Archiwa blogu

Jeszcze nie tak dawno

Jeszcze nie tak dawno chcieliśmy przeprawić się z Kolumbii do Panamy. A kalendarz był napięty.

Jachtostop niestety został tu już dawno zamordowany, więc zostały rejsy komercyjne lub samolot. Padło na to pierwsze.

Archipelag San Blas - fajne czy niefajne?

Archipelag San Blas – fajne czy niefajne?

Jeszcze nie tak dawno zaokrętowaliśmy się na turecki bryg z kapitanem jak z Czarnej Perły. Orli nos, piracka opaska i błękitno-biały marynarski t-shirt oraz głos degustatora tysiąca butelek rumu. Archetyp żeglarza.

I cóż to była za łódź! Przerdzewiałe relingi naderwane w trzech miejscach. Brak elektryczności. Grot naderwany u nasady. Światła nawigacyjne przyklejone taśmą klejącą. Nawet turecka bandera była dziurawa.

– O kurczę. Tego nie widziałem. Musiało pęknąć podczas ostatniego rejsu – tłumaczył kapitan, z uwagą oglądając skorodowany reling, na którym rdza musiała najwidoczniej narosnąć poprzedniej nocy.

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Po wypłynięciu na otwarte morze pojawiło się więcej niedoróbek. Głębokościomierz nie działa. GPSa nie ma. Wiatromierz nie działa. Silnik trzeba uruchamiać co osiem godzin, bo przegrzewa się, nawet gdy nie chodzi. To ponoć kwestia układu wydechowego, który wymieniono „przed ostatnim rejsem” i najpewniej coś musiało zostać nieszczelnie zamontowane. W nocy wszystko tak skrzypi, że mamy wrażenie, że zderzyliśmy się z rafą. To też sprawka wydechu, jak się dowiaduję.

Już na morzu, silnik wysiadł zupełnie, więc na San Blas dysponowaliśmy już tylko siłą wiatru. Niespecjalny pomysł wśród wysp koralowych. Ale przygoda jak malowanie.

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

Gdy trzeciego dnia rejsu wysiadł silnik do wciągania kotwicy i we czterech chłopa przez godzinę próbowaliśmy wciągnąć kilkaset kilo żelastwa na pokład, gdy tymczasem turecka gospodyni pontonem na pełnych obrotach napierała w burtę statku, żeby odepchnąć nas od rafy, nie wiedzieliśmy czy bardziej śmiać się czy płakać.

Jeszcze nie tak dawno…

Kalendarz był napięty, a samolot już czekał. A potem koła ze świstem potoczyły się po płycie lotniska i rozległy się brawa. Kilka miesięcy minęło jak z bicza strzelił i wkrótce po raz pierwszy od dwóch lat znów zobaczyliśmy śnieg. Tropikalna opalenizna odeszła jeszcze przed pierwszą odwilżą i obecnie jedyny ślad, jaki pozostał po Kolumbii, to imię naszego nowego psiaka, który wabi się Kali.

My z trudem wracamy do normalności nad Wisłą, a Wam życzymy wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

to my

.

Reklamy

Imperium słońca, czyli jak złapać jachtostop na Pacyfiku

Na początek rozwiejmy tajemnicę. Jesteśmy w Nowej Zelandii. Po 15 tygodniach spędzonych na morzu rozstaliśmy się z naszym kapitanem i od jakiegoś czasu odkrywamy już hobbiton.

Twarze Nowej Zelandii

Twarze Nowej Zelandii

Tymczasem kilka tygodni temu wpis, w którym dywagowaliśmy nad naszym podróżniczym szlakiem wywołał dyskusję, jakiej już dawno nie mieliśmy. W związku z tym dziś kilka słów na temat porzucenia fenomenalnego jachtu i łapania jachtostopa na Pacyfiku w ogóle.

Jak pamiętacie, wybór spod znaku Alaska czy Argentyna długo zakłócał nam spokój snorklowania z mantami, a obie opcje wciąż wydawały nam się jednakowo atrakcyjne. Nie mogąc się zdecydować, ostatecznie rzuciliśmy monetą. To, że wypadła Nowa Zelandia wydało nam się na tyle nieprawdopodobne, że postanowiliśmy grać do dwóch zwycięstw. Jednak kolejny rzut i wynik 2:0 przekonał nas, że może nie ma się co wadzić z losem i wysiadamy.

Co bardziej dociekliwi pewnie stwierdzą, że całe losowanie było ustawione już w przedbiegach, gdy reszkę przypisaliśmy naszej łodzi, mimo że jak powszechnie wiadomo i tak „zawsze wypada orzeł”.

Przekonując nas do pozostania na łodzi, pisaliście w komentarzach, że taki rejs się nie powtórzy, więc powinniśmy łapać wiatr w żagle i gnać aż po Alaskę. Jak się przekonaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, właśnie z niepowtarzalnością owego rejsu nie do końca macie rację…

W stronę słońca

Ale za nim o nieograniczonych możliwości łapania jachtostopa na Pacyfiku, a nawet w Europie, kilka słów celem rozświetlenia oceanicznego mroku.

