Archiwa blogu

Do widzenia, do jutra

Cartagena, Kolumbia, wieczór.

Nieopodal rynku, na rogu głównego placu, młode małżeństwo rozkłada stoisko. Mają około 30 lat. Jak co dzień będą sprzedawać szamę. Grillowany kurczak na ostro, kurczak w panierce smażony na głębokim tłuszczu z pikantną salsą, smażona ryba z ostrym sosem i ryba z grilla na ostro. Przypuszczam, że menu jest niezmienne od lat. Dania serwują z ryżem oraz sałatką z avocado i pomidora. Cena 4 lub 5 tysięcy peso (8-10 zł) też jest raczej niespotykana w Kolumbii.

Stragan zbity jest z desek, z jednej strony wspiera się na skrzynce po owocach. Obok niego dwa paleniska, które w czasach świetności można było nazwać grillami. Zbudowane ze starej metalowej szafki. Nasza ulubiona restauracja w mieście.

Jeden grill ledwo stoi, dwie nogi pochylają się pod kątem 20-30 stopni i codziennie zwracam uwagę, żeby usiąść na murku po stronie odchylnej. W drugim palenisku dno jest dziurawe jak sito i rozżarzone węgle co i rusz wysypują się na ulicę. Wówczas chłop zbiera je łyżką, której używa do smażenia.

– Jutro to naprawię – mówi barczysty Murzyn, spotykając się z niezadowolonym spojrzeniem żony.

– Maniana, maniana! Wszystko jest zawsze maniana. Miałeś zrobić wczoraj – mówi niby rozdrażniona, ale jednocześnie uśmiecha się uroczo.

Po czym obydwoje siadają na murku okalającym park. Kobieta jest w siódmym miesiącu ciąży. Ich córka będzie nazywała się Margarita. Śmieją się i rozmawiają. Są szczęśliwi jak dzieci.

Lenistwo sięga tu takich wyżyn, że gdy w grillu dogasa żar, mężczyźnie nie chce się nawet rozerwać nowej foliówki z węglem. Trzyma ją kilka sekund nad ogniem, ta się stopi, a węgle wypadają na palenisko.

W tym momencie trzy rozżarzone węgielki przelatują przez dziurę w dnie i wolno toczą się po ulicy. Kobieta i mężczyzna porozumiewawczo zerkają na siebie.

.

maniana, maniana

Poranek na Playa Blanca

Poranek na Playa Blanca

Świerzej kawki?

Świeżej kawki?

.

Reklamy

Odkrycie

– Landrynka! Landrynka z malinami! – wykrzyknęła Najlepsza z Żon, dokonując jednego z największych odkryć podczas podróży.

Baba spojrzała na nas niewzruszona, nie za bardzo znajdując uzasadnienie dla uniesienia, które ogarnęło nas po zjedzeniu jednego z najpopularniejszych tutaj owoców. Chirimoya – zupełna nowość dla Europejczyka, to w kulturze andyjskiej standard. Peruwiańczycy rzeźbili wazy wyobrażające chirimoyę już przed naszą erą.

- Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita? - Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk. - ??!!!

– Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita?
– Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk.
– ??!!!

– To może być najlepszy owoc świata. On bije nawet indonezyjskiego salaka – dodała żona, wyraźnie już rozentuzjazmowana. Powoływanie się na świętość salaka to nie przelewki.

Paula nie zdawała sobie nawet sprawy, ale w tym momencie była prawdopodobnie najbliżej wielkiej literatury w swoim życiu. Mark Twain zwykł nazywać chirimoyę „najsmaczniejszym owocem znanym ludzkości”.

Chirimoya faktycznie jest niezła. Ale tak naprawdę to nie ona okazała się naszym największym boliwijskim odkryciem. Prawdziwym szałem jest owocowo-ziołowy raj, który się przed nami rozpostarł.

- Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

– Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

Niemal na każdym rynku jak kraj długi i szeroki można sobie strzelić świeży sok owocowo-warzywny za grosze.

– A to co za owoc, proszę kochanej pani?

– A to tumbo – rzecze baba i już daje nam pół ociekającego sokiem tumbo do spróbowania.

– Pycha. Niech będzie zatem pół litra soku z tumbo, a dla żony marchewkowo-buraczkowy. A co pije ten pan?

– Alfa-Alfa. Dobrze robi na nerki i oczyszcza organizm.

Śniadanie mistrzów

Śniadanie mistrzów

Czyli już się wyjaśniło, co będzięmy pili do obiadu. W Sucre utknęliśmy na ponad tydzień. Strategicznie wybraliśmy hotelik 10 metrów od rynku głównego. Rynek czynny od świtu do 8 wieczorem, więc świeży sok lub przecier owocowy staraliśmy się wpasować przynajmniej 2-3 razy dziennie. Niby kupujesz jedną szklankę 0,3 l, ale drugą prawie pełną dostajesz tzw. „aumento”, czyli dolewki. W wszystko za 2 zł. A na śniadanie sałatka owocowa tak wielka, że wylewa się z miski.

Przechadzając się po boliwijskim rynku, a tym bardziej podchodząc do straganu z sokami, czuję się jak małe dziecko. Niby żyjemy na tym samym świecie, ale przynajmniej połowa rzeczy jest zupełnie nowa.

– A to co za owoc?

– Guineo.

– A to co?

– Maracuya.

– A to?

