Category Archives: Peru

Rajskie ptaki

Zima w pełni, więc dziś zabieramy Was do Argentyny. Tej północnej, tropikalnej, gdzie lepkie powietrze obłapia Cię lubieżnie w dzień i w nocy. A gdzie upał i łatwość życia, tam i Oni.

Artesano. Apatrydzi z wyboru, bezpaństwowcy, których łączy jedno. Poczucie wolności.

Mogą pochodzić z Urugwaju, Brazylii, Argentyny, Kolumbii czy Meksyku, bo zamożne kraje mają bogatą historię młodych ludzi, ruszających w latynoski świat. Odkrywać, posmakować innego, żyć w drodze. Ale równie wielu artesano wywodzi się Ekwadoru, Peru, Gwatemali czy Hondurasu, gdzie zawsze istnieje droga do samoutrzymania przez rękodzieło. Szczególnie dla Indian.

Odrobina lata na zimowe wieczory

Odrobina lata na zimowe wieczory

Artesano to współcześni koczownicy. Na kontynencie, gdzie za dach nad głową wystarczy nieduża wiata albo cienki namiot, nie trzeba specjalnie troszczyć się o schronienie. Najczęściej parają się rękodziełem, ale bywają artystami ulicznymi, linoskoczkami czy żonglerami. W Puerto Iguazú, argentyńskim miasteczku położonym nieopodal najwspanialszych wodospadów na świecie, zamieszkaliśmy wśród artesano. W najdziwniejszym hotelu w ciągu całych dwóch lat.

Hotel należy do Harry’ego. Harry też był kiedyś artesano. Przez 30 lat. Pochodzi z Urugwaju i w ciągu tych 30 lat dojechał do Meksyku i z powrotem. Nie spieszył się zbytnio, bo lubi disfrutować.

– Lubię mentalność Brazylijczyków. Nikt tak się nie bawi – mówi. – Brazylię znam jako tako, chociaż za mało czasu tam spędziłem, by poznać ten kraj.

Łapacz snów - szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Łapacz snów – szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Harry w Brazylii mieszkał siedem lat. Dwa lata w Kolumbii, rok w Kostaryce. Trochę tu, trochę tam. Bywał pracownikiem najemnym i dorabiał w drodze jak bohaterowie w powieściach Steinbecka. Ale głównie zajmował się rękodziełem. Specjalizacja: metale i kamienie półszlachetne. Wędrowny jubiler można by rzec.

– Dlaczego teraz osiadłeś w Puerto Iguazú?

– Tak wyszło. Wydawało mi się to dobrym pomysłem. Przyjemny klimat, Paragwaj, Brazylia i Urugwaj pod ręką.

Kilka lat temu, nad niewielkim strumykiem Harry postawił swój szałas. Nikogo o nic nie pytał, o niego też nikt nie pytał. Z czasem szałas zamienił na podmurówkę. Wodę bieżącą miał na bieżąco. W argentyńskiej prowincji Missiones ogrzewania nie potrzeba, klimatyzację raczej. Dogadał się z sąsiadami i dziś ma już nawet prąd.

Harry to taki człowiek, wokół którego zawsze kręci się kilka osób. Teraz też jak magnes przyciąga współczesnych nomadów. Do swojego domku dostawił niewielką przybudówkę, gdzie stoi mały stolik i kuchenka na prąd, taka, która wyszła z użycia jakieś 30 lat temu. W przybudówce za pomocą zwykłych desek wydzielił dwa pokoiki, pomieszczenia raczej. Co prawda deski nie dochodzą do sufitu, ale zapewniają względną prywatność. Te dwa pokoje to teraz jego źródło utrzymania.

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców - środowisko naturalne latynoskich artesano

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców – środowisko naturalne latynoskich artesano

– Puerto Iguazú pędzi do przodu jak torpeda. Jeszcze sześć lat temu w okolicy nie było niczego – mówi Harry, wskazując budownictwo utrzymane w stylu art déco slums, pełzające po zboczach parowu nad strumykiem. – Może pójdę w turystykę. Jesteście już drugą parą gringos w moim hotelu. Lubię mochileros[1]. Są czyści, nie sprawiają problemów i płacą za pokój – śmieje się w głos.

