Archiwa blogu

Jarmark

Leniwy poranek. Gołębie niespiesznie, jakby od niechcenia, skubią niedojedzone resztki po wczorajszych imprezowiczach, kolejny dzień świętujących Wielki Tydzień. Chyba przeczuwają, że zapowiada się niezmiernie gorący dzień.

„Wiesz, ta quesadilla z kaktusem dużo lepsza niż ta z mięsem z grilla i ananasem, którą wciągnąłem wczoraj.”

Łyk zimnego soku ze świeżych pomarańczy. Słońce coraz śmielej rozprasza ostatnie niedobitki chmur, zostawiając na niebie tylko surrealistyczne pręgi pierza. Te już nawet nie próbują udawać, że stawią dziś jakiś opór tropikalnemu żarowi. Ale tutaj? W górach? Na ponad dwóch tysiącach metrów? Chyba jednak nie… Niemożliwe.

Jest Wielki Tydzień, więc wszystkie biblijne stworzenia masowo wylegają na ulice

Jest Wielki Tydzień, więc wszystkie biblijne stworzenia masowo wylegają na ulice

Łyk soku. A cóż to za hałas? „Chodź, Ninusia, zobaczymy. Ooo, popatrz, jaki piękny konik! Pogłaskamy konika? Zobacz, jaki pan ma ładny chełm. I włócznię. Takich włóczni używali kiedyś żołnierze, wiesz”.

Hałas nie milknie. Ludzie też zaczynają wylewać się zza rogu. Wzdłuż szpaleru ustawili się sprzedawcy napojów. Przez nich przebić się najtrudniej, bo mają największe wózki. Własnoręcznie modyfikują swoje rowery – wózek na stałe przyspawany na przodzie na dwóch kołach. Taki odwrócony tricykl, a gdy dwa albo trzy tricykle ustawić w szpalerze jak domino, to ani ich przeskoczyć, ani obejść. Jakby dobrze pomyśleć, to można by to skomercjalizować jako przenośne mobilne barykady.

Looooody, loooody komu, bo idę do domu

Looooody, loooody komu, bo idę do domu

Stacja druga. Jezus bierze krzyż na swe ramiona. Ludzi masa. A będzie więcej. Tędy nie przejdziemy. „O, ten pan trzyma głośnik, chodź, mam pomysł!” „Przepraszam, gdzie to się kończy?” „Słucham?” „Znaczy, dokąd idzie procesja? Gdzie będzie ukrzyżowanie?” „Pod kościołem Meksykanów.”

san cristobal de las casas crucifixion 1 mexico vagabundos

Rzut oka na mapę. Hmm… Będzie niecałe dwa kilemetry, ale ze siedem kościołów dalej. San Cristobal – miasto wzgórz i kościołów. Nie znajdziesz ulicy, która nie ma spadku, a na co drugiej przecznicy kościół. Trzeba przyznać, że dobrą robotę odwalili konkwistadorzy. „Przynajmniej wiemy, dokąd idą. Chodź, zajdziemy im drogę jeszcze przy św. Franciszku i św. Dominiku, a potem odskoczymy i będziemy spokojnie czekać u Meksykanów.”

Stacja trzecia. Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem.

U św. Franciszka całkowity brak skromności. Tu rządzą sprzedawcy mango. „Maaaaaangooooooo!!!” „Maaaaaango po dzieeeeeeeeeeeeeeeeesięć!” „Taniuuuuuutko!!!! Maaaango po dziesięć za kubek” Faktycznie taniutko – 2,5 zł za pełny pucharek obranego i pyszniutkiego mango. Jest sezon na mango. Żółte, zielone, czerwono-zielone, jak strusie jajo albo jak mały arbuz. Ale mi się już przejadło. Od tygodnia jemy po pół kilo mango dziennie.

Stacja szósta. Św. Weronika ociera twarz Chrystusowi. Ma zgrzebną szatę, a żołnierze szybko przeganiają ją włóczniami. Zaraz za mango stoją ciastkarze. Z kremem, nadzieniem ananasowym, orzechami, kakao, na mące przennej, pełnoziarnistej albo oczywiście kukurydzianej.

Przed św. Dominikiem jak zwykle szpaler rękodzielników. „Nie, no to jest fantastyczne! Ten naszyjnik muszę mieć! Zrobiony na wzór grota azteckiej włóczni i do tego z obsydianu! Genialna replika! I do tego jaka świetna plecionka. Jak mi sprzeda za 60, to biorę.”

Gadka, szmatka. „Ile?” „150.” „Chyba 50.” „Chyba żart. Muszę jeść. 120.” „Moje dziecko też. 60.” „Taniej niż 100 nie mogę sprzedać.” „Szkoda.” Odchodzę. „80.” „Biorę.”

Uwielbiam artesano. Według mnie nic tak nie oddaje tego kontynentu, jak ci wędrowni hippisi. Jeśli Krishna pozwoli, w następnym wcieleniu chciałbym być artesano.

