Archiwa blogu

Indonezja – informacje praktyczne cz. 1

Na początek rzecz najważniejsza. Jak duża jest Indonezja?

Otóż Indonezja jest ogromna. Według naszego rozeznania jest to największy kraj, jaki dotychczas odwiedziliśmy. Znacznie większy od Chin i większy nawet od Indii. Jeśli podzielimy Indonezję na 7 makroregionów (Sumatra, Jawa, Papua, Borneo, Celebes, Moluki, Wyspy Południowe), łatwo przekonać się, że żeby poznać je choć pobieżnie, potrzeba około 2 miesiące na każdy z nich. Jakby nie liczyć, daje to w sumie półtora roku.

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

A wierzcie nam, że 2 miesiące na Nusa Tengarę, czyli Wyspy Południowe, albo Moluki to śmiech na sali, a nie szmat czasu. Tak czy siak, trzeba po prostu WYBRAĆ kilka miejsc, które chce się odwiedzić i porzucić mrzonki typu: „Mam 5-6 tygodni, więc zobaczę Jawę, Bali, Celebes i być może zahaczę o Moluki.” Teoretycznie dałoby się to zrobić, odbywając z 5-6 lotów, ale gonitwa byłoby to straszna i żadnej przyjemności z odwiedzanych miejsc. Można przykładowo jechać na Bromo z wycieczką (za 300 tys. RPH – 100 zł), przyjechać do Cemoro Lawang wieczorem, zobaczyć wschód słońca nad Bromo i zawinąć się o 8 rano, pędząc na Ijen albo Bali, jak robi to 80% turystów, ale stracimy wtedy ponad połowę atrakcji.

No ale do rzeczy.

Wiza

Wiza do Indonezji na granicy kosztuje 25 USD i jest wydawana na 30 dni. Do niedawna nie można było jej przedłużyć, co ostatnio się jednak zmieniło, znacznie ułatwiając życie turystom. Niemniej, jeśli tylko mamy czas, dużo lepszym pomysłem jest wiza 60-dniowa do uzyskania w ambasadzie. W różnych krajach z różnymi problemami. Ponoć najłatwiej w Singapurze przez agencję pośrednictwa, co jest jednak dużo droższe niż normalnie. My wizę 60-dniową wyrabialiśmy w Kuala Lumpur (170 RGT – 159 zł, 3 dni), co uchodzi za bardzo trudne. I rzeczywiście sporo osób ma problemy, ponoć głównie jeśli wcześniej było już w Indonezji. Nam o dziwo udało się bez przeszkód, choć, tak jak wszyscy, musieliśmy oczywiście przedstawić bilety wylotowe, których nie mieliśmy. Jak wybrnąć z tej sytuacji, Polaków nie musimy chyba uczyć. Szczególnie jeśli kupili kiedyś w życiu jakikolwiek bilet lotniczy i umieją posługiwać się Photoshopem lub chociaż Wordem czy Paintem.

Nie jest to zresztą wielkie nowum w Azji, bo bilety wylotowe trzeba przedstawić na przykład na granicy Tajlandii, jeśli chcemy otrzymać tzw. „visa on arrival”. Co my również musieliśmy uczynić. Procedura podobna.

Przedłużenie wizy

Dla niektórych i 60 dni to mało. Wizę można przedłużyć niemal w każdym dużym mieście (np. Palu, Makasar, Balikpapan, Denpasar, Yogyakarta, Surabaya, Jayapura). Wizę 60-dniową można przedłużać 6 razy, za każdym razem o miesiąc po 250 tys. RPH. Wizę 30-dniową jeden raz w tej samej cenie. W różnych miastach z różnymi problemami. Generalnie mówią, że im dalej na wschód i od cywilizacji, tym trudniej i drożej. Choć nawet cywilizowany Makasar słynie z urzędniczej chciwości i wymuszania łapówek. Ba, nawet na Bali urzędnicy przyzwyczajeni są do dodatkowych zastrzyków gotówki, bo większość przedłużania odbywa się za pośrednictwem agencji w Kucie, które pobierają characz od turystów i dla spokoju ducha dzielą się nim z urzędnikami. Dwóch turystów, których spotkaliśmy na Celebesie przedłużało wizę na Bali samodzielnie, nie chcąc zapłacić 10 USD ekstra, ale ostatecznie po 2 tygodniach oczekiwania i tak się złamali.

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

My chcieliśmy być twardsi, ale nie dano nam szansy. Przedłużanie wizy w Yogyjakarcie to błahostka. Trwa 3 dni, a urzędnicy nie tylko nie oczekują łapówek, ale nawet krzywo patrzą na pytania o przyspieszenie procedury. Jedyną niedogodnością przedłużania wizy w Yogyakarcie (podobnie jak w każdym innym mieście) jest fakt, że do Urzędu Imigracyjnego trzeba jeździć co najmniej 3 razy. Najpierw składamy kompletny wniosek, za 2 dni przyjeżdżamy płacić, a kolejnego dnia robią nam zdjęcie, pobierają odciski palców i odbieramy wizę. Na Bali i w niektórych innych miastach tę procedurę urzędnicy starają się jeszcze wydłużyć, zmuszając do oddzielnego dodatkowego przyjazdu w celu zrobienia zdjęcia i odcisków.

