Z pamiętnika podróżnika – Wietnam

Wy na nas nie głosujecie, ale my i tak zamieszczamy nowy wpis. Jednak zanim napiszemy coś konkretnego, kolejne zapiski z pamiętnika.

4.12 – Dalat, Buon Ma Thuot

Nie chciało nam się wstawać na autobus na 8 rano ani czekać na kolejny o 14, więc około południa wyruszyliśmy stopem.

Wbrew zapowiadanym trudnościom dojechaliśmy bez problemu, choć na 4 tury. Przebycie 200 km zajęło nam 7 godzin (głównie z powodu stanu drogi z Dalat do BMT), z tego ostatnich 140 km w rozpadającym się minivanie marki Datsun, któremu ani razu nie udało się przekroczyć 50 km/h. Choć usilnie próbował, skutecznie nas podtruwając. A gdy się ściemniło, co i rusz wyłączały mu się światła. Dwaj Wietnamczycy, którzy nas wieźli, mieli niezły ubaw – zdaje się, że z nas i naszej autostopowej przygody. Przyjechała para Europejczyków, zachciało im się stopa, więc przez 5 godzin gnietli się z jakimiś palnikami i workami kapusty, przyklejeni do siedzeń, gdzie rytmicznie obijali głową sufit.

praca w polu wreZ innych atrakcji po drodze – plantacje kawy, wioski mniejszości etnicznych, pola ryżowe, itp. Jutro jedziemy badać teren na motorze.

Buon Ma Thuot na razie rewelacja. Spore miasto, ale zero turystów, fajny klimacik i wszystko pół darmo.

Aha, gdy przysypiałem w Datsunie, ze snu wyrwał mnie piorun, który we mnie trafił. A to tylko moja fotoreporterska żona zrobiła mi zdjęcie z lampą.

5.01 – Buon Ma Thuot

Jeden z tych dni, które na długo zostają w pamięci. Rano wyruszyliśmy przed siebie na skuterze w bez celu gnani wiatrem. Jechaliśmy przez wioski i miasteczka, próbując rozmawiać z Wietnamczykami. Wjechaliśmy m.in. na przydrożne pole, gdzie kobiety z lokalnych mniejszości etnicznych suszyły dziwne korzenie na sprzedaż. Przesiedzieliśmy z nimi dobrą godzinę, pomagając przy obieraniu i cięciu, próbując się dowiedzieć, co się z tym robi, jednocześnie wzbudzając ogólną wesołość. Po ogólnych śmichach-chichach jedna z dziewczyn odważyła się nawet zrobić nam zdjęcie telefonem komórkowym. Przeznaczenia korzeni niestety nie udało się ustalić.

biali przyszli, biali tu są!

Przez przypadek trafiliśmy również do Parku Narodowego Yok Don, gdzie połaziliśmy trochę po drzewach namorzynowych, a na koniec wylądowaliśmy w wiosce, gdzie hodują i trenują słonie. Szkoda tych pięknych zwierząt, choć ciężko stwierdzić, co można by zrobić, żeby żyło im się lepiej.

Kawa Nguyen - smakuje jeszcze lepiej niż wyglądaW przydrożnej kawiarni zaserwowali nam najlepszą kawę na świecie. Region Buon Ma Thuot słynie z kawy na całą Azję Południowo-Wschodnią, z czego początkowo nic sobie nie robiliśmy, bo kawy w ogóle nie pijamy, ale to co dostaliśmy tutaj, po prostu ścięło nas z nóg.

Już sam sposób parzenia i serwowania kawy jest bardzo ciekawy, bo parzy się ją w małych spodeczkach stawianych na szklance, z których kawa wolno skapuje do środka. I serwowana ze skondensowanym lub świeżym mlekiem jest po prostu przepyszna.

Zacieśniliśmy również więzy z restauratorami z naszej zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie na śniadanie serwują przepyszne Pho z surową polędwicą, która sparza się dopiero w zupie, a wieczorem karkówkę (dla normalnych) lub ciasto jajeczne i jajko sadzone (dla wegetarian). Niesamowite, jak w tych wszystkich odwiedzanych krajach smakują przyprawy – świeża kolendra, chińska bazylia czy jakieś inne bliżej nam nieznane odmiany aromatycznych zielenin. Wszystkie one nadają niezwykły aromat nawet najzwyklejszej zupie Pho.

8.01 – Hue

Nadal pada. Pogoda lepsza o tyle, że okazjonalne mżawki utrudniają życie, ale przynajmniej można się jako tako poruszać. Byliśmy w słynnej pagodzie Mien Thu i Cytadeli. Według mnie nic specjalnego, choć Pauli nawet się podobało.

I'm cycling in the rain, what a glorious day, na na na...

Wieczorem Hot Pot w knajpce dla Wietnamczyków, z nieustannym krzykiem (choć to w zasadzie tylko intonacja), niecodziennym smakiem i niedopałkami na podłodze. Hot Pot, czyli tradycyjne danie dla kilku osób, które przygotowuje się na stoliku. Serwowane na przenośnym palniku (a czasem na specjalnych stołach z dziurą i przenośnym piecem od spodu), na którym ustawia się większy garnek, w którym parzy się wybrane składniki, w większości nienazwane warzywa i zieleninę. Pycha.