– Guayaba.

I tak w kółko. No i refresco. Kompot. Zwyczajny kompot sprzedawany na ulicy na szklanki po 50 groszy sztuka. Kompot morelowy, kompot ananasowy, ale też kompot z orzeszków ziemnych czy kompot z lnu. Z lnu?? Tak, tak „linaza”, czyli mielone siemię lniane przerobione na kompot – bardzo zdrowe, więc wyjątkowo popularne wśród Boliwijczyków. Smakiem nie umywa się co prawda do kompotu ananasowego, ale od czasu do czasu i my się skusimy. Ponoć dobry na trawienie. Refresco dopadnie cię wszędzie. Jest na każdej ulicy. Wyśledzi cię na dworcu, a wystarczy, by autobus zatrzymał się na minutę i od razu wejdzie baba sprzedająca refresco na wynos – w foliowym woreczku.

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Soki, przeciery, kompoty na zimno. Ale jeszcze ciekawsze są chyba napoje na gorąco. Sok z quinuy czy nasz ulubiony api. Api to słodki sok z kukurydzy. Z tym że w Boliwii jest 7 głównych ras kukurydzy, które dzielą się na 45 typów i setki gatunków.

Api może więc być fioletowy, może być biały. Może być i brązowy, a najlepiej poprosić o mieszankę dwóch typów. Fioletowy prawie zawsze gotowany jest z goździkami i cynamonem, a brązowy z anyżkiem.

W Boliwii jesteśmy już miesiąc. W tym czasie kupiliśmy 2 butelki wody. Na co dzień poi nas ulica. I jak tu nie kochać Boliwii??

.

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Z pamiętnika podróżnika – Kambodża

Ze względów socjalnych i logistycznych tym razem w Kambodży zabawiliśmy jedynie tydzień. Tym razem, ponieważ jasne jest, że po Tajlandii i Birmie wrócimy tu na dłużej, żeby spróbować zrozumieć ten arcyciekawy kraj. A póki co urywki z końca Wietnamu, środka Kambodży i początku Tajlandii.

rynek w Chau Doc15.01 – Can Tho, Chau Doc

Na śniadanie szczur. Trzeba przyznać, że bardzo dobry, choć nie aż tak jak wczorajszy wąż. Mięso lekkie i delikatne, ale raczej nie zagości w moim menu na dłużej, bo dłubaniny z kośćmi co nie miara. No i podobnie jak w przypadku węża trudno stwierdzić czy danie takie wyborne z powodu mięsa czy po prostu sposobu przyrządzenia. Również na słodko, z imbirem, chili, limonką i dalekowschodnią zieleniną.

Poza tym nic specjalnego. Trzy godziny dojazdu do Chau Doc i aklimatyzacja w nowym miejscu. Organizacja obozu, ryneczki, te sprawy.

18.01 – Phnom Penh

Przygnębiający dzień. Śladem zbrodni Czerwonych Khmerów. Muzeum Toul Sleng i Pola Śmierci. Poruszające.

Podczas 3 lat rządów Czerwonych Khmerów zginęło ok. 2-3 mln osób, czyli 25% ludności Kambodży

Ale za to wieczorem na głównym placu byliśmy świadkami niezwykłych pokazów tanecznych. Na skwerze gromadzą się liczne grupy od kilkunastu do ponad stu osób i z własnym wielkim nagłośnieniem ćwiczą muzyko-aerobik. Ot, takie tańce synchroniczne w środku miasta. Wiele grup jest naprawdę dobrych.

Dziś młoda Kambodża żyje czym innym niż przedłużające się w nieskończoność procesy Czerwonych Khmerów.

19.01 – Phnom Penh, Siem Reap

W autobusie przez 6 godzin melodramatyczne, rzewne i słodkie do bólu karaoke. Azja Południowo-Wschodnia w pełnej krasie. Po trzech godzinach nawet się wciągnęliśmy. No i iPod. Nawet trudno sobie wyobrazić, jaką frajdę sprawia słuchanie polskiej muzyki podczas tak długiej nieobecności w kraju.

mnisi buddyjscy

Za to podczas postojów na prowincji pełen folklor. Karaluchy smażone na głębokim tłuszczu i pająki w typie Tarantuli. Przyznam, że smaku karaluchów prawie nie czuć. Początkowo raczej mają teksturę i chrupkość czipsów niż jakiś określony smak. Dopiero po przeżuciu pojawia się jakaś dziwna, prawdopodobnie chitynowa, nuta smakowa – zgoła nieciekawa. No i później, przez jakieś dwie godziny nieapetycznie odbijają się wysmażone pancerzyki.

Za to pająk znacznie lepszy. Na słodko, też dobrze wysmażony, drobne owłosienie na kończynach prawie niewyczuwalne (ze specjalną dedykacją dla Mikiego filmik ze spożywania:)

Obie potrawy polecane raczej dla poszukiwaczy niecodziennych doznań niż smakoszy. Smak poprawiłem świeżym ananasem.

A cały wieczór przegadaliśmy z koleżanką z liceum, która onegdaj zaginęła w Azji. Dziś uczy tutaj angielskiego, zakochana w azjatyckim tempie życia, gdzie nie musisz mieć, żeby być. Podobnie jak wielu innych, z Cywilizacji Zachodu wygnała ją gonitwa za posiadaniem. A ściągnęły świeże kokosy, hamak i szczery uśmiech dzieci bawiących się patykiem.

