Archiwa blogu

Ale Meksyk

Ach, właśnie, zapomnieliśmy wspomnieć. Od powrotu z podróży dookoła świata zasiedzieliśmy się w Polsce już ponad dwa i pół roku.

Meksyku nadchodzę!

Meksyku nadchodzę!

W międzyczasie przybyło nam o jednego obywatela, czyli dokładnie o 50% wagabundów w rodzinie więcej. W związku z tym postanowiliśmy znów wyruszyć na szlak. Może nie tak jak ostatnio na dwa lata, ale na początek na dwa miesiące.

Padło na Meksyk.

Nauczeni doświadczeniem, tym razem postanowiliśmy niczego nie planować. Dwa miesiące to wystarczająco dużo, by los przyniósł nam naręcze niespodzianek.

Reklamy

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu

Gród Inków

To surrealizm, jak Salvador Dali.

Miasto żywcem wyjęte ze średniowiecza. Domy zbudowane z kamiennych bloków, z których wiele waży po kilkaset kilo.

Brukowane dukty między domami szerokie na tyle, aby zmieściło się w nich dwóch piechurów i osioł lub lama. Wzdłuż głównych alejek maleńkie akwedukty, którymi bez przerwy płynie woda z podziemnych źródeł. Często nieprzerwanie od ponad 500 lat.

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego...

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego…

A z drugiej strony XXI wiek. Położone w Świętej Dolinie Inków Ollantaytambo to przedpole największej atrakcji turystycznej Ameryki – Machu Picchu. Internet na każdym rogu. W co trzecim kamiennym domu mini restauracja serwująca pizzę i wino. Bary karaoke na przemian z hostelami z obowiązkowym wi-fi.

Rynek – jak zwykle serce miasta, poza faktem, że dziś odbywa się w murowanym budynku krytym blachą, nie zmienił się od kilku stuleci.

OllantaytamboPewnym znakiem nowoczesności są też chyba klapki z opony, w których obecnie chodzi większość niezurbanizowanych mieszkańców Altiplano od południowej Boliwii po środkowe Peru. Na ulicach i rynku słyszy się quechua. Dla wielu osób hiszpański wciąż jest językiem obcym.

Ollantaytambo oznacza „gród Ollantay”. Z kolei Ollantay to jeden z największych wojowników Inków, bohater wojen rodowych i początków inkaskiej historii.

Żyjemy sobie w grodzie Ollantaya już pewien czas, Machu Picchu już za nami, a wracając z łazienki któregoś wieczoru Najlepsza z Żon uderza do mnie w te słowa:

– Zauważyłeś, że jak nie bierzemy dużych plecaków i wyjeżdżamy tylko na tydzień, to z kosmetyków i przyborów toaletowych bierzemy wyłącznie szczoteczkę do zębów i pastę?

– A po co mielibyśmy brać coś więcej?

– No moglibyśmy wziąć chociaż grzebień w zasadzie.

– Za ciężko. Dobrze się podróżuje bez grzebienia przez tydzień.

– Ale moglibyśmy go czasem zabrać, żebym nie wyglądała jak dziecko specjalnej troski.

I toczymy takie jałowe dyskusje w tak pięknych okolicznościach przyrody. I niepowtarzalnych.

Klapki z opony - krzyk mody na Altiplano

Klapki z opony – krzyk mody na Altiplano

.

Parę zdjęć z okolic Ollantaytambo i Świętej Doliny Inków.

Święta Dolina Inków, Peru

.

Odkrycie

– Landrynka! Landrynka z malinami! – wykrzyknęła Najlepsza z Żon, dokonując jednego z największych odkryć podczas podróży.

Baba spojrzała na nas niewzruszona, nie za bardzo znajdując uzasadnienie dla uniesienia, które ogarnęło nas po zjedzeniu jednego z najpopularniejszych tutaj owoców. Chirimoya – zupełna nowość dla Europejczyka, to w kulturze andyjskiej standard. Peruwiańczycy rzeźbili wazy wyobrażające chirimoyę już przed naszą erą.

- Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita? - Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk. - ??!!!

– Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita?
– Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk.
– ??!!!

