Wilk z Alaski

Anarchiści, emeryci, wielkie amerykańskie samochody i niszowe studia nagraniowe. Dziś o życiu amerykańskiego budowlańca, czyli opowiemy Wam o naszym kapitanie z Alaski.

Rick ma 44 lata. Przez ponad 20 był biznesmenem. A w zasadzie budowlańcem. A w zasadzie TIRowcem.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

Jako nastolatek pracował na budowach w Anchorage i rodzinnym Kenai na Alasce. Szybko zorientował się, że zarobi znacznie więcej i do tego nie będzie musiał mieć nad sobą szefa, gdy zostanie podwykonawcą. Gdy skończył 20 lat, postawił wszystko na jedną kartę. Zapożyczył się, gdzie mógł i kupił wysłużoną ciężarówkę.

„Piękny początek kariery” z ironią rzucali wszyscy dookoła, bo ciężarówkę kupił od bankrutującego podwykonawcy w średnim wieku. Woził asfalt, budując drogi w centralnej Alasce, przewoził piach i transportował kontenery.

„Kontrakty na budowach przez długie lata były spełnieniem moich marzeń” – mówi. „Nigdy indziej nie poznałbym naszego kraju tak dobrze. Brałem kontrakty w najbardziej niegościnnych rejonach Alaski, namiot, sprzęt kempingowy i jechałem odkrywać. I jeszcze mi za to płacili.”

Praca na Alasce daje spore możliwości. W większości branż pracuje się tylko przez 6-7 miesięcy, bo od października do marca biznes zamiera. Szczególnie w budownictwie. W pół roku Rick zarabiał jednak co najmniej 150 tysięcy dolarów, więc przez 6 zimowych miesięcy mógł sobie pozwolić na piwko przed telewizorem.

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Powoli realizował się jego amerykański sen. Miał 5 samochodów, skutery śnieżne, dom w mieście i nad jeziorem. Kolekcję strzelb i rewolwerów odziedziczył po ojcu, z którym chodził polować na łosie. Żył jak na amerykańskiego budowlańca przystało, więc mimo że zarabiał krocie, po 20 latach pracy nie miał żadnych oszczędności.

Zawsze pociągała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze, basie i bębnach. Któregoś roku z dnia na dzień urządził studio nagraniowe u siebie w domu. Trzy wygłuszone pomieszczenia, systemy niezależnie rejestrujące 24 ścieżki muzyczne i kilka ton elektroniki. Kilka miesięcy spędził na uczelni w Arizonie, ucząc się, jak skleić to w całość i jeszcze tej samej zimy zaczął nagrywać amatorów. Przez kilka następnych lat, głównie zimą nagrywał undergroundowych wykonawców z Alaski – od punkowych przecinaków po pianistów klasycznych. Trzeba przyznać, że kolekcji autorskich płyt na naszej niewielkiej łodzi nie powstydziłaby się niejedna wytwórnia.

Marzenie z dzieciństwa

Po kilkunastu latach w budowlance Rick stracił zapał do wyjazdów na daleką północ i przewożenia żwiru z miejsca na miejsce. Przyszedł czas, gdy i zimowe sesje nagraniowe w domowej wytwórni musiały ustąpić ambitniejszym planom.

Mając 10 lat, Rick jak co roku wyjechał z rodzicami na wakacje na Hawaje. Gdy przechadzał się po marinie w Honolulu, jego wzrok przykuł kadłub łodzi, z którego nagle wynurzył się jakiś facet. Potem jeszcze przez wiele dni, podobnie jak my przed kilkoma miesiącami, oszołomiony był faktem, że w łodzi mieści się nie tylko człowiek, ale cały pełnowymiarowy dom. Wówczas postanowił, że też będzie miał taki dom.

Po kilkudziesięciu latach pracy ni z tego ni z owego przypomniał sobie tę scenę i nagle go olśniło.

Za 30 tysięcy dolarów kupił rozlatujący się jacht z 1975 roku. Dołożył co najmniej 2 razy tyle i praktycznie zrobił go od nowa. Zbudował wielki ogrzewany namiot przed domem, w którym przez dwie zimy pracował po kilkanaście godzin dziennie, tworząc dzieło sztuki. Dziś na co drugim postoju podpływają do nas właściciele innych łodzi, z ciekawością wypytując o ten piękny jacht. „Jeśli kiedyś się ożenię, to najprawdopodobniej właśnie z tą łodzią” – mawia.

Na Alasce sprzedał wszystko. Skutery śnieżne, dom, samochody. Jego ukochanego Jeepa, po cichu odkupiła od niego matka i teraz trzyma go dla niego w garażu. Z trudem uzbierał 150 tysięcy dolarów i uznał, że powinno wystarczyć mu to na 2-3 lata na morzu.

Od początku wymyślił, że będzie pływał z załogą, bo to dwa razy więcej zabawy.

