Archiwa blogu

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.

Reklamy

Z pamiętnika podróżnika – manta i rzeźbiarz

Sobota – Wyspy Russella

Wczoraj napisalismy w pamietniku, ze Wyspy Russella to urocze miejsce. Piekne wyspy, lazurowe rafy, a przez caly dzien przyplywaja dziesiatki czolen, zeby nam potowarzyszyc. Kreca sie wokol, czasem ktos zagadnie jednym zdaniem, ale w zasadzie wystarcza im przebywanie w naszym towarzystwie i patrzenie na nas.

Dzis miejsce nadal jest urocze, ale pojawil sie zgrzyt. W nocy, juz po raz drugi na Salomonach, zostalismy okradzeni. Tym razem zniknal recznik i kilka drobiazgow suszacych sie na relingach. Najbardziej dotkliwa jest jednak kradziez jachtowych poduszek pokladowych, ktore zdecydowanie uprzyjemnialy siedzenie na twardym pokladzie podczas kilkudniowych przepraw oceanicznych.

Postanowilismy interwieniowac w pobliskiej wiosce, bo wiemy, ze takie przypadki na Salomonach sa dosc powszechne i czesto udaje sie udzyskac skradzione rzeczy. Niestety wodz wioski nie mogl zajac sie naszymi poduszkami, bo jako adwentysta dnia siodmego dzisiaj ma sabat i nie walczy wowczas ze zlodziejami. Moze od jutra uda mu sie cos zdzialac. Poinformowal nas, ze oglosi problem w kosciolach i okolicznych wioskach i byc moze uda mu sie odzyskac skradzione dobra po naszym wyjezdzie, gdy zlodziej nie bedzie sie ukrywal.

W ramach relaksu podjelismy tez pierwsze proby plywania na lokalnych czolnach krecacych sie wokol lodzi. Nie jest to sprawa prosta, bo w przeciwienstwie do Vanuatu, nie maja one bocznych stabilizatorow i o wywrotke latwiej niz o przedwyborcze obietnice. Niemniej jednak po kilku radosnych probach potrafimy juz uratowac kanu przed zatonieciem, wdrapac sie na nie z wody, a nawet okazjonalnie utrzymac rownowage na stojaco.

Najlepsza z Zon zaatakowal tez dzisiaj rekin. I jakkolwiek naprawde bylo strasznie, to na szczescie ostatecznie rekin nie zdecydowal sie na ugryzienie. Niestety jak bym sie nie staral, to nie da sie tej sytuacji opisac w kilku zdaniach, zeby nie zabrzmiala bunczucznie, groteskowo ani falszywie. Pokrotce powiem, ze ponad dwumetrowe rekiny szare sa wyjatkowo terytorialne, maja niebywale sprawnie dopracowana grupowa taktyke polowania, a gdy ofiara zaczyna uciekac, tak jak we wszystkich drapieznikach wlacza sie w nich instynkt zabojcy. Nauka na przyszlosc – w obecnosci rekinow szarych NIE ODDALAC SIE OD RAFY.

Ale poza tym snorklowanie na Wyspach Russella zapiera dech w piersiach nie tylko ze wzgledu na rekiny szare, ktore skadinad podczas snorklowania widzielismy po raz pierwszy w zyciu.

Wtorek – Mbili, Laguna Marovo

Dzis uzmyslowilismy sobie nasze podroznicze podwojne standardy. W Zachodniej Prowincji niemal wszyscy mieszkancy tworza fantastyczne rzezby z drewna i kamienia, robia przepiekna bizuterie z muszelek, a pozostali przywoza kosze warzyw i owocow w nadziei na wymiane za dobra z zachodniego swiata. Jest to zatem dokladnie to, czego oczekiwalismy po zebrakach w Azji, ktorzy notorycznie chodza za turystami z haslem „Hello! Money?” na ustach.

Poczatkowo rzezby, rzadko kiedy kosztujace mniej niz 100 – 200 zl, wydaly nam sie zdecydowanie zbyt drogie na nasza podroznicza kieszen, szczegolnie w porownaniu z fantastycznymi metrowymi maskami w Indonezji, ktore kupowalismy zupelnie niedawno za 15-20 zl. Rzecz w tym, ze salomonskie rzezby inkrustowane macica lokalnych muszli sa prawdopodobnie najbardziej misterne na swiecie, a ich wykonanie, wylacznie przy uzyciu prostych recznych narzedzi, zajmuje zazwyczaj ok. tygodnia.

Dzis, na dobra sprawe w pierwszym kotwicowisku w Lagunie Marovo, odwiedzilo nas okolo 6-7 rzezbiarzy, ktorzy przyplywaja do naszej lodzi na swoich dlubanych recznie czolnach, uginajacych sie od zapierajacych dech w piersiach rzezb. Juz po kilku pierwszych odwiedzinach stalo sie dla nas jasne, ze wiosluja oni z najbardziej odleglych wiosek, jesli tylko dotrze do nich informacja, ze w lagunie zakotwiczyl nowy jacht.

Takie kraje jak Wyspy Salomona odwiedza moze 30-50 prywatnych lodzi rocznie i zadnego z rzezbiarzy nie stac na przepuszczenie okazji zaprezentowania swoich wyrobow. Ostatniego goscia, ktorego wiesc o naszej obecnosci doszla az we wsi Seghiro oddalonej o 15 km, pozegnalismy dopiero o 21.

