Category Archives: Boliwia

Rajskie ptaki

Zima w pełni, więc dziś zabieramy Was do Argentyny. Tej północnej, tropikalnej, gdzie lepkie powietrze obłapia Cię lubieżnie w dzień i w nocy. A gdzie upał i łatwość życia, tam i Oni.

Artesano. Apatrydzi z wyboru, bezpaństwowcy, których łączy jedno. Poczucie wolności.

Mogą pochodzić z Urugwaju, Brazylii, Argentyny, Kolumbii czy Meksyku, bo zamożne kraje mają bogatą historię młodych ludzi, ruszających w latynoski świat. Odkrywać, posmakować innego, żyć w drodze. Ale równie wielu artesano wywodzi się Ekwadoru, Peru, Gwatemali czy Hondurasu, gdzie zawsze istnieje droga do samoutrzymania przez rękodzieło. Szczególnie dla Indian.

Odrobina lata na zimowe wieczory

Odrobina lata na zimowe wieczory

Artesano to współcześni koczownicy. Na kontynencie, gdzie za dach nad głową wystarczy nieduża wiata albo cienki namiot, nie trzeba specjalnie troszczyć się o schronienie. Najczęściej parają się rękodziełem, ale bywają artystami ulicznymi, linoskoczkami czy żonglerami. W Puerto Iguazú, argentyńskim miasteczku położonym nieopodal najwspanialszych wodospadów na świecie, zamieszkaliśmy wśród artesano. W najdziwniejszym hotelu w ciągu całych dwóch lat.

Hotel należy do Harry’ego. Harry też był kiedyś artesano. Przez 30 lat. Pochodzi z Urugwaju i w ciągu tych 30 lat dojechał do Meksyku i z powrotem. Nie spieszył się zbytnio, bo lubi disfrutować.

– Lubię mentalność Brazylijczyków. Nikt tak się nie bawi – mówi. – Brazylię znam jako tako, chociaż za mało czasu tam spędziłem, by poznać ten kraj.

Łapacz snów - szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Łapacz snów – szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Harry w Brazylii mieszkał siedem lat. Dwa lata w Kolumbii, rok w Kostaryce. Trochę tu, trochę tam. Bywał pracownikiem najemnym i dorabiał w drodze jak bohaterowie w powieściach Steinbecka. Ale głównie zajmował się rękodziełem. Specjalizacja: metale i kamienie półszlachetne. Wędrowny jubiler można by rzec.

– Dlaczego teraz osiadłeś w Puerto Iguazú?

– Tak wyszło. Wydawało mi się to dobrym pomysłem. Przyjemny klimat, Paragwaj, Brazylia i Urugwaj pod ręką.

Kilka lat temu, nad niewielkim strumykiem Harry postawił swój szałas. Nikogo o nic nie pytał, o niego też nikt nie pytał. Z czasem szałas zamienił na podmurówkę. Wodę bieżącą miał na bieżąco. W argentyńskiej prowincji Missiones ogrzewania nie potrzeba, klimatyzację raczej. Dogadał się z sąsiadami i dziś ma już nawet prąd.

Harry to taki człowiek, wokół którego zawsze kręci się kilka osób. Teraz też jak magnes przyciąga współczesnych nomadów. Do swojego domku dostawił niewielką przybudówkę, gdzie stoi mały stolik i kuchenka na prąd, taka, która wyszła z użycia jakieś 30 lat temu. W przybudówce za pomocą zwykłych desek wydzielił dwa pokoiki, pomieszczenia raczej. Co prawda deski nie dochodzą do sufitu, ale zapewniają względną prywatność. Te dwa pokoje to teraz jego źródło utrzymania.

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców - środowisko naturalne latynoskich artesano

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców – środowisko naturalne latynoskich artesano

– Puerto Iguazú pędzi do przodu jak torpeda. Jeszcze sześć lat temu w okolicy nie było niczego – mówi Harry, wskazując budownictwo utrzymane w stylu art déco slums, pełzające po zboczach parowu nad strumykiem. – Może pójdę w turystykę. Jesteście już drugą parą gringos w moim hotelu. Lubię mochileros[1]. Są czyści, nie sprawiają problemów i płacą za pokój – śmieje się w głos.