W żeglowaniu zdecydowanie najważniejszy jest sezon. Na przełomie kwietnia i maja, wraz z ustaniem ostatnich cyklonów, na Pacyfik jak co roku wypłynie flota prywatnych jachtów z Australii i Nowej Zelandii.  Kilka miesięcy wcześniej na spotkanie z nimi wyruszą żeglarze z USA, a także Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy, którzy około lutego zdecydują się przekroczyć Kanał Panamski.

Wszyscy oni będą płynąć na zachód, zgodnie z kierunkiem pasatów. Część wyruszy na północ od równika – na Wyspy Marshalla, Tuvalu, Tokelau i Kiribati (tu ciekawostka – nazwę tego kraju, ku naszemu niegasnącemu zdumieniu, wymawia się „kiribas”). Jednak znaczna większość jachtów wybierze pasaty na południe od równika i popłynie do Polinezji Francuskiej, na Wyspy Cooka, Samoa, Tonga i Fidżi. Będą żeglować do października, a nawet listopada. Gdy dotrą na Fidżi, część zostanie w dobrze chronionych wodach tego archipelagu, a część popłynie dalej – do Australii lub Nowej Zelandii, aby zdążyć przed kolejnym cyklonem. W kolejnym roku wyruszą dalej na zachód (który skądinąd po przekroczeniu linii linii zmiany daty na Fidżi, stanie się już wschodem) – na Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę, Filipiny aż po Indonezję, Malezję i Tajlandię.

Dzień dobry, czy płynie Pan może do Polinezji?

Sezon żeglarski ma poważne implikacje. Po pierwsze od grudnia do marca po południowym Pacyfiku niemal nikt nie pływa, a jacht można złapać w zasadzie wyłącznie na krótkie dystanse – wewnątrz archipelagów Fidżi albo Polinezji Francuskiej. Jest tam na tyle bezpiecznie, że w razie zbliżającego się cyklonu czy poważnego sztormu, zawsze łatwo znaleźć bezpieczną zatokę na kilka tygodni.

Ale jeśli jesteś w Polinezji pomiędzy lutym a czerwcem, na Fidżi czy Tonga od maja do sierpnia, albo na Vanuatu czy w Nowej Kaledonii pomiędzy sierpniem a październikiem, znalezienie jachtu płynącego dalej na zachód jest niemal gwarantowane.

Załogi, szczególnie na wymagające przeprawy do Australii i Nowej Zelandii, potrzebuje prawie co trzeci właściciel jachtu, a reszta tych wyluzowanych, często spędzających całe lata na łodziach ludzi, chętnie przygarnie na kilka tygodni strudzonego wędrowca z plecakiem.

Jon, nieugięty Bask, przeżeglował niedawno jachtostopem z Hiszpanii do Nowej Zelandii w ciągu dwóch sezonów żeglarskich, łącznie na trzech czy czterech łodziach. Podróż kosztowała go tyle, co jedzenie kupowane w supermarketach i okazjonalne wydatki na nurkowanie i rum.

Licząc na siłę uroku osobistego i kontakt bezpośredni, łódź faktycznie najłatwiej znaleźć w marinie. Tu niestety trzeba wiedzieć, gdzie szukać i być w odpowiednim miejscu i czasie. Mariny często znajdują się nie w dużych miastach, a w żeglarskich ośrodkach nieopodal. Przykładowo w Nowej Zelandii jacht najpewniej znajdziemy nie w Auckland, a w portach Opua albo Whangarei, z których na Pacyfik wypływa 90% łodzi. Na Fidżi najlepszym miejscem do szukania jachtostopa jest nie Nadi i Suva, a Vuda Point Marina i Savusavu na Vanua Levu. Z głównych miast duże mariny, gdzie bardzo łatwo złapać jachtostop mają Papete w Polinezji, Port Vila na Vanuatu czy Pago Pago na Amerykańskim Samoa.

Ale co, jeśli nie przechadzasz się akurat koło Kanału Panamskiego ani nie jesteś na Tahiti czy Fidżi?

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane :)

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane : )

Żeglarze internetowi

Cztery miesiące temu naszego kapitana znaleźliśmy w Internecie. Mimo że wirtualnych społeczności zrzeszających właścicieli jachtów jest kilka, strona Find a Crew jest w tym względzie nieoceniona. I dziś, mając nieco więcej doświadczenia, śmiało możemy stwierdzić, że jeśli tylko chcesz żeglować i jesteś wystarczająco elastyczny, możliwości są niemal nieograniczone.

Bruce z Nowej Zelandii, podobnie, jak kilkadziesiąt innych osób w tym kraju (także Amerykanów czy Francuzów przeczekujących właśnie tegoroczne cyklony), szuka właśnie załogantów na maj, gdy wyruszy do Polinezji Francuskiej.

Szwajcar Olivier żegluje właśnie w południowej Argentynie i choćby od jutra chętnie przygarnie jedną lub dwie osoby do pomocy w przeprawie przez Patagonię, Cieśninę Magellana aż po Wyspę Wielkanocną, Polinezję i zachodni Pacyfik.