Ale Harry ma miękkie serce, przyjmuje również artesano bez grosza przy duszy. Pedro mieszka w okazałym składziku tuż przed domem już od kilku tygodni, zapłacił może za trzy dni. Ten składzik to coś pomiędzy drewutnią, garażem, a pięknym tropikalnym bungalowem. Dwa dni pracy, miotła, kilka wiader wody i można by z niego zrobić apartament dla turystów żądnych przygody. Ale Harry nie ma takich ambicji.

– Nie mam serca go wyrzucić. To artesano. Sam żyłem tak przez 30 lat. Może jest trochę brudny i lubi wino, ale to wesoły gość. I od czasu do czasu przyprowadzi turystów albo innych artesano, którzy płacą za pokój – dodaje ze śmiechem.

To właśnie Pedro pokazał nam tę steinbeckowską oazę rodem z Tortilla Flat. Stał na światłach, nieudolnie żonglując kręglami, gdy spytaliśmy o radę.

Hola, amigo! Nie wiesz, gdzie tu możemy rozbić namiot bez kłopotów?

– Wiem, ale mam dla Was coś lepszego – odparł, zmierzywszy nas wzrokiem. – Własny pokój, kuchenka i bieżąca woda za 15 zł za dobę. Za pokój ma się rozumieć, nie za osobę. Chcecie zobaczyć?

Brzmiało nieprawdopodobnie w kraju, gdzie w najtańszym hostelu znalezienie pokoju za 100 złotych graniczy z cudem (więcej informacji znajdziesz tutaj). Ale i „hotel” okazał się nieprzeciętny. Prysznic zrobiony jest na drzewie. Z pokaźnej gałęzi zwisa obręcz hula hop, na której zawieszona jest kotara, a po gałęzi pełznie wąż, szlauch gumowy, pełniący rolę prysznica. Zamykasz się pod obręczą i kabina prysznicowa gotowa. Hotel i atmosfera taka, że Paulina nie chciała stąd wyjeżdżać.

… ciąg dalszy nastąpi…

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

****

Ale zanim nastąpi, już w najbliższy czwartek (ten za tydzień) zapraszamy wszystkich chętnych do posłuchania naszych opowieści z podróży. O jachtostopie i innych przygodach będziemy opowiadać, pokazując przy okazji jakieś zdjęcia w Teatrze Scena Lubelska na Pradze, towarzysząc amatorskim muzykom w koncercie haha!rytatywnym – https://www.facebook.com/events/183581821843834/185180821683934/?notif_t=plan_mall_activity . Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy!


[1] Czyt. „moczileros”, dosłownie „plecakowicz”, czyli nasz swojski backpacker.

Disfrutuj się życiem

Jest po hiszpańsku takie słowo. Nazywa się disfrutar.

Znaczy tyle co „cieszyć się z czegoś”, „radować”. Ale bardziej. Disfrutowanie jest podstawą egzystencji każdego Latynosa i nadrzędnym celem życiowym. Nieważne od statusu.

Disfrutuj się życiem

Disfrutuj się życiem

Disfrutują wszyscy. Disfrutują się krajobrazami, jedzeniem (nawet gdy jest niedobre), spotkaniem z rodziną i znajomymi. Disfrutują się chwilą.

Kiedyś w małym argentyńskim miasteczku, do którego nikt nie przyjeżdża, para w restauracji kupiła nam butelkę wina. Siedzieli przy stoliku obok, więc zagadnęli nas, bo ewidentnie nie wyglądaliśmy na miejscowych. A skąd, a dokąd, a czemu, a gratulujemy. I nawzajem. No to kielichy w górę i „za waszą podróż. Disfrutujcie się nią, bo jest piękna”.

Milioner Fernando, z którym przemierzyliśmy Patagonię i kilka razy wybraliśmy się razem na treking w okolicy El Chaltén, na szlaku w górach zaczepiał wszystkich Argentyńczyków. I Chilijczyków. Przystają, śmieją się, gadają. Trochę się niecierpliwimy, bo przecież przyszliśmy pochodzić po górach, prawda? Czy może jednak nie prawda, więc socjalizujmy się i disfrutujmy chwilą? Nawet w warsztacie samochodowym, Fernando skumplował się z mechanikiem podczas zmiany przebitej opony.