Ostatnio słyszeliśmy, że przedłużyć wizę można bez problemu także w Surabayi na Jawie, ale to jest już informacja z drugiej ręki, więc nie możemy z całkowitą pewnością jej potwierdzić. Z kolei na Celebesie bez problemu można wizę przedłużyć w Pare-Pare.

Ważne! Starając się o przedłużenie wizy 60-dniowej trzeba mieć sponsora / opiekuna. Musi to być Indonezyjczyk, który na specjalnym formularzu zobowiąże się do pokrycia naszych ewentualnych długów i pomocy w poszukiwaniu nas, jeśli postanowimy znikniąć w kraju. Nie jest to więc sprawa błaha. Nie wiedzieliśmy o tym niewdzięcznym warunku, ale na szczęście przyszła nam z pomocą nasza Couch Surferka w Yogyakarcie. Zdaje się, że posiadanie „sponsora” nie jest warunkiem koniecznym do przedłużenia wizy, ale jak wygląda procedura bez takiego poręczenia, nie możemy zagwarantować.

Dlatego wybierając miejsce do przedłużenia wizy dobrze jest zdecydować się na miasto, w którym jest co robić, a wokół niego nie brakuje atrakcji. Trudno o lepszy wybór niż Yogyakarta. 3-5 dni to idealny czas na miasto, pogrzebane w popiole wioski wokół wulkanu Merapi czy Borobudur i Prambanan.

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Ciekawostka. Jeśli nie możesz przedłużyć wizy w Dżogdży, strasz ich. W Indonezji od kilku lat istnieje tutejsze CBA, o nazwie KPK. Instytucja niewiele robi, ale może dużo, więc wszyscy się boją i wszędzie wiszą ostrzeżenia o karach za korupcję (do 5 lat i 50-250 mln RPH – niewyobrażalne tutaj pieniądze). Więc jeśli znasz choć trochę indonezyjskiego (po dwóch miesiącach nawet małpa by się nauczyła), spisuj nazwiska, wołaj dyrektora, wyciągaj telefon i dzwoń do KPK.

A jeśli szkoda Ci czasu i nie brzydzisz się łapówkami, zawsze (prawie) możesz dać ekstra 100 tys. RPH (35 zł) i wizę przedłużą Ci pewnie bez problemu.

Transport

Jak na te odległości, ceny w normie. Między wszystkimi wyspami można poruszać się promami, więc mitem jest twierdzenie, że w Indonezji trzeba latać. Fakt faktem, prom z Surabayi na Jawie na Papuę płynie 5-6 dni (600-700 tys. RPH w trzeciej klasie – 210-250 zł), a z Bali na Alor czy Timor 3-4 dni (330 tys. RPH – patrz cennik wszystkich promów z Bali), więc latanie czasem jest rozsądnym rozwiązaniem. Na promie są bardzo tanie stołówki, gdzie obiad można zjeść za 10 tys., więc z głodu na pewno nie zemrzemy. Prędzej z nudów. A jeśli nie rozłożymy karimaty na pokładzie, tylko wybierzemy wygodne łóżko na jednym z pokładów wśród kilkuset pasażerów, być może również przez uduszenie od dymu tytoniowego.

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Latanie nie jest dużo droższe od promów (500-900 tys.). Na popularnych trasach czasem może być nawet tańsze (Makasar – Surabaya, Manado – Jakarta czy Surabaya). Najtańszym przewoźnikiem jest Lion Air i Air Asia. Dobre ceny miewa też czasem Merpati, Garuda czy Batavia. Nie wiem, jakim sposobem, ale o dziwo bilety tańsze niż na stronie internetowej można dostać w agencjach turystycznych. Wyjątek stanowi Air Asia i Lion Air, ale i to zawsze warto sprawdzić.

Autobusy długodystansowe bardzo wygodne – klimatyzowane (ok. 80-200 tys. za 8-12 godzin jazdy). Lokalne to typowy standard azjatycki, czyli duszno nie do zniesienia, śmierdzi, kury pieją, a w dymie papierosowym można powiesić worek z kapustą, na którym akurat siedzisz.

Pociągi tylko na Jawie w trzech klasach. Klasa pierwsza i druga rzędu 200-300 tys. z Surabayi do Yogyakarty, więc poza zasięgiem przeciętnego zjadacza ryżu przyjeżdżającego z plecakiem. Za to Klasa trzecia to tylko 25 tys. RPH (tak, tak, 8 zł za 7 godzin niebywałej przygody). Ten sam pociąg jedzie z Yogyakarty aż do Probolingo, więc dla wytrwałych z pewnością jest to najlepszy sposób na dotarcie pod Bromo (30 tys. RPH, 12 h). A na pokładzie piosenki, chodzące stragany, przepiórcze jaja, salaki, banany, żonglerzy, kuglarze i co tylko chcesz. Warto przejechać się choć jeden raz. Ale warto też wziąć ze sobą wachlarz i mały ręcznik do wycierania potu.