21.01 – Siem Reap

Jeden z najdłuższych dni do tej pory. Angkor pochłonął nas od świtu do zmierzchu i wyjątkowo zauroczył. Najciekawsze świątynie to w naszym mniemaniu – Ta Phrom, gdzie dżungla upomniała się o swoje dziedzictwo i bezwzględnie odbiera sobie należną ziemię oraz Bayon – w pełni pokazująca majestat i potęgę Imperium Khmerów, gdzie 216 kilkumetrowych twarzy Buddy dumnie patrzy na 2 miliony turystów rocznie.

Świątynia Ta Phrom dzięki Tomb Raiderowi nazywana również Świątynią Angeliny Jolie

W jednej ze świątyń zagadnął nas tajski mnich, też tutaj turystycznie i równie jak my urzeczony. Przegadaliśmy szmat czasu, zgłębiając tajniki klasztornego życia, religii i tajskiej codzienności. Doskonały prognostyk przed rozpoczynającą się już jutro tajską przygodą.

Jednak najbardziej poruszającą rozmowę przeżyliśmy wieczorem w restauracji. Okazało się, że obsługujący nas 20-letni kelner pracuje w Siem Reap, żeby zarobić na szkołę i jednocześnie utrzymuje rodzinę na wsi. Wydawać by się mogło, że historia jakich wiele, bo niemal wszędzie w Azji edukacja jest płatna i najczęściej bardzo droga. Rozmowa zaczęła się niewinnie, bo chłopak chciał się po prostu dowiedzieć, ile może kosztować niewielki laptop – taki jak nasz. W tym roku skończy liceum i chciałby uczyć się dalej. Ma jednak nikłe szanse na uzbieranie 50 USD miesięcznie na opłacenie studiów. Jego wymarzonym kierunkiem byłaby informatyka, stąd marzenia o komputerze, którego prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie miał. Póki co stara się wysyłać pieniądze rodzinie na wsi.

Problemy dnia codziennego mieszkańców Azji nie są wydumane. Szczere, radosne, lecz mimo wszystko zatroskane oczy tego chłopaka zostaną z nami chyba na zawsze.

Ile wart jest jeden dolar?

23.01 – Bangkok

Dziś Pałac Królewski i ping pong show.

Dzielnica „czerwonych latarni” Patpong stała się jednak czymś na kształt cyrku dla turystów, gdzie po zmroku ściągają setki spragnionych wrażeń obcokrajowców. Tajowie tymczasem golą ich aż miło. Prawdziwe kluby „tajskiego masażu” poprzenosiły się najprawdopodobniej w inne okolice, a na Patpongu naciąganie trwa w najlepsze. Naprawdę ciężko nie paść ofiarą jakiegoś przekrętu. Nam się nie udało.

Chętni zobaczyć ping pong show, czyli partyjkę pingla z waginą ściągają w szemrane rejony, gdzie wprawieni naciągacze zawyżają rachunki i zaciągają naiwnych turyściaków do podstawionych melin wyspecjalizowanych raczej w przekrętach niż w go-go.

A pałac jak to pałac – imponujący. Dziewczyny powalił na kolana – a mnie średnio, bo było gorąco i kazali założyć mi długie spodnie.

(Uwaga redaktorska – sczytanie prototypu pamiętnika przez tym razem czworo damskich oczu, zaowocowało buntem wobec niewystarczającego majestatu pałacu. A zatem:).

Pałac jest niewybrednie majestatyczny. Niemal wszystkie wieżyczki, stupy i świątynie zdobione są szczerym złotem. Ich majestat onieśmiela nawet największych laików, a majestatyczne dekoracje, skądinąd wszystkie z mozołem ręcznie wykonane, powalają swoim majestatem. No i kazały jeszcze dopisać o złocie. Złoto, złoto, złoto. Warto zabrać okulary. Naprawdę.

demony z tajskiej mitologii strzegą pałacu, a jeśli coś ukradniesz, będą Cię prześladować w nocy

Ciekawostka: Szmaragdowy Budda, znajdujący się w głównej świątyni pałacu, wykonany z jednego kawałka jadeitu (nota bene naprawdę ciekawa historia, o której warto więcej poczytać) w ciągu roku przyobdziewany jest w trzy różne ubranka – na lato, zimę i porę deszczową. Jako że obecnie trwa tajska zima i mamy zaledwie 32 st. Celsjusza, Budda obleczony jest szczerozłotym kubraczkiem, żeby nie zmarzł.

24.01 – Bangkok

Relaks. Parki, ambasada Birmy (mówiłem już, że w lutym lecimy na miesiąc do Birmy?), straganowe przysmaki, itp.

Informacja dnia – dziewczyny zakupiły niezłe bransoletki.

Z innej beczki – kubełki tajskiej whiskey z colą (25 zł) to świetny wynalazek. I pomagają pisać pamiętnik.

w ferworze walki z myślami podczas procesu twórczego

Informacja dnia 2 – w Parku Lumphini w jeziorach pływają półtorametrowe legwany, dwucentymetrowe mrówki gryzą do krwi, a Tajowie grają w takraw, czyli siatkonogę – najbardziej widowiskowy sport, jaki udało nam się do tej pory zaobserwować.

bardzo popularny w Tajlandii takraw, czyli siatkonoga (mają tu nawet mistrzostwa)

.