Stacja siódma. Chrystus upada pod krzyżem po raz drugi. Dalej Fotookazy. Spiderman. Są też Minionki, jest Transformers i Żółw Ninja – no z tym to nawet ja chętnie bym się zbratał. Z miejscowych jest trzymetrowy Faun z Labiryntu Fauna i aztecki wojownik. Z biblijnych św. Piotr i Śmierć. Czy Śmierć jest biblijna? Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem, ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Stacja ósma. Chrystus pociesza płaczące niewiasty.

pillar san cristobal de las casas crucifixion mexico vagabundos

Na placu przed kościołem Meksykanów atmosfera powoli tężeje. Zanim przybędą konni, minie jeszcze dobra godzina, ale wszystkie lepsze miejsca już zajęte. Na donicach kwiatowych i gazonach – Indianie oraz macho. Na oparciach ławek – garbaci i starsi. Ci musieli chyba być tu o świcie. Na balkonach co lepszych hoteli – biali. Na dachach – młodzież. Na filarze kościoła – dzieci.

Żar leje się z nieba. A jednak. Koniec pory suchej daje się we znaki nawet w górach. Strach pomyśleć, co będzie, jak znów zjedziemy na równiny Majów.

Balonik z okazji śmierci Jezusa? A może wiatraczek?

Balonik z okazji śmierci Jezusa? A może wiatraczek?

Stacja dziewiąta. Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem. Tymczasem tłum prze. Do dyspozycji ma wszystko. Churros – nadziewane drożdżowe rurki w cukrze, smażone banany, kandyzowane jabłka, lody, tacos w każdej postaci, baloniki dla dzieci, chińskie plastikowe wiatraczki, chicharrones – świńskie smażone skóry z sosem chili, a nawet miecze rycerzy Jedi.

.

„Musimy stąd iść. Jak przyjdą z krzyżem, zgniotą nam Ninusię.” „Dobra, przebijamy się na podest z nagłośnieniem.” „Nie damy rady!” „Damy. Walka uliczna. Łokieć, kolano, łokieć i mówisz przepraszam. Łokieć i przepraszam. Widzisz.” „Dobra, ja zostanę tutaj z dzieckiem, Indianką i reporterem z lunetą jak z National Geographic, a ty idź.”

Stacja dziesiąta. Jezus z szat obnażony.

Nieprzebrana ludzka rzeka porywa mnie pod miejsce kaźni. Wszystkie smartfony w górze. Jedni kręcą, inni pstrykają. Indianka karmi piersią. Znaczy w zasadzie piersią, bo tylko na przemian uzupełnia wartości odżywcze coca-colą. Boże miłosciwy, jak gorąco!

Stacja trzynasta. Chrystus zdjęty z krzyża. Odprężenie. Las smartfonów opada jak jesienne liście.

Można zamienić parę słów. „A pani Indianka skąd?” „A mała gringa jak się nazywa?” „Za rok też przyjedziecie?” „Oczywiście.”

Już po wszystkim, a ja wciąż nie mogę przestać się zastanawiać. Czy dwa tysiące lat temu było podobnie? Czy gdyby to było naprawdę, byłoby inaczej?

Zaskakujący początek świata

Największe zaskoczenie: plaża. Lazurowa woda i biały piasek niemal jak na Filipinach czy atolach na Pacyfiku. To że bogowie i ludzkość powstali w tak pięknym miejscu, to akurat nie dziwi. Bardziej może fakt, że jesteśmy niemal na 4000 metrów. Na jeziorze Titicaca. A przede wszystkim owianej legendą Wyspie Słońca.

Wyspa Słońca

Wyspa Słońca

Oddalona zaledwie o kilkanaście kilometrów od gwarnej Copacabany Wyspa Słońca to inny świat. Elektryczność pojawiła się tu dopiero kilka lat temu, a życie płynie tu w takim tempie, że można niemal obserwować ziarenka przesypujące się w klepsydrze. O ile Copacabana ze swoim przygotowaniem na turystów czasami przypomina już gwarny Bangkok, o tyle Isla del Sol to raczej rolnicza wyspa, gdzie wraz z zachodzącym słońcem pozostaje jedynie wsłuchiwać się w szum zimnych wód jeziora Titicaca i rozmyślać o cywilizacji Inków.

To tu z morza wyłonił się bóg Wiracocha, który stworzył słońce i księżyc, a następnie z kamieni ulepił człowieka. To tu przyjeżdżali pielgrzymi z Tiwanaku, a nawet Cuzko, by złożyć w ofierze dary w świątyni Chincana, gdzie narodziła się ludzkość.

Bóg się rodzi, moc truchleje

Bóg się rodzi, moc truchleje

Mistycyzm Wyspy Słońca wciąż bije żywo. Oczywiście nie wśród turystów, dla których jest to niemal obowiązkowy przystanek na trasie Peru-Boliwia czy dziesiątków pizzerii prowadzonych tu specjalnie dla nich, ale wśród turystów lokalnych.