Ale Harry ma miękkie serce, przyjmuje również artesano bez grosza przy duszy. Pedro mieszka w okazałym składziku tuż przed domem już od kilku tygodni, zapłacił może za trzy dni. Ten składzik to coś pomiędzy drewutnią, garażem, a pięknym tropikalnym bungalowem. Dwa dni pracy, miotła, kilka wiader wody i można by z niego zrobić apartament dla turystów żądnych przygody. Ale Harry nie ma takich ambicji.

– Nie mam serca go wyrzucić. To artesano. Sam żyłem tak przez 30 lat. Może jest trochę brudny i lubi wino, ale to wesoły gość. I od czasu do czasu przyprowadzi turystów albo innych artesano, którzy płacą za pokój – dodaje ze śmiechem.

To właśnie Pedro pokazał nam tę steinbeckowską oazę rodem z Tortilla Flat. Stał na światłach, nieudolnie żonglując kręglami, gdy spytaliśmy o radę.

Hola, amigo! Nie wiesz, gdzie tu możemy rozbić namiot bez kłopotów?

– Wiem, ale mam dla Was coś lepszego – odparł, zmierzywszy nas wzrokiem. – Własny pokój, kuchenka i bieżąca woda za 15 zł za dobę. Za pokój ma się rozumieć, nie za osobę. Chcecie zobaczyć?

Brzmiało nieprawdopodobnie w kraju, gdzie w najtańszym hostelu znalezienie pokoju za 100 złotych graniczy z cudem (więcej informacji znajdziesz tutaj). Ale i „hotel” okazał się nieprzeciętny. Prysznic zrobiony jest na drzewie. Z pokaźnej gałęzi zwisa obręcz hula hop, na której zawieszona jest kotara, a po gałęzi pełznie wąż, szlauch gumowy, pełniący rolę prysznica. Zamykasz się pod obręczą i kabina prysznicowa gotowa. Hotel i atmosfera taka, że Paulina nie chciała stąd wyjeżdżać.

… ciąg dalszy nastąpi…

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

****

Ale zanim nastąpi, już w najbliższy czwartek (ten za tydzień) zapraszamy wszystkich chętnych do posłuchania naszych opowieści z podróży. O jachtostopie i innych przygodach będziemy opowiadać, pokazując przy okazji jakieś zdjęcia w Teatrze Scena Lubelska na Pradze, towarzysząc amatorskim muzykom w koncercie haha!rytatywnym – https://www.facebook.com/events/183581821843834/185180821683934/?notif_t=plan_mall_activity . Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy!


[1] Czyt. „moczileros”, dosłownie „plecakowicz”, czyli nasz swojski backpacker.

Disfrutuj się życiem

Jest po hiszpańsku takie słowo. Nazywa się disfrutar.

Znaczy tyle co „cieszyć się z czegoś”, „radować”. Ale bardziej. Disfrutowanie jest podstawą egzystencji każdego Latynosa i nadrzędnym celem życiowym. Nieważne od statusu.

Disfrutuj się życiem

Disfrutuj się życiem

Disfrutują wszyscy. Disfrutują się krajobrazami, jedzeniem (nawet gdy jest niedobre), spotkaniem z rodziną i znajomymi. Disfrutują się chwilą.

Kiedyś w małym argentyńskim miasteczku, do którego nikt nie przyjeżdża, para w restauracji kupiła nam butelkę wina. Siedzieli przy stoliku obok, więc zagadnęli nas, bo ewidentnie nie wyglądaliśmy na miejscowych. A skąd, a dokąd, a czemu, a gratulujemy. I nawzajem. No to kielichy w górę i „za waszą podróż. Disfrutujcie się nią, bo jest piękna”.

Milioner Fernando, z którym przemierzyliśmy Patagonię i kilka razy wybraliśmy się razem na treking w okolicy El Chaltén, na szlaku w górach zaczepiał wszystkich Argentyńczyków. I Chilijczyków. Przystają, śmieją się, gadają. Trochę się niecierpliwimy, bo przecież przyszliśmy pochodzić po górach, prawda? Czy może jednak nie prawda, więc socjalizujmy się i disfrutujmy chwilą? Nawet w warsztacie samochodowym, Fernando skumplował się z mechanikiem podczas zmiany przebitej opony.