Od kazdego z rzezbiarzy staramy sie kupic chocby najmniejsza pamiatke i blogoslawimy nasza decyzje sprzed kilku dni, ze jednak postanowilismy nie nurkowac na Salomonach. Przedwczoraj udalo nam sie co prawda stargowac kosmiczne salomonskie kwoty za nurkowanie do 250 zl za nura, ale ostatecznie i tak uznalismy te kwote za zbyt niebotyczna. Jak sie okazuje snorklowanie tez daje sporo radosci, a 600 zl przeznaczone poczatkowo na nurkowanie trafi do miejscowych rzezbiarzy, ktorych praca z kazdym dniem coraz bardziej nas zdumiewa.

Z innej beczki – kilka dni temu w Honiarze nie znalazlszy nic godnego uwagi do naszej globalnej kolekcji magnesikow lodowkowych, zrobilem wlasny. Dzisiaj zainspirowany pierwszym 10-centymetrowym sukcesem i artystycznym klimatem Laguny Marovo rozpoczalem rzezbienie prawdziwego miniaturowego czolna.

Czwartek – Mbili, Laguna Marovo

Po raz pierwszy od miesiaca Najbardziej Nieustepliwe z Nieustepliwych wreszcie poprawily swoja mocno nadwyrezona opinie. Wyjatkowo mizerne piarowo salomonskie muchy obudzily nas jak zwykle o 6:30, ale na ich szczescie tym razem okazalo sie, ze tuz przy lodzi zeruje kilkumetrowa manta. Po ponad godzinie plywania puste zoladki wygnaly nas wreszcie z wody, a z manta udalo nam sie jeszcze spotkac po obiedzie na pobliskiej rafie.

Rafa okazala sie na tyle niesamowita, ze mozecie tylko zalowac, ze za pomoca Sailmaila nie mozemy zamiescic zdjec. Polujace rekiny czarno- i bialopletwe, korale koloru koralowego, przebijanie sie przez lawice karanksow czy napoleony pchajace sie w kadrze przed rekiny. Szczytem wszystkiego okazala sie lawica okolo 50 delfinow, ktora zainteresowala sie naszym pontonem, gdy wracalismy ze snorklowania.

Rzezbiarze nadal nadciagaja tlumnie, nam powoli koncza sie pieniadze, a przybywa kilogramow do wyslania w paczce. Dzis jednemu z artystow, Natanielowi, prawdopodbnie pomoglismy wejsc w zupelnie nowy biznes magnesikow na lodowki. Zainteresowany moim mini-czolnem tak podekscytowal sie naszym pomyslem, ze juz zaczal szkicowac.

Zdaje sie, ze na dobre wplynelismy wlasnie do Laguny Marovo. I cos czuje, ze spedzimy tu przynajmniej dwa tygodnie.

Z pamiętnika podróżnika – Tour de Flores

Dziś ewenement. Autorski pamiętnik w wykonaniu Pauli. Odkąd 3 miesiące temu zmęczyło mnie prowadzenie zapisków naszych codziennych ciekawostek i wrażeń, to jakże ciekawe i wartościowe zajęcie przejęła najlepsza z żon.

W związku z żywymi reakcjami na Fejsie, jakie wywołały nasze zdjęcia z Komodo i nurkowania, poniżej prezentujemy krótki wybór z ostatnich dni. Jednak żeby nie było tak słodko, z naciskiem na dni w drodze, których ostatnio nie brakowało.

No i te manty…

19.07 – Bali, droga do Labuanbajo

Nie najlepszy start na Bali. Męcząco, gorąco i potwornie kantują. Wszyscy są twoimi przyjaciółmi i nie daj boże dowiedzą się, gdzie jedziesz, już biegną, żeby ci „pomóc”, czyt. zedrzeć z ciebie kilkadziesiąt tysięcy.

Ale za to Bali ma najpiękniejsze pamiątki w całej Azji.

Poznaliśmy też dwóch nowych ciekawych podróżników – 52 letnią Brytyjkę, która sprzedała dom w Londynie, żeby założyć biznes w mniejszym mieście, a póki co wyruszyła w podróż na kilka miesięcy do Azji. Kilka lat wcześniej 2 lata podróżowała po Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Druga to Francuzka – lat 27, inżynier zajmujący się konstruowaniem robotów w kosmosie, podróżuje dookoła świata. Obie mówią, że Kolumbia jest niezwykła.

To samo twierdził Roni na Palawanie i kilka innych osób. Źle nam to wróży.

Stoisko Inglota w Indonezji?

Stoisko Inglota w Indonezji?

21.07 – Labuanbajo

W Labuanbajo wylądowaliśmy około 3:30 w nocy. W samą porę na pierwszego porannego muezina. 48 godzin ciągłej jazdy i szczątkowego snu okazuje się być górną granicą mojej wytrzymałości. Rafał naładowany adrenaliną po rekonesansie wynalazł razem z Francuzką zamiast jednego dnia nurkowania 3-dniowy Liveaboard – pobyt na łodzi z nielimitowanym nurkowaniem w prawie rozsądnej cenie.

22.07 – Labuanbajo

Warany na Rincy (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. „rinczy”). Miało być jak w Jurrasic Parku z dzikimi smokami pożerającymi bawoły, a skończyło się na leniwych jaszczurach wylegujących się wokół kuchni. Trzeba przyznać, że są dość duże i z oczu patrzy im dzikość, ale najbardziej imponujące są 5-centymetrowe pazury.

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Snorklowanie zapowiada całkiem przyzwoite nurkowanie.

25.07 – Park Narodowy Komodo – Liveaboard

Fantastyczne nurkowania i rewelacyjny klimat mieszkania na łodzi. Nurkowanie, wylegiwanie się na pokładzie, wieczorem zimne piwko i pogaduchy.