Jest oczywiście i nasz kapitan Rick, którego chętnie oddamy w dobre ręce, a który poszukuje właśnie załogi na Wyspach Salomona do dalszego rejsu przez Mikronezję i Japonię aż po Alaskę.

A może na Śródziemne?

Ale jeśli chcesz załapać się na jachtostop, nie trzeba oczywiście szukać aż tak daleko. Kilka dni temu napisał do nas Eduardo z Portugalii. Eduardo siedzi obecnie zakotwiczony w Lizbonie i z nosem na kwintę poszukuje szczęśliwca, który pomoże mu przeżeglować Morze Śródziemne. W kwietniu przyszłego roku wyruszy dookoła Hiszpanii, przez Baleary, Maltę, Włochy aż po wyspy greckie. Podobnie jak większość porządnych żeglarzy, Eduardo pokrywa wszystkie koszty związane z łodzią, więc potencjalny załogant zapłaci jedynie za wino i pizze, które przetrawi w portach po drodze. Nie wymagane ŻADNE doświadczenie.

Konkurencję czyni mu jednak Francesco, który aktualnie w Grecji poszukuje chętnych, którzy także za darmo zechcą pożeglować z nim po Cykladach i Sporadach począwszy już od stycznia.

Całe szczęście oferty, nie jak w telefonii komórkowej, można łączyć. W styczniu Francesco, w kwietniu Eduardo. Voila!

Haczyk

Strona Find a Crew ma jedną wadę. Żeby właściciel łodzi mógł skontaktować się z potencjalnym załogantem, jedna ze stron musi wykupić abonament członkowski (ok. 30 USD za miesiąc). Szczęśliwie takimi drobnostkami jak 30 dolarów miesięcznie nie przejmują się zazwyczaj właściciele jachtów, co znacznie ułatwia życie potencjalnej załodze.

Z szukaniem łodzi w Internecie jest także taki problem, że część właścicieli jachtów na Find a Crew załogantów traktuje nie tylko jako pomocników, ale dofinansowanie i życzy sobie po 20-30 dolarów za dzień żeglowania od osoby. Trzeba przyznać, że nie są to zupełnie beznadziejne oferty, zważywszy na brak jakichkolwiek innych wydatków, często dostępny kompresor i sprzęt nurkowy oraz żeglowanie przez niemal nieodwiedzane rubieże Pacyfiku.

Ale fakt faktem 20-30 dolarów dziennie to już czysty biznes dla właścicieli jachtów, a nie szukanie pomocnika do wciągania żagli i kotwicy i wieczorne pogaduchy przy rumie. Ofert czysto żeglarskich, gdzie właściciele oczekują dzielenia kosztów żywności i paliwa nie brakuje, a w tym przypadku koszty maleją do ok. 100-200 dolarów miesięcznie!

Reasumując, w żeglowaniu zakochaliśmy się na zabój i na Pacyfik z pewnością jeszcze wrócimy. Jeśli nie własnym jachtem, to z pewnością jako załoganci. Obecnie spokój naszych dusz zakłóca właśnie myśl czy brnąć wkrótce do Ameryki Południowej czy też może poczekać w Nowej Zelandii do kwietnia i wraz z rozpoczęciem nowego sezonu żeglarskiego na Pacyfiku bez problemu złapać jachtostop z kompresorem do nurkowania zmierzający do Polinezji Francuskiej, na Tonga albo Wyspy Cooka.

Ta kluczowa, choć zapewne przypadkowa decyzja będzie musiała zapaść już wkrótce.

.

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.

Z pamiętnika podróżnika – manta i rzeźbiarz

Sobota – Wyspy Russella

Wczoraj napisalismy w pamietniku, ze Wyspy Russella to urocze miejsce. Piekne wyspy, lazurowe rafy, a przez caly dzien przyplywaja dziesiatki czolen, zeby nam potowarzyszyc. Kreca sie wokol, czasem ktos zagadnie jednym zdaniem, ale w zasadzie wystarcza im przebywanie w naszym towarzystwie i patrzenie na nas.

Dzis miejsce nadal jest urocze, ale pojawil sie zgrzyt. W nocy, juz po raz drugi na Salomonach, zostalismy okradzeni. Tym razem zniknal recznik i kilka drobiazgow suszacych sie na relingach. Najbardziej dotkliwa jest jednak kradziez jachtowych poduszek pokladowych, ktore zdecydowanie uprzyjemnialy siedzenie na twardym pokladzie podczas kilkudniowych przepraw oceanicznych.

Postanowilismy interwieniowac w pobliskiej wiosce, bo wiemy, ze takie przypadki na Salomonach sa dosc powszechne i czesto udaje sie udzyskac skradzione rzeczy. Niestety wodz wioski nie mogl zajac sie naszymi poduszkami, bo jako adwentysta dnia siodmego dzisiaj ma sabat i nie walczy wowczas ze zlodziejami. Moze od jutra uda mu sie cos zdzialac. Poinformowal nas, ze oglosi problem w kosciolach i okolicznych wioskach i byc moze uda mu sie odzyskac skradzione dobra po naszym wyjezdzie, gdy zlodziej nie bedzie sie ukrywal.