– To może być najlepszy owoc świata. On bije nawet indonezyjskiego salaka – dodała żona, wyraźnie już rozentuzjazmowana. Powoływanie się na świętość salaka to nie przelewki.

Paula nie zdawała sobie nawet sprawy, ale w tym momencie była prawdopodobnie najbliżej wielkiej literatury w swoim życiu. Mark Twain zwykł nazywać chirimoyę „najsmaczniejszym owocem znanym ludzkości”.

Chirimoya faktycznie jest niezła. Ale tak naprawdę to nie ona okazała się naszym największym boliwijskim odkryciem. Prawdziwym szałem jest owocowo-ziołowy raj, który się przed nami rozpostarł.

- Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

– Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

Niemal na każdym rynku jak kraj długi i szeroki można sobie strzelić świeży sok owocowo-warzywny za grosze.

– A to co za owoc, proszę kochanej pani?

– A to tumbo – rzecze baba i już daje nam pół ociekającego sokiem tumbo do spróbowania.

– Pycha. Niech będzie zatem pół litra soku z tumbo, a dla żony marchewkowo-buraczkowy. A co pije ten pan?

– Alfa-Alfa. Dobrze robi na nerki i oczyszcza organizm.

Śniadanie mistrzów

Śniadanie mistrzów

Czyli już się wyjaśniło, co będzięmy pili do obiadu. W Sucre utknęliśmy na ponad tydzień. Strategicznie wybraliśmy hotelik 10 metrów od rynku głównego. Rynek czynny od świtu do 8 wieczorem, więc świeży sok lub przecier owocowy staraliśmy się wpasować przynajmniej 2-3 razy dziennie. Niby kupujesz jedną szklankę 0,3 l, ale drugą prawie pełną dostajesz tzw. „aumento”, czyli dolewki. W wszystko za 2 zł. A na śniadanie sałatka owocowa tak wielka, że wylewa się z miski.

Przechadzając się po boliwijskim rynku, a tym bardziej podchodząc do straganu z sokami, czuję się jak małe dziecko. Niby żyjemy na tym samym świecie, ale przynajmniej połowa rzeczy jest zupełnie nowa.

– A to co za owoc?

– Guineo.

– A to co?

– Maracuya.

– A to?

– Guayaba.

I tak w kółko. No i refresco. Kompot. Zwyczajny kompot sprzedawany na ulicy na szklanki po 50 groszy sztuka. Kompot morelowy, kompot ananasowy, ale też kompot z orzeszków ziemnych czy kompot z lnu. Z lnu?? Tak, tak „linaza”, czyli mielone siemię lniane przerobione na kompot – bardzo zdrowe, więc wyjątkowo popularne wśród Boliwijczyków. Smakiem nie umywa się co prawda do kompotu ananasowego, ale od czasu do czasu i my się skusimy. Ponoć dobry na trawienie. Refresco dopadnie cię wszędzie. Jest na każdej ulicy. Wyśledzi cię na dworcu, a wystarczy, by autobus zatrzymał się na minutę i od razu wejdzie baba sprzedająca refresco na wynos – w foliowym woreczku.

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Soki, przeciery, kompoty na zimno. Ale jeszcze ciekawsze są chyba napoje na gorąco. Sok z quinuy czy nasz ulubiony api. Api to słodki sok z kukurydzy. Z tym że w Boliwii jest 7 głównych ras kukurydzy, które dzielą się na 45 typów i setki gatunków.

Api może więc być fioletowy, może być biały. Może być i brązowy, a najlepiej poprosić o mieszankę dwóch typów. Fioletowy prawie zawsze gotowany jest z goździkami i cynamonem, a brązowy z anyżkiem.

W Boliwii jesteśmy już miesiąc. W tym czasie kupiliśmy 2 butelki wody. Na co dzień poi nas ulica. I jak tu nie kochać Boliwii??

.

Trzy kolory: Niebieski

Niedawno stuknęło nam kolejne pół roku w drodze, więc dziś nieco taniego sentymentu i uchylenie rąbka tajemnicy z życia za kulisami podróży dookoła świata.