Pierwszy raz nurkowaliśmy po ciemku. Ma się uczucie, że cały świat to tylko Ty i skrawek korala oświetlony latarką. Wszędzie dziesiątki krewetkowych oczu, śpiące ryby, maszerujące nudibranche, nieśmiałe krewetki mantis.

Elvina – Francuzka, z którą przejechaliśmy niemal 1000 km, nie wiedząc z kim mamy do czynienia, zmieniła nasze wyobrażenia o nurkowaniu. Z delikatnie znudzonych,  bo co może być lepsze niż Egipt, przemieniliśmy się w podekscytowanych nieskończonymi możliwościami nurkowania. Tyle jeszcze przed nami – przeróżne rekiny, delfiny, lwy morskie, wieloryby, nurkowanie w chłodnej wodzie z zupełnie nowymi zwierzętami, nurkowanie w kombinezonie suchym.

No i nasz instruktor – Willy i jego hasła przewodnie.

„Coral here is ‘mazin’!”

“It’s definitely very beautiful”

“Slowly, slowly. Enjoy your dive. Enjoy your holiday”

Słyszane kilkanaście razy dziennie, przez 3 dni.

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

Manty!!!!! Makasar Reef = Manta Point wysadza z butów. Ogromne 5-metrowe manty szybowały koło nas niczym wielkie ptaki. Prąd był tak silny, że trzeba było trzymać się obiema rękoma, żeby nie zostać porwanym.

Powoli zaprzedajemy duszę liveabordom.

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

30.07 – Moni

Dotarcie do Moni zajęło nam prawie 9 godzin. Wielokrotnie zdawało nam się, że jeśli dojedziemy to na pewno bez pup. Po drodze trafiliśmy na klimatyczny rynek w jednej z wiosek nieopisanych w Lonely Planet, a więc i ludzie byli przemili, i nie oczekiwali pieniędzy za każdy uśmiech. Rafał po godzinnych negocjacjach od chłopa na rynku kupił wielką maczetę z pomponem (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. tradycyjny nóż ze  środkowego Floresu, używany w celach sacrum i profanum).

Wszystkie wioski tutaj są już chrześcijańskie i tradycyjne wierzenia zostają już w zasadzie tylko szopką dla turystów. Nawracanie ludzi na wielkie religie czyni z przepięknych kolorowych wierzeń jednolitą chrześcijańską czy muzułmańską papkę.

Droga niesamowicie widowiskowa z polami ryżowymi, przepięknymi górami, majestatycznymi wulkanami i ciekawymi ludźmi. A samo Moni wydaje się być uroczą wioseczką wśród pól ryżowych z masą małych hotelików i restauracji. Cenowo zdecydowanie nie najniższa półka.

Oblicza Floresu

Oblicza Floresu

Po kilku dniach ponownie spotykamy naszego Portugalczyka. Tego samego, który prowadzi notatki na setkach małych karteczek, odkąd przed kilkoma miesiącami „zamókł” mu laptop, gdy jego łódź zatonęła na pełnym morzu w Papui-Nowej Gwinei. Sam ledwo uszedł z życiem, a plecak, wraz z pół toną chrupek, które przewoziła łódź, po kilku godzinach fale wyrzuciły na brzeg. Następnych kilka godzin zajęło mu namawianie członków załogi do zabrania ważącego teraz kilkadziesiąt kilo plecaka.

01.08 – droga do Riung

Potworność!! Wyjechaliśmy o 9 rano, dojechaliśmy na 20 wieczorem. 2 ostatnie godziny jechaliśmy już po ciemku, modląc się, żeby ta męczarnia się już skończyła. Droga na północnym Floresie jest pośladkowym koszmarem, a Indonezyjczycy za grosz się nie znają na odległościach. Pytając 3 różne osoby o odległość do pobliskiego miasta otrzyma się 3 zupełnie różne szacunki – od 3 do 70 „kilo”. Po 2 godzinach trzęsawiska na tych rzekomych 3 km ma się wrażenie, że może mieli na myśli, że można stracić „3 kilo” zanim się dojedzie??

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

Dziwne, że dopiero dziś, ale złapaliśmy wreszcie gumę. Przesiedzieliśmy 2 godziny u wulkanizatora na wsi, delektując się indonezyjską technologią i rozmowami z miejscowymi. Urocze.

.

Na deser jeszcze kilka zdjęć z nurkowania w Parku Narodowym Komodo:

Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Enter Sandman

Tajskie wyspy leżą i kwiczą, a malajskie plaże ze wstydu zapadły się pod wodę. Enter Sandman, czyli bajki o Togeanach ciąg dalszy.

życie codzienne w wiosce BajoŚroda – dzień 9

Dziś po raz pierwszy wybraliśmy się wreszcie na drugi koniec plaży. Rzadko zdarza się, byśmy nie zeksplorowali naszego najbliższego otoczenia już pierwszego dnia, ale tu wszystko biegnie niecodziennym torem. Przynajmniej wreszcie mamy jakieś zdjęcia z naszego raju.

Okazuje się również, że wewnątrz wyspy szarżują tukany. Te piękne ptaki niedawno widzieliśmy co prawda w Parku Narodowym Lore Lindu, ale są tak imponujące, że dziś znowu wybraliśmy się, by je podglądać.

I posłuchać. Tukanie tukana przypomina raczej szczekanie psa, a ptak ten jest tak duży i ciężki, że gdy leci, słychać jak łopocze pod nim powietrze.