W ramach relaksu podjelismy tez pierwsze proby plywania na lokalnych czolnach krecacych sie wokol lodzi. Nie jest to sprawa prosta, bo w przeciwienstwie do Vanuatu, nie maja one bocznych stabilizatorow i o wywrotke latwiej niz o przedwyborcze obietnice. Niemniej jednak po kilku radosnych probach potrafimy juz uratowac kanu przed zatonieciem, wdrapac sie na nie z wody, a nawet okazjonalnie utrzymac rownowage na stojaco.

Najlepsza z Zon zaatakowal tez dzisiaj rekin. I jakkolwiek naprawde bylo strasznie, to na szczescie ostatecznie rekin nie zdecydowal sie na ugryzienie. Niestety jak bym sie nie staral, to nie da sie tej sytuacji opisac w kilku zdaniach, zeby nie zabrzmiala bunczucznie, groteskowo ani falszywie. Pokrotce powiem, ze ponad dwumetrowe rekiny szare sa wyjatkowo terytorialne, maja niebywale sprawnie dopracowana grupowa taktyke polowania, a gdy ofiara zaczyna uciekac, tak jak we wszystkich drapieznikach wlacza sie w nich instynkt zabojcy. Nauka na przyszlosc – w obecnosci rekinow szarych NIE ODDALAC SIE OD RAFY.

Ale poza tym snorklowanie na Wyspach Russella zapiera dech w piersiach nie tylko ze wzgledu na rekiny szare, ktore skadinad podczas snorklowania widzielismy po raz pierwszy w zyciu.

Wtorek – Mbili, Laguna Marovo

Dzis uzmyslowilismy sobie nasze podroznicze podwojne standardy. W Zachodniej Prowincji niemal wszyscy mieszkancy tworza fantastyczne rzezby z drewna i kamienia, robia przepiekna bizuterie z muszelek, a pozostali przywoza kosze warzyw i owocow w nadziei na wymiane za dobra z zachodniego swiata. Jest to zatem dokladnie to, czego oczekiwalismy po zebrakach w Azji, ktorzy notorycznie chodza za turystami z haslem „Hello! Money?” na ustach.

Poczatkowo rzezby, rzadko kiedy kosztujace mniej niz 100 – 200 zl, wydaly nam sie zdecydowanie zbyt drogie na nasza podroznicza kieszen, szczegolnie w porownaniu z fantastycznymi metrowymi maskami w Indonezji, ktore kupowalismy zupelnie niedawno za 15-20 zl. Rzecz w tym, ze salomonskie rzezby inkrustowane macica lokalnych muszli sa prawdopodobnie najbardziej misterne na swiecie, a ich wykonanie, wylacznie przy uzyciu prostych recznych narzedzi, zajmuje zazwyczaj ok. tygodnia.

Dzis, na dobra sprawe w pierwszym kotwicowisku w Lagunie Marovo, odwiedzilo nas okolo 6-7 rzezbiarzy, ktorzy przyplywaja do naszej lodzi na swoich dlubanych recznie czolnach, uginajacych sie od zapierajacych dech w piersiach rzezb. Juz po kilku pierwszych odwiedzinach stalo sie dla nas jasne, ze wiosluja oni z najbardziej odleglych wiosek, jesli tylko dotrze do nich informacja, ze w lagunie zakotwiczyl nowy jacht.

Takie kraje jak Wyspy Salomona odwiedza moze 30-50 prywatnych lodzi rocznie i zadnego z rzezbiarzy nie stac na przepuszczenie okazji zaprezentowania swoich wyrobow. Ostatniego goscia, ktorego wiesc o naszej obecnosci doszla az we wsi Seghiro oddalonej o 15 km, pozegnalismy dopiero o 21.

Od kazdego z rzezbiarzy staramy sie kupic chocby najmniejsza pamiatke i blogoslawimy nasza decyzje sprzed kilku dni, ze jednak postanowilismy nie nurkowac na Salomonach. Przedwczoraj udalo nam sie co prawda stargowac kosmiczne salomonskie kwoty za nurkowanie do 250 zl za nura, ale ostatecznie i tak uznalismy te kwote za zbyt niebotyczna. Jak sie okazuje snorklowanie tez daje sporo radosci, a 600 zl przeznaczone poczatkowo na nurkowanie trafi do miejscowych rzezbiarzy, ktorych praca z kazdym dniem coraz bardziej nas zdumiewa.

Z innej beczki – kilka dni temu w Honiarze nie znalazlszy nic godnego uwagi do naszej globalnej kolekcji magnesikow lodowkowych, zrobilem wlasny. Dzisiaj zainspirowany pierwszym 10-centymetrowym sukcesem i artystycznym klimatem Laguny Marovo rozpoczalem rzezbienie prawdziwego miniaturowego czolna.

Czwartek – Mbili, Laguna Marovo

Po raz pierwszy od miesiaca Najbardziej Nieustepliwe z Nieustepliwych wreszcie poprawily swoja mocno nadwyrezona opinie. Wyjatkowo mizerne piarowo salomonskie muchy obudzily nas jak zwykle o 6:30, ale na ich szczescie tym razem okazalo sie, ze tuz przy lodzi zeruje kilkumetrowa manta. Po ponad godzinie plywania puste zoladki wygnaly nas wreszcie z wody, a z manta udalo nam sie jeszcze spotkac po obiedzie na pobliskiej rafie.

Rafa okazala sie na tyle niesamowita, ze mozecie tylko zalowac, ze za pomoca Sailmaila nie mozemy zamiescic zdjec. Polujace rekiny czarno- i bialopletwe, korale koloru koralowego, przebijanie sie przez lawice karanksow czy napoleony pchajace sie w kadrze przed rekiny. Szczytem wszystkiego okazala sie lawica okolo 50 delfinow, ktora zainteresowala sie naszym pontonem, gdy wracalismy ze snorklowania.

Rzezbiarze nadal nadciagaja tlumnie, nam powoli koncza sie pieniadze, a przybywa kilogramow do wyslania w paczce. Dzis jednemu z artystow, Natanielowi, prawdopodbnie pomoglismy wejsc w zupelnie nowy biznes magnesikow na lodowki. Zainteresowany moim mini-czolnem tak podekscytowal sie naszym pomyslem, ze juz zaczal szkicowac.

Zdaje sie, ze na dobre wplynelismy wlasnie do Laguny Marovo. I cos czuje, ze spedzimy tu przynajmniej dwa tygodnie.

Jechać – nie jechać?

Alaska czy Boliwia?

Mikronezja czy Nowa Zelandia?

Japonia czy Argentyna?

Filipiny czy Ekwador?

Czas wyborow juz dawno za nami. Przed kilkoma tygodniami postanowilismy, ze na Wyspach Salomona opuszczamy naszego kapitana i ruszamy dalej na wschod. Od tego czasu zmienialismy jednak zdanie przynajmniej trzykrotnie i juz sami nie wiemy, na czym aktualnie stoimy.

Jak stwierdził kiedyś mój nieoceniony brat, oba rozwiązania mają zarówno zady i walety.

Na jachcie jestesmy juz 3 miesiace i bedziemy zeglowac przynajmniej jeszcze kilka tygodni. Z Salomonow nasz kapitan kontynuuje podroz dookola Pacyfiku i plynie do Mikronezji. Po drodze jedne z najrzadziej odwiedzanych miejsc na swiecie – na przyklad atol Ontong Java, nalezacy nominalnie do Wysp Salomona, ale zamieszkaly przez ludnosc polinezyjska.

Dalej Mikronezja i iskrzaca sie arsenalem wojennym laguna Chuuk oraz tradycyjny region Yap, do ktorego w wiekszosci nie mozna nawet dotrzec inaczej niz prywatnym jachtem. Potem nasze ukochane Filipiny, na ktorych w zeszlym roku spedzilismy Boze Narodzenie, a teraz moglibysmy trafic tam na niezwykla filipinska Wielkanoc i sezon na plywanie z rekinami wielorybimi w Donsol.

Pozniej Okinawa i lancuch setek wysp japonskich az po Honsiu – ciekawa odmiana po Trzecim Swiecie i kulturach Pacyfiku.

A na deser Alaska. Ale nie Anchorage, Denali i dwa parki narodowe na krzyz, ale trzy miesiace przemierzania calego archipelagu Aleutow od Attu az po Zatoke Ksiecia Williama i Kenai, gdzie mieszka nasz kapitan. Alaska na pokladzie lodzi przemierzana niemal sladem Vitusa Beringa – odkrywcy tych terenow sprzed 250 lat.

A moze jednak wulkany, fiordy i kraj paralizujacy wyobraznie wiekszosci ludzkosci. Oraz ponoc jedni z najcieplejszych mieszkancow naszego globu. Cieplejsi nawet niz ich gorace zrodla – Nowozelandczycy.

A potem marzenie z dziecinstwa – Ameryka Poludniowa. Kupic motory albo jeepa i przemierzyc kontynent od Ziemi Ognistej az po Kolumbie. Przez Patagonie, chilijskie pustynie, boliwijskie salary, Machu Picchu i Andy. Przez pol roku zyc w rytmie latynoskiej maniany, saczyc pinacolade i zajadac swinki morskie.

Czy jednak dookola Pacyfiku z naszym kapitanem? Ale spedzic na lodzi jeszcze 11 miesiecy? I co potem, wyladowawszy wreszcie w Anchorage? Kupic fure w Stanach i jechac dalej? Ale czy nasza podroz w ogole sie skonczy? I, parafrazujac klasyka – co dalej z zyciem, panie premierze?

Za kazdym razem, gdy wypijemy pol butelki rumu, coraz bardziej sklaniamy sie, by jednak plynac dalej. Trzezwiejac powoli nastepnego dnia rano, zawsze cieplej myslimy o Ameryce Poludniowej i powrocie do kraju jeszcze w przyszlym roku.

I tak bijemy sie z myslami od tygodni. A moze Wy cos pomozecie… To jak – jechac? Czy nie jechac?

Wilk z Alaski

Anarchiści, emeryci, wielkie amerykańskie samochody i niszowe studia nagraniowe. Dziś o życiu amerykańskiego budowlańca, czyli opowiemy Wam o naszym kapitanie z Alaski.

Rick ma 44 lata. Przez ponad 20 był biznesmenem. A w zasadzie budowlańcem. A w zasadzie TIRowcem.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

Jako nastolatek pracował na budowach w Anchorage i rodzinnym Kenai na Alasce. Szybko zorientował się, że zarobi znacznie więcej i do tego nie będzie musiał mieć nad sobą szefa, gdy zostanie podwykonawcą. Gdy skończył 20 lat, postawił wszystko na jedną kartę. Zapożyczył się, gdzie mógł i kupił wysłużoną ciężarówkę.

„Piękny początek kariery” z ironią rzucali wszyscy dookoła, bo ciężarówkę kupił od bankrutującego podwykonawcy w średnim wieku. Woził asfalt, budując drogi w centralnej Alasce, przewoził piach i transportował kontenery.

„Kontrakty na budowach przez długie lata były spełnieniem moich marzeń” – mówi. „Nigdy indziej nie poznałbym naszego kraju tak dobrze. Brałem kontrakty w najbardziej niegościnnych rejonach Alaski, namiot, sprzęt kempingowy i jechałem odkrywać. I jeszcze mi za to płacili.”

Praca na Alasce daje spore możliwości. W większości branż pracuje się tylko przez 6-7 miesięcy, bo od października do marca biznes zamiera. Szczególnie w budownictwie. W pół roku Rick zarabiał jednak co najmniej 150 tysięcy dolarów, więc przez 6 zimowych miesięcy mógł sobie pozwolić na piwko przed telewizorem.

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Powoli realizował się jego amerykański sen. Miał 5 samochodów, skutery śnieżne, dom w mieście i nad jeziorem. Kolekcję strzelb i rewolwerów odziedziczył po ojcu, z którym chodził polować na łosie. Żył jak na amerykańskiego budowlańca przystało, więc mimo że zarabiał krocie, po 20 latach pracy nie miał żadnych oszczędności.

Zawsze pociągała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze, basie i bębnach. Któregoś roku z dnia na dzień urządził studio nagraniowe u siebie w domu. Trzy wygłuszone pomieszczenia, systemy niezależnie rejestrujące 24 ścieżki muzyczne i kilka ton elektroniki. Kilka miesięcy spędził na uczelni w Arizonie, ucząc się, jak skleić to w całość i jeszcze tej samej zimy zaczął nagrywać amatorów. Przez kilka następnych lat, głównie zimą nagrywał undergroundowych wykonawców z Alaski – od punkowych przecinaków po pianistów klasycznych. Trzeba przyznać, że kolekcji autorskich płyt na naszej niewielkiej łodzi nie powstydziłaby się niejedna wytwórnia.

Marzenie z dzieciństwa

Po kilkunastu latach w budowlance Rick stracił zapał do wyjazdów na daleką północ i przewożenia żwiru z miejsca na miejsce. Przyszedł czas, gdy i zimowe sesje nagraniowe w domowej wytwórni musiały ustąpić ambitniejszym planom.

Mając 10 lat, Rick jak co roku wyjechał z rodzicami na wakacje na Hawaje. Gdy przechadzał się po marinie w Honolulu, jego wzrok przykuł kadłub łodzi, z którego nagle wynurzył się jakiś facet. Potem jeszcze przez wiele dni, podobnie jak my przed kilkoma miesiącami, oszołomiony był faktem, że w łodzi mieści się nie tylko człowiek, ale cały pełnowymiarowy dom. Wówczas postanowił, że też będzie miał taki dom.

Po kilkudziesięciu latach pracy ni z tego ni z owego przypomniał sobie tę scenę i nagle go olśniło.

Za 30 tysięcy dolarów kupił rozlatujący się jacht z 1975 roku. Dołożył co najmniej 2 razy tyle i praktycznie zrobił go od nowa. Zbudował wielki ogrzewany namiot przed domem, w którym przez dwie zimy pracował po kilkanaście godzin dziennie, tworząc dzieło sztuki. Dziś na co drugim postoju podpływają do nas właściciele innych łodzi, z ciekawością wypytując o ten piękny jacht. „Jeśli kiedyś się ożenię, to najprawdopodobniej właśnie z tą łodzią” – mawia.

Na Alasce sprzedał wszystko. Skutery śnieżne, dom, samochody. Jego ukochanego Jeepa, po cichu odkupiła od niego matka i teraz trzyma go dla niego w garażu. Z trudem uzbierał 150 tysięcy dolarów i uznał, że powinno wystarczyć mu to na 2-3 lata na morzu.

Od początku wymyślił, że będzie pływał z załogą, bo to dwa razy więcej zabawy.

Westsail '75 - wydanie 2011

Westsail '75 - wydanie 2011

Anarchiści i emeryci

Pływanie z załogą, jak sam twierdzi, pozwoliło mu zwiedzić Europę bez opuszczania Pacyfiku. Przez ponad dwa lata na morzu miał 12 załogantów, z tego dwie pary. Z większością z nich spędził po kilka miesięcy, więc Europę zna lepiej nie tylko niż George Bush, ale pewnie i większość Sekretarzy Stanu.

Wśród jego załogantów był Tobias – 24-letni niemiecki anarchista, który chciał zlikwidować pieniądze oraz własność prywatną i wiódł życie tułacze po świecie. Do Polinezji Francuskiej przypłynął z Rickiem z San Diego. Wcześniej przez pół roku w Ameryce, przejechawszy cały kraj, wydał tylko 30 dolarów. Żył zupełnie za darmo, odbierając wieczorami resztki w restauracjach, śpiąc na trawnikach lub Couch Surfingu, uprawiając tzw. „dumpster diving” i tego typu atrakcje. 30 dolarów zainwestował oczywiście w browar.

Był Jon – dumny i roześmiany Bask, który przez 6 miesięcy przeżeglował z Rickiem pół Pacyfiku od Tahiti po Nową Zelandię. Hiszpanii nie tolerował do tego stopnia, że w finale Mistrzostw Świata kibicował Holendrom, a w Urzędach Imigracyjnych w odwiedzanych krajach z trudem powstrzymywał się przed podarciem własnego paszportu. Jon podróżował dookoła świata, ale dość nietypową trasą. Jachtostopem przeżeglował z Wysp Kanaryjskich przez całe Karaiby, Panamę, aż do Nowej Zelandii i dalej zmierzał na zachód.

Była i Delfine – 62-letnia (słownie: sześćdziesięciodwuletnia) Brytyjka, która wcześniej przeżeglowała jachtostopem niemal cały świat. Żeglarskie rzemiosło znała jak mało kto, a po pokładzie uwijała się jak fryga. W jej rękach żagle tylko furczały, a lokalnym mieszkańcom Pacyfiku piekła ciasta i nawiązywała z nimi kontakt jak typowa polska babcia.

Było także siedmiu innych typów od Finlandii, przez Paryż aż po Seattle, z których każdy mógłby zapełnić nie tylko skromny akapit, ale konkretny reportaż.

Strachy na lachy

Przed zaokrętowaniem się na Freestyle mieliśmy pewne obawy co do tak długiego pobytu we troje na ograniczonej przestrzeni. Kilka miesięcy w jednej kabinie, a najdalsze miejsce, w którym można poszukać samotności, to dziób statku oddalony o parę metrów.

A co jeśli koleś okaże się ciężkostrawnym typem, z którym nie będzie o czym rozmawiać? Albo pogada się miło przez kilka dni, a później notorycznie będzie zapadać martwa cisza?

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Tymczasem okazało się, że codzienne wieczorne rozmowy nie są nawet odrobinę mniej wciągające niż 2 miesiące temu, a moje plany, że na łodzi będę miał więcej czasu na pisanie i czytanie szybko rozwiały się jako sen złoty.

Kończąc ten tekst przed kilkoma minutami, zagaiłem do Ricka:

– Nie zgadniesz, jaki artykuł właśnie napisałem…

– Dajesz.

– To historia twardego faceta z Alaski. Przez wiele lat był budowlańcem. Miał 5 samochodów, w wolnych chwilach nagrywał punkowe kapele, ale potem sprzedał wszystko, zbudował łódź i od 2 lat pływa po Pacyfiku, żywiąc się głównie rumem i kokosami.

– Piękna historia. A przynajmniej obiecująco się rozpoczyna.

I to jest właśnie Rick.

.

———————————————————–

P.S. Nasz kapitan, jak każdy szanujący się podróżnik, również prowadzi bloga. Jest to w zasadzie Dziennik Podróży, w którym przeczytać możecie, w jakiej wiosce kto i dlaczego znów zaprosił nas na obiad, co widzieliśmy, snorklując na kolejnych rafach czy jakie mamy problemy na obecnym odcinku rejsu.

Blog ten ma zatem zupełnie inny charakter niż nasz i zawsze na bieżąco możecie dowiedzieć się, co tam u nas aktualnie słychać (a kapitan – tak jak każdy autor bloga – wielce ceni sobie komentarze i opinie niezależnych ekspertów z Polski, więc jeśli tylko macie ochotę, w klawisze walcie śmiało).

.

Vagabundos na fristajlu

Pozycja – 18 st. 55′ S, 172 st. 10′ E, wiatr SSE – 18 wezlow, predkosc – 5,2 wezla, glebokosc – ok. 2600 m, dzienny dystans – 114 mile morskie

Noc ciemna. Krzyz Poludnia chowa sie za horyzontem. Wiatr wzmaga sie powoli, a lodz rytmicznie wybija sie na falach. Odruchowo sprawdzasz uprzaz, ktora w przypadku wyladowania za burta, przynajmniej teoretycznie ma zatrzymac cie na linach. Po raz niewiadomo juz ktory zastanawiasz sie, dlaczego dopiero teraz zdecydowales sie wybrac lodz jako srodek lokomocji.

Mija kolejna doba odkad opuscilismy Fidzi. Na „fristajlu” lecimy juz 11 dni. Poczatkowo przez tydzien na Fidzi, eksplorujac turystyczne zachodnie wybrzeze, a obecnie juz kilka dni na pelnym morzu w drodze do Vanuatu.

Nasz nowy dom ma tylko 10 metrow dlugosci, ale oferuje niespotykany dla nas komfort. Mamy prawie podwojne lozko, na ktorym spi sie wygodnie, o ile nie plyniemy akurat lewym halsem. Mamy dwupalnikowa kuchnie, gdzie codziennie przyrzadzamy przysmaki, o jakich juz dawno nie snilismy. Polskie nalesniki z dzemem, placki ziemniaczane, salatki, a takze dania z makaronem i, pozal sie boze, rowniez z ryzem (jednak!!!).

Niebo gwiazdziste nade mna

Moim ulubionym elementem na pelnym morzu zdecydowanie sa nocne warty. Od 8 wieczorem do 8 rano na zmiane trzymamy 4 trzygodzinne warty. I kazda z nich oferuje inne zalety, ktore z nawiazka rekompensuja niewielkie, a jak dla mnie juz same w sobie atrakcyjne „wady”.

Jesli zaczynasz wieczorem, poczatkowo jestes jeszcze wypoczety, a rano dostaniesz w nagrode wschod slonca. Chociaz nie spisz co prawda ponad pol nocy.

Jestes drugi, to budza cie zanim na dobre zasniesz, ale za to czuwasz kolo polnocy. To wtedy wiatr zrywa sie najczesciej najwiekszy, lodz tnaca fale brzmi najpiekniej, a ty przyjemnie odmierzasz czas, odprowadzajac Krzyz Poludnia i najjasniejsze gwiazdy za horyzont.

Jesli dzis jestes akurat trzeci, wyspisz sie relatywnie najlepiej, a na dodatek przypadnie ci pora od drugiej do piatej. Choc teoretycznie najbardziej niewygodna, to wlasnie ona oferuje najwiekszy komfort duchowy. Jestes nablizej morza, a wszyscy wokol, podobnie jak i caly swiat dookola spia snem najtwardszym. Tylko ty, szum wiatru i twoje mysli przez bite 3 godziny.

Odkad opuscilismy wewnetrzne wody Fidzi chronione przez lazurowe rafy, wiatr skacze od 10 do 25 wezlow, wiec co najmniej raz dziennie wciagamy badz zwijamy jakis zagiel. Przekraczamy predkosc maksymalna, to zwijamy foka. Dmie coraz mocniej – skracamy grota.

A trzeba przyznac, ze zwijanie pelnych zagli o 3 w nocy przy wietrze dmacym ponad 25 wezlow odbiera co najmniej polowe romantycznego uroku zeglowaniu. Lodz na kazdej kolejnej fali wyskakuje 3 metry w gore, a ty mocujesz sie z linami, zapierajac sie nogami, zeby nie wypasc za burte. Gdy lodka pedzi 7 wezlow przy wychyleniu 20-25 stopni na sterburte, zdecydowanie latwiej chodzi sie po scianach.

Cieszymy sie, ze lodz, ktora nam sie trafila, to Westsail z 1975 roku – jeden z pierwszych jachtow, jakie zostaly zaprojektowane i przystosowane do oplyniecia swiata dookola. Zagle wciagane i zwijane recznie, podobnie jak i kotwica. Brak automatycznego autopilota – zwyczajne wioslo steru, wyposazone w wiatroczuly pseudopilot, ktorego trzeba korygowac co kilkanascie minut.

Szkoda jedynie, ze zeglowac uczymy sie po angielsku. Wezly „rolling hitch”, „bowlen” czy spolszczone juz przez nas „motyl” i „owczy”. „Kleet”, „beam-reach”, „staysail”. Czy „winch” to kolowrotek? A „yankee jib” to fok?

Za kilka tygodni, gdy dotrzemy wreszcie do jakiejs ziemi poblogoslawionej przez Globalna Pajeczyne, wszystkiego bedzie trzeba uczyc sie od poczatku.

Tymczasem dzis, po niemal 2 dniach przerwy, znow widzielismy ptaki. Niewatpliwy znak, ze zblizamy sie do jakiegos ladu.

Naszym celem jest Port Resolution na wyspie Tanna. Zatoka i wyspa, ktora w sierpniu 1774 r. na pokladzie okretu „Resolution” odkryl kapitan James Cook.

Wyspa Tanna w archipelagu Vanuatu, przez Cooka nazwanym Nowymi Hebrydami, to jednoczesnie miejsce, do ktorego kilka lat temu Wojtka Cejrowskiego zabral Slawomir Makaruk, by nakrecic kilka odcinkow „Boso przez Swiat”. Jak byc moze niektorzy z Was pamietaja, w kilku wioskach na wyspie po dzis dzien miejscowe kobiety nosza jedynie spodniczki z trawy, a mezczyzni przywdziewaja nambas – charakterystyczne odzienie, zaslaniajace tylko strategiczna czesc genitali.

Tak wiec, jedziemy zobaczyc, o co tak naprawde z ta Tanna chodzi.

Bez odbioru.

.

Wiadomosc wyslana za pomoca systemu poczty radiowej Sail Mail z pokladu statku „Freestyle” przemierzajacego Ocean Spokojny.

.