Czy nie nudzą nas te piękne miejsca? Czy wciąż robią na nas wrażenie cuda świata, które spotykamy na swojej drodze? Czy emocje z nimi związane nie rozwadniają się w natłoku wrażeń? Jak znaleźć w sobie motywację, by wciąż podróżować z pasją?

Faktycznie trzeba przyznać, że natłok wrażeń potrafi przytłoczyć. W długiej podróży niewątpliwie zmniejsza się tolerancja na piękno i niezwykłe miejsca. Ale co zauważyliśmy już dawno, wówczas ludzie wychodzą na pierwszy plan, a ten czynnik prawie w ogóle się nie dewaluuje. A podróżując tak jak my to robimy, często na stopa, włócząc się po przypadkowych miejscach, nierzadko zostając gdzieś nieco dłużej, od czasu do czasu na CouchSurfingu, na swojej drodze spotykamy tak wielu niezwykłych ludzi, że to zawsze robi wrażenie.

Czasem aż dziw bierze, jakie ludzie obierają sobie drogi życiowe. Kilka dni temu jechaliśmy z 19-letnim (!!!) Niemcem, który po odbyciu służby wojskowej, przed decyzją o studiach ruszył w świat, zamieszkał przez pół roku w kibucu w Izraelu, a ostatnio już od kilku miesięcy pracuje w Patagonii jako poganiacz koni w wielkiej posiadłości ziemskiej dla turystów u podnóża Andów. I zostanie tam jeszcze pewnie z pół roku. Kilka dni później wracając z podpatrywania orek na Półwyspie Valdez poznaliśmy dziewczynę, skądinąd też Niemkę, która zajmuje się projektowaniem oświetlenia w teatrach, a raz na jakiś czas wypada w świat na miesiąc czy dwa. Czy ktoś w ogóle słyszał o projektowaniu oświetlenia dla teatrów??

Na kilkakrotnie wywoływanym już Półwyspie Valdes poznaliśmy Ingrid Visser, której życie i pasja do badania orek tak nas zafascynowała, że musimy jeszcze o niej napisać w oddzielnym wpisie.

Pędzenie od atrakcji do atrakcji wyszło nam bokami już w drugim miesiącu podróży, czyli gdzieś w Nepalu. W Azji mocno pchała nas jeszcze do przodu odmienność kulturowa i całkowite zaskoczenia, z którymi spotykaliśmy się średnio co kilka dni. Ale wkrótce zaczęliśmy podróżować dużo wolniej i choć nadal przemieszczając się w zasadzie w kierunku mniejszych bądź większych atrakcji turystycznych, to jednak nie one stały się osią podróży, a właśnie to co pomiędzy nimi. Dziś w naszych historiach i pamięci, to te niecodzienne przeżycia powracają najczęściej, a nie tajskie świątynie, wulkany Indonezji czy fiordy Nowej Zelandii.

Ale oczywiście ani żadne cuda natury, ani ludzie, ani w ogóle nic innego nie jest w stanie sprawić, byśmy nie tęsknili za krajem, rodziną i znajomymi. Oczywiście, że mamy ochotę wrócić i niemal co drugi dzień rozmawiamy o tym, jak fajnie byłoby usiąść na kanapie u rodziców, zjeść ciasto czy napić się piwka z braćmi przy meczyku. Odwiedzić znajomych, spotkać się z kumplem i porozmawiać o imponderabiliach.

Kilka dni temu w podróży zastały nas już trzecie duże święta z rzędu. Tym razem były one o tyle wyjątkowe, że nie było w ogóle wyjątkowo, a wielkanocny poranek spędziliśmy na stacji benzynowej, przemierzając bezkresną Argentynę.

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Pedały w drogę

Fajnie się podróżuje, to fakt. Ale kto podróżował po świecie więcej niż 2-3 miesiące non-stop, wie, że raz na jakiś czas w podróży dobre są zmiany. Po niemal roku spędzonym w Azji jak świeża morska bryza podziałał na nas 4-miesięczny rejs po Pacyfiku. Następnie równie ciekawą odmianą był własny dom na kółkach w Nowej Zelandii przez dwa miesiące.

