Category Archives: Malezja

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Reklamy

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Ludzie lasu

Trzy procent. Tyle różni nasze DNA od kodu genetycznego jednego z naszych najbliższych krewnych. Dayakowie – rdzenni mieszkańcy tych terenów od zawsze traktowali go jako naszego dalekiego kuzyna i darzyli szacunkiem. Nazwali go Orang-Utan, czyli Człowiek lasu.

I na co się tak przyglądacie?

I na co się tak przyglądacie?

Gdy obserwuje się orangutany w naturalnym środowisku, nie sposób nie odnieść wrażenia, że właśnie obserwujemy praczłowieka. Zwierzęta te chodzą, jedzą, wspinają się i zachowują jak ludzie. Podobnie jak inne naczelne, bardzo szybko się uczą, a w towarzystwie ludzi podpatrują nasze zachowania. W Parku Tanjung Puting w południowym Kalimantanie na przykład lubią udawać, że piorą, młotkiem wbijają gwoździe czy pływają łodzią. Wieczorem palcem myją zęby, a w ciągu dnia podpatrują strażników i udają, że kijem piłują drzewo.

Na wolności żyją wysoko na drzewach i rzadko schodzą na ziemię. W koronach drzew budują 2-3 gniazda dziennie, w których odpoczywają i śpią. Gdy zanosi się na deszcz, szukają rozłożystych liści bananowca, żeby zadaszyć swoje domki. Ogólnie są raczej w typie Złotej Rączki i mają doskonały zmysł mechaniczny. Do wyjmowania owadów używają ponad 50 rodzajów narzędzi, do otwierania i przygotowywania owoców – ponad 20.

Baka - ciekawski psotnik

Baka - ciekawski psotnik

Chrześcijański model rodziny

Ewolucja to potęga. W przypadku orangutanów ewolucyjne podobieństwa do ludzi aż rażą w oczy. Ciąża trwa 9 miesięcy. Podobnie jak ludzie, mają przewód pokarmowy przystosowany głównie do trawienia owoców, roślin i orzechów. Zapuszczają brodę i wąsy. Samica rodzi po jednym dziecku, którym opiekuje się co najmniej 5-6 lat. W pierwszą ciążę zachodzi zazwyczaj w wieku 12-20 lat, a w ciągu całego życia zwykle rodzi dwoje lub troje potomstwa. Jak nic – chrześcijański model rodziny 2+3.

Orangutany trzymane w niewoli jeszcze bardziej upodabniają się do ludzi. Próbują chodzić w pozycji wyprostowanej i nierzadko mają nadwagę. Często znają kilkadziesiąt słów i potrafią budować zdania. Jeden z orangutanów zrobił nawet coś, co do niedawna uchodziło wyłącznie za ludzką umiejętność.

Nauczył się kłamać. Potrafił oszukać swojego opiekuna, mówiąc mu, że wykonał zadania, o które tamten go prosił. Co więcej czasem dla zabawy udawał, że dusi się pestką albo że zrobił sobie krzywdę.

Homo erectus?

Homo erectus?

Semenggoh – oaza w Sarawak

Obserwowanie orangutanów to niemal mistyczne przeżycie. W parku Semenggoh w Malezji żyją one w stanie pół-dzikim. Jest ich tu ponad 20 i niemal wszyscy są indywidualistami.

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Jest Nora. Przez pracowników parku nazywana „Hot Mama”, gdyż w ciągu 15 lat urodziła już trójkę maluchów i chyba ma ochotę na kolejne. Zwykle spokojna i milusińska, ale niech tylko ktoś spróbuje podejść bliżej do jej najmłodszego dziecka – Baki… Może huknąć kokosem albo metrową gałęzią. A trzeba wiedzieć, że orangutany są znakomitymi miotaczami.

Jest Ritchie – samiec alfa, przywódca klanu. Ma 29 lat, jest o połowę większy od innych orangutanów i ma własny kodeks, którego wizytujący muszą przestrzegać. Nie lubi jak się do niego czymś celuje – statywem, kijem, a nawet palcem. Nie trawi lampy błyskowej. Nie lubi, gdy ktoś się śmieje, kiedy zrobi coś śmiesznego. I nie zna się na żartach.