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały :)

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały) 🙂

W miastach wszędzie kursują bemo (inna nazwa to „angkot”), czyli minibusy na tysiąc pasażerów (3-6 tys. RPH za przejazd). Jeśli jednak stać Cię, żeby wydać dodatkowe 2 złote, warto zastanowić się czasem nad wspomożeniem beczakowców. „Becak” to miejscowe ryksze, wśród których konkurencja jest niebywała, a popyt nierzadko żaden. Właściciel rykszy robi 1-5 kursów dziennie, czyli czasem zarabia tylko 5 zł.

W Azji nie można uratować wszystkich, ale można redystrybuować dochód tam, gdzie potrzeba.

.

Ciekawostka

W Indonezji palą jak nigdzie. W autobusach, na promach, w urzędach. Palą nawet 10-letnie dzieci. W związku z tym wszyscy proszą o papierosy. Jeśli nie szkoda Ci ich zdrowia, można kupić paczkę i częstować ludzi pracy. Będą wdzięczni i z chęcią pozwolą zrobić sobie zdjęcie.

Jeśli natomiast próbujesz podciąć nogę rakotwórczych gigantów, jak niżej podpisany (przez jakiś czas pracowałem dla tytoniowego kowboja, więc teraz odpokutowuję złą karmę), równie dobrze można ludziom pracy rozdawać słodycze. Sprawdza się to szczególnie dobrze na Ijen, gdzie robotnicy w kopalni siarki są przemili, będąc jednocześnie jednymi z najciężej pracujących ludzi, jakich spotkaliśmy.
.
A o tym co warto zobaczyć, ile kosztuje życie w Indonezji i dlaczego tak tanio, a także pozostała garść ciekawostek już w najbliższym odcinku.

.

——————————————————————

P.S. Gdy przebijasz się autobusami i promami z Floresu na Bali (40 h – łącznie 250 tys. rupii), naprawdę masz dużo czasu. I stąd te informacje praktyczne, które okazały się na tyle przydługie, że trzeba było je rozdzielić na 3 części. W ten sposób w najbliższych dniach będą Was zalewać praktykalia, które miejmy nadzieję, że nie dość że Wam pomogą, to jeszcze zachęcą do odwiedzenia tego niesamowitego kraju.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja
Kakaban, Borneo, Indonezja
Wyspy Togian, Celebes, Indonezja
Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Reklamy

Rzut beretem

– Wiesz, kibel jest.

– Z czym znowu??

– Kibel z biletami. Zacząłem szukać lotów przez Pacyfik i faktycznie to już nie to samo, co tu w Azji. Najtańsze połączenia są z Nowej Zelandii, ale bilet do Chile albo Argentyny to nadal 4000-4500 zł w jedną stronę.

– Faktycznie dramat. I nie da się nic taniej? Łodzi oczywiście nie ma?

– Nie ma szans. No i chcemy lecieć w grudniu, czyli przed Świętami albo w styczniu, czyli na karnawał. Nieco taniej byłoby lecieć najpierw do Stanów, ale to nam trochę nie po drodze…

– Stany, Stany, fajowa jazda.. A nie ma jakiś lotów przez wyspy Pacyfiku? Fiji albo Tahiti?

– Do Stanów lata m.in. Air Pacific, czyli narodowe linie Fiji. Za 3500 zł możemy lecieć z Vanuatu albo Nowej Zelandii do Los Angeles z przesiadką. Wiesz, co to oznacza?

– Dwutygodniowa przesiadka na Fiji albo Tahiti??? Faktycznie koszmar. Już nie mogę się doczekać…

– Zgadza się. Ale 2 albo 3 tygodnie w Polinezji Francuskiej, 3 albo 4 w Stanach i lot do Chile też z przesiadką. Najpewniej w Kostaryce albo na Karaibach, czyli kolejne 3 tygodnie zgubione. Jak będziemy tak się wybierać, to w Patagonii skończy się lato, zanim tam dotrzemy.

– Ale Kalifornia. Podoba mi się to słowo.

– Mi też. Będzie i Kalifornia. Ale musimy być w Patagonii w styczniu, najpóźniej lutym. Torres del Paine. Los Glaciares. Pamiętasz, co mówili Elizabeth i Tom w Indiach? Albo Maciek i Marta w Laosie? Zobaczysz, spadną nam kapcie z wrażenia. Później Atakama, Nazca, salary, Gran Chaco…

– A zamiast Polinezji coś naprawdę dzikiego? Vanuatu? Albo chociaż Tonga czy Samoa, hmmm. A może z Australii przez Vanuatu do Nowej Zelandii?

– To jest możliwe nawet bez większych wygibasów. Latają pewnie ze 3 linie.

– A potem do Ameryki Północnej przez Polinezję? Widzę, że z tym Pacyfikiem też dramat. Po samych tych wyspach można by pływać z rok.

– Z kolei do Chile można by lecieć przez Wyspę Wielkanocną. To też w końcu Chile. Boże Narodzenie na Wyspie Wielkanocnej, co ty na to?