Weźmy taki przykład. Spacerując po wyspie, z dala od turystycznego szlaku, postanawiamy wspiąć się na pobliskie wzgórze. Wzgórze bez nazwy, bez ruin, ale czujemy podskórnie, że widok będzie z niego przepiękny. A kto wie, być może czai się tam Tajemnica.

Był sobie chłopiec

Był sobie chłopiec

Zasiadamy na szczycie, a nieopodal dobiega nas rytmiczne stukanie tamburynu i marakasów. Natchniony szaman w białej szacie rozdaje kilku zebranym osobom po cztery liście koki i przygotowuje się do błogosławieństwa. Szybko zostajemy zaproszeni do kręgu i powtarzamy słowa w języku Aymara. Błogosławieństwo odprawiane jest na cztery strony świata, po czym w każdym z kierunków wiatr unosi po jednym liściu koki.

Zebrani to 8 czy 10 osób z południowej Kolumbii. Przyjechali tu na dwutygodniowy urlop. Jezioro Titicaca dla wielu wciąż pozostaje świętym miejscem kultur prekolumbijskich. Jesteśmy pod niesamowitym wrażeniem, ale ku naszemu zdumieniu rytuał z liśćmi koki to dopiero początek ceremonii.

Po kilku minutach szaman z zawiniątka wyciąga butelkę po Johny Walkerze. Napój jakiś dziwny. Czarny, nieco gęstawy, wolno spływa po ściankach.

Główny szlak przez wyspę

Główny szlak przez wyspę

– Chcecie zostać na symboliczną konsumpcję ayahuaski? – pyta jeden z naszych nowych znajomych.

– Ayahuaski??!!?? Jasne, że tak!!

Wiele słyszeliśmy o tym niezwykłym napoju, przez jednych nazywanych najmocniejszym halucynogennym narkotykiem na świecie, a przez wiele kultur mezoameryki traktowanych jako oczyszczający rytuał łączący człowieka z innymi bytami.

Wkrótce ponownie usiedliśmy w niewielkim kręgu, a kolumbijski szaman po kolei wzywał do siebie zebranych i podawał niewielką kokosową czarkę z ayahuaską.

Ceremonia na Wyspie Słońca okazała się na tyle niezwykła, a Kolumbijczycy tak otwarci jak typowi Kolumbijczycy, że stało się to, co musiało się stać.

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

– Skoro Wam się podobało i zmierzacie na północ, może wpadniecie do nas, gdy będziecie w Kolumbii. Wiem, że nie macie pojęcia za ile tygodni dotrzecie w nasze rejony, ale dajcie znać, gdy będziecie się zbliżać. Tu jest mój numer. Raz na jakiś czas organizujemy picie ayahuaski, a poza tym stale zapraszamy na naszą posiadłość –  zapraszał nas Gustavo.

I tak uzbrojeni w komórkę do kolumbijskiego szamana udaliśmy się w dalszą drogę. A o tym czy trafiliśmy wreszcie do Kolumbii, czy piliśmy ayahuaskę i dlaczego było to jedno z najbardziej niezwykłych przeżyć podczas całej podróży, opowiemy innym razem.

.

Mania nawracania

Jak to się dzieje, że w wiosce, w której mieszka kilkaset osób, są trzy kościoły? Jak wygląda chrześcijańska rywalizacja o rząd pogańskich dusz w Azji i na Pacyfiku? Co naprawdę skłania ludzi do porzucania tradycyjnych wierzeń na rzecz chrześcijańskiego bądź muzułmańskiego Boga?

Wieś Kamarora – północny Celebes, Indonezja. 200 osób. Kościół metodystyczny, katolicki i luterański. Baptystyczny w budowie.

Wyspa Ureparapara – Archipelag Banksa, Vanuatu. 300 osób. I trzy kościoły – jehowici, anglikanie i zielonoświątkowcy. Anglikanie w nowo zakładanych ogrodach zabronili zakopywać w ziemi tzw. kamieni żywnościowych, które według tradycyjnych wierzeń zapewniają obfitość plonów przez dziesięciolecia. Część mieszkańców nadal po kryjomu zakopuje kamienie, ale nie przyzna się do tego nawet wodzowi wioski.

Region Langsi i Batutumonga – Tana Toraja, Indonezja. Więcej kościołów niż wiosek, choć rzadko która liczy więcej niż 30-40 osób.

Oprócz kalejdoskopu chrześcijańskich kościołów miejsca te łączy jeszcze jedna rzecz. Trzydzieści, czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu wszystkie one miały własne tradycyjne wierzenia. Najczęściej animistyczne. Ich mieszkańcy wierzyli w potęgę lasu, majestat morza, moc wulkanu.