Hot Pot miał być z owocami morza, a oprócz krewetek i kalmarów z pewnością była i wołowina. Nie wiem, może bawół wodny.

Hot Pot z bawołem wodnym

9.01 – Hoi An

Spóźniliśmy się na autobus, który przyjechał za wcześnie, ale sprawę udało się załatać i jedziemy jakimś innym Open-Tour busem. Świetna instytucja swoją drogą – kupujesz bilet otwarty na podróż wieloodcinkową przez kilka miast i wsiadasz, i wysiadasz, kiedy chcesz i jak ci pasuje, dzień wcześniej potwierdzając kolejny odjazd.

Po drodze Paula zaliczyła najbardziej widowiskową glebę jak do tej pory. O mały włos niezłamana noga i mocno obity piszczel spowodowały przemianę duchową. W stolicy krawców i mody – Hoi An od razu kupiła 3 pary luźnych spodni (łącznie 35 zł) i została trampem.

Poza tym mają tu niezłe koszulki – „same same” – hasło, które słyszy się 5 razy dziennie trafiło nawet na t-shirty. Wietnamczycy mają dystans. Cały Wietnam jest „same, same but different”.

10.01 – Hoi An

Dziś znów dzień skuterowy – piąty już w Wietnamie i trzeba przyznać, że te dni lubimy najbardziej. Fajnie byłoby kiedyś przejechać cały ten kraj na motorach. A my tymczasem coraz bardziej nakręcamy się na moto-przygodę w Ameryce Południowej (jeśli kiedykolwiek do niej dotrzemy).

zrób sobie przerwę

Rano wyruszyliśmy w kierunku ruin My Son oddalonych zaledwie o 45 km od miasta, lecz dotarcie do nich po świetnej skądinąd drodze zajęło nam dobrych kilka godzin. A to oczywiście z powodu ciągłych postojów i podpatrywania życia wietnamskiej prowincji, która wciąga jak Złotopolscy. To samo było w okolicach Buon Ma Thuot. Wystarczy przystanąć na chwilę i zaraz ktoś podchodzi. Jeśli umie, to zagaduje, a jeśli nie, to „hello” i zniewala uśmiechem. I robi się zbiegowisko.

Wszędzie tarasy ryżowe, praca w polu, małe ryneczki, na których tętni życie i przydrożne knajpki. W jednej z nich zjedliśmy płaszczkę z grilla. Pycha – bardzo delikatne rybie mięso i chrząstki zamiast ości. Zjada się wszystko razem z głową. No i właściciel straganu uczył nas zajadać ten przysmak, zawijając mięso wraz z zieleniną i warzywami w dziwnych twardych plackach ryżowych, które stawały się miękkie po zamoczeniu w wodzie.

straganowe przysmaki - płaszczka z grilla

Same ruiny cywilizacji Chamów takie sobie – niewiele z nich zostało, a największe wrażenie robi otaczająca i pochłaniająca je dżungla. Faktycznie nieprzyjemne miejsce do toczenia walki partyzanckiej z Viet-Congiem. Ale oczywiście wybrać się tutaj warto zarówno dla ruin, jak i przede wszystkim dla okolicznych wiosek.

Z kolei świeży ananas z lokalnego rynku staje się powoli codzienną rutyną. Pieką nas już języki, ale dzielnie zamierzamy brnąć dalej.

11. 01 – Hoi An

Dobrze że zostaliśmy dłużej. Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko 2 dni, ale już pierwszego dnia po krótkim spacerze od razu postanowiliśmy przełożyć bilet na 11. stycznia. A i to tylko dlatego, że chcemy dłużej zabawić w delcie Mekongu, do której jeszcze dwie noce drogi, a na 22. musimy dotrzeć do Bangkoku na spotkanie z Paulą K., na które swoją drogą nie możemy się już doczekać.

uliczne życie

A dziś totalny relaks. Spacery po mieście, obserwowanie lokalnego życia i wizyty na miejscowym ryneczku. Odreagowując swój trampowy wizerunek Paula zamówiła również wyjściową sukienkę, która nota bene została uszyta w 3 godziny (15 zł).

Robimy też eksperyment transportowy. Dziś jedziemy nocnym autobusem do Nha Trang, tam będziemy prawdopodobnie plażować się lub włóczyć po mieście cały dzień, a jutro wieczorem złapiemy kolejny nocny autokar do delty Mekongu. Wydawać by się mogło, że niewielki ten Wietnam. A tu ponad 2200 km długości.

kolejny nocny kuszetkowiec - super sprawa w Wietnamie - koszt ok. 35 zł

I najlepsze przyszło właśnie w autobusie. Świeżopoznany Francuz, z którym przegadaliśmy już 3 godziny, zapalił nas do Birmy, do której początkowo, nie wiedzieć czemu, w ogóle nie planowaliśmy jechać. Chyba właśnie postanowiliśmy udać się tam prosto z Tajlandii. Nagła zmiana planów – wspaniałe uczucie.

.

P.S. Zapraszamy też do obejrzenia galerii z Płaskowyżu Centralnego oraz Centralnego Wybrzeża w Wietnamie.

Paskowyż Centralny, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam

.

Reklamy

Posted on 13 stycznia 2011, in Wietnam and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. byłam tam, jest cudnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s