Gdy byliśmy w Santiago, nasz CouchSurfingowy gospodarz Agustin zwrócił nam uwagę na pewną zaskakującą rzecz. Przejechał kiedyś niemal całą Europę. I zasmucił się, że na starym kontynencie wszyscy jacyś tacy smutni. Nie odzywają się do siebie. Nie mówią „hola!” do nieznajomych. Nie dzielą uśmiechów. „I Wy jacyś tacy kolorowi… Żółte koszulki, czerwone spodnie… Na pewno jesteście z Polski? Pamiętam, że gdy byłem w Polsce, wszyscy chodzili ubrani na szaro”.

Disfrutujmy się życiem.

.

Ten inny

Obserwujemy przedstawienie. Inkaski wojownik Ollantay wszczyna właśnie rebelię przeciwko królowi Pachacútec.

Fascynujący szekspirowski spektakl. Miłość, zdrada, mezalians, wojna.

Na scenie, którą dziś pełnią ruiny Pumatallis, występuje grubo ponad 300 aktorów i statystów. Za chwilę rozpocznie się scena bitwy, a mi właśnie skończyła się karta w aparacie.

Dramat w całości jest w języku quechua. Ollantay to narodowy spektakl Indian quechua, taki miejscowy Pan Tadeusz.

Wojownik Inków udziela wywiadu po zwycięskiej bitwie

Wojownik Inków udziela wywiadu po zwycięskiej bitwie

Obok mnie siedzi chłopaczek z pobliskiej wioski, który też przyjechał na festyn. Już wcześniej ze zdziwieniem obserwował mnie, gdy teleobiektywem robiłem zdjęcia znacznie oddalonym aktorom. Ale teraz, gdy zmieniam kartę w aparacie, nie może się nadziwić. Wyciągam małego laptopa z plecaka, wyjmuję z niego kartę i zamieniam z aparatem.

Niby siedzimy na tej samej drewnianej, nieoheblowanej desce, pełniącej funkcję ławki. Niby nie mam na sobie ani jednej rzeczy, która przyjechała ze mną z Polski. Niby chodzę nawet w tych samych klapkach zrobionych z opony, co on i większość mieszkańców Altiplano. Przecież śpię w tanim hotelu tuż obok kamiennego domu jego babci.

Ale dzieli nas przepaść.

.

To co wszyscy lubią  najbardziej - naparzanka

To co wszyscy lubią najbardziej – naparzanka

Gród Inków

To surrealizm, jak Salvador Dali.

Miasto żywcem wyjęte ze średniowiecza. Domy zbudowane z kamiennych bloków, z których wiele waży po kilkaset kilo.

Brukowane dukty między domami szerokie na tyle, aby zmieściło się w nich dwóch piechurów i osioł lub lama. Wzdłuż głównych alejek maleńkie akwedukty, którymi bez przerwy płynie woda z podziemnych źródeł. Często nieprzerwanie od ponad 500 lat.

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego...

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego…

A z drugiej strony XXI wiek. Położone w Świętej Dolinie Inków Ollantaytambo to przedpole największej atrakcji turystycznej Ameryki – Machu Picchu. Internet na każdym rogu. W co trzecim kamiennym domu mini restauracja serwująca pizzę i wino. Bary karaoke na przemian z hostelami z obowiązkowym wi-fi.

Rynek – jak zwykle serce miasta, poza faktem, że dziś odbywa się w murowanym budynku krytym blachą, nie zmienił się od kilku stuleci.

OllantaytamboPewnym znakiem nowoczesności są też chyba klapki z opony, w których obecnie chodzi większość niezurbanizowanych mieszkańców Altiplano od południowej Boliwii po środkowe Peru. Na ulicach i rynku słyszy się quechua. Dla wielu osób hiszpański wciąż jest językiem obcym.

Ollantaytambo oznacza „gród Ollantay”. Z kolei Ollantay to jeden z największych wojowników Inków, bohater wojen rodowych i początków inkaskiej historii.

Żyjemy sobie w grodzie Ollantaya już pewien czas, Machu Picchu już za nami, a wracając z łazienki któregoś wieczoru Najlepsza z Żon uderza do mnie w te słowa:

– Zauważyłeś, że jak nie bierzemy dużych plecaków i wyjeżdżamy tylko na tydzień, to z kosmetyków i przyborów toaletowych bierzemy wyłącznie szczoteczkę do zębów i pastę?