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

W Zatoce Marau na Wyspach Salomona misjonarze stwierdzili, że tradycyjne miejsca kultu, gdzie przez stulecia w podmorskiej grocie chowano zasłużonych wodzów wioski, nie mogą być dłużej czczone, więc wszystkie są dziś Tabu.

Gdy nałożyć na siebie współczesną mapę wyznaniową Indonezji z tą sprzed 100 lat, okaże się, że wszystkie animistyczne religie zostały wymazane przez chrześcijańskich misjonarzy.

Misja

Sumatra – jedyna chrześcijańska społeczność na tej ponad 40-milionowej wyspie to 100 000 Bataków w regionie Jeziora Toba. Borneo – Dayakowie, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty kanibale. Celebes – lud Tana Toraja, który przez wieki chował przodków w grotach wykutych w skale. Papuasi na Nowej Gwinei, którzy pierwszy kontakt z białym człowiekiem często mieli dopiero w ostatnim półwieczu. I Flores – kultura Bajawa i inne animistyczne religie od Labuanbajo aż po Moni.

Żeby zapełnić katolickie, jehowickie, anglikańskie i luterańskie nieba, chrześcijańscy misjonarze pracują bez wytchnienia. Dziś misjonarze na Borneo i Papui mają własne linie lotnicze, w których za kosmiczne pieniądze można nawet wykupić miejsce w samolocie i raz na kilka tygodni lecieć awionetką ramię w ramię z księdzem czy pastorem wprost do serca dżungli, gdzie nadal trwa walka o dusze Dayaków i Papuasów z animistycznym diabłem.

Ciekawie przebiega również nawracanie w Chinach. Żaden z odwiedzonych przez nas narodów nie jest tak merkantylnie nastawiony do życia jak Chińczycy. Tu wszystko obraca się wokół pieniądza. Nawet wiara. Mimo że grunt to oporny, bo kultura wielu tysiącleci, dziś chrześcijańscy misjonarze pomagają zacząć nowe życie Chińczykom, którzy się nawrócą. A że wyznawców mamony jest tu znacznie więcej niż naśladowców Konfucjusza, chrześcijańskie dukaty przyciągają coraz liczniejsze rzesze nowowierców. Neofici odbierają należne im talary, raz na kilka tygodni przyjdą do kościoła, a poza tym nadal robią swoje.

A u nas tylko godzina

Na Fidżi poznaliśmy Józefa. Józef, podobnie jak setki Janów, Marii i Jakubów nosi tradycyjne imię, jakie spotkamy wszędzie na Vanuatu, Wyspach Salomona czy Floresie, a które wbiło się w te tereny wraz z krzyżem chrystusowym. Józef jest katolikiem. Od niedawna. Wiarę zmienił w zeszłym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu był protestantem. Na pytanie co skłoniło go do tak ważnej życiowo decyzji, nie potrafi jasno odpowiedzieć. Gdy poznajemy się nieco lepiej, wyznaje jednak:

– Lubię katolickiego misjonarza. No i msza trwa tylko godzinę, a u protestantów przynajmniej półtorej. Teraz mam więcej czasu dla siebie.

No i to jest argument. Wreszcie zaczynamy do czegoś dochodzić.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

By żyło się lepiej – w imię Boga

Przed kilkoma miesiącami na Floresie w Indonezji odwiedziliśmy polskiego misjonarza. Ksiądz Stanisław przyjechał tu ponad 40 lat temu i był jednym z pierwszych misjonarzy w tym kraju. Na animistycznym albo jako kto woli pogańskim zachodnim Floresie, było wówczas tylko kilka tysięcy chrześcijan. Dziś na niemal dwumilionowej wyspie stanowią oni ponad 90% i są najliczniejszą katolicką grupą w tym 250-milionowym kraju.

Pader Stanis, jak nazywają go okoliczni mieszkańcy, ma dziś ponad 80 lat, ale nadal tryska energią. Podczas swojej długiej misjonarskiej kariery zbudował na Floresie już 25 kościołów i niezliczoną ilość kaplic. To niewątpliwie ciepły i uroczy człowiek, który zawsze chętnie ugości przybyszów z Polski.

Nie zmienia to jednak faktu, że podczas naszej rozmowy i od czasu do czasu dyskretnie przemycanych trudnych kwestii, nie był w stanie odpowiedzieć na żaden z kontrowersyjnych tematów…

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Czy tradycyjne animistyczne wierzenia środkowego Floresu opierające się na siłach natury są tak niewiele warte w porównaniu z majestatem chrześcijańskiego Boga, że trzeba je zniszczyć?

Jaką realną korzyść otrzymują mieszkańcy nawracanych terenów z pracy misjonarzy, którzy budują kościoły, a nawet sale zgromadzeń dla lokalnej społeczności, z których mogą jednak korzystać wyłącznie Ci mieszkańcy, którzy nawrócą się na katolicyzm?

Czy misyjne szkoły podstawowe (powtarzam – PODSTAWOWE), muszą pobierać takie same, a zazwyczaj nawet wyższe opłaty za naukę niż indonezyjskie szkoły prywatne i państwowe?