Gdy byliśmy w Santiago, nasz CouchSurfingowy gospodarz Agustin zwrócił nam uwagę na pewną zaskakującą rzecz. Przejechał kiedyś niemal całą Europę. I zasmucił się, że na starym kontynencie wszyscy jacyś tacy smutni. Nie odzywają się do siebie. Nie mówią „hola!” do nieznajomych. Nie dzielą uśmiechów. „I Wy jacyś tacy kolorowi… Żółte koszulki, czerwone spodnie… Na pewno jesteście z Polski? Pamiętam, że gdy byłem w Polsce, wszyscy chodzili ubrani na szaro”.

Disfrutujmy się życiem.

.

Zaskakujący początek świata

Największe zaskoczenie: plaża. Lazurowa woda i biały piasek niemal jak na Filipinach czy atolach na Pacyfiku. To że bogowie i ludzkość powstali w tak pięknym miejscu, to akurat nie dziwi. Bardziej może fakt, że jesteśmy niemal na 4000 metrów. Na jeziorze Titicaca. A przede wszystkim owianej legendą Wyspie Słońca.

Wyspa Słońca

Wyspa Słońca

Oddalona zaledwie o kilkanaście kilometrów od gwarnej Copacabany Wyspa Słońca to inny świat. Elektryczność pojawiła się tu dopiero kilka lat temu, a życie płynie tu w takim tempie, że można niemal obserwować ziarenka przesypujące się w klepsydrze. O ile Copacabana ze swoim przygotowaniem na turystów czasami przypomina już gwarny Bangkok, o tyle Isla del Sol to raczej rolnicza wyspa, gdzie wraz z zachodzącym słońcem pozostaje jedynie wsłuchiwać się w szum zimnych wód jeziora Titicaca i rozmyślać o cywilizacji Inków.

To tu z morza wyłonił się bóg Wiracocha, który stworzył słońce i księżyc, a następnie z kamieni ulepił człowieka. To tu przyjeżdżali pielgrzymi z Tiwanaku, a nawet Cuzko, by złożyć w ofierze dary w świątyni Chincana, gdzie narodziła się ludzkość.

Bóg się rodzi, moc truchleje

Bóg się rodzi, moc truchleje

Mistycyzm Wyspy Słońca wciąż bije żywo. Oczywiście nie wśród turystów, dla których jest to niemal obowiązkowy przystanek na trasie Peru-Boliwia czy dziesiątków pizzerii prowadzonych tu specjalnie dla nich, ale wśród turystów lokalnych.

Weźmy taki przykład. Spacerując po wyspie, z dala od turystycznego szlaku, postanawiamy wspiąć się na pobliskie wzgórze. Wzgórze bez nazwy, bez ruin, ale czujemy podskórnie, że widok będzie z niego przepiękny. A kto wie, być może czai się tam Tajemnica.

Był sobie chłopiec

Był sobie chłopiec

Zasiadamy na szczycie, a nieopodal dobiega nas rytmiczne stukanie tamburynu i marakasów. Natchniony szaman w białej szacie rozdaje kilku zebranym osobom po cztery liście koki i przygotowuje się do błogosławieństwa. Szybko zostajemy zaproszeni do kręgu i powtarzamy słowa w języku Aymara. Błogosławieństwo odprawiane jest na cztery strony świata, po czym w każdym z kierunków wiatr unosi po jednym liściu koki.

Zebrani to 8 czy 10 osób z południowej Kolumbii. Przyjechali tu na dwutygodniowy urlop. Jezioro Titicaca dla wielu wciąż pozostaje świętym miejscem kultur prekolumbijskich. Jesteśmy pod niesamowitym wrażeniem, ale ku naszemu zdumieniu rytuał z liśćmi koki to dopiero początek ceremonii.

Po kilku minutach szaman z zawiniątka wyciąga butelkę po Johny Walkerze. Napój jakiś dziwny. Czarny, nieco gęstawy, wolno spływa po ściankach.

Główny szlak przez wyspę

Główny szlak przez wyspę

– Chcecie zostać na symboliczną konsumpcję ayahuaski? – pyta jeden z naszych nowych znajomych.