– A po co mielibyśmy brać coś więcej?

– No moglibyśmy wziąć chociaż grzebień w zasadzie.

– Za ciężko. Dobrze się podróżuje bez grzebienia przez tydzień.

– Ale moglibyśmy go czasem zabrać, żebym nie wyglądała jak dziecko specjalnej troski.

I toczymy takie jałowe dyskusje w tak pięknych okolicznościach przyrody. I niepowtarzalnych.

Klapki z opony - krzyk mody na Altiplano

Klapki z opony – krzyk mody na Altiplano

.

Parę zdjęć z okolic Ollantaytambo i Świętej Doliny Inków.

Święta Dolina Inków, Peru

.

Latinoamérica

Jestem tym, co zostawili Oni, jestem tym, co Ci zabrali,

Miasteczkiem ukrytym wśród szczytów,

Moja cera jest ze skóry, więc zniesie każdy klimat,

Jestem fabryką dymu,

Ręką robotnika zapewniającą byt,

Zimnym frontem w środku lata,

Miłością w Czasach Zarazy, bracie!

Jestem słońcem, które się rodzi

I dniem, który umiera najpiękniejszymi zachodami słońca

Jestem żywym rozwojem

Dyskursem politycznym pełnym pustosłowia

Najpiękniejszymi twarzami, jakie znam,

Jestem fotografią Zaginionego,

Krwią w twoich żyłach,

Jestem kawałkiem ziemi wartym swej ceny,

Koszykiem z fasolą

Jestem Maradoną strzelającym Anglii dwa gole,

Jestem tym, który podtrzymuje flagę,

Moje Andy są kręgosłupem tej planety,

Jestem tym, czego nauczył mnie mój ojciec:

TEN KTO NIE KOCHA SWOJEJ OJCZYZNY, NIE KOCHA SWOJEJ MATKI.

Jestem Ameryką Łacińską

Ludem pozbawionym nóg, który jednak chodzi!

****

Nigdy nie kupisz wiatru

Nigdy nie kupisz słońca

Nigdy nie kupisz deszczu

Nigdy nie kupisz ciepła

Nigdy nie kupisz chmur

Nigdy nie kupisz kolorów

Nigdy nie kupisz szczęścia

Nigdy nie kupisz mojego bólu

****

Mam jeziora, mam rzeki i szczerzę zęby w szerokim uśmiechu,

Mam śnieg, który makijażem zdobi me góry,

Mam słońce, które mnie suszy i deszcz, w którym się kąpię,

Pustynię odurzoną pejotlem,

I napojem z pulque, by śpiewać z kojotami

Wszystko, czego potrzebuję!

Mam płuca oddychające czystym błękitem

I wysokość, która dusi,

Jestem dziąsłami w ustach żującymi kokę,

Jesienią wraz z jej więdnącymi liśćmi,

Wersami pisanymi pod rozgwieżdżonym niebem,

Winnicą pełną winogrom

Plantacją trzciny w kubańskim słońcu,

Jestem Morzem Karaibskim czuwającym nad domostwami,

Odprawiającymi rytuały święconą wodą,

Wiatrem, który przeczesuje moje włosy,

Jestem wszystkimi świętymi, którzy wiszą na mej szyi,

Rdzeń mojej walki nie jest sztuczny,

Bo prawo do mojej ziemi jest naturalne,

****

Chodźmy! Maszerując, wyrysujmy drogę!

Pracuję ciężko, ale z dumą,

Tu się dzieli wszystkim. Co moje, to Twoje,

Ten lud nie utonie w zetknięciu z potężną falą,

A co zostanie zniszczone, ja odbuduję,

Nie odwrócę wzroku, gdy na Ciebie patrzę, abyś zapamiętał jak się nazywam

Operacja Kondor zaatakowała moje gniazdo,

Wybaczyłem, ale nigdy nie zapomnę,

Chodźmy! Tu tętni walka!

Chodźmy! Śpiewam, bo słuchacie!

Chodźmy! Tutaj jesteśmy!

Niech żyje Ameryka!!!