W wodzie też nieprzeciętne akcje. Pełnia księżyca, więc ryby, jak zwykle w takim przypadku, się pochowały. Snorklowanie na Ścianie Taipi fantastyczne, ale ani ja ani Aka nic nie złowiliśmy. Wieczorny połów z łodzi też po raz pierwszy na pusto. Na obiad i kolację ryż z jajkiem i ogórkiem. Fantastyczne uczucie. Jestem przekonany, że jutro będziemy bardziej zdeterminowani.

Tymczasem jubilerska pasja rozwinęła się zaskakująco, a Paula wpadła wręcz w perłowy szał. Zanosi się, że wyjedzie bogatsza o 6 naszyjników i 2 bransoletki. Ja zatrzymałem się na 2+1 (wmawiam sobie, że będę miał na wymianę na Papui).

Mój skarbie...

Mój skarbie...

Czwartek – dzień 10

Mimo zakładanego skąpstwa, po 10 dniach niemal zerowych kosztów jednak się złamaliśmy i szarpnęliśmy po dwie stówy na nurkowanie.

Przed przyjazdem tutaj, usłyszeliśmy kilkakrotnie, że na Togeanach nurkuje się dla korali, a nie dla ryb. Traktowaliśmy to jako wymówkę na fakt, że nie ma tu szans na dużego zwierza i nie planowaliśmy tu nurkować. I błąd.

Koralowce są tu nawet piękniejsze niż w Egipcie, co dotychczas wydawało nam się niemożliwe. Dużego zwierza też wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Na wulkanicznej Una-Una pływaliśmy z grupami wielkich karanksów i żółwiami, a barakudy śmiało śmigały nieopodal.

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Nie wszystko jest jednak takie piękne, jak wygląda. Nawet Togeany mają smutne tajemnice. Wieczorne rozmowy przy araku – lokalnym alkoholu pędzonym z palmy, po raz pierwszy przyniosły gorzki wątek. Okazuje się, że pod koniec lat 90-tych, gdy śladowa turystyka niemal zupełnie zanikła w wyniku zamieszek na Celebesie, na wyspę ściągnęli rybaccy oportuniści.

Chińska machina, wiecznie głodna i łaknąca wszystkiego, co zagrożone wymarciem, trafiła i na Togeany. Przybyła w poszukiwaniu napoleona, rekinów i innych szlachetnych ryb, których dziś już tu prawie nie ma. Oprócz ryb, ofiarą padli również Bajo. Naturalnym nurkom, od wieków łowiącym na wstrzymanym oddechu, zaproponowano nową technikę – połowów z kompresorem.

Oczywiście nikt słowem nie wspomniał o chorobie kesonowej, niebezpieczeństwie przebywania na głębokościach i szybkim wynurzaniu. Aka przez kilka lat pracował po kilka godzin dziennie na kilkunastu, kilkudziesięciu metrach, podłączony do kompresora na łodzi. Dziś ten 38-letni mężczyzna wygląda na ponad 50 lat i cały czas ma problemy ze stawami.

Choć jak sam mówi i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego przyjaciół, których na zawsze zabrało morze. Co najmniej kilkadziesiąt osób. I to tylko z okolicznych wiosek.

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Sobota – dzień 12

Dziś obciąłem paznokcie po raz drugi odkąd jesteśmy na Kadidiri. To pierwsza taka operacja w jednym miejscu odkąd wyruszyliśmy 9 miesięcy temu. Pora się zbierać.

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Tylko jak znaleźć w sobie motywację, gdy kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. Dziś upolowałem dwie przepiękne, całkiem spore ryby na naszej Ścianie. Nadal jest to śmieszny łup przy tym, co złapał Aka, ale postępy widać gołym okiem.

Jutro znowu odpływa prom na stały ląd. Czuję, że jeśli nie wyjedziemy tym razem, zostaniemy tutaj na zawsze.

Wieczorem zapowiada się kolejna już nasza impreza pożegnalna przy ognisku. Może uda się spoić wszystkich arakiem, lecz tym razem dla odmiany wyjechać wreszcie pod przykryciem poalkoholowej mgły.

.

——————————————————

A jak wygląda podwodne polowanie w wykonaniu cyganów Bajo? Przekonaj się sam.

.

.

I jeszcze kilka zdjęć z podwodnego Celebesu:

.

Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Podwodny raj Jacquesa Cousteau

Na lewo kolorowe jak tęcza papugoryby obgryzają korale. Na prawo żółw. Odruchowo wstrzymujesz oddech, gdy powoli, majestatycznie mija Cię rekin. Nie zatrzymujesz się jednak i płyniesz dalej. Po chwili wpadasz w oko cyklonu i otacza Cię ławica półtorametrowych barakud. Wiesz na pewno – jesteś na Sipadanie.

Sipadan to miejsce szczególne. Ta malusieńka wyspa położona jest zaledwie 40 km od wybrzeży Borneo. Nie jest ona jednak częścią szelfu kontynentalnego, a wynurza się bezpośrednio z głębi oceanicznej.

I właśnie to nadaje jej niesamowity charakter. Sipadan jest w zasadzie wierzchołkiem podmorskiego krateru wulkanicznego, a jego ściany opadają bezpośrednio 600 metrów wgłąb morza. Prądy wynoszące plankton z głębin ściągają na tę niezwykłą rafę tysiące oportunistów. Ogromne półtorametrowe żółwie zielone i żarłacze białopłetwe mieszkają tutaj na stałe. Stałymi bywalcami są również rekiny szare, nierzadko pojawiają się rekiny młoty. Od czasu do czasu przypływają też rekiny wielorybie i bliżej nieznane ryby z oceanicznych głębin, jak np. mola-mola.