Na froncie walki o rząd dusz

Walka o rząd dusz trwa tu nadal. Na Floresie, podobnie jak w całej Indonezji, islamizacja postępuje szybko. W Labuanbajo codziennie o piątej rano rozbrzmiewa głos muezina z górującego nad osadą minaretu. Na północnej Sumatrze, w półautonomicznym rygorystycznie islamskim stanie Banda Aceh od dawna obowiązuje prawo koraniczne.

Obecnie w 250-milionowej Indonezji, będącej czwartym najludniejszym krajem świata, muzułmanie stanowią już 88% społeczeństwa. Tradycyjnie islamski rząd kraju w Dżakarcie stara się obecnie wymusić na coraz mniej wielokulturowym społeczeństwie nakaz noszenia burek przez kobiety. Do islamizacji kraju droga jednak jeszcze daleka.

Dzięki wytężonej pracy ojca Stanisława oraz tysięcy innych misjonarzy dziś niemal wszystkie wioski na Floresie są już chrześcijańskie. Tradycyjne wierzenia na centralnym Floresie i w barwnym niegdyś regionie Bajawa są już w zasadzie jedynie zasłoną dymną dla turystów. Za kilkanaście dolarów ktoś nadal chętnie odtańczy tradycyjny taniec za pomyślność plonów, ale nawracanie na wielkie religie na masową skalę uczyniło z lokalnych wierzeń jednolitą chrześcijańską i muzułmańską papkę.

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Oczywiście misjonarze nie czynią zła. Trzeba przyznać, że zdarza się, że czynią bezinteresowne dobro. Budują systemy irygacyjne, szkoły, prowadzą działania zapobiegające szerzeniu się AIDS. Czasem bezpłatnie wyślą jakieś dziecko do misyjnej szkoły. Właśnie w tej chwili metodyści w rejonie Zatoki Mele na Vanuatu prowadzą projekt dostarczenia bieżącej wody do okolicznych wiosek.

Ale czy ofiarą za rozwój cywilizacyjny i duchowy musi być rząd dusz, zakazy zakopywania kamieni żywnościowych, odwiedzania miejsc kultu i de facto niszczenie tradycyjnych wierzeń? To pytanie, które z pewnością zadaje sobie zbyt mała grupa misjonarzy.

.

P.S. A na koniec galeria z Wysp Russella na Salomonach. Wyspy Russella to bastion adwentystów dnia siódmego. Religię traktują oni wyjątkowo poważnie. W sabat przypadający w sobotę nie wykonują oni żadnej pracy. Nie chodzą do ogrodu, a nawet nie przyrządzają jedzenia. Gdy w piątkową noc jakiś mniej ortodoksyjny wierny buchnął nam z łodzi kilka drobiazgów, w sobotę rano udaliśmy się do wodza wioski. Ten jednak do religii podchodził bardzo serio i oświadczył, że w sobotę nie ściga złodziei.

Ale Wyspy Russella i tak okazały się jednym z piękniejszych miejsc.

Wyspy Russella, Wyspy Salomona

.

Raz, dwa, trzy – Jezus!!

Gitarzysta coraz delikatniej glaszcze struny, klawiszowiec stopniowo wycisza kolejne uderzenia i oszalamiajaca do tej pory melodia gospel powoli staje sie juz tylko tlem. Tlum nadal spiewa jednym glosem, ale taneczna i skoczna dotychczas muzyka nabiera bardziej kolyszacego charakteru.

Spiewajaca kobieta za oltarzem ustepuje miejsca mezczyznie w srednim wieku. W zadnej z okolicznych wiosek nie ma tu ksiedza ani pastora, a mieszkancy sami prowadza msze. Mezczyzna za oltarzem to Joseph, miejscowy niby-mechanik, ktemu dzien wczesniej pod przewodnictwem naszego kapitana pomoglismy naprawic generator.

Joseph wstepuje za oltarz i powoli sie rozgrzewa. „Niech Was Bog blogoslawi” – krzyczy kilkakrotnie. „Amen” – odpowiada mu chor gardel za kazdym razem. Co jakis czas ponawia blogoslawienstwo, a nastepnie serwuje danie glowne.

„RAZ, DWA, TRZY” – krzyczy niespodziewanie w trakcie krotkiej przemowy, ze jestemy rodzina. Tlum nie daje sie jednak zaskoczyc i w okamgnieniu wykrzykuje „JEZUS!!!”, podnoszac jednoczesnie w gore zacisnieta piesc. Krzyk ogluszajacy niczym tropikalny grzmot przeszywa duszne tropikalne powietrze tak, ze ciarki dziarsko hasaja nawet po niewierzacych.