– Zmniejszył nam się świat podczas tej podróży. Wszędzie rzut beretem. Oj, tu też będziemy musieli wrócić.

– To co, Los Angeles, Tahiti i Kostaryka? Czy Vanuatu, Tonga albo Wyspa Wielkanocna? Może rzucimy monetą?

– A może beretem?

– Proste, genialne.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Palawan – nieodkryta perła Filipin

Nie ma co ukrywać. Filipiny nas zauroczyły. Przepadliśmy w tym kraju bez reszty i gdyby nie kończąca się trzytygodniowa wiza, zostalibyśmy tu dużo dłużej. Sprawcami tego niezwykłego zauroczenia są dwa czynniki – Filipińczycy i Palawan.

Pstryknęło się parę pocztówek

Na Palawan trafiliśmy tak jak większość tych nielicznych, którzy go odwiedzają – z polecenia. Bawiąc przez tydzień w Szanghaju, poznaliśmy liczną grupę Filipińczyków, z którymi zżyła się nasza znajoma. Już samo to wydało nam się ciekawe, bo ona – Angielka, mieszkająca w Kraju Środka już półtora roku, właśnie wśród lokalnych Filipińczyków a nie Chińczyków ma najwięcej znajomych. W każdym bądź razie, zachwyceni filipińskim sposobem bycia, czym prędzej kupiliśmy bilety na samolot (Cebu Pacific – 200 zł), a wiedzeni ich radą – udaliśmy się na Palawan.

Palawan to niewielka w zasadzie w wyspa, wyciągnięta jak dojrzały ogórek i oddalona od głównego biegu filipińskich wydarzeń, gdzie kisi się we własnym sosie. Dostać się można na nią jedynie samolotem albo promem towarowym, bo zwykłe promy zostały zlikwidowane na początku 2010 r. Nie robi to zresztą większej różnicy kosztowej, bo na Filipinach bez problemu można latać wewnątrz kraju za 50-70 zł za lot (3 tanie linie – Cebu Pacific, Zest Air, Air Philippines Express).

Okoliczne wyspy z lotu ptaka

W każdym bądź razie wyspa leży w klimacie podrównikowym, otoczona jest setkami, o ile nie tysiącami małych niezamieszkałych wysepek i oferuje liczne atrakcje. Wewnątrz porośnięta jest gęstą dżunglą, a całe wybrzeże to klify albo rajskie plaże.

Żabi skok do raju

Chyba najciekawszą atrakcją jest tu tzw. „Island hopping”, czyli żabie skoki z wyspy na wyspę. W miejscach mniej turystycznych, jak Port Barton, San Vicente czy Taytay bez problemu można wynająć bankę na cały dzień za 1000-1200 peso (70-85 zł). Na takiej średniej wielkości bance, czyli wyjątkowo fotogenicznej filipińskiej wąskokadłubowej łodzi z dwoma bocznymi pływakami zmieści się 4-6 osób, a uczynny kapitan zawiezie nas w dowolnie wskazane miejsce na mapie lub zaprowadzi na kilka okolicznych rajskich plaż i raf koralowych. W cenę najmu wliczony jest już pyszny lunch na plaży – zazwyczaj grillowane ryby i mięso, sałatka, świeże banany i ananasy.

Niemal każdy kapitan banki to wynalazek i oddzielna historia

My takich całodziennych wycieczek w różnych miejscach odbyliśmy w sumie pięć i choć wydawać się to może dużo, to ryzykowałbym wrzodami żołądka, gdybym musiał polecić komuś tylko 3. Każda inna, każda z co najmniej jednym niezwykłym akcentem, a co najważniejsze każda w doborowym towarzystwie (o naszych niecodziennych znajomych wkrótce odrębny wpis). Jednym razem atrakcją dnia będzie laguna i plaża dostępna wyłącznie w trakcie odpływu, do której wpłynąć można tylko wpław przez wąską szczelinę skalną, innym razem spoczywający płytko wrak z II Wojny Światowej, a jeszcze innym plaża bijąca na głowę wszystkie widokówki, gdzie jakiś Filipińczyk wdrapie się na palmę i zetnie kilka świeżych kokosów maczetą.

Wokół Palawanu i pobliskiego Archipelagu Calamian znajduje się ok. 40% raf koralowych na Filipinach, więc możliwości do śledzenia podwodnego życia nie brakuje. Warto jednak dodać, że rafy wokół samego Palawanu (w szczególności okolice El Nido) są często zniszczone przez połowy z użyciem dynamitu, a najwięcej podwodnych atrakcji można zaobserwować w pobliżu wyspy Busuanga na północy. Choć trzeba jednak przyznać, że my żółwie morskie spotkaliśmy dwukrotnie właśnie w okolicach Port Barton i El Nido na Palawanie a nie na Busuandze.