Zresztą nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, żeby nie łamał kodeksu Ritchiego. Przeciętne orangutany są 4 razy silniejsze od dorosłych ludzi i bez problemu mogą nam wyrwać rękę. Rozeźlony Ritchie potrafi wyrywać drzewa. Tak ogromna siła pozwala orangutanom, godzinami wisieć na jednej ręce czy nodze, zajadając owoce. Jednocześnie może jednak w okamgnieniu zmienić je w bestie, przy których Spiderman czy Hulk z bohaterów komiksów przeistaczają się w komików.

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

I stała się jasność

Do niedawna w Semenggoh był także Aman. Ciekawski nonkonformista. Gdy podrósł, zaczął nawet kwestionować pozycję Ritchiego, czym kilka razy rozpętali tu takie piekło, że trzęsła się cała dżungla.

Kilka lat temu z ciekawości zapuścil się daleko poza granice parku i ugryzł przewód wysokiego napięcia. Prąd porządnie pokiereszował mu twarz, a w ciągu kolejnych dwóch lat całkowicie stracił wzrok. Z żalu popadł w apatię, przestał jeść i wydawało się, że nie ma dla niego ratunku.

Jego historią zainteresowało się jednak dwóch amerykańskich weterynarzy pracujących w Afryce i postanowili mu pomóc. Przeprowadzili pierwszą operację wzroku u orangutanów i przywrócili mu wzrok. Aby zażegnać narastający konflikt o przywództwo, Aman został przeniesiony do pobliskiego centrum, gdzie orangutany uratowane z niewoli przechodzą wstępną rehabilitację. Tam jest samcem alfa i został rozpłodowcem. Dziś żyje jak pączek w maśle.

.

Zobacz, jak żyliśmy zanim zeszliśmy z drzew.

.

.

I obejrzyj więcej zdjęć orangutanów.

Orangutany Borneo, Semeggoh, Malezja

.

————————————————————

Informacje praktyczne

Semenggoh Wildlife Centre to najlepsze miejsce w całej malezyjskiej części Borneo, aby obserwować orangutany. Żyją tu one w stanie pół-dzikim i przychodzą tylko na dokarmienie 2 razy dziennie – o 9 i 15.

Większość turystów przyjeżdża właśnie w tych godzinach i zostaje na jedną sesję. Nas orangutany zauroczyły do tego stopnia, że przyjechaliśmy 2 dni z rzędu, obserwować je 4 razy. I każdy raz był inny. Orangutany przychodzą codziennie, ale często różne.

Niektóre, tak jak Arnorma nazywany „Księciem dzikich orangutanów” pojawiają się raz na kilka tygodni. Aby spotkać Ritchiego też trzeba mieć wiele szczęścia. Nam raz ono dopisało.

orangutan borneo semenggoh malaysia female

Między 10 a 14 w parku nie ma nikogo oprócz pracowników, a ci chętnie służą wszelkimi informacjami. Mimo że tak fantastyczne, Semenggoh nie jest w ogóle nawiedzane przez tłumy. W przeciwieństwie do Centrum Sepilok w Sabah, do którego przyjeżdża ok. 1000 osób dziennie i które nie ma nic z mistycznej atmosfery obserwowania orangutanów w stanie dzikim. Sepilok jest jak turystyczne zoo położone we wschodnim Borneo, gdzie bilet kosztuje 30 zł (bilet do Semenggoh kosztuje 3 zł).

Do Semenggoh odległego od Kuching o 20 km można dojechać autobusem miejskim nr K6 z centrum miasta. Wrócić bez problemu można stopem.

.

Podwodny raj Jacquesa Cousteau

Na lewo kolorowe jak tęcza papugoryby obgryzają korale. Na prawo żółw. Odruchowo wstrzymujesz oddech, gdy powoli, majestatycznie mija Cię rekin. Nie zatrzymujesz się jednak i płyniesz dalej. Po chwili wpadasz w oko cyklonu i otacza Cię ławica półtorametrowych barakud. Wiesz na pewno – jesteś na Sipadanie.

Sipadan to miejsce szczególne. Ta malusieńka wyspa położona jest zaledwie 40 km od wybrzeży Borneo. Nie jest ona jednak częścią szelfu kontynentalnego, a wynurza się bezpośrednio z głębi oceanicznej.