Spiewajacy „tlum” w kosciele to niemal wszyscy mieszkancy wioski, ale wcale nie przytlaczajacy legion, a jakies 25 osob. Kosciol z kolei to cztery filary ustawione w niewielkim kwadracie, podtrzymujace cienki blaszany dach. Wewnatrz 3 rzedy lawek i kilka plastikowych krzesel z przodu, a pomiedzy filarami murek wysoki moze na metr.

Msza na Vanuatu to w dwoch trzecich wspolne spiewy. W przerwach wstaje ktos ze starszyzny i mowi, ze mlodzi powinni sluchac rad rodziny i starszych. Ze maz powinien dbac o zone i dzieci. Potem znowu wspolne spiewy przez kilkanascie minut. Wstaje ktos inny i wyglasza krotkie przemowienie na temat prawidlowych relacji miedzy sasiadami w wiosce. Znowu spiewy.

Krakersy i maliny

Joseph ponownie wstepuje za oltarz i oglasza „Modlmy sie”. I wszyscy sie modla. Glosno. Kazdy o cos innego. 25 osob jednoczesnie mowi albo i krzyczy, co lezy im na sercu. Maria obok nas modli sie za syna, ktory uczy sie w stolicy, sasiad po prawej stronie modli sie o dobry polow w przyszlym tygodniu, ktos dalej prosi o przebaczenie. Kosciol rozbrzmiewa kakofonia modlitw.

Podobnie jak wiekszosc mieszkancow, ten proszacy o przebaczenie rodziny, modli sie w jezyku Bislama („Aj askem forgiwnesia…”), ale zrozumienie modlitwy utrudnia raczej odleglosc od mowcy niz nieznajomosc tego najdziwniejszego jezyka, jaki dotychczas spotkalismy.

Komunie stanowia krakersy sniadaniowe przelamane na kilka czesci oraz dzban soku malinowego, z ktorego kazdy po kolei pociaga saznistego lyka.

Z kolei po mszy najbardziej niesamowita uczta, jakiej bylismy swiadkami. Kazda z rodzin przynosi jedno danie, a wielki stol przypomina polskie bozonarodzdeniowe zastawy. Wspolny obiad na trawie trwa co najmniej godzine, a przez kolejnych kilka wszyscy wyleguja sie w cieniu, kontemlujac wlasne jestestwo.

Abys dzien swiety swiecil

Niedziela to na Vanuatu dzień wyjątkowy. Rano większość mieszkańców spotkamy w drodze do kościoła, a po 10 wylegujacych sie na trawce przed domem lub na glównym skwerku we wsi. Od poniedzialku do soboty cale wioski pracują w przydomowych sadach, uprawiajac taro, yam, papaje czy lowiac ryby, ale w niedziele w niektorych osadach nawet plywanie w rzece czy na rafach jest niemile widziane.

No i uczty. Na 7 niedziel spedzonych na Vanuatu, piec razy zostalismy zaproszeni do wstępnego swietowania, a 3 z tych spotkan zakonczone byly prawdziwymi ucztami i biesiadowaniem calej wioski.
Kilka dni temu na wyspie Vanua Lava bylismy swiadkami wyswiecania nowego ksiedza. Na te okazje przyjechal nawet biskup w rozowej koszuli, który jak sie wkrótce mialo okazac, jest rowniez doskonalym tancerzem.

Dwugodzinna msza, która tym razem, nie wiedziec czy to przez obecnosc biskupa czy tez 8 innych okolicznych ksiezy, nie miala nawet polowy polotu i spontanicznosci typowych dla vanuatanskich wiernych, byla tylko wiernym odklepaniem formulek na nadwislanska modle.

Ale pozniej rozpoczela sie biesiada.

Homo sum humani

W miejscowosci Sola, bedacej stolica Archipelag Banksa i Torresa, mieszka ok. tysiaca os. Z okazji wyswiecania nowego ksiedza, na wspnym pikniku zgromadzila sie co najmniej polowa mieszkanc wyspy. Bylo wspne sniadanie, leniuchowanie w oczekiwaniu na lunch, przemienia biskupa, wodza, starszyzny wioskowej oraz ksiezy, a takze najwieksza uczta, w jakiej uczestniczylismy na Vanuatu.

Kurczaki w przeroznych sosach, rzadko widywane w tym kraju wolowina i swieze warzywa oraz danie glowne – Lovo – prosie pieczone w calosci w lisciach w bananowca w dole ziemnym zasypanym goracymi kamieniami.

A nastepnie czesc artystyczna i biskup w roli didzeja puszczajacy przeboje w rytmie Jammin’ Boba Marleya. Na trawiastym parkiecie pod gigantycznym drzewem banyan na zmiane a to tance, a to szesciesiecioletnie matrony prezentuja kabaret, parodiujac wspolczesne zespoly rockowe. Co jakis czas, gdy tlum przestaje juz pokladac sie ze smiechu i znow wpada w taneczny szal, porwany chwila i biskup wywija holubce.

Tak wlasnie wygladaja niedziele spedzane z niezwyklym ludem Vanuatu.