Ostatnio w Ameryce Południowej przez ponad 2 miesiące poruszaliśmy się stopem i fajnie było odświeżyć autostopowe emocje z Tajlandii, Laosu czy Malezji. Ale stop potrafi męczyć. Trzeba przyznać, że w większości samochodowych rozmów nie wychodzi się poza utarty schemat podróżniczo-rodzinny.

Przez jakiś czas w Patagonii na poważnie rozważaliśmy kupno koni. Jednocześnie w tejże Patagonii napatrzyliśmy się na prawdziwych hardkorowców pedałujących przy huraganowym wietrze, w deszczu czy mrozie i początkowo trochę pukaliśmy się w głowę. Ale wkrótce pomysł mocno dojrzał i postanowiliśmy, że z Buenos Aires, ewentualnie Paragwaju wyruszymy na dwóch kółkach aż do Kolumbii.

Więc miało być dosyć tej gejowizny i miała zacząć się Nowa Era. Era Pedałów. I pewnie na dobre już by się zaczęła, gdybyśmy nie postanowili zamieszkać przez jakiś czas w delcie Parany. Zatem kilka tygodni przygotowań i rozmyślania na temat rowerowej eskapady odkładamy na półkę, bo ostatnio nakręciliśmy się bardzo na pobyty stacjonarne. Już nie możemy doczekać się rozstania z cywilizowaną Ameryką Południową i poznawania życia na wyżynach Boliwii czy w kotlinach Peru.

Mieć czy być

Odkąd Fromm zastanawiał się nad jednym z najważniejszych pytań dotyczących naszej egzystencji, niewiele się zmieniło. Podróż przez skrajności poszczególnych kontynentów pozwala czasem spojrzeć na te rzeczy z dystansu. Cztery miesiące na Pacyfiku wśród roześmianych dzieciaków bawiących się w wioskach i ludzi, którzy często nie posiadali nic więcej niż podarta koszulka na plecach dało nam do myślenia, gdy dotarliśmy do Auckland i innych dużych miast.

Szczególnie szokujące wrażenie zrobiła na nas Ushuaia owiana sławą miasta na końcu świata. W centrach handlowych tłumy biegają w poszukiwaniu rzeczy, których nie potrzebują. Ze sklepowych wystaw wylewają się przedmioty, nie warte nawet ćwierci swej ceny. Ktoś pędzi z nowym płaszczem niemal w tym samym kolorze, co przed rokiem. Automat muzyczny drze się wniebogłosy. Na najwyższym piętrze rozwrzeszczane dzieciaki wciągają hamburgery i walą krzesłem o podłogę.

Kilka lat temu Francuska ZAZ śpiewała „Chcę miłości, radości i dobrego humoru. To nie pieniądze uczynią mnie szczęśliwą. Zostaw swoje uprzedzenia i chodźmy razem poszukać wolności”. Czy się z nią zgadzamy? Chyba jeszcze nie jesteśmy pewni. Ale nadal szukamy.

Czy ja to ja?

Niby to jasne jak dwa razy dwa. Ale jakiś czas temu włączam komputer, aktualizuje się Picasa i co widzę? Genialny Google pokazuje nam 800-900 zdjęć i pyta czy my to my. Jak on rozpoznał tego kolesia? Do normalnego życia wrócić będzie pewnie wyjątkowo ciężko. Bo tak jak zmienił się na przykład mój wygląd, równie bardzo zmieniła się zapewne nasza psychika.

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

Pamiętacie jeszcze Fernanda? Gdy podróżowaliśmy z nim przez Patagonię niemal tydzień, ni z tego ni z owego zaskoczył nas takim pytaniem:

– Gdybyście jednym zdaniem mieli podsumować waszą półtoraroczną podróż, to co by to było?

– Najlepsza decyzja w naszym życiu – wypaliłem na szybko.

– Podróż uczyniła nas wolnymi – odparła bez zastanowienia Najlepsza z Żon.

I aż mnie zatkało. Bo wtedy to do mnie dotarło. Rozmowa ta miała miejsce już niemal półtora miesiąca temu, ale genialne zdanie mojej żony co dzień dzwoni mi w uszach.

.