Wara od mojego korala

Życie w rytmie reggae

Aż dziw bierze, jak bardzo życie wyspiarzy na Palawanie przypomina Karaiby. A w zasadzie nasze wyobrażenie Karaibów, na których nigdy nie byliśmy. Zresztą właśnie dzięki Palawanowi rozważamy włączenie tego regionu do naszej trasy, która początkowo wyspy Morza Karaibskiego nie wiedzieć czemu miała omijać.

we're jammin', and hope you like jammin' too

Tak czy owak, Filipińczycy z Palawanu są nawet zaskakująco zrelaksowani w porównaniu ze zwykłymi Filipińczykami, o których skądinąd też nie można powiedzieć, aby myśl ich wybiegała do przodu dalej niż pojutrze. W sumie poznaliśmy co najmniej 5 Filipińczyków, którzy onegdaj przyjechali w ten uroczy zakątek kraju w interesach bądź turystycznie i zostali tutaj na stałe. Teraz prowadzą mały bar na plaży, lokalny sklepik, budkę z szaszłykami albo restauracyjkę dla tubylców.

Przemierzając Palawan od Sabang, przez Port Barton aż po El Nido, naprawdę zdziwić się można, w jak wielu miejscach rozbrzmiewa Bob lub Ziggy Marley. I to nie ogólnie znany Szeryf czy Bizon, a większości mniej znane płyty spod znaku Jammin’ i Kinky Reggae albo wydłubane gdzieś nagrania koncertowe.

Tu na plaży rozmowę zagai przemiły rybak, wieczorem na ławce przysiądzie się grupka młodzieży, a w każdej restauracji porozmawia z nami i doradzi urocza właścicielka.

Zresztą jeśli rozkoszowanie się wolnopłynącym filipińskim życiem po kilku dniach człowieka znudzi, zawsze można założyć płetwy, wskoczyć na łódź i poodkrywać okoliczne cuda. Bo ile można huśtać się na hamaku, smakować wyborne ryby i owoce morza, a wieczorami popijać lokalny rum z Filipińczykami przy ognisku?

My już kalkulujemy czy na Filipiny wrócić z Borneo w Malezji, czy z Celebesu w Indonezji, gdy za kilka miesięcy będziemy znów przejeżdżać w pobliżu.

tricykl - taksówka na krótkie dystanse i wizytówka właściciela

Na koniec zapraszamy do obejrzenia galerii z Palawanu – z podróży po wyspie, z „Island hoppingu” oraz filipińskiego podwodnego świata.

Palawan, Filipiny
Island hopping, Palawan, Filipiny
Podwodny świat, Palawan, Filipiny

I jeszcze filmik z nurkowania oraz snorklowania na Filipinach:
.

.

————————————–

Informacje praktyczne

Choć Palawan ma niecałe 12 tys. km2, to jego długość wynosi ponad 400 km. Biorąc pod fakt, że asfalt jest tu dobrem niezwykle rzadkim, przebycie 200 km potrafi zająć cały dzień. Na szutrowe pseudodrogi autobusy nie wyjeżdżają bez przynajmniej dwóch kół zapasowych, a po niewielkim nawet deszczu pasażerowie jak mróweczki wyciągają jeepneye z gliny.

Infrastruktura turystyczna występuje wyłącznie w północnej części wyspy, a o nieskażeniu większą cywilizacją niech świadczy fakt, że na całym Palawanie bankomaty występują jedynie w stolicy – Puerto Princesa. W ramach pędzącego postępu w lipcu tego roku zamontowano drugi bankomat w regionie – w Coron na wyspie Busuanga, co wybitnie ułatwia życie turystom, bo do tej pory z Busuangi do bankomatu trzeba było lecieć. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zasiedzimy się w El Nido czy Port Barton na Palawanie, powoli wsiąkając w lokalne życie i niespodziewanie skończy nam się gotówka, czeka nas dwudniowa wyprawa (jeden dzień w jedną stronę) do Puerto Princesa.

.

Hong Kong – Piąty Element

Miasto przyszłości, Miasto XXI wieku, Najlepszy Transport Publiczny Świata, Najbardziej Kosmiczne Lotnisko, Najdłuższe Ruchome Schody na Świecie, Światowy Lider Wolności Gospodarczej, Najbardziej Niezwykła Panorama Miejska, jedno z najbogatszych i najlepszych państw do życia na świecie.

Hong Kong nocą ze Wzgórza Victorii

Przed wyjazdem w podróż dookoła świata pewien znajomy powiedział nam, że ze wszystkich miast na świecie najbardziej chciałby odwiedzić Hong Kong. Zdziwiło nas to bardzo, bo po pierwsze nie lubimy wielkich miast, a po drugie czego dobrego można spodziewać się po Hong Kongu?

Okazuje się, że wiele. W mieście, które początkowo miało w ogóle nie znaleźć się na naszej trasie, spędziliśmy 4 dni, a moglibyśmy spędzić co najmniej drugie tyle i w ogóle się nie nudzić.

Siedziba Bank of China

Najlepsze Lotnisko Świata

W Hong Kongu znaleźliśmy się wyłącznie z powodu tanich biletów, bo okazało się, że z Nepalu najtaniej było przylecieć właśnie tutaj. Następnie okazało się również, że do Szanghaju, gdzie chcieliśmy się udać, taniej jest polecieć tanimi chińskimi liniami (Spring Airlines) niż jechać pociągiem.