Na samym cyplu Barracuda Point, gdzie bogactwo ryb jest największe, prąd jest tak silny, że człowiek nie ma szans pod niego płynąć. Gdy chcemy się czemuś przyjrzeć albo po prostu zatrzymać na chwilę, nie wystarczy już trzymać się blisko rafy, a trzeba po prostu zaprzeć się o jakąś skałę.

Ale za to w poszukiwaniu łupu przypływają tu liczące setki osobników ławice ogromnych barakud, a czasem niczym ściana wyrasta przed nami tuńczykopodobnych karanksów.

Miejsce to powszechnie uchodzi za jedno z najlepszych nurkowisk na świecie. Jacques Cousteau twierdził, że jest najlepsze.

W stu procentach potwierdzamy tę tezę. Na Sipadanie trudno zdecydować się, na czym skupić wzrok.

.

Sami też możecie podejrzeć odrobinę Sipadanu. O tutaj:

.

.

A tu macie jeszcze parę zdjęć.

Sipadan – podwodny cud świata, Borneo, Malezja

.

—————————————————

Informacje praktyczne

Nurkowanie na Sipadanie nie jest tanie, szczególnie jeśli chcemy zanurkować wyłącznie tam. Nie jest też jednak kosmicznie drogie, jak mogłoby się wydawać. Jeden dzień nurkowania na Sipadanie (3 nury) kosztuje 500-600 RGT, a cena bardzo korzystnie spada, jeśli zanurkujemy też na innych wyspach. Trzydniowy pakiet 9 nurkowań, z czego 3 na Sipadanie, w najtańszym i bardzo dobrym Sipadan Scuba można dostać już za 1050 ringitów czyli ok. 980 zł.

Najtańszą i chyba najlepszą opcją jest jednak Billabong Scuba. Pakiet 6 nurkowań (3 na Sipadanie) z wyżywieniem i jednym noclegiem na koralowej wyspie Mabul kosztuje 840 ringitów. Za 120 RGT więcej na wyspie można zostać jeszcze jedną noc, otrzymując dodatkowe nurkowanie. My niestety nie mogliśmy skorzystać z tej opcji, bo w Billabong Scuba musielibyśmy czekać tydzień na najbliższe wolne miejsca na Sipadan.

Mabul nie jest tani, bo najtańszy nocleg na tej wyspie kosztuje 70 RGT od osoby, czyli jakieś 4 razy drożej niż w Sempornie i normalnie na Borneo. Zaletą Mabulu jest jednak to, że mieszka się bezpośrednio nad przepiękną rafą i można snorklować, a Semporna nie daje takich możliwości.

Generalnie zamierzając nurkować na Sipadanie, warto miejsce zarezerwować wcześniej przez Internet. My nie zrobiliśmy tego, licząc, że na miejscu w Sempornie będzie największy wybór. Po części to prawda, ale i tak we wszystkich biurach rezerwacja odbywa się przez Internet. Korzystając z Sipadan Scuba, też musieliśmy zamówić nasz pakiet bezpośrednio na komputerze w biurze. Większość biur nie miała miejsc na 5 dni wprzód, a oblegany i zdecydowanie przereklamowany Scuba Junkie aż na najbliższy miesiąc.

120 pozwoleń wydawanych dziennie na wyspę dzielone jest między wszystkie biura, które sprzedają je we własnym zakresie w pakietach bądź pojedynczo. Nurkowanie na Sibuan, Mantabuan czy Mabul nie są oczywiście już tak niesamowite jak na Sipadanie, ale to i tak nurkowa górna półka.

Nurkowanie na Sibuan jest zdecydowanie najsłabsze, ale za to wyspa jest najpiękniejsza. Generalnie na 9 nurkowań z żółwiami pływaliśmy aż 7 razy. Wówczas wydawało nam się to niezwykłe. Tak było do czasu, gdy odwiedziliśmy Derawan.

Ale o tym w następnym odcinku…

.

Palawan – nieodkryta perła Filipin

Nie ma co ukrywać. Filipiny nas zauroczyły. Przepadliśmy w tym kraju bez reszty i gdyby nie kończąca się trzytygodniowa wiza, zostalibyśmy tu dużo dłużej. Sprawcami tego niezwykłego zauroczenia są dwa czynniki – Filipińczycy i Palawan.

Pstryknęło się parę pocztówek

Na Palawan trafiliśmy tak jak większość tych nielicznych, którzy go odwiedzają – z polecenia. Bawiąc przez tydzień w Szanghaju, poznaliśmy liczną grupę Filipińczyków, z którymi zżyła się nasza znajoma. Już samo to wydało nam się ciekawe, bo ona – Angielka, mieszkająca w Kraju Środka już półtora roku, właśnie wśród lokalnych Filipińczyków a nie Chińczyków ma najwięcej znajomych. W każdym bądź razie, zachwyceni filipińskim sposobem bycia, czym prędzej kupiliśmy bilety na samolot (Cebu Pacific – 200 zł), a wiedzeni ich radą – udaliśmy się na Palawan.

Palawan to niewielka w zasadzie w wyspa, wyciągnięta jak dojrzały ogórek i oddalona od głównego biegu filipińskich wydarzeń, gdzie kisi się we własnym sosie. Dostać się można na nią jedynie samolotem albo promem towarowym, bo zwykłe promy zostały zlikwidowane na początku 2010 r. Nie robi to zresztą większej różnicy kosztowej, bo na Filipinach bez problemu można latać wewnątrz kraju za 50-70 zł za lot (3 tanie linie – Cebu Pacific, Zest Air, Air Philippines Express).

Okoliczne wyspy z lotu ptaka

W każdym bądź razie wyspa leży w klimacie podrównikowym, otoczona jest setkami, o ile nie tysiącami małych niezamieszkałych wysepek i oferuje liczne atrakcje. Wewnątrz porośnięta jest gęstą dżunglą, a całe wybrzeże to klify albo rajskie plaże.

Żabi skok do raju

Chyba najciekawszą atrakcją jest tu tzw. „Island hopping”, czyli żabie skoki z wyspy na wyspę. W miejscach mniej turystycznych, jak Port Barton, San Vicente czy Taytay bez problemu można wynająć bankę na cały dzień za 1000-1200 peso (70-85 zł). Na takiej średniej wielkości bance, czyli wyjątkowo fotogenicznej filipińskiej wąskokadłubowej łodzi z dwoma bocznymi pływakami zmieści się 4-6 osób, a uczynny kapitan zawiezie nas w dowolnie wskazane miejsce na mapie lub zaprowadzi na kilka okolicznych rajskich plaż i raf koralowych. W cenę najmu wliczony jest już pyszny lunch na plaży – zazwyczaj grillowane ryby i mięso, sałatka, świeże banany i ananasy.

Niemal każdy kapitan banki to wynalazek i oddzielna historia

My takich całodziennych wycieczek w różnych miejscach odbyliśmy w sumie pięć i choć wydawać się to może dużo, to ryzykowałbym wrzodami żołądka, gdybym musiał polecić komuś tylko 3. Każda inna, każda z co najmniej jednym niezwykłym akcentem, a co najważniejsze każda w doborowym towarzystwie (o naszych niecodziennych znajomych wkrótce odrębny wpis). Jednym razem atrakcją dnia będzie laguna i plaża dostępna wyłącznie w trakcie odpływu, do której wpłynąć można tylko wpław przez wąską szczelinę skalną, innym razem spoczywający płytko wrak z II Wojny Światowej, a jeszcze innym plaża bijąca na głowę wszystkie widokówki, gdzie jakiś Filipińczyk wdrapie się na palmę i zetnie kilka świeżych kokosów maczetą.

Wokół Palawanu i pobliskiego Archipelagu Calamian znajduje się ok. 40% raf koralowych na Filipinach, więc możliwości do śledzenia podwodnego życia nie brakuje. Warto jednak dodać, że rafy wokół samego Palawanu (w szczególności okolice El Nido) są często zniszczone przez połowy z użyciem dynamitu, a najwięcej podwodnych atrakcji można zaobserwować w pobliżu wyspy Busuanga na północy. Choć trzeba jednak przyznać, że my żółwie morskie spotkaliśmy dwukrotnie właśnie w okolicach Port Barton i El Nido na Palawanie a nie na Busuandze.

Wara od mojego korala

Życie w rytmie reggae

Aż dziw bierze, jak bardzo życie wyspiarzy na Palawanie przypomina Karaiby. A w zasadzie nasze wyobrażenie Karaibów, na których nigdy nie byliśmy. Zresztą właśnie dzięki Palawanowi rozważamy włączenie tego regionu do naszej trasy, która początkowo wyspy Morza Karaibskiego nie wiedzieć czemu miała omijać.

we're jammin', and hope you like jammin' too

Tak czy owak, Filipińczycy z Palawanu są nawet zaskakująco zrelaksowani w porównaniu ze zwykłymi Filipińczykami, o których skądinąd też nie można powiedzieć, aby myśl ich wybiegała do przodu dalej niż pojutrze. W sumie poznaliśmy co najmniej 5 Filipińczyków, którzy onegdaj przyjechali w ten uroczy zakątek kraju w interesach bądź turystycznie i zostali tutaj na stałe. Teraz prowadzą mały bar na plaży, lokalny sklepik, budkę z szaszłykami albo restauracyjkę dla tubylców.

Przemierzając Palawan od Sabang, przez Port Barton aż po El Nido, naprawdę zdziwić się można, w jak wielu miejscach rozbrzmiewa Bob lub Ziggy Marley. I to nie ogólnie znany Szeryf czy Bizon, a większości mniej znane płyty spod znaku Jammin’ i Kinky Reggae albo wydłubane gdzieś nagrania koncertowe.

Tu na plaży rozmowę zagai przemiły rybak, wieczorem na ławce przysiądzie się grupka młodzieży, a w każdej restauracji porozmawia z nami i doradzi urocza właścicielka.

Zresztą jeśli rozkoszowanie się wolnopłynącym filipińskim życiem po kilku dniach człowieka znudzi, zawsze można założyć płetwy, wskoczyć na łódź i poodkrywać okoliczne cuda. Bo ile można huśtać się na hamaku, smakować wyborne ryby i owoce morza, a wieczorami popijać lokalny rum z Filipińczykami przy ognisku?

My już kalkulujemy czy na Filipiny wrócić z Borneo w Malezji, czy z Celebesu w Indonezji, gdy za kilka miesięcy będziemy znów przejeżdżać w pobliżu.

tricykl - taksówka na krótkie dystanse i wizytówka właściciela

Na koniec zapraszamy do obejrzenia galerii z Palawanu – z podróży po wyspie, z „Island hoppingu” oraz filipińskiego podwodnego świata.

Palawan, Filipiny
Island hopping, Palawan, Filipiny
Podwodny świat, Palawan, Filipiny

I jeszcze filmik z nurkowania oraz snorklowania na Filipinach:
.

.

————————————–

Informacje praktyczne

Choć Palawan ma niecałe 12 tys. km2, to jego długość wynosi ponad 400 km. Biorąc pod fakt, że asfalt jest tu dobrem niezwykle rzadkim, przebycie 200 km potrafi zająć cały dzień. Na szutrowe pseudodrogi autobusy nie wyjeżdżają bez przynajmniej dwóch kół zapasowych, a po niewielkim nawet deszczu pasażerowie jak mróweczki wyciągają jeepneye z gliny.

Infrastruktura turystyczna występuje wyłącznie w północnej części wyspy, a o nieskażeniu większą cywilizacją niech świadczy fakt, że na całym Palawanie bankomaty występują jedynie w stolicy – Puerto Princesa. W ramach pędzącego postępu w lipcu tego roku zamontowano drugi bankomat w regionie – w Coron na wyspie Busuanga, co wybitnie ułatwia życie turystom, bo do tej pory z Busuangi do bankomatu trzeba było lecieć. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zasiedzimy się w El Nido czy Port Barton na Palawanie, powoli wsiąkając w lokalne życie i niespodziewanie skończy nam się gotówka, czeka nas dwudniowa wyprawa (jeden dzień w jedną stronę) do Puerto Princesa.

.

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny

Zmiany, zmiany, zmiany.

Wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem zapowiadają się pewne zmiany na naszym blogu. Tak jak niedawno pisał w komentarzu Kuba K., w ciągu dnia podróży potrafi wydarzyć się więcej niż przez niejeden tydzień. W związku z tym oprócz wpisów przekrojowych, co pewien czas będziemy zamieszczać wyimki z pamiętnika podróżnika, który ostatnio zaczęliśmy prowadzić.

Zatem na początek – Filipiny:

20.12 – El Nido

Najbardziej zwariowany „Island hopping” w historii. Od lokalnego rybaka we wsi Corong Corong wynajęliśmy 2 małe łodzie, na których ledwo udało nam się zmieścić – odpowiednio 7 i 3 osoby. Oprócz pięknych wysp i najlepszej jak do tej pory wyłowionej muszli, do głównych atrakcji należy zaliczyć kilka awarii silnika na morzu, podczas których myśleliśmy, że na ląd będziemy musieli wrócić wpław oraz około 5-krotne całkowite przemoczenie przez notorycznie prześladujący nas deszcz. Było świetnie.

O północy udało nam się dostać na prom towarowy z El Nido do Coron, choć nie mieliśmy biletów. Przeżycie niesamowite, bo statek był zapakowany po brzegi i nie było dla nas wolnej przestrzeni nawet na podłodze. Ostatecznie wpakowaliśmy się na mostek i spędziliśmy noc pod kołem sterowym. Jako przepustki użyliśmy 2 butli rumu, więc do 3 w nocy czas upłynął nam na zajmującej rozmowie z załogą.

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek zwierzęcy

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek ludzki

Butelka 0,7 l wyśmienitego lokalnego rumu Tanduay kosztuje tutaj 60-90 peso (4-6 zł), co oznacza, że rum jest tańszy niż cola. W związku ze znacznie zwiększonym spożyciem w ciągu ostatnich 2 tygodni, stwierdzamy zagrożenie Chorobą Filipińską.

21.11 – Coron

Wyspaliśmy się jako tako. My na naszych materacach nieco lepiej niż Michel, który noc spędził na podłodze pod oknem kapitana. Do Coron przybyliśmy przed południem i niemal udało nam się uniknąć płacenia za bilety za prom, o które upomniano się 100 m od brzegu. Podróż na mostku promu towarowego niezapomniana.

Noc na mostku

Reszta dnia upłynęła nam na relaksacji i zorganizowaniu nurkowań na jutro. Przypadkiem udało nam się również znaleźć restauracyjkę, która ma mieć ponoć Internet 24 h, co pozwoliłoby nam zadzwonić do domu na święta. Zobaczymy.

Na kolację wciągnęliśmy przepyszną lokalną pizzę – pierwszą od wyjazdu z Polski. Nius dnia – Pauli pękły klapki.

22.12 – Coron

Michel zainspirował nas do pisania pamiętnika. Paula próbowała nawet na początku podróży coś pisać, ale wychodziło tego 4 strony dziennie, więc szybko się poddała. Michel pisze 5-10 zdań dziennie, więc w ten sposób może i nam się uda. Jedyna wada to fakt, że odzyskamy świadomość daty. Nawet trudno sobie wyobrazić, jakie to cudowne uczucie, nie mieć najmniejszego pojęcia, jaki dzisiaj mamy dzień. Żeby totalnie nie utracić z trudem wywalczonej wolności, postanawiamy nie liczyć dni tygodnia. Taki mały kompromis.

Ostatnio z naszymi wariatami działo się na raczej sporo, więc postaram się odtworzyć historię chociaż z kilku poprzednich dni (P.S. Wariaci, o których mowa, to oryginały jakich mało i o nich już wkrótce będzie osobny wpis).

Wariaci z Palawanu - połowa składu

Poza tym dziś nurkowaliśmy we wraku Olympia Maru i na rafie 7 Pecados. Wrak całkiem niezły, ale przejrzystość słaba – ok. 6-8 m. Za chwilę idziemy na masaż – pierwszy podczas tej podróży i zdaje się, że rozpocznie on nasze tournee po międzynarodowych technikach masażu.

Nurkowanie w Coron

Masaż w porządku, choć mnie masował chłop o dłoniach jak bochny, który do tego dość głośno sapał, a Michela podstarzała zapaśniczka. Paulinie trafiła się 23-letnia superzgrabna Filipinka o dłoniach jak płatki róży. Durny świat.

23.12 – Coron

Kolejny „Island hopping”. Na wariata dziś rano udało nam się znaleźć chętnych, którzy zorganizowali dla nas wyjazd na okoliczne wyspy i rafy. Największe wrażenie zrobił na nas Skeleton Wreck – wrak japońskiego statku zaopatrzeniowego z 1944 r., którego dziób spoczywa zaledwie na głębokości 5 – 8 m, więc można do niego schodzić nawet podczas snorklowania.

W poszukiwaniu duchów na Skeleton Wreck

W pewnym momencie zostaliśmy na 2 godziny na bezludnej wyspie, na której zostawił nas kapitan, ponieważ nasz czwarty pasażer chciał wcześniej wrócić do portu. Ciężko uwierzyć w naszą naiwność, ale na łodzi zostawiliśmy nasze plecaki z portfelami i paszportami. Przez chwilę wkręciliśmy sobie niezły film, ale na szczęście kapitan w czapce Świętego Mikołaja po nas wrócił.

Na kolację ma być typowo szwajcarskie danie w lokalnej restauracji pewnego Szwajcara, którego poznaliśmy wczoraj. O Szwajcarii zresztą dowiadujemy się równie dużo, co o Filipinach, bo od 3 dni podróżujemy już tylko we trójkę z Michelem.

Z kolei wieczorem mamy załapać się na filipińskie przyjęcie świąteczne. Dwa dni temu poznaliśmy Evelyn – Filipinkę, która przyjechała tu z Manili i osiadła na dobre. Oczywiście jak na Filipinkę przystało od razu zaprosiła nas na dzisiejszą imprezę, o czym zupełnie zapomnieliśmy. Dziś spotkaliśmy ją ponownie, gdy niosła 5 litrów rumu, więc wieczór mamy z głowy. Ciekawe, co będzie z Michelem, który jutro rano ma lot do Manili.

Zagrożenie Chorobą Filipińską wzrasta.

Niemożliwe nie istnieje

24.12 – Coron

Michelowi udało się jakoś zebrać na lot po 3 godzinach snu. Znów jedziemy sami.

Filipińczycy są niesamowici. Rano poszedłem po bułki do naszego zaprzyjaźnionego sklepu i przegadałem z chłopem ponad pół godziny. Nie chciał mnie wypuścić zanim nie zjadłem jego ryżu zapiekanego z miodem w liściach bananowca. Przekąska pycha.

Na kolację wigilijną za 200 peso (14 zł) szwedzki stół i darmowe piwo. Dla mnie całe pieczone prosię na słodko, a dla Pauli ponadpółmetrowe tuńczyki z grilla. Zagrożenie Chorobą Filipińską podniesione do poziomu czerwonego.

W pewnej restauracji z Wi-fi, pozwolili nam przyjść dłuuugo po zamknięciu, żeby zadzwonić do domu. O pierwszej w nocy zasiedliśmy przy opustoszałych stolikach na 2 godziny telekonferencji ze stołami wigilijnymi w Polsce.

Dzień wesoło-smutny.

25.12 – Coron, Manila, Donsol

Znów akcja nie z tej ziemi. Rano podczas płacenia za hotel (350 peso za noc = 25 zł) właściciel zaprosił nas na świąteczne śniadanie. To pierwsza nasza wizyta u Filipińczyków w domu. Lokalne frykasy i prawie godzina rozmowy sprawiają, że niemal spóźniamy się na samolot. Na szczęście jest „filipino time”, czyli miniwan przyjechał pół godziny później, a samolot i tak jest opóźniony.

Lecimy do Manili. Potem postaramy się poszukać nocnego autobusu do Donsol, bo jeszcze przed wyjazdem chcemy popływać z rekinami wielorybimi.

Palawan w lotu ptaka

26.12 – Pilar, Donsol

Nie wiem czy to jakaś passa czy jaki czort, ale dziś znowu zostaliśmy ogłuszeni filipińską gościnnością. A było to tak:

Ze względu na Święta jedyny autobus, jaki udało nam się wczoraj znaleźć w kierunku Donsol, to stary nieklimatyzowany grat do Pilar. Autobus nie był nawet skrojony dla Filipińczyków, a raczej dla krasnali, więc wyjechawszy o 14, o 2 nocy wylądowaliśmy w tej szerzej nieznanej mieścinie zlani potem z powykręcanymi rękoma i zdrętwiałymi nogami. Zdecydowanie najbardziej groteskowa podróż jak do tej pory.

Żeby nie spać na dworcu, rozłożyliśmy się z naszymi plecakami w kościele, ale o 4 obudziły nas przygotowania na mszę o 4:30. Po przegadaniu pół godziny z przemiłą rodziną, dajemy się namówić na mszę. Nie licząc statystowania w kilku ślubach znajomych, to pierwsza nasza wizyta w kościele od jakichś 3-4 lat.

Po mszy przemiła Filipinka zaprasza nas do siebie do domu w oczekiwaniu na jeepneya do Donsol. Śniadanie, pomoc jej mężowi w łowieniu i sortowaniu ryb oraz przemiłe pogaduchy sprawiają, że zostajemy niemal do 8 rano.

Na farmie ryp lapu-lapu

Miasto budzi się do życia, a my po niemal nieprzespanej nocy i tak niesamowitej lawinie wrażeń, mamy złudzenie, że dzień zbliża się ku końcowi. A musimy jeszcze dotrzeć do Donsol, znaleźć nocleg, wrócić 50 km do Daragi do najbliższego bankomatu i zorganizować wypad na poszukiwanie rekinów wielorybich na jutro.

.

P.S. Ważne – udało nam się wreszcie wrzucić obiecany dawno temu filmik z Nepalu z błogosławieństwa krwi. Filmik można obejrzeć tutaj.

.