I jak co pół roku, filmik:
.

.

Jechać – nie jechać?

Alaska czy Boliwia?

Mikronezja czy Nowa Zelandia?

Japonia czy Argentyna?

Filipiny czy Ekwador?

Czas wyborow juz dawno za nami. Przed kilkoma tygodniami postanowilismy, ze na Wyspach Salomona opuszczamy naszego kapitana i ruszamy dalej na wschod. Od tego czasu zmienialismy jednak zdanie przynajmniej trzykrotnie i juz sami nie wiemy, na czym aktualnie stoimy.

Jak stwierdził kiedyś mój nieoceniony brat, oba rozwiązania mają zarówno zady i walety.

Na jachcie jestesmy juz 3 miesiace i bedziemy zeglowac przynajmniej jeszcze kilka tygodni. Z Salomonow nasz kapitan kontynuuje podroz dookola Pacyfiku i plynie do Mikronezji. Po drodze jedne z najrzadziej odwiedzanych miejsc na swiecie – na przyklad atol Ontong Java, nalezacy nominalnie do Wysp Salomona, ale zamieszkaly przez ludnosc polinezyjska.

Dalej Mikronezja i iskrzaca sie arsenalem wojennym laguna Chuuk oraz tradycyjny region Yap, do ktorego w wiekszosci nie mozna nawet dotrzec inaczej niz prywatnym jachtem. Potem nasze ukochane Filipiny, na ktorych w zeszlym roku spedzilismy Boze Narodzenie, a teraz moglibysmy trafic tam na niezwykla filipinska Wielkanoc i sezon na plywanie z rekinami wielorybimi w Donsol.

Pozniej Okinawa i lancuch setek wysp japonskich az po Honsiu – ciekawa odmiana po Trzecim Swiecie i kulturach Pacyfiku.

A na deser Alaska. Ale nie Anchorage, Denali i dwa parki narodowe na krzyz, ale trzy miesiace przemierzania calego archipelagu Aleutow od Attu az po Zatoke Ksiecia Williama i Kenai, gdzie mieszka nasz kapitan. Alaska na pokladzie lodzi przemierzana niemal sladem Vitusa Beringa – odkrywcy tych terenow sprzed 250 lat.

A moze jednak wulkany, fiordy i kraj paralizujacy wyobraznie wiekszosci ludzkosci. Oraz ponoc jedni z najcieplejszych mieszkancow naszego globu. Cieplejsi nawet niz ich gorace zrodla – Nowozelandczycy.

A potem marzenie z dziecinstwa – Ameryka Poludniowa. Kupic motory albo jeepa i przemierzyc kontynent od Ziemi Ognistej az po Kolumbie. Przez Patagonie, chilijskie pustynie, boliwijskie salary, Machu Picchu i Andy. Przez pol roku zyc w rytmie latynoskiej maniany, saczyc pinacolade i zajadac swinki morskie.

Czy jednak dookola Pacyfiku z naszym kapitanem? Ale spedzic na lodzi jeszcze 11 miesiecy? I co potem, wyladowawszy wreszcie w Anchorage? Kupic fure w Stanach i jechac dalej? Ale czy nasza podroz w ogole sie skonczy? I, parafrazujac klasyka – co dalej z zyciem, panie premierze?

Za kazdym razem, gdy wypijemy pol butelki rumu, coraz bardziej sklaniamy sie, by jednak plynac dalej. Trzezwiejac powoli nastepnego dnia rano, zawsze cieplej myslimy o Ameryce Poludniowej i powrocie do kraju jeszcze w przyszlym roku.

I tak bijemy sie z myslami od tygodni. A moze Wy cos pomozecie… To jak – jechac? Czy nie jechac?

Na wyspach Bergamudach

Dziś zabieramy Was naprawdę daleko, ale unosimy się w oparach absurdu. Krokodyle, szpitale bez lekarzy i samoloty, których nie ma, czyli witajcie na Wyspach Salomona.

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

 

Ale zaczynamy jak u Hitchcocka.