P.S. Zapraszamy do galerii z Angkoru.

Angkor, Kambodża

P.P.S. Udało nam się również wrzucić w eter filmik z delty Mekongu zawierający m.in. relację z farmy pangi na rzece – do obejrzenia w poprzednim wpisie.

.

Z pamiętnika podróżnika – Wietnam

Wy na nas nie głosujecie, ale my i tak zamieszczamy nowy wpis. Jednak zanim napiszemy coś konkretnego, kolejne zapiski z pamiętnika.

4.12 – Dalat, Buon Ma Thuot

Nie chciało nam się wstawać na autobus na 8 rano ani czekać na kolejny o 14, więc około południa wyruszyliśmy stopem.

Wbrew zapowiadanym trudnościom dojechaliśmy bez problemu, choć na 4 tury. Przebycie 200 km zajęło nam 7 godzin (głównie z powodu stanu drogi z Dalat do BMT), z tego ostatnich 140 km w rozpadającym się minivanie marki Datsun, któremu ani razu nie udało się przekroczyć 50 km/h. Choć usilnie próbował, skutecznie nas podtruwając. A gdy się ściemniło, co i rusz wyłączały mu się światła. Dwaj Wietnamczycy, którzy nas wieźli, mieli niezły ubaw – zdaje się, że z nas i naszej autostopowej przygody. Przyjechała para Europejczyków, zachciało im się stopa, więc przez 5 godzin gnietli się z jakimiś palnikami i workami kapusty, przyklejeni do siedzeń, gdzie rytmicznie obijali głową sufit.

praca w polu wreZ innych atrakcji po drodze – plantacje kawy, wioski mniejszości etnicznych, pola ryżowe, itp. Jutro jedziemy badać teren na motorze.

Buon Ma Thuot na razie rewelacja. Spore miasto, ale zero turystów, fajny klimacik i wszystko pół darmo.

Aha, gdy przysypiałem w Datsunie, ze snu wyrwał mnie piorun, który we mnie trafił. A to tylko moja fotoreporterska żona zrobiła mi zdjęcie z lampą.

5.01 – Buon Ma Thuot

Jeden z tych dni, które na długo zostają w pamięci. Rano wyruszyliśmy przed siebie na skuterze w bez celu gnani wiatrem. Jechaliśmy przez wioski i miasteczka, próbując rozmawiać z Wietnamczykami. Wjechaliśmy m.in. na przydrożne pole, gdzie kobiety z lokalnych mniejszości etnicznych suszyły dziwne korzenie na sprzedaż. Przesiedzieliśmy z nimi dobrą godzinę, pomagając przy obieraniu i cięciu, próbując się dowiedzieć, co się z tym robi, jednocześnie wzbudzając ogólną wesołość. Po ogólnych śmichach-chichach jedna z dziewczyn odważyła się nawet zrobić nam zdjęcie telefonem komórkowym. Przeznaczenia korzeni niestety nie udało się ustalić.

biali przyszli, biali tu są!

Przez przypadek trafiliśmy również do Parku Narodowego Yok Don, gdzie połaziliśmy trochę po drzewach namorzynowych, a na koniec wylądowaliśmy w wiosce, gdzie hodują i trenują słonie. Szkoda tych pięknych zwierząt, choć ciężko stwierdzić, co można by zrobić, żeby żyło im się lepiej.

Kawa Nguyen - smakuje jeszcze lepiej niż wyglądaW przydrożnej kawiarni zaserwowali nam najlepszą kawę na świecie. Region Buon Ma Thuot słynie z kawy na całą Azję Południowo-Wschodnią, z czego początkowo nic sobie nie robiliśmy, bo kawy w ogóle nie pijamy, ale to co dostaliśmy tutaj, po prostu ścięło nas z nóg.

Już sam sposób parzenia i serwowania kawy jest bardzo ciekawy, bo parzy się ją w małych spodeczkach stawianych na szklance, z których kawa wolno skapuje do środka. I serwowana ze skondensowanym lub świeżym mlekiem jest po prostu przepyszna.

Zacieśniliśmy również więzy z restauratorami z naszej zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie na śniadanie serwują przepyszne Pho z surową polędwicą, która sparza się dopiero w zupie, a wieczorem karkówkę (dla normalnych) lub ciasto jajeczne i jajko sadzone (dla wegetarian). Niesamowite, jak w tych wszystkich odwiedzanych krajach smakują przyprawy – świeża kolendra, chińska bazylia czy jakieś inne bliżej nam nieznane odmiany aromatycznych zielenin. Wszystkie one nadają niezwykły aromat nawet najzwyklejszej zupie Pho.

8.01 – Hue

Nadal pada. Pogoda lepsza o tyle, że okazjonalne mżawki utrudniają życie, ale przynajmniej można się jako tako poruszać. Byliśmy w słynnej pagodzie Mien Thu i Cytadeli. Według mnie nic specjalnego, choć Pauli nawet się podobało.

I'm cycling in the rain, what a glorious day, na na na...

Wieczorem Hot Pot w knajpce dla Wietnamczyków, z nieustannym krzykiem (choć to w zasadzie tylko intonacja), niecodziennym smakiem i niedopałkami na podłodze. Hot Pot, czyli tradycyjne danie dla kilku osób, które przygotowuje się na stoliku. Serwowane na przenośnym palniku (a czasem na specjalnych stołach z dziurą i przenośnym piecem od spodu), na którym ustawia się większy garnek, w którym parzy się wybrane składniki, w większości nienazwane warzywa i zieleninę. Pycha.