– Ayahuaski??!!?? Jasne, że tak!!

Wiele słyszeliśmy o tym niezwykłym napoju, przez jednych nazywanych najmocniejszym halucynogennym narkotykiem na świecie, a przez wiele kultur mezoameryki traktowanych jako oczyszczający rytuał łączący człowieka z innymi bytami.

Wkrótce ponownie usiedliśmy w niewielkim kręgu, a kolumbijski szaman po kolei wzywał do siebie zebranych i podawał niewielką kokosową czarkę z ayahuaską.

Ceremonia na Wyspie Słońca okazała się na tyle niezwykła, a Kolumbijczycy tak otwarci jak typowi Kolumbijczycy, że stało się to, co musiało się stać.

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

– Skoro Wam się podobało i zmierzacie na północ, może wpadniecie do nas, gdy będziecie w Kolumbii. Wiem, że nie macie pojęcia za ile tygodni dotrzecie w nasze rejony, ale dajcie znać, gdy będziecie się zbliżać. Tu jest mój numer. Raz na jakiś czas organizujemy picie ayahuaski, a poza tym stale zapraszamy na naszą posiadłość –  zapraszał nas Gustavo.

I tak uzbrojeni w komórkę do kolumbijskiego szamana udaliśmy się w dalszą drogę. A o tym czy trafiliśmy wreszcie do Kolumbii, czy piliśmy ayahuaskę i dlaczego było to jedno z najbardziej niezwykłych przeżyć podczas całej podróży, opowiemy innym razem.

.

Latinoamérica

Jestem tym, co zostawili Oni, jestem tym, co Ci zabrali,

Miasteczkiem ukrytym wśród szczytów,

Moja cera jest ze skóry, więc zniesie każdy klimat,

Jestem fabryką dymu,

Ręką robotnika zapewniającą byt,

Zimnym frontem w środku lata,

Miłością w Czasach Zarazy, bracie!

Jestem słońcem, które się rodzi

I dniem, który umiera najpiękniejszymi zachodami słońca

Jestem żywym rozwojem

Dyskursem politycznym pełnym pustosłowia

Najpiękniejszymi twarzami, jakie znam,

Jestem fotografią Zaginionego,

Krwią w twoich żyłach,

Jestem kawałkiem ziemi wartym swej ceny,

Koszykiem z fasolą

Jestem Maradoną strzelającym Anglii dwa gole,

Jestem tym, który podtrzymuje flagę,

Moje Andy są kręgosłupem tej planety,

Jestem tym, czego nauczył mnie mój ojciec:

TEN KTO NIE KOCHA SWOJEJ OJCZYZNY, NIE KOCHA SWOJEJ MATKI.

Jestem Ameryką Łacińską

Ludem pozbawionym nóg, który jednak chodzi!

****

Nigdy nie kupisz wiatru

Nigdy nie kupisz słońca

Nigdy nie kupisz deszczu

Nigdy nie kupisz ciepła

Nigdy nie kupisz chmur

Nigdy nie kupisz kolorów

Nigdy nie kupisz szczęścia

Nigdy nie kupisz mojego bólu

****

Mam jeziora, mam rzeki i szczerzę zęby w szerokim uśmiechu,

Mam śnieg, który makijażem zdobi me góry,

Mam słońce, które mnie suszy i deszcz, w którym się kąpię,

Pustynię odurzoną pejotlem,

I napojem z pulque, by śpiewać z kojotami

Wszystko, czego potrzebuję!

Mam płuca oddychające czystym błękitem

I wysokość, która dusi,

Jestem dziąsłami w ustach żującymi kokę,

Jesienią wraz z jej więdnącymi liśćmi,

Wersami pisanymi pod rozgwieżdżonym niebem,

Winnicą pełną winogrom

Plantacją trzciny w kubańskim słońcu,

Jestem Morzem Karaibskim czuwającym nad domostwami,

Odprawiającymi rytuały święconą wodą,

Wiatrem, który przeczesuje moje włosy,

Jestem wszystkimi świętymi, którzy wiszą na mej szyi,

Rdzeń mojej walki nie jest sztuczny,

Bo prawo do mojej ziemi jest naturalne,

****

Chodźmy! Maszerując, wyrysujmy drogę!