I właśnie to nadaje jej niesamowity charakter. Sipadan jest w zasadzie wierzchołkiem podmorskiego krateru wulkanicznego, a jego ściany opadają bezpośrednio 600 metrów wgłąb morza. Prądy wynoszące plankton z głębin ściągają na tę niezwykłą rafę tysiące oportunistów. Ogromne półtorametrowe żółwie zielone i żarłacze białopłetwe mieszkają tutaj na stałe. Stałymi bywalcami są również rekiny szare, nierzadko pojawiają się rekiny młoty. Od czasu do czasu przypływają też rekiny wielorybie i bliżej nieznane ryby z oceanicznych głębin, jak np. mola-mola.

Na samym cyplu Barracuda Point, gdzie bogactwo ryb jest największe, prąd jest tak silny, że człowiek nie ma szans pod niego płynąć. Gdy chcemy się czemuś przyjrzeć albo po prostu zatrzymać na chwilę, nie wystarczy już trzymać się blisko rafy, a trzeba po prostu zaprzeć się o jakąś skałę.

Ale za to w poszukiwaniu łupu przypływają tu liczące setki osobników ławice ogromnych barakud, a czasem niczym ściana wyrasta przed nami tuńczykopodobnych karanksów.

Miejsce to powszechnie uchodzi za jedno z najlepszych nurkowisk na świecie. Jacques Cousteau twierdził, że jest najlepsze.

W stu procentach potwierdzamy tę tezę. Na Sipadanie trudno zdecydować się, na czym skupić wzrok.

.

Sami też możecie podejrzeć odrobinę Sipadanu. O tutaj:

.

.

A tu macie jeszcze parę zdjęć.

Sipadan – podwodny cud świata, Borneo, Malezja

.

—————————————————

Informacje praktyczne

Nurkowanie na Sipadanie nie jest tanie, szczególnie jeśli chcemy zanurkować wyłącznie tam. Nie jest też jednak kosmicznie drogie, jak mogłoby się wydawać. Jeden dzień nurkowania na Sipadanie (3 nury) kosztuje 500-600 RGT, a cena bardzo korzystnie spada, jeśli zanurkujemy też na innych wyspach. Trzydniowy pakiet 9 nurkowań, z czego 3 na Sipadanie, w najtańszym i bardzo dobrym Sipadan Scuba można dostać już za 1050 ringitów czyli ok. 980 zł.

Najtańszą i chyba najlepszą opcją jest jednak Billabong Scuba. Pakiet 6 nurkowań (3 na Sipadanie) z wyżywieniem i jednym noclegiem na koralowej wyspie Mabul kosztuje 840 ringitów. Za 120 RGT więcej na wyspie można zostać jeszcze jedną noc, otrzymując dodatkowe nurkowanie. My niestety nie mogliśmy skorzystać z tej opcji, bo w Billabong Scuba musielibyśmy czekać tydzień na najbliższe wolne miejsca na Sipadan.

Mabul nie jest tani, bo najtańszy nocleg na tej wyspie kosztuje 70 RGT od osoby, czyli jakieś 4 razy drożej niż w Sempornie i normalnie na Borneo. Zaletą Mabulu jest jednak to, że mieszka się bezpośrednio nad przepiękną rafą i można snorklować, a Semporna nie daje takich możliwości.

Generalnie zamierzając nurkować na Sipadanie, warto miejsce zarezerwować wcześniej przez Internet. My nie zrobiliśmy tego, licząc, że na miejscu w Sempornie będzie największy wybór. Po części to prawda, ale i tak we wszystkich biurach rezerwacja odbywa się przez Internet. Korzystając z Sipadan Scuba, też musieliśmy zamówić nasz pakiet bezpośrednio na komputerze w biurze. Większość biur nie miała miejsc na 5 dni wprzód, a oblegany i zdecydowanie przereklamowany Scuba Junkie aż na najbliższy miesiąc.

120 pozwoleń wydawanych dziennie na wyspę dzielone jest między wszystkie biura, które sprzedają je we własnym zakresie w pakietach bądź pojedynczo. Nurkowanie na Sibuan, Mantabuan czy Mabul nie są oczywiście już tak niesamowite jak na Sipadanie, ale to i tak nurkowa górna półka.

Nurkowanie na Sibuan jest zdecydowanie najsłabsze, ale za to wyspa jest najpiękniejsza. Generalnie na 9 nurkowań z żółwiami pływaliśmy aż 7 razy. Wówczas wydawało nam się to niezwykłe. Tak było do czasu, gdy odwiedziliśmy Derawan.

Ale o tym w następnym odcinku…

.