Po ostatnim dwudniowym rejsie Najlepsza z Żon czuje się fatalnie. Pęka jej głowa, ciężko oddycha, bolą ją wszystkie kości, łącznie ze śródstopiem. Nie może nawet rozprostować palca. Ostatnie przeprawy z Espiritu Santo na Archipelag Banksa na Vanuatu, a następnie do wschodnich rubieży Wysp Salomona zupełnie nas nie oszczędzały. Przynajmniej kilka szkwałów każdej nocy, podczas których deszcz pada poziomo, a wiatr wieje z prędkością 30, a nawet ponad 40 węzłów. Kilkukrotne całkowite przemoczenie przez fale przelewające się przez pokład też zrobiło swoje.

Pierwszy atak choroby jakimś cudem udało się opanować przy użyciu jachtowej apteczki, ale jak się wkrótce miało okazać, to jeszcze nie koniec. Na Vanikolo – pierwszej wyspie archipelagu nie schodziliśmy nawet na ląd, a spragnieni kontaktu z cywilizacją mieszkańcy okolicznych wiosek przez cały dzień przepływali kilometry swoimi czółnami, aby z nami handlować. Wypakowani kilogramami papai, batatów, ananasów i wszelkiego innego dobra, a lżejsi o kilka worków ryżu, cukru, a także szpulek igieł i nici, które specjalnie w tym celu nabyliśmy na Vanuatu, następnego dnia udaliśmy się więc prosto do Laty – stolicy prowincji Temotu na Wyspach Salomona.

Na Vanikolo nie snorklowaliśmy nawet jakoś specjalnie w zatoce, bo choć jak twierdzą miejscowi, okoliczne krokodyle zazwyczaj nie są większe niż półtora metra, to jakoś brakowało nam śmiałości, żeby popluskać się tu dłużej niż pół minuty.

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

 

Szpitale bez lekarzy

Kilka dni później choroba wraca. Tragedii nie ma, myślę, bo w Lacie jest nawet szpital. Przeciskam się pomiędzy czekającymi pacjentami, a plakaty informacyjne na ścianach ostrzegają mieszkańców przed chorobami, które w świecie zachodnim już dawno wyginęły – prym wiodą gruźlica i malaria.

Szpital okazuje się blaszanym barakiem z jedną salą bez drzwi i parawanem, za którym lekarz ogląda pacjentów, a tłum w korytarzu bynajmniej nie dyskretnie zapuszcza żurawia do środka.

Mimo że generalnie podczas podróży zdrowie wyjątkowo nam sprzyja, to jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to w mniejszych bądź większych kwestiach lokalne szpitale odwiedziliśmy już w Indiach, Hong Kongu, na Celebesie, Floresie, na Fidżi i na Vanuatu. I za każdym razem procedury były inne.

Próbuje więc ustalić jak tu wygląda ta kwestia, ale jakoś dziwnie nie mogę dojść do ładu z lekarzem, który mówi, że wizyta będzie tania, ale w zasadzie nie wie, ile będzie kosztować, a najlepiej by było, gdybym w sklepiku obok kupił zeszyt w kratkę, to założy żonie kartę pacjenta.

Kartę Pacjenta?? „Czy ty jesteś człowieku zdrowy?”, myślę sobie i daję mu czystą kartkę z plecaka, którą zawsze na wszelki wypadek noszę przy sobie. Tu załóż kartę pacjenta i kiedy możesz nas przyjąć.

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

 

Po kilku minutach Najlepsza z Żon siedzi na krzesełku, śledzona kilkoma tuzinami melanezyjskich oczu wyglądających zza futryny.

Diagnoza – zapalenie płuc. Przyznam, że słowa doktora zabrzmiały jak wyrok, a gdyby był prawdziwym lekarzem pewnie zrobiłyby jeszcze większe wrażenie.

W międzyczasie to tu tam, od słowa do słowa udaje nam się ustalić, że przyjmujący pacjentów lekarz wcale nie jest lekarzem a „pomocnikiem lekarza”. Chyba stażystą, być może pielęgniarzem, a może recepcjonistą, w zasadzie nikt nie jest pewien. Lekarz in spe wyjechał do stolicy i nie może wrócić, bo od miesiąca do Laty nie latają cywilne samoloty.