WieżowceNic dziwnego, że lotnisko w Hong Kongu jest trzecim najbardziej ruchliwym portem pasażerskim świata (i drugim towarowym). Jednocześnie jest notorycznie wybierane przez pasażerów jako Najlepsze Lotnisko na Świecie i faktycznie trudno się z tym wyborem nie zgodzić. Terminal pasażerski robi kosmiczne wrażenie, ma niewyobrażalną wprost powierzchnię 570 tysięcy m2 i jest najbardziej nowoczesnym lotniskiem, z jakim się spotkaliśmy.

Pomiędzy terminalami, halami przylotów i odlotów, a także odprawą celną kursują np. bezzałogowe sterowane automatyczne pociągi, przewożące tysiące pasażerów dziennie. Wypadki ani błędy ludzkie są niemożliwe, bo system jest elektronicznie nadzorowany i nawet nie można wpaść pod pociąg, bo perony oddzielone są od składu wagonów szklanymi ścianami, w których drzwi pokrywają się idealnie z automatycznymi drzwiami w pociągach.

Powrót do przyszłości

Podobnie jak samo lotnisko, także wiele innych rzeczy w Hong Kongu przypomina krzyżówkę Łowcy Androidów z Piątym Elementem. Mimo że wieżowce są niewyższe niż w Nowym Jorku czy Szanghaju, to robią wprost niesamowite wrażenie. Ustawione są one niewyobrażalnie gęsto, a Hong Kong dzierży tytuł najbardziej pionowego miasta świata i jednocześnie posiada jedną z największych gęstości zaludnienia na świecie.

Hong Kong nocą

Ale to nie wieżowce nadają mu sznyt miasta przyszłości. Budynki bardzo często połączone są zawieszonymi w powietrzu pasażami dla pieszych, które uzupełniają lub po prostu zastępują zwyczajne chodniki. Podczas gdy na dole odbywa się ruch wyłącznie samochodowy, kilka metrów nad ziemią zawieszone są pasażerskie wiadukty, którymi można dostać się do większości budynków w centrum.

Powietrzne chodniki w centrum

Wewnątrz wszędzie znajdziemy drogowskazy, które bezbłędnie pokierują nas do konkretnego biurowca. Sam ruch często odbywa się za pomocą ruchomych schodów i chodników, dzięki którym w ogóle nie trzeba iść. W Hong Kongu znajdują się np. najdłuższe ruchome schody na świecie. Ruchomy chodnik o długości ponad 800 metrów transportuje mieszkańców do wyższych części miasta położonych ponad 135 metrów wyżej na zboczu wzgórza.

Powietrzne chodniki w centrum

Ruch uliczny również jest nietypowy, bo ponad 90% mieszkańców Hong Kongu przemieszcza się, korzystając z publicznego transportu, który chyba słusznie nazywany jest najlepszym systemem transportowym świata.

Największy Eksperyment Gospodarczy Świata

Milton Friedman twierdzi, że Hong Kong to największy kapitalistyczny eksperyment gospodarczy świata. Całkowity leseferyzm jak widać doskonale się sprawdza i sprawił, że Hong Kong został jednym z 4 Tygrysów Azjatyckich. Jak donosi CIA, PKB na osobę wynosi tu ponad 44 tys. USD. Pomiędzy rokiem 1961 a 1997 PKB kraju wzrosło 180 razy (słownie: sto osiemdziesiąt razy!!), a PKB na osobę 87 razy.

W Hong Kongu jest też mnóstwo parkówMimo że w tym kraju-mieście żyje zaledwie 7 mln ludzi, dolar hongkoński jest 9 najczęściej wymienianą walutą na świecie. Dzieje się głównie za sprawą giełdy, która jest 7 największą na świecie, a będzie jeszcze większa, bo przyciąga 22% kapitału światowych giełdowych debiutów rocznie!!

Przejażdżka autobusem z lotniska (w którym to autobusie działa nota bene darmowy bezprzewodowy internet) również zapewnia niezwykłe widoki. Po drodze mijamy na przykład port towarowy, który jest jednym z największych portów świata, a magazyny kontenerowe i ogromne żurawie przeładunkowe ciągną się przez kilka kilometrów wzdłuż drogi.

Praca, praca, praca

Niestety mimo że Hong Kong w przeróżnych rankingach często znajduje się w czołówce miast pod względem jakości życia, to cena za to jest naprawdę duża. O ile we wszystkich dalekowschodnich metropoliach Azjaci nawykli do długiej i ciężkiej pracy, to w Hong Kongu poziom zaangażowania przekracza dopuszczalne normy.

Nasz Couch Surfingowy gospodarz, u którego mieszkaliśmy przez kilka dni nie wracał z pracy przed 22, co jak twierdzi jest zupełnym standardem. Co więcej Azjaci w tutejszych korporacjach pracują w ten sposób również w soboty, więc naprawdę pozostaje im niewiele czasu, żeby cieszyć się życiem w Hong Kongu.