Hot Pot miał być z owocami morza, a oprócz krewetek i kalmarów z pewnością była i wołowina. Nie wiem, może bawół wodny.

Hot Pot z bawołem wodnym

9.01 – Hoi An

Spóźniliśmy się na autobus, który przyjechał za wcześnie, ale sprawę udało się załatać i jedziemy jakimś innym Open-Tour busem. Świetna instytucja swoją drogą – kupujesz bilet otwarty na podróż wieloodcinkową przez kilka miast i wsiadasz, i wysiadasz, kiedy chcesz i jak ci pasuje, dzień wcześniej potwierdzając kolejny odjazd.

Po drodze Paula zaliczyła najbardziej widowiskową glebę jak do tej pory. O mały włos niezłamana noga i mocno obity piszczel spowodowały przemianę duchową. W stolicy krawców i mody – Hoi An od razu kupiła 3 pary luźnych spodni (łącznie 35 zł) i została trampem.

Poza tym mają tu niezłe koszulki – „same same” – hasło, które słyszy się 5 razy dziennie trafiło nawet na t-shirty. Wietnamczycy mają dystans. Cały Wietnam jest „same, same but different”.

10.01 – Hoi An

Dziś znów dzień skuterowy – piąty już w Wietnamie i trzeba przyznać, że te dni lubimy najbardziej. Fajnie byłoby kiedyś przejechać cały ten kraj na motorach. A my tymczasem coraz bardziej nakręcamy się na moto-przygodę w Ameryce Południowej (jeśli kiedykolwiek do niej dotrzemy).

zrób sobie przerwę

Rano wyruszyliśmy w kierunku ruin My Son oddalonych zaledwie o 45 km od miasta, lecz dotarcie do nich po świetnej skądinąd drodze zajęło nam dobrych kilka godzin. A to oczywiście z powodu ciągłych postojów i podpatrywania życia wietnamskiej prowincji, która wciąga jak Złotopolscy. To samo było w okolicach Buon Ma Thuot. Wystarczy przystanąć na chwilę i zaraz ktoś podchodzi. Jeśli umie, to zagaduje, a jeśli nie, to „hello” i zniewala uśmiechem. I robi się zbiegowisko.

Wszędzie tarasy ryżowe, praca w polu, małe ryneczki, na których tętni życie i przydrożne knajpki. W jednej z nich zjedliśmy płaszczkę z grilla. Pycha – bardzo delikatne rybie mięso i chrząstki zamiast ości. Zjada się wszystko razem z głową. No i właściciel straganu uczył nas zajadać ten przysmak, zawijając mięso wraz z zieleniną i warzywami w dziwnych twardych plackach ryżowych, które stawały się miękkie po zamoczeniu w wodzie.

straganowe przysmaki - płaszczka z grilla

Same ruiny cywilizacji Chamów takie sobie – niewiele z nich zostało, a największe wrażenie robi otaczająca i pochłaniająca je dżungla. Faktycznie nieprzyjemne miejsce do toczenia walki partyzanckiej z Viet-Congiem. Ale oczywiście wybrać się tutaj warto zarówno dla ruin, jak i przede wszystkim dla okolicznych wiosek.

Z kolei świeży ananas z lokalnego rynku staje się powoli codzienną rutyną. Pieką nas już języki, ale dzielnie zamierzamy brnąć dalej.

11. 01 – Hoi An

Dobrze że zostaliśmy dłużej. Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko 2 dni, ale już pierwszego dnia po krótkim spacerze od razu postanowiliśmy przełożyć bilet na 11. stycznia. A i to tylko dlatego, że chcemy dłużej zabawić w delcie Mekongu, do której jeszcze dwie noce drogi, a na 22. musimy dotrzeć do Bangkoku na spotkanie z Paulą K., na które swoją drogą nie możemy się już doczekać.

uliczne życie

A dziś totalny relaks. Spacery po mieście, obserwowanie lokalnego życia i wizyty na miejscowym ryneczku. Odreagowując swój trampowy wizerunek Paula zamówiła również wyjściową sukienkę, która nota bene została uszyta w 3 godziny (15 zł).

Robimy też eksperyment transportowy. Dziś jedziemy nocnym autobusem do Nha Trang, tam będziemy prawdopodobnie plażować się lub włóczyć po mieście cały dzień, a jutro wieczorem złapiemy kolejny nocny autokar do delty Mekongu. Wydawać by się mogło, że niewielki ten Wietnam. A tu ponad 2200 km długości.

kolejny nocny kuszetkowiec - super sprawa w Wietnamie - koszt ok. 35 zł

I najlepsze przyszło właśnie w autobusie. Świeżopoznany Francuz, z którym przegadaliśmy już 3 godziny, zapalił nas do Birmy, do której początkowo, nie wiedzieć czemu, w ogóle nie planowaliśmy jechać. Chyba właśnie postanowiliśmy udać się tam prosto z Tajlandii. Nagła zmiana planów – wspaniałe uczucie.

.

P.S. Zapraszamy też do obejrzenia galerii z Płaskowyżu Centralnego oraz Centralnego Wybrzeża w Wietnamie.

Paskowyż Centralny, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam

.

