim zgniecie je potworne ciśnienie.

Indonezyjskie graffiti w Dżogdżakarcie

Miało być o wielu podobnych rzeczach, o których nie było, bo na zawsze utknęły w katalogu nienapisanych wpisów.

Ale przy okazji Nowej Zelandii może być o czymś zupełnie odwrotnym, czyli o wzorowym podejściu do dzikiej przyrody. To jak Nowozelandczycy traktują swoje Parki Narodowe, a często nawet zwykłe łąki i klify w okolicy średniej wielkości miast, zasługuje nie tylko na pochwałę, ale i na pomnik.

Pingwiny żółtookie gniazdują kilka kilometrów od Moeraki, a klify, które upatrzyły sobie na siedliska oddzielone są od cywilizacji szczelną siatką. Do zwierzaka można podejść, zajrzeć niemal w oko, ale trzeba uważać, żeby go nie zestresować, bo pójdzie w siną dal.

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Plaże w Catlins ludzie dzielą z fokami i lwami morskimi, ale jeśli akurat w tym sezonie matka wybierze sobie na legowisko wydmy przy ścieżce na plażę, to serdecznie Państwu dziękujemy, przejścia nie ma. Na plażę proszę jechać 500 metrów dalej. Tu mieszka lew morski.

Jeśli na Półwyspie Otago jest miejsce, gdzie CODZIENNIE o zachodzie słońca z łowisk powraca stado 50-100 pingwinów niebieskich, będących skądinąd najmniejszymi pingwinami świata, to owszem, można podejść, popatrzeć, ale nie bliżej niż 10 metrów, żeby maluchów nie denerwować. I broń boże pstrykać foty z fleszem!

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

W zasadzie strażników nie ma, jak by się uparł, pingwinka można by wziąć nawet w rękę, ale przecież mamy „honour system”. Są znaki, tablice informacyjne o cyklu rozrodczym, trybie życia i żeby maluchom nie szkodzić, jeśli łaska. I jakoś człowiek aż boi się przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi a nami.

Kilka kilometrów dalej na klifach daleko wypuszczonych w morze gniazdują albatrosy. I jest to jedyna kolonia tych ptaków w zamieszkałym świecie. Przepiękne ptaki, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej 3 metry szybują majestatycznie nad oceanem i głowami ciekawskich turystów, a obok znajduje się ośrodek badania i monitorowania ich zwyczajów. Za 40 dolarów można wykupić wycieczkę do gniazd albatrosów i podpatrywać, jak wysiadują jaja i karmią młode, ale można też po prostu stanąć na klifie i czekać aż będą przelatywać tuż nad głowami, dostojnie wracając ze swoich łowisk.

Co ciekawe, wszystkie, ale to wszystkie z wymienionych atrakcji świata zwierząt w Nowej Zelandii można podziwiać za darmo. Żadnych opłat za wejście do rezerwatu, Parku Narodowego, zdjęcie uśmiechniętego pingwina. Czasem tylko skrzynka zachęcająca do wrzucenia dotacji na wsparcie wysiłków konserwatorów przyrody. Aż żal nie dać.

Albatros nad Otago

Albatros nad Otago

Nawet z delfinami w Bay of Islands, na Półwyspie Banks czy Marlborough Sounds można by pływać bez problemu, nie wydając 150 dolarów za wycieczkę, gdyby miało się własną piankę i transport wodny. Proszę wsiąść na żaglówkę i droga wolna.

Podobnie z wielorybami u wybrzeży Canterbury, nieopodal Kaikoury. Wystarczy wskoczyć na łódkę i poszukać swojego humbaka. Tylko ostrożnie, bo może zmiażdżyć łódź!

Czyli jednak można normalnie.

.

A najwięcej dzikich zwierząt w Nowej Zelandii widzieliśmy chyba w prowincji Otago na Wyspie Południowej:

Otago, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Scenariusz nienapisanych wpisów – Nepal

Żeby wszystko było jasne. Wiem, że jesteśmy na Filipinach. Wiem, że miało być o Chinach. Ale tak się akurat składa, że właśnie siedzimy pod palmowym dachem knajpki na przepięknym Palawanie, sącząc lokalne piwko San Miguel i zebrało nam się na wspominki.

W tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, taaak i niepowtarzalnych uzmysłowiliśmy sobie, że jednak musimy się z Wami podzielić pewnymi smaczkami, które tak często nam uciekają. Nasza podróż ma to do siebie, że w zasadzie chcielibyśmy publikować przynajmniej jeden wpis dziennie, a czasem przydałoby się, żeby i dwa. Oczywiście na to nie możecie liczyć, bo po pierwsze jesteśmy na wakacjach, a po drugie podróżowanie jest na tyle zajmujące, że nawet nie ma kiedy tego pisać.

W związku z tym możemy pójść na kompromis i napiszemy, o czym nie napiszemy. Dziś rozpoczynamy cykl Nienapisanych Wpisów, który choćby w kilku żołnierskich słowach będzie przedstawiał co ciekawsze spostrzeżenia i obserwacje z poszczególnych krajów.

A zatem Nepal:

Katmandu – backpackerska stolica świata

Nie będzie relacji z niezwykłego miasta, w którym spokojnie można przepaść na tydzień albo i dwa, dając się porwać lokalnej bądź backpackerskiej atmosferze.