Zachód słońca nad centrum

W garniturze na plażę i treking

A mogłoby być tak pięknie. Hong Kong jest przepięknie położony na ponad 200 wyspach, z których tylko kilkanaście jest zamieszkałych. Już na trzeciej co do wielkości wyspie Lamma w ogóle nie ma samochodów, a ruch odbywa się wyłącznie na rowerach i na piechotę. Znajduje się tu kilka naprawdę pięknych plaż, a kąpiel w Morzu Południowochińskim, czego nie omieszkaliśmy sprawdzić, możliwa jest nawet w listopadzie.

dzika plaża na wyspie Lamma

Inne wyspy również oferują fantastyczne możliwości aktywnego wypoczynku. Wbrew pozorom oprócz biurowców ogromne przestrzenie w Hong Kongu zajmują tereny zielone. Liczące setki kilometrów szlaki piesze rozplanowane są w pięknych górach i wzgórzach wysokich nawet na 900 m, oferujących niesamowite widoki na całe miasto.

No i w jakim innym wielkim mieście można dojeżdżać do pracy 20 minut do centrum, do tego promem?

Widok na wyspę Hong Kong z Kowloon

.

Jak zwykle zapraszamy również do galerii, gdzie można obejrzeć więcej zdjęć z Hong Kongu.

Hong Kong

.

.

Kosmicznie tanie latanie

Tak jak pisaliśmy ostatnio do Indii lecimy za 1 250 zł. Bilet jest co prawda w jedną stronę, ale w dwie można by polecieć już za 1 700 zł. Zazwyczaj najtaniej wychodzi rosyjski Aeroflot, ale podobna cena zdarza się również w Finnair.

My lecimy ukraińskim Aeroświtem, o którym krążą różne ciekawe historie. Powtarzają się relacje, że wódkę na pokładzie podaje się w szklankach, a na co drugim działającym ekranie wyświetlane są ukraińskie filmy bez napisów.

Pełen folklor. Dla nas bomba. No ale przynajmniej żaden samolot nie rozbił się od 1997 roku. Więc sami się przekonamy i jeśli zdarzy się coś ciekawego, z pewnością o tym napiszemy.

Gdzie kupić tani bilet?

Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszą i najtańszą wyszukiwarką biletów na inne kontynenty jest ta na portalu podróżniczym Tomka Michniewicza www.koniecswiata.net. Wyszukiwarka jest bardzo przejrzysta i ma najniższą ze znanych mi prowizji w wysokości 20 zł od biletu (bywa, że jest to nawet taniej niż bezpośrednio na stronie linii lotniczych). Zazwyczaj prowizja w wyszukiwarkach wynosi ok. 80-130 zł i nierzadko jest wkalkulowana w cenę biletu, żeby nie razić użytkownika na pierwszy rzut oka. Łatwo to sprawdzić wyszukując ten sam bilet za pomocą różnych wyszukiwarek, np. skyskanner.pl czy tanie-latanie.net (a raczej drogie-latanie.net – prowizja 130 zł).

Ale to i tak nic w porównaniu z możliwościami, jakie istnieją obecnie w podróżowaniu po Europie, na Bliski Wschód czy do Maroka. Kilka dni temu trafiłem na artykuł Marcina Jędrzejczaka w Rzeczpospolitej, który całkowicie zmienił moje pojęcie o lataniu.

Azuon – lotniczy wymiatacz

Zawsze szukając tanich lotów do Norwegii, Maroka, Grecji czy Turcji marzyłem o narzędziu, które nie kazałoby mi określać niemal żadnych ostrych warunków brzegowych, czyli np. lot do Casablanki od 10 do 20 maja, wylot z Marakeszu od 1 do 10 czerwca, a jedynie powiedziało mi skąd, dokąd i kiedy mogę tanio lecieć. A to ja bym się dostosował. Otóż takie narzędzie istnieje – to Azuon.

Ten program to jest zwyczajny szok. Kosiarka umysłowa i mentalny lodołamacz. Dostępny za darmo w sieci daje nieograniczone wprost możliwości w wyszukiwaniu tras. Można np. wybrać 5 głównych polskich miast, 10 hiszpańskich, 4-miesięczny przedział czasowy i kazać mu poszukać najtańsze połączenia. I to nie wszystko! Możemy wybrać opcję do 3 przesiadek w różnych liniach, dzięki czemu program połączy loty różnych przewoźników, łącząc je w jakichś portach lotniczych, niejednokrotnie znajdujących się w przeciwnym kierunku. Człowiek nigdy nie byłby w stanie tego ogarnąć.

Na Kanary za 300 zł

Po przeczytaniu artykułu w Rzeczpospolitej po raz pierwszy zaczynam żałować, że wyjeżdżamy w podróż dookoła świata. Przepadną nam takie okazje!