Samoloty, których nie ma

Nie latają, bo samolot linii z Papui Nowej Gwinei, która użycza narodowym liniom Wysp Salomona samolotów, rozbił się ostatnio w Papui (lub miał awarię silnika – w zależności od źródła) i w chwili obecnej nie ma co już latać do wschodniej prowincji Salomonów.

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

 

Lokalne lotnisko w Lacie to prawie ubity pas ziemny niemal bez dziur, na którym raz w tygodniu ląduje samolot z Honiary. Ląduje zazwyczaj, bo ostatnio nie wylądował już od 4 tygodni. Podczas naszej wizyty na wyspie Santa Cruz uwięzionych było zatem czterech turystów, którzy przybyli tu w różnym czasie na wakacje, a wkrótce zostali odcięci od świata. Bankomat na wyspie o dziwo jest, ale od ponad roku nie ma w nim gotówki. Bank jest jeden, ale nie wymienia pieniędzy, a statek przypływa, kiedy akurat przypływa, czyli raz na miesiąc albo pół roku.

Z tradycyjnymi czółnami wydłubywanymi ręcznie z pnia drzewa i wioskami z liści bananowca Vanuatu wydawało nam się relatywnie biednym krajem. Okazuje się jednak, że dla Wysp Salomona Vanuatu to bogaty wujek. W położonej daleko na wschodzie kraju porzuconej przez Boga i cywilizację prowincji Temotu ostatnio nikt nie mówi o niczym innym, jak o nowym porozumieniu rządów Salomonów i Vanuatu, które być może już w przyszłym roku otworzy połączenie lotnicze z miejscowej stolicy na wyspie Santa Cruz do Espiritu Santo na Vanuatu.

Miejscowi liczą, że wraz z nowym połączeniem lotniczym zaleją ich zachodni turyści. I kto wie, być może mają rację, liczba turystów się potroi i zamiast trzech przyjedzie dziewięć osób miesięcznie.

Wioska na wyspie Santa Ana

Wioska na wyspie Santa Ana

 

Jeszcze Polska..

I jeszcze polski akcent na zakończenie. Jednym z trójki białych uwięzionych na Santa Cruz okazał się Jacek – niesamowity 60-letni radioamator z Warszawy, który w wolnych chwilach podróżuje po świecie z ponad 70 kilogramami sprzętu radiowego, by z najbardziej niedostępnych miejsc na Pacyfiku łączyć się z radioamatorami z całego świata.

Z takimi ludźmi można przedyskutować nie jeden dzień, a nawet kilka tygodni bez cienia nudy.

.

P.S. Zaczęło się jak u Hitchcocka, a skończyło jak u Disneya. Po czterech dniach zapalenie płuc minęło jak ręką odjął, więc albo lekarz, który nie był lekarzem wyleczył Najlepszą z Żon pięciodniową kuracją albo walnął się z diagnozą.

Tuż po wizycie w szpitalu, która okazała się darmowa, wyszło na jaw, że zeszyt, o który prosił lekarz, miał w przyszłości posłużyć za kartę dla innych pacjentów. Gdy kilka godzin później wręczyliśmy lekarzowi naręcze zeszytów do rozdysponowania dla potrzebujących pacjentów, aż zaszkliły mu się oczy.

Witajcie na Salomonach!

Witajcie na Salomonach!

 

Morze też uspokoiło się aż zanadto. Dwudniowa przeprawa z prowincji wschodniej do centralnej była na tyle spokojna, że świętując odchodzące w niepamięć zapalenie płuc, po raz pierwszy mogliśmy wykąpać się na otwartym oceanie. Temperatura powietrza 35, temperatura wody 31, żadnego lądu w promieniu ponad 100 mil morskich i przejrzystość wody, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy – 50-60 metrów spokojnie.

I miejmy nadzieję, że to są Salomony, które będą bawić nas przez najbliższe tygodnie.

.

P.S. Kilka galerii z Vanuatu wciąż na Was czeka, ale póki co wrzucamy pierwsze coś dla oka z Salomonów.

.

Marau Sound, Wyspy Salomona

.

Santa Ana, Wyspy Salomona

.