Świątynia w Katmandu

Czasem ciężko wyjść poza sam Thamel, gdzie w tysiącach małych sklepików istniejących tylko dla turystów można kupić wszystko, czego dusza zapragnie, a resztę zrobić na zamówienie. Tuż obok, w bocznych uliczkach tętni prawdziwe życie, a niezliczone jedno- i dwuosobowe szwalnie, garbarnie, ubojnie i zakłady muzyczne zaopatrują wszystkich detalistów. Że o milionie restauracji, kawiarenek i barów nie wspomnę. Tu również można dać się zaprosić na przepyszną nepalską herbatkę z mlekiem, a przy odrobinie szczęścia poznać jakiś przemiłych Nepalczyków, która to znajomość może przetrwać lata.

fałszywy sadhu w Katmandu

Tymczasem poza Thamelem Katmandu również jest pasjonujące. Ze swoim starym miastem, niezliczonymi często nieodkrytymi świątyniami czy obleganą, acz nadal wartą zobaczenia Świątynią Małp, z której rozpościera się widok na całe miasto. No i kilka, jeśli nie kilkanaście okolicznych miast i miasteczek, których w większości nie zdążyliśmy nawet zobaczyć, a w których spotkać można m.in. prawdziwych joginów i sadhu.

Wesoły autobus

Nie będzie również nawet słowa o transporcie w Nepalu, który jest niezwykłą przygodą nawet dla ludzi o niewygórowanych oczekiwaniach dotyczących bezpieczeństwa i bardzo elastycznym podejściu do własnej przestrzeni życiowej.

wesoły autobus

Autobusowe wraki, pamiętające Jimiego Hendrixa i pierwsze lądowanie na Księżycu, tylko dla zmyły posiadają 25 miejsc, bo ich ładowność jest nieograniczona, a 25 osób zabierają na dachu. My z Katmandu do Dhunche (110 km – 9 godzin) jechaliśmy z ok. 80 pasażerami, rozłożonymi na obu poziomach.

w nepalskim autobusieInnych atrakcji też nie brakuje, bo jeśli akurat nie przytrzymujemy komuś niemowlaka lub worka pietruszki, to wpychamy w uszy stopery, żeby nepalski folk lub co gorsza pop nie rozsadził nam uszu. Autobus staje co 500 metrów, bo co i rusz wsiada seler, wysiadają kurczaki, pakuje się ryż albo wyskakuje brukiew. Zresztą dobrze, że w autobusach jest tak wesoło, bo przynajmniej odrywa to wzrok od bezkresnych przepaści i dróg, których nie ma.

.

Święta, święta

Nie napiszemy również, że Nepalczycy mają fioła na punkcie świąt i świętowania oraz że są najbardziej rodzinną nacją, jaką znamy. Nasz pobyt w tym kraju wypadł tuż po najważniejszym święcie w roku – Dasain i zbiegł się akurat z drugim najważniejszym – Diwali.

Hinduskie święto Diwali trwa 5 dni, z których każdy kolejny poświęcony jest innemu bogu lub bogini, mających zapewnić wszystko od pieniędzy i urodzaju po szczęście rodziny. Podczas każdego z dni świętują także różne zwierzęta, będące emanacją lub towarzyszami poszczególnych bóstw, w tym czasie mogące liczyć na szczególne względy. I tak np. Dzień Krowy poświęcony jest bogini bogactwa Lakshmi, a przed nim wypadają kolejno Dzień Kruka, Dzień Psa i Dzień Wołu.

Świętowanie Tihar

Ostatnim dniem Diwali jest drugi najważniejszy dzień w roku – Tihar, w którym to wszyscy mężczyźni udają się w rodzinne strony, by otrzymać błogosławieństwo od swoich sióstr. Podczas tych świąt najlepiej przekonaliśmy się, jak przyjaźni są Nepalczycy, bo wielokrotnie zostaliśmy potraktowani jak rodzina i nawet właściciel hotelu w Katmandu zaprosił nas do wspólnego świętowania.

Szczęśliwego 1131 Nowego Roku!

Ponadto w Dolinie Katmandu, której mieszkańcy posługują się kalendarzem  innym niż reszta Nepalu, nazywanym Nepal Sambat, podczas naszego pobytu przypadł akurat Nowy Rok, który tym samym stał się dla nas pierwszym Nowym Rokiem w tym roku.

Mówią na niego Jack

Niezwykła historia życia pewnego Nepalczyka, w którego losach odbija się zawiła i poplątana historia całego kraju i narodu. Człowieka, który ciężko pracuje od 13 roku życia, przez większość czasu utrzymując 5-osobową rodzinę i opłacając szkołę i studia dwóch starszych braci, a także swoje.

Historia o niezwykłym poświęceniu i oddaniu rodzinie, które sprowadziło się również do przepisania, na prośbę matki, ziemi starszemu bratu. Ziemi, na której stoją z mozołem wybudowane domki letniskowe, służące jako hotel w dżungli. A wszystko po to, by status społeczny najstarszego syna był na tyle dobry, by znaleźć mu żonę w ramach aranżowanego małżeństwa, które to małżeństwa nadal stanowią ok. 40% zawieranych związków w Nepalu.

W tle historia konfliktu wewnątrznepalskiego z maoistami, przez których cała rodzina musiała opuścić rodzinną wioskę i którzy wprost niemiłosiernie utrudniają życie w tym kraju uczciwym ludziom.

Wbrew wszystkiemu jeden z największych optymistów i patriotów, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy, nie ustaje w wysiłkach naprawiania świata. Dopłaca do nierentownego maleńkiego hotelu, w którym zatrudnia aż 6 pracowników tylko po to, żeby ich rodziny miały przynajmniej ryż do jedzenia na zimę. Ponadto opłaca szkołę podstawową pewnemu dwunastolatkowi, który w przeciwnym wypadku nie miałby najmniejszych szans na pomyślną przyszłość.

Takich wątków w życiu Jacka są dziesiątki, dlatego nie będziemy o nim pisać. O jego życiu mógłby powstać nie tylko wpis, ale cała książka.

.

—————————————

Więcej zdjęć z Nepalu można obejrzeć w nowej galerii.

Nepal

.