Azuon podpowiada, że jeszcze teraz jest mnóstwo możliwości, aby pod koniec września polecieć np. na Wyspy Kanaryjskie za 300-400 zł (ceny z opłatami lotniskowymi) czy na portugalską Maderę za 540 zł. I to w najbardziej atrakcyjny sposób, czyli dolecieć na jedną wyspę, robić co się chce przez 2 czy 3 tygodnie i wrócić z innej. Po prostu rewelacja, np:

28.09.2010 – Warszawa – Bruksela (Wizz Air) – 18 euro –> Bruksela – Fuerteventura (Ryanair) – 20 euro

12.10.2010 – Lanzarote – Bruksela (Ryanair) – 20 euro –> Bruksela – Warszawa (Wizz Air) – 17 euro

albo:

13.10.2010 – Kraków – Bruksela (Ryanair) – 8 euro –> Bruksela – Lanzarote (Ryanair) – 20 euro

24.10.2010 – Fuerteventura – Pisa (Ryanair) – 30 euro –> Pisa – Kraków (Ryanair) – 9 euro

Ludzie, doprawdy nie wiem, czemu tego nie rezerwujecie! A, jak się dowiedziałem, oprócz Azuonu są jeszcze inne wypasione udogodnienia, takie jak wyspecjalizowane serwisy tworzone przez fanów tanich lotów, np. mlecznepodroze.pl czy fly4free.pl. A o tym, gdzie i za ile przez ostatnie półtora roku tanio poleciał w świat Marcin Jędrzejczak z Rzeczpospolitej można przeczytać tu. Może się to wydać niewiarygodne, ale odbył w sumie aż 130 lotów (23 podróże) za łączną kwotę 4 940 zł.

Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócimy z naszej podróży. Wtedy dopiero zaczniemy latać…

.

A jednak Indie

Tak, tak. Indii miało nie być, a są. Złożyło się na to kilka czynników, z których 2 najważniejsze to potęga reklamy i siła książki. Ale najpierw o czym innym.

Przymierzając się do wyjazdu, kierowaliśmy się dość opacznym rozumowaniem, że jeśli chcemy odwiedzić i choćby liznąć prawdziwych Indii, potrzebujemy przynajmniej miesiąca, który ciężko będzie nam wykroić. Rozumowanie w gruncie rzeczy słuszne, a na pozór niezauważalny błąd tkwił w ostatniej części zdania.

To co się zmieniło, to nasze przekonanie, że jeśli uznamy, iż kilka tygodni czy miesiąc warto spędzić gdzieś dłużej, to tak zrobimy. W miarę zbliżania się wyjazdu, coraz częściej przewija się w naszych głowach myśl, że niczego nie musimy. Zatem zaczniemy od Indii i spędzimy tam tyle czasu, ile uznamy za stosowne. Byleby zdążyć do Nepalu na treking w Himalajach przed zimą.

Potęga reklamy

A wracając do naszych rozważań marketingowych – wspomniana reklama to oczywiście Incredible India, która prześladowała nas w Egipcie i Izraelu na BBC oraz w Internecie. Zauroczeni najlepszą reklamą turystyczną od czasu kiedy Hannibal reklamował Kartaginę na przedpolach Rzymu, coraz intensywniej zaczęliśmy myśleć o tych rejonach. I tak już od kilku miesięcy podśpiewujemy do siebie, jak te cielęta, „Incredible India”. A reklama jest naprawdę spaśna. Kto nie widział, niech szybko włącza (tu wersja pełna – jeszcze spaśniejsza):

Jeśli nasz wyjazd do Indii będzie choć w połowie równie udany, to będziemy zadowoleni. A jak nie, to ich pozwiemy..

Siła książki

Kto nie ma telewizji lub nie trawi ogłupiającej papki marketingowej Wielkiego Babilonu, w Indiach również może się zakochać, przeczytawszy książkę „Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa.

Książka wyjątkowa i bardzo interesująca. Jest to fabularyzowana relacja australijskiego przestępcy, który po ucieczce z więzienia schronił się w Indiach i rozpoczął nowe życie. Abstrahując już od ciekawej fabuły i przeżyć głównego bohatera, opowieść ta ubrana jest w przepiękne realia, które nadają jej niepowtarzalną atmosferę. Życie toczące się w małej indyjskiej wiosce w Maharasztrze, codzienność w slumsach w Bombaju, skomplikowane relacje międzyludzkie w tym wielokulturowym i wieloreligijnym społeczeństwie, poszukiwanie drogi do lepszego życia. To wszystko tam jest. A nawet dużo więcej.

Niestety wadą tej książki jest to, że jest dość gruba. I tak na przykład moja dobra koleżanka już się raczej z nią rozminie, bo czyta tylko książki cienkie, aby nadrobić średnią czytelnictwa w Polsce (1 książka na 2 lata). Jeśli ktoś idzie tym tropem, to niech na naszą odpowiedzialność zaliczy sobie Shantaram jako 2 albo nawet i 3 książki. Będzie mu wybaczone. Naprawdę warto. I przynajmniej będzie miał spokój na kilka lat.

Bilet za 1200 zł

A bilety do Indii kupiliśmy za 1250 zł (słownie: tysiąc dwieście pięćdziesiąt). Fakt, że w jedną stronę, ale w dwie można już mieć za 1700-1900 zł. Ale o tym będzie następnym razem.