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny, Wietnam

28.12 – Legazpi

Nareszcie się wyspaliśmy. W Donsol cały czas siąpi, więc nie ma nawet sensu dawać kolejnej szansy naszym rekinom wielorybim. Wyjeżdżamy.

Na Filipinach pozostały nam jedynie 3 dni, więc początkowo chcieliśmy po prostu przenieść się na wschodnie wybrzeże południowego Luzonu i osiąść nad oceanem w Santo Domingo. Na dworcu w Legazpi poznaliśmy jednak 4 Czechów, którzy zakończywszy semestr wymiany studenckiej w Singapurze, rozpoczynają podróż z Filipin przez Wietnam i Kambodżę do Tajlandii. Właśnie zamierzali jechać do Donsol, ale skutecznie odwiedliśmy ich od tego pomysłu.

Przekonując ich do opuszczenia tego miejsca, zdaliśmy sobie sprawę, że nasz pomysł z plażowaniem również nie ma większego sensu. Na poczekaniu wymyśliliśmy nowy plan i kupiliśmy bilety na nocny autobus do Manili. Póki co Czesi jadą z nami. Stamtąd chcemy jednak od razu o świcie jechać na południe na 2 dni na niedaleki wulkan Taal położony na środku jeziora.

Mając nadal ponad 4 godziny do odjazdu, podjechaliśmy jeszcze do nieodległych ruin Cagsawa, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć wulkan Mt. Mayon z bliska. Niestety tak padało, że wulkanu prawie w ogóle nie było widać, ale za to dziś 6 razy przejechaliśmy się jeepneyami, więc nawdychaliśmy się tyle spalin, że starczy za nasz cały pobyt na Filipinach.

Pamiętni ostatniej nocnej przejażdżki do Pilar, tym razem kupiliśmy bilety na klimatyzowany autokar na 40 miejsc. Przed nami dziewiąta nocna podróż jak do tej pory.

Czy na pewno chcesz jechać w podróż dookoła świata? Przemyśl to.

29.12 – Manila, Talisay

Mimo bluzy i długich spodni w nocy nieco zmarzliśmy, bo kierowca był chyba niedosłyszący i nie za bardzo przyswajał stwierdzenie „podwyższyć temperaturę”. Ale przynajmniej spało się w miarę wygodnie. Nie to co ostatnio.

Za to przebrnięcie przez Manilę przed świtem – niezapomniane. Po opuszczeniu autokaru musieliśmy jeszcze znaleźć odpowiedni dworzec, z którego odjeżdżają autobusy do Tagaytay. Nie było to łatwe, bo w Manili niemal każda firemka transportowa ma swój własny parking, w związku z czym nie ma jednego głównego dworca. Zatem wraz z naszymi Czechami o 5 rano raźno maszerowaliśmy przez ponad godzinę przez to jedno z najniebezpieczniejszych miast świata w poszukiwaniu transportu. Udało się po odwiedzeniu ok. 8-10 dworców.

straganowe przysmakiW Tagaytay i Talisay padało cały ranek, więc wyprawę na wulkan przełożyliśmy na jutro. Dzień upłynął nam zatem leniwie na spacerach po miasteczku i smakowaniu lokalnych straganowych przysmaków. Odkryliśmy dzisiaj dwa nowe gatunki owoców, w tym calamandarynki – krzyżówkę calamansi i mandarynki. Calamansi, to kwaśniejsza i mniejsza odmiana limonek, smakująca nieco bardziej jak cytryny, więc i calamandarynki są słodko-kwaskowate – wyśmienite. Poza tym kilka szaszłyków w sosie słodko-ostrym, które są tu na każdym rogu, ciasto rybne smażone na głębokim oleju czy zastygła krew drobiowa z żelatyną z grilla.

Wieczorem właściciel hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, zaprosił nas na jutrzejszą fiestę w jego rodzinnym Barangay – czyli coś jakby tutejszej gminie.

Zatem jutro wulkan, fiesta, do Manili i do Wietnamu. Piękny dzień.

30.12 – Talisay, Manila

Wulkan Taal rewelacja. Fumarole na żywo, jęzory siarkowe na ziemi i bulgoczące jezioro wewnątrz krateru. O 11 byliśmy już z powrotem w domu, a o 12 gotowi na prawdziwą sensację dzisiejszego dnia.

kokoska?

Fiesta. To jest to. Doroczna impreza miejscowej wspólnoty przy lokalnych specjałach kulinarnych i suto zakrapianym stole. Już znaleźć naszego gospodarza było ciężko, bo niemal każda zapytany Filipińczyk chciał nas wciągnąć do siebie na imprezę. Podczas fiesty wszystkie rodziny w okolicy gromadzą się w pełnym 15-, 20-osobowym składzie i biesiadują do upadłego.

U Berta, zaledwie wczoraj poznanego Filipińczyka spędziliśmy dobrych kilka godzin, delektując się między innymi kurczakiem w ananasie, wołowiną na ostro czy nieznaną rybą o niesłychanie wprost delikatnym białym mięsie w sosie sojowo-kwaśno-ostrym. A wszystko to w przy dwóch butlach lokalnego ginu w doborowym towarzystwie i litrowej butli 6-procentowego piwa dla Pauli.