Pracuję ciężko, ale z dumą,

Tu się dzieli wszystkim. Co moje, to Twoje,

Ten lud nie utonie w zetknięciu z potężną falą,

A co zostanie zniszczone, ja odbuduję,

Nie odwrócę wzroku, gdy na Ciebie patrzę, abyś zapamiętał jak się nazywam

Operacja Kondor zaatakowała moje gniazdo,

Wybaczyłem, ale nigdy nie zapomnę,

Chodźmy! Tu tętni walka!

Chodźmy! Śpiewam, bo słuchacie!

Chodźmy! Tutaj jesteśmy!

Niech żyje Ameryka!!!

Nigdy nie kupisz MOJEGO ŻYCIA

***

Chłopakom z Ulicy Trzynastej w Puerto Rico w jednej piosence udało się dotknąć jeśli nie całej, to przynajmniej połowy współczesnej Ameryki Łacińskiej i jej problemów. Co więcej sami będąc niekwestionowaną gwiazdą, rozpoznawalną na całym kontynencie od Santiago po Bogotę, do współpracy zaprosili trzy divy z trzech różnych krajów. Totó la Momposina z Kolumbii, Susana Baca z Peru oraz Maria Rita z Brazylii wyśpiewują współczesne kredo, które wielu leży na sercu.

A zestawienie wykonawców jest nie przymierzając takie, jakby chłopaki z Paktofoniki albo Kalibra nagrali szlagier z Alicją Majewską, Marylą Rodowicz i Edytą Geppert na raz. Tylko że z trzech różnych krajów. Eklektyzm w najlepszym wydaniu.

Zapraszamy do słuchania.

.

.

Wystarczająco dobre słowo

Santa Teresa, Święta Dolina Inków, Peru

– Szefie, a dużo turystów przyjeżdża teraz do Was do wioski?

– Wystarczająco. Nie mamy na co narzekać.

————————

Potosi, najwyżej położone miasto świata, Boliwia

– Cynk. Ołów. Srebro. Dawniej złoto. Niezła kolecja. Dużo tego wydobywacie?

– Oj, sporo, sporo. Wystarczająco.

————————

Coronel Oviedo, Paragwaj

– A ciepłą wodę macie wieczorem?

– Ciepłą, ciepłą. Wystarczająco.

————————

Cusco, Peru

– A wie Pani może czy autobusy do Ollantaytambo do Świętej Doliny często jeżdżą?

– Jasne, że wiem! Wystarczająco często. Wystarczy pójść, poczekać i za jakiś czas przyjedzie.

————————

No tak, w takim razie już wszystko jasne i wszystkiego się dowiedziałem.

„Bastante” – najbardziej użyteczne słowo w całej Ameryce.

.

Mleko i łzy

Dawno dawno temu na płaskowyżu Altiplano żyła piękna kobieta. Nazywa się Tunupa i mieszkała nieopodal wielkiej pustyni, największej w całym królestwie. Działo się znacznie wcześniej niż Inkowie dotarli do Boliwii. Ba! Wcześniej nawet niż mieszkańcy Tiwanaku wybudowali swoje świątynie ku czci słońca.

Tunupa zadziwiała pięknością nie tylko okolicznych mieszkańców, ale wszystkich na Altiplano i wielu młodzieńców rywalizowało o jej względy. W oko wpadła ona szczególnie dwóm potężnym wojownikom – Cusco oraz Cosuña. Nie mogąc dojść do ładu ze sobą oraz rozbijając się o niezdecydowanie Tunupy, młodzieńcy po jakimś czasie postanowili rozwiązać konflikt po męsku.

Laguna Colorada

Laguna Colorada

O względy pięknęj kobiety stoczyli walkę tak epicką, że zarówno słońce i księżyc zatrzymały się przez chwilę na nieboskłonie, by podziwiać ich zmagania. Ich pojedynek trwał wiele godzin, niektórzy twierdzą nawet, że kilka dni. Szala zwycięstwa ważyła się do ostatnich chwil, ale ostatecznie to Cusco wyszedł z walki zwycięsko.