P.S. Jak zwykle z SailMaila, wizualna posucha. Jesli macie ochote obejrzec kilka zdjec z najlepszej mszy, w jakiej w zyciu uczestniczylismy, zapraszamy do galerii z Efate, ktora z wrodzona sobie zapobiegliwoscia, z mysla o Was, dodalismy za wczasu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/EfateVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Rybaka czar

Po przejechaniu niemal tysiąca kilometrów na jednym skuterku i tygodniu spędzonym w drodze, postanowiliśmy osiąść na 3 dni w Riung – niewielkiej rybackiej mieścinie na północy.

Pora dać odpocząć naszym kościom ogonowym, zanim odleżyny zostaną nam na stałe.

Pokój, bracie!

Pokój, bracie!

Riung – już lubimy to miasteczko. Dziś poznaliśmy przemiłych muzułmanów z południowego Celebesu, którzy przyjechali na Flores za chlebem. Dziwna to migracja wewnątrzindonezyjska, bo Flores jest chyba jeszcze biedniejszy niż Celebes. W każdym bądź razie zostawiwszy dzieci pod opieką dziadków, w okolicznych wioskach suszą kokosy na koprę i wysyłają na eksport. Za tonę suszonej kopry, w zasadzie gotowej do przerobienia na wiórki, dostają 500 tys. rupii, czyli 170 zł. Czysty zysk, można by rzec. Pewnie dla amerykańskiego hurtownika albo lokalnych rządowych oficjeli.

Jedni z nielicznych muzułmanów na tej katolickiej wyspie zaskoczyli nas dzisiaj gościnnością, nie często spotykaną w tym kraju. Sami nie jedząc ani nie pijąc, poczęstowali nas ciasteczkami i herbatą. I za nic na świecie nie chcieli się dać namówić na spróbowanie. Już nawet przemknęło nam przez myśl czy aby te ciasteczka zaraz nas nie złożą… Tymczasem strzeliliśmy niezłe faux pas, bo kilka dni temu zaczął się Ramadan.

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Poza tym Riung też uroczy. Szczyt sezonu, turystyczne atrakcje na Floresie pękają w szwach, a ceny wszędzie napompowane do horrendalnych 30 zł za noc. Tymczasem w naszym hoteliku w lipcu nie było ani jednego gościa, w czerwcu pięciu, w maju czworo. W grudniu zeszłego roku nawet jedna Polka z Łodzi (pozdrawiamy!). W sierpniu jesteśmy pierwsi – miejmy nadzieję, że dobry omen dla naszej gospodyni, gdzie za uroczy pokoik ze śniadaniem płacimy 17 zł.

W jedynej jadłodajni w mieście mamy już nawet wynegocjowaną stawkę obiadową. Za dwie porcje świeżej ryby z ryżem i warzywami płacimy 25 tys. rupii (8 zł), czyli tylko niewiele więcej niż miejscowi.

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

Nie możemy się już też doczekać, gdy za dwa dni wrócimy do Labuanbajo i odwiedzimy naszą garkuchnię u baby, u której stołowaliśmy się przez pierwsze 5 dni na wyspie. Każdego kolejnego dnia patrzyła na nas z coraz większym zdziwieniem, nie mogąc się nadziwić, czemu jeszcze nie zniknęliśmy na dobre z miasteczka, w którym, tak jak niemal we wszystkich innych na tej wyspie, nikt nie zatrzymuje się na dłużej niż 2 dni. I co więcej, nie dość, że uparcie wracamy, to nawijamy do niej po indonezyjsku, wypytując o dzieci i życie rodzinne.

A my po jedną z najlepiej przyrządzonych w Indonezji świeżych ryb z domowym sosem chili i omastą orzeszkową przychodziliśmy codziennie, wracając a to z okolicznych wiosek, a to od waranów z Komodo, a to z kilkudniowego najlepszego nurkowania na świecie.

Gdy nasza baba zobaczy nas po kolejnych dwóch tygodniach, chyba padnie z wrażenia. Kto wie, może nawet lód do soku dostaniemy gratis… Chociaż nie, to raczej nie w Indonezji.

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

No ale zaraz potem, na ostatnie 10 dni w Indonezji udamy się wreszcie na Bali.

Bali. Hasło – wytrych. Wyspa, o której wszyscy mówią i pytają nas przez ostatnie 3 miesiące. Zarówno miejsowi jak i przyjezdni. Miejsce, przez które ledwie przewinęliśmy się w drodze na wschód. Spędziwszy tam 2 noce, Bali już nas zaintrygowało i ku ogromnemu zdziwieniu, nawet przypadło do gustu.

Baliśmy się, że nam się Bali nie spodoba, a tymczasem strach pomyśleć, ale się jeszcze zakochamy w w tej wyspie. I tylko żal, że Ramadan się rozkręca, a my w muzułmańskiej zasadniczo Indonezji z katolickiego Floresu udajemy się na hinduistyczne i hedonistyczne Bali. Ot takie indonezyjskie przypadki.