Nigdy nie kupisz MOJEGO ŻYCIA

***

Chłopakom z Ulicy Trzynastej w Puerto Rico w jednej piosence udało się dotknąć jeśli nie całej, to przynajmniej połowy współczesnej Ameryki Łacińskiej i jej problemów. Co więcej sami będąc niekwestionowaną gwiazdą, rozpoznawalną na całym kontynencie od Santiago po Bogotę, do współpracy zaprosili trzy divy z trzech różnych krajów. Totó la Momposina z Kolumbii, Susana Baca z Peru oraz Maria Rita z Brazylii wyśpiewują współczesne kredo, które wielu leży na sercu.

A zestawienie wykonawców jest nie przymierzając takie, jakby chłopaki z Paktofoniki albo Kalibra nagrali szlagier z Alicją Majewską, Marylą Rodowicz i Edytą Geppert na raz. Tylko że z trzech różnych krajów. Eklektyzm w najlepszym wydaniu.

Zapraszamy do słuchania.

.

.

Wystarczająco dobre słowo

Santa Teresa, Święta Dolina Inków, Peru

– Szefie, a dużo turystów przyjeżdża teraz do Was do wioski?

– Wystarczająco. Nie mamy na co narzekać.

————————

Potosi, najwyżej położone miasto świata, Boliwia

– Cynk. Ołów. Srebro. Dawniej złoto. Niezła kolecja. Dużo tego wydobywacie?

– Oj, sporo, sporo. Wystarczająco.

————————

Coronel Oviedo, Paragwaj

– A ciepłą wodę macie wieczorem?

– Ciepłą, ciepłą. Wystarczająco.

————————

Cusco, Peru

– A wie Pani może czy autobusy do Ollantaytambo do Świętej Doliny często jeżdżą?

– Jasne, że wiem! Wystarczająco często. Wystarczy pójść, poczekać i za jakiś czas przyjedzie.

————————

No tak, w takim razie już wszystko jasne i wszystkiego się dowiedziałem.

„Bastante” – najbardziej użyteczne słowo w całej Ameryce.

.

Na placu

Ławeczka bywa różna. Czasem jest wygodna. Drewniana, z profilowanym oparciem. Ukryta w cieniu platana lub pod wielką palmą. Z obowiązkową plakietką darczyńcy, boliwijskiego biznesmena lub polityka, szukającego poklasku. Ale bywa też niespecjalna, z wyłamaną deską, która ze wszelką cenę będzie próbowała doprowadzić do zwyrodnienia kości ogonowej. Często z lokalnym kolorytem, Pablo kocha Juanitę, a politycy to świnie. A czasami wszystkie ławeczki są zajęte i zostaje zwykły murek.

Reszta jest już podobna. Chłop na rogu sprzedaje sok ze świeżych pomarańczy i greifrutów. Złoty pięćdziesiąt za wielką szklanę z dolewką. Ten zawsze jest naszym faworytem.

Tuż obok jakiś sześcio- czy ośmiolatek opiekuje się się młodszą siostrą. Matka ubija śmietanę do galaretek. Po całym dniu na ulicy śmietana pokrywa się delikatną mgiełką całego dobra, jakie wydobywa się z czterdziestoletnich busików kursujących po mieście. Ale to zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Jedzą inni, zjem i ja.

Jest i baba Aymara, która po hiszpańsku mówi gorzej niż ja. W tradycyjnej chuście przerzuconej przez plecy trzyma chyba ziemniaki. Albo niemowlaka, ciężko stwierdzić, póki dzieciak nie zacznie płakać albo baba nie chuknie workiem o ścianę. Ta z kolei na ulicy sprzedaje banany. Lub chirimoyę.

Po przeciwległej stronie kilku pucybutów walczy o klientów. Ich wzrok, jak u Fisza, błądzi nie wyżej niż 30 centymetrów ponad chodnikami. Najmłodszy z nich może mieć 10 lat, najstarszy z 60. Zawód na pokolenia.

Bezrobocie w Boliwii czy Peru teoretycznie wynosi od 8 do 10%. A ilu jest samozatrudnionych? To już nawet nie jest przedsiębiorczość. To chęć przeżycia.

———————————–

A teraz zapraszamy na fotograficzną wycieczkę po Sucre i jego cudach:

.

Sucre, Boliwia

.