Ślub okazał się wydarzeniem na wielką miarę, a Cusco i Tunupa zamieszkali w żyznej oazie na obrzeżach wielkiej pustyni. Wkrótce narodził im się syn, który dla obojga stał się oczkiem w głowie. W pewne czwartkowe popołudnie, gdy Kusku siał akurat fioletową kukurydzę, a Tunupa zajęta była wyrabianiem koziego sera, młody brzdąc zaintrygowany widokiem ciągnącej się po horyzont piaskownicy ruszył na czworaka przed siebie.

Kingsajz

Kingsajz

Gdy po kilku godzinach zrospaczeni rodzice zorientowali się, że ich syn zniknął, natychmiast rozpoczęli poszukiwania. Tunupa i Kusku przez wiele tygodni przemierzali bezkresne równiny, wylewając przy tym morze łez. Mleko karmiącej jeszcze piersią Tunupy także spłynęło szerokim strumieniem na pustynię. Równina okazała się jednak zbyt ogromna, by odnaleźć na niej maleńkie dziecko. Zrospaczeni rodzice usiedli na krańcu pustyni.

Flamingi

Flamingi

Z tęsknoty i frustracji przemienili się w ogromne góry – dwa wulkany po dziś dzień wypatrujące syna zagubionego na pustyni. Z czasem łzy rodziców sprawiły, że cała pustynia stała się słona, a mleko karmiącej Tunupy zabarwiło ją zupełnie na biało. Tak powstał Salar de Uyuni – największa pustynia solna na świecie.

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

———————————————–

Salar de Uyuni i Cordiliera de Lipez – krajobrazowo prawdopodobnie najbardziej niezwykłe miejsce w Ameryce, jakie odwiedziliśmy:

.

Salar de Uyuni, Boliwia

.

P.S. Geologowie i historycy nie są zgodni co do prawdziwości legendy. Część z nich twierdzi także, że młody udał się nie na pustynię Uyuni, a do La Paz, w poszukiwaniu uroków nocnego życia.

.

Na placu

Ławeczka bywa różna. Czasem jest wygodna. Drewniana, z profilowanym oparciem. Ukryta w cieniu platana lub pod wielką palmą. Z obowiązkową plakietką darczyńcy, boliwijskiego biznesmena lub polityka, szukającego poklasku. Ale bywa też niespecjalna, z wyłamaną deską, która ze wszelką cenę będzie próbowała doprowadzić do zwyrodnienia kości ogonowej. Często z lokalnym kolorytem, Pablo kocha Juanitę, a politycy to świnie. A czasami wszystkie ławeczki są zajęte i zostaje zwykły murek.

Reszta jest już podobna. Chłop na rogu sprzedaje sok ze świeżych pomarańczy i greifrutów. Złoty pięćdziesiąt za wielką szklanę z dolewką. Ten zawsze jest naszym faworytem.

Tuż obok jakiś sześcio- czy ośmiolatek opiekuje się się młodszą siostrą. Matka ubija śmietanę do galaretek. Po całym dniu na ulicy śmietana pokrywa się delikatną mgiełką całego dobra, jakie wydobywa się z czterdziestoletnich busików kursujących po mieście. Ale to zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Jedzą inni, zjem i ja.

Jest i baba Aymara, która po hiszpańsku mówi gorzej niż ja. W tradycyjnej chuście przerzuconej przez plecy trzyma chyba ziemniaki. Albo niemowlaka, ciężko stwierdzić, póki dzieciak nie zacznie płakać albo baba nie chuknie workiem o ścianę. Ta z kolei na ulicy sprzedaje banany. Lub chirimoyę.

Po przeciwległej stronie kilku pucybutów walczy o klientów. Ich wzrok, jak u Fisza, błądzi nie wyżej niż 30 centymetrów ponad chodnikami. Najmłodszy z nich może mieć 10 lat, najstarszy z 60. Zawód na pokolenia.

Bezrobocie w Boliwii czy Peru teoretycznie wynosi od 8 do 10%. A ilu jest samozatrudnionych? To już nawet nie jest przedsiębiorczość. To chęć przeżycia.

———————————–

A teraz zapraszamy na fotograficzną wycieczkę po Sucre i jego cudach:

.

Sucre, Boliwia

.