.

———————————————————-

A co fotograficznie działo się na Floresie? Zobacz sam.

Flores centralny, Indonezja

.

Gdzie kąpią się bogowie

Dziś w ramach przerwy w nadawaniu z najlepszego miejsca na świecie, teleportujemy Was z powrotem do Indii.

Dawno dawno temu, ktoś pytał, jak podobało nam się Varanasi. Według nas jest to takie miejsce, które raczej słabo mieści się w kategorii podoba / nie podoba. Raczej robi wrażenie.

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

No i zrobiło spore. W każdym razie na gorąco zapomnieliśmy Wam o tym napisać. Co udało nam się jednak uczynić ostatnio na łamach Rzeczpospolitej. Jak Was znam, to pewnie nie sięgnęliście po ubiegłotygodniowe piątkowe wydanie i tamtejszy dodatek Podróże. A szkoda.

W każdym razie następnym razem postaram się uprzedzić Was przed publikacją. Dziś pozostaje Wam już tylko Internet – nasz artykuł w Rzepie.

A dla leniwych przedruk. I jako bonus – kilka zdjęć z Varanasi.
.

Varanasi i Haridwar, Indie

—————————————–

Gdzie kąpią się bogowie

Waranasi to jedno z siedmiu świętych miast Indii, najważniejsze miejsce dla hinduistów. Rytualna kąpiel w Gangesie oczyszcza ciało i duszę, a kremacja w tym mieście to marzenie każdego religijnego Hindusa.

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Co roku miliony Hindusów przyjeżdżają odwiedzić Waranasi, aby zanurzyć ciało w rzece, w której kąpali się bogowie. Jak na warunki indyjskie jest to miasto średniej wielkości, liczące nieco ponad 3 mln mieszkańców, co nie daje mu nawet pozycji w pierwszej dziesiątce największych metropolii w kraju. Waranasi to również jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na świecie – osadnictwo trwa w nim nieprzerwanie od 3,5 tys. lat.

Święta rzeka

Życie duchowe koncentruje się tutaj wokół świętej rzeki, Gangesu, która pełni rolę pośrednika z hinduskimi bogami zarówno za życia, jak i po śmierci.

Hindusi wierzą w wędrówkę dusz, czyli Samsarę, która urzeczywistnia się poprzez reinkarnację. Po śmierci ich ciała muszą zostać spalone, a prochy wrzucone do rzeki, aby zapewnić zjednoczenie duszy z Paramatmą – duchem wszechświata.

Ganges, jako najbardziej święta spośród setek świętych rzek w Indiach, jest do tych obrzędów idealnym miejscem. Według hinduskich wierzeń Waranasi jest zatem najświętszym i najbardziej upragnionym miejscem, gdzie można tego dokonać.

Ale kremacja tutaj jest też dlatego wyjątkowo droga i stać na nią wyłącznie wybranych. W przeciwnym wypadku w Waranasi nie byłoby nic oprócz krematoriów.

Garstka popiołu

W najbardziej prestiżowym krematorium Manikarnika Ghat, w pobliżu którego bóg Sziwa wyłowił ponoć złoty kolczyk bogini Parwati, pali się nawet 150 ciał dziennie. O każdej porze dnia i nocy płonie tutaj kilkanaście kilkumetrowych ognisk, a na każde z nich potrzeba ok. 400 kg drzewa. Przed podpaleniem zwłok bliscy zmarłego dekorują jego ciało kwiatami i przenoszą w uroczystej procesji przez stare miasto, a następnie kilkakrotnie zanurzają je w Gangesie, by opłukać brud doczesnego świata.

Tuż obok znajduje się targ drzewny, gdzie można zaopatrzyć się w najlepszej jakości drewno. Każda kłoda jest dokładnie ważona, a poszczególne gatunki drewna znacznie różnią się ceną. Najcenniejsze jest drzewo sandałowe.

Ciało płonie na stosie ok. trzech – czterech godzin. W połowie uroczystości mistrz ceremonii – którym może być najstarszy syn, brat lub zięć zmarłego – rozbija kijem czaszkę, aby ułatwić jej spopielenie. Po wygaszeniu ognia prochy rozrzucane są nad brzegiem Gangesu.

Ceremonię palenia zwłok mogą obserwować nawet turyści, ale obowiązuje ich rygorystyczny zakaz robienia zdjęć.

Oczyści duszę, nie ciało

Nad rzeką nieustannie trwają też rytualne kąpiele. Wzdłuż nabrzeża Gangesu znajduje się ponad 80 ghatów, czyli szerokich schodów, którymi można zejść do rzeki. Przez większą część roku stan wody jest tak niski, że ghaty tworzą ponadsiedmiokilometrową promenadę, na której obserwować można, jak życie duchowe wpływa na zachowania doczesne. Cały ten odcinek można przejść mniej więcej od listopada do czerwca. W trakcie pory monsunowej, a