Ground zero choroby filipińskiej

Po kilku godzinach chwiejnym krokiem zebraliśmy się z dopiero rozkręcającej się imprezy i po przyjechaniu jeepneyem do Tanduan, teraz już tylko autobus do Manili, odnalezienie drogi na lotnisko, lot do Wietnamu i zorganizowanie miejsca do spania o 1 w nocy.

Z jednej strony cieszę się nawet, że wyjeżdżamy, bo Choroba Filipińska sieje już spustoszenie w naszych organizmach (szczególnie jednego z nas).

31.12. – Sajgon (Ho Chi Minh)

Cudowne uczucie. Nowy kraj, nowe doznania, nowe odkrycia. Wietnam zapowiada się rewelacyjnie. Słodko-ostra zupa ananasowa i ryba a la Hue wróżą naprawdę przepyszną kuchnię, która kto wie, być może pobije nawet chińską.

No i nowe orżnięcia. Jak zwykle pierwszego dnia, przepłacamy za wszystko. Nawet lubimy te małe kanty po 50 gr. i 2 zł. Ale za to kupiliśmy podrobiony Lonely Planet za 30 zł. Wygląda na to, że Wietnamczycy w kopiowaniu są nawet lepsi od Chińczyków.

W ogóle mamy nieodparte wrażenie, że znów jesteśmy w Chinach. Ten sam rwetes i chaos, rzeki skuterów i ni w ząb angielskiego. Trzy tygodnie na Filipinach trochę nas rozpuściły pod względem lingwistycznym, a tu znowu nawet wytłumaczenie, żeby w zupie były kluski, graniczy z cudem.

Rzeka skuterów w Sajgonie

Poza tym odwiedziliśmy Muzeum Wojny Wietnamskiej, które robi wstrząsające wrażenie. Aż dziw bierze, jak mało mówi się o broni chemicznej, której używali Amerykanie podczas wojny. 5 mln ludzi bezpośrednio dotkniętych opryskami dioksyn tzw. „Agent Orange” i wciąż nowe pokolenia zdeformowanych i upośledzonych dzieci. I jeszcze nie chcą płacić odszkodowań.

Z kolei Sylwester słaby. Wietnamczycy są widać rzeczywiście bliscy Chińczykom, albo przynajmniej w świętowaniu chcą im dorównać w kiczu – tańczące smoki i wietnamskie disco polo to maks na co ich stać. Trzeba przyznać, że w wyścigu z sąsiadami z północy w tej kategorii wagowej idzie im nieźle.

Dziś po raz pierwszy zostaliśmy również milionerami. Miejmy nadzieję, że nie ostatni.

I wanna be a millionaire...

1.01 – Sajgon (Ho Chi Minh)

do serca przytul psaCo tu robić? Chcieliśmy wyjechać z Sajgonu, ale nie zupełnie wiedzieliśmy dokąd. Już prawie zebraliśmy się na wyprawę na południe w Deltę Mekongu, ale w ostatniej chwili przy ananasowym shake’u postanowiliśmy wyruszyć jednak na północ.

Obecnie poddajemy się właśnie zabiegom rewitalizacji skóry w saunie parowej – jedziemy do Dalat w 24 osoby w 15-miejscowym minibusie. I tak jeszcze 6 godzin.

Obserwacja dnia – podczas wizyty w toalecie Paula natknęła się na babę, której znudziło się stanie w kolejce, więc przykucnęła na środku, podwinęła co trzeba i zrobiła co swoje.

Zapowiada się piękny nowy rok.

2.01 – Dalat

Dalat nie grzeszy może nadzwyczajnym pięknem, ale za to okolica pierwsza klasa. Za całe 80 000 dongów (12 zł) wypożyczyliśmy skuter i oddawaliśmy się urokom dzikiej jazdy. Wiatr we włosach, piach w oczodołach i strzaskana słońcem morda. Po prostu bajka.

moto-viet-przygoda

Przy okolicznych całkiem niezłych wodospadach łatwiej zaobserwować hordy Wietnamczyków w podróży poślubnej niż dziką przyrodę, ale i tak jest nieźle. No i naszym off-roadowym skuterem wytyczyliśmy nowy szlak nad jednym z jezior.

Aha, mamy też najlepszy pokój hotelowy jak do tej pory. 25 m2 zamiast zwyczajowych 9 to dla nas raczej niespotykany luksus. Sama łazienka ma tu z 6 metrów. Że o darmowym Wi-Fi w pokoju nie wspomnę, bo to standard w tym komunistycznym kraju (tylko Facebook znowu nie działa – nie wiem, co ci chińscy i wietnamscy komuniści mają do tego biednego Zuckerberga). No i ciepła woda – co oznacza pierwszy ciepły prysznic od 8 grudnia, czyli wizyty na CouchSurfingu u Dana i Mony w Guangzhou.

Nieporozumienie dnia – próbuję od chłopa na rogu dowiedzieć się, gdzie mogę coś wydrukować. Udaję drukarkę, komputer, mówię „Internet cafe? Computer?”. A on do mnie – „Noodle soup?”

Chyba pobujamy się skuterem po okolicy jeszcze parę dni.

.

A na koniec filmik z przejścia dla pieszych w Ho Chi Minh, czyli Sajgonie.

.

Smaki świata – Izrael, Palestyna

Thina i hummus

Thina i hummus. Hummus i thina. Są wszędzie. Są jak bliźnięta syjamskie. Gdzie jedno, tam i drugie, a jedno bez drugiego nie istnieje.

W Izraelu są składnikiem niemal każdej potrawy. Thina (wymawiane: tHina przez jedno z tych hebrajsko-arabskich gardłowych H, czyli dźwięk wydobywający się podczas duszenia kogoś lub charczenia) to płynna pasta robiona na bazie ziaren sezamu.

Thina - składniki i przygotowanie

Gotową thinę kupuje się rzadko, a w większości wyrabia się ją w domu przed posiłkiem. W związku z tym istnieje duża dowolność proporcji składników, a także ich wariacji. Dzięki temu każda thina ma inny smak. I tak oto thina przyrządzana przez Erana w Jerozolimie była zdecydowanie pietruszkowo-zieleninowa, na pustyni Negev zajadaliśmy się thiną raczej czosnkową, a na straganach przeważała ta o smaku czystego sezamu.

Niemniej jednak w większości kombinacji na thinę składają się przecier 100% z prażonych ziaren sezamu, sok z cytryny, czosnek, pietruszka i przyprawy (kombinacje dowolne, choć zazwyczaj tylko sól i pieprz).

Izraelczycy thinę jedzą do wszystkiego. Niemal w 100% posiłków występuje ona na stole jako dip do chleba bądź pity. Oprócz tego jedliśmy ją jako dodatek do omletu na śniadanie, dań strączkowych przygotowanych z ciecierzycy i soczewicy na obiad i sałatek na kolację. Rachela, którą poznaliśmy w kibucu na pustyni Negev, w ramach eksperymentów dodaje ją nawet do zup i, jak mieliśmy okazję się przekonać, nie jest to głupi pomysł. Osoby nieprzepadające za sezamem albo uczulone na ten składnik musiałyby się jednak zdrowo nachodzić, żeby zjeść coś bez thiny i hummusu.

Hummus i falafel w Palestynie

Falafel w PalestynieBo thina to również jeden z głównych składników hummusu. Hummus zapożyczony przez Żydów z kuchni arabskiej to pasta przygotowywana głównie z ciecierzycy, oliwy, czosnku, cytryny i właśnie thiny. Hummus można jeść sam jako przystawkę, ale bez niego nie może obyć się również żadna straganowa shawarma. No i oczywiście falafel.

Falafel

Ta hummusowa masa smażona na głębokim tłuszczu w postaci kulek wielkości przepiórczych jaj zastępuje wkładki mięsne w wielu posiłkach. Usmażone falafelowe kulki najczęściej rozgniata się na bardziej jednolitą masę i sprzedaje z sałatkami i dodatkami (oraz thiną oczywiście) w picie lub innych mącznych plackach, takich jak lafa.

W smaku falafel jest mączno-fasolowy i dość ostry, a strukturę ma ziarnistą z tendencją do chrzęszczenia w zębach. Spotkać można go wszędzie, od najmniejszych ulicznych straganów po wyszukane restauracje.

Arak

Jeśli chodzi o alkohol, to w Izraelu króluje arak. Jest to bardzo mocny alkohol, ok. 60% (choć w smaku niepalący jak nasza wódka) o smaku anyżkowym. Arak destyluje się z winogron i anyżu i jest on bliskim krewnym tureckiego raki, greckiego ouzo czy bałkańskiej rakiji.

Arak

Oprócz niewątpliwych walorów smakowych picie araku w dobrym towarzystwie dostarcza również niespotykanych walorów estetycznych. Otóż arak pija się z lodem bądź rozcieńczony z wodą i z lodem. A substancje zawarte w anyżu sprawiają, że po zetknięciu z wodą klarowny wcześniej napój przybiera mlecznobiałą barwę.

Tak oto pijąc arak, sami już nie wiemy czy to 60% alkohol sprawia, że mętnieje nam w oczach czy też to tylko w wodzie rozkładają się anyżowe cząsteczki.

Jerusalem mixed grill

Serca z grilla

Naszym niewątpliwym odkryciem kulinarnym było również Jerusalem mixed grill. Błąkając się któregoś razu po Jerozolimie, wiedzeni węchem, trafiliśmy do przydrożnej budy o wielkich metalowych stołach do smażenia wystających niemal na chodnik. Jak się później miało okazać (czym wprawiliśmy w osłupienie goszczących nas couchsurfowych studentów), przez zupełny przypadek, zapuściwszy się w rzadko odwiedzane przez turystów rejony ulicy Agripas, natknęliśmy się na wielbioną przez wszystkich Izraelczyków jadłodajnię.

Na metalowych blachach smażyły się serca, żołądki oraz inne kawałki kurczaka, a także cebula i czosnek. Wszystko to w aromatycznej poświacie kminku, curry, chilli i nie wiadomo czego tam jeszcze. Za 35 szakali od sztuki (1 szakal, czyli 1 izraelski szekel = 0,86 zł), czyli ok. 30 zł (więc jakby nie patrzeć straganowa górna półka) otrzymaliśmy po ogroooooomnej picie ulewającej się od żołądków, serc i kurczaka (że o thinie nie wspomnę) oraz obowiązkowy zestaw miseczek z oliwkami oraz ogórkami i kapustą na ostro piklowanymi z chili.

Przepyszny posiłek spożyty ok. 16:00 zapewnił nam dobre 10 cm więcej w pasie oraz ilość kalorii i tłuszczu spokojnie wystarczającą do następnego południa.

.