Westsail '75 - wydanie 2011

Westsail '75 - wydanie 2011

Anarchiści i emeryci

Pływanie z załogą, jak sam twierdzi, pozwoliło mu zwiedzić Europę bez opuszczania Pacyfiku. Przez ponad dwa lata na morzu miał 12 załogantów, z tego dwie pary. Z większością z nich spędził po kilka miesięcy, więc Europę zna lepiej nie tylko niż George Bush, ale pewnie i większość Sekretarzy Stanu.

Wśród jego załogantów był Tobias – 24-letni niemiecki anarchista, który chciał zlikwidować pieniądze oraz własność prywatną i wiódł życie tułacze po świecie. Do Polinezji Francuskiej przypłynął z Rickiem z San Diego. Wcześniej przez pół roku w Ameryce, przejechawszy cały kraj, wydał tylko 30 dolarów. Żył zupełnie za darmo, odbierając wieczorami resztki w restauracjach, śpiąc na trawnikach lub Couch Surfingu, uprawiając tzw. „dumpster diving” i tego typu atrakcje. 30 dolarów zainwestował oczywiście w browar.

Był Jon – dumny i roześmiany Bask, który przez 6 miesięcy przeżeglował z Rickiem pół Pacyfiku od Tahiti po Nową Zelandię. Hiszpanii nie tolerował do tego stopnia, że w finale Mistrzostw Świata kibicował Holendrom, a w Urzędach Imigracyjnych w odwiedzanych krajach z trudem powstrzymywał się przed podarciem własnego paszportu. Jon podróżował dookoła świata, ale dość nietypową trasą. Jachtostopem przeżeglował z Wysp Kanaryjskich przez całe Karaiby, Panamę, aż do Nowej Zelandii i dalej zmierzał na zachód.

Była i Delfine – 62-letnia (słownie: sześćdziesięciodwuletnia) Brytyjka, która wcześniej przeżeglowała jachtostopem niemal cały świat. Żeglarskie rzemiosło znała jak mało kto, a po pokładzie uwijała się jak fryga. W jej rękach żagle tylko furczały, a lokalnym mieszkańcom Pacyfiku piekła ciasta i nawiązywała z nimi kontakt jak typowa polska babcia.

Było także siedmiu innych typów od Finlandii, przez Paryż aż po Seattle, z których każdy mógłby zapełnić nie tylko skromny akapit, ale konkretny reportaż.

Strachy na lachy

Przed zaokrętowaniem się na Freestyle mieliśmy pewne obawy co do tak długiego pobytu we troje na ograniczonej przestrzeni. Kilka miesięcy w jednej kabinie, a najdalsze miejsce, w którym można poszukać samotności, to dziób statku oddalony o parę metrów.

A co jeśli koleś okaże się ciężkostrawnym typem, z którym nie będzie o czym rozmawiać? Albo pogada się miło przez kilka dni, a później notorycznie będzie zapadać martwa cisza?

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Tymczasem okazało się, że codzienne wieczorne rozmowy nie są nawet odrobinę mniej wciągające niż 2 miesiące temu, a moje plany, że na łodzi będę miał więcej czasu na pisanie i czytanie szybko rozwiały się jako sen złoty.

Kończąc ten tekst przed kilkoma minutami, zagaiłem do Ricka:

– Nie zgadniesz, jaki artykuł właśnie napisałem…

– Dajesz.

– To historia twardego faceta z Alaski. Przez wiele lat był budowlańcem. Miał 5 samochodów, w wolnych chwilach nagrywał punkowe kapele, ale potem sprzedał wszystko, zbudował łódź i od 2 lat pływa po Pacyfiku, żywiąc się głównie rumem i kokosami.

– Piękna historia. A przynajmniej obiecująco się rozpoczyna.

I to jest właśnie Rick.

.

———————————————————–

P.S. Nasz kapitan, jak każdy szanujący się podróżnik, również prowadzi bloga. Jest to w zasadzie Dziennik Podróży, w którym przeczytać możecie, w jakiej wiosce kto i dlaczego znów zaprosił nas na obiad, co widzieliśmy, snorklując na kolejnych rafach czy jakie mamy problemy na obecnym odcinku rejsu.

Blog ten ma zatem zupełnie inny charakter niż nasz i zawsze na bieżąco możecie dowiedzieć się, co tam u nas aktualnie słychać (a kapitan – tak jak każdy autor bloga – wielce ceni sobie komentarze i opinie niezależnych ekspertów z Polski, więc jeśli tylko macie ochotę, w klawisze walcie śmiało).

.

Advertisements

Posted on 12 października 2011, in .od czapy, Vanuatu and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink. 3 komentarze.

  1. Swietnie ze Wam sie trafil genialny kapitan. Motto z kokosami ekstra a tlumaczenia najlepsi tlumacze literaccy by sie nie powstydzili 🙂
    Ahoj!

  2. No znam ten ból pisania, gdy nikomu się nie chce odpowiadać, więc póki co napiszę Wam komentarz, a co 🙂 Fajny wpis, fajnie trafiliście. Oby tak dalej!

  3. Uwielbiam czytac, moze kiedys…
    Pozdrowienia dla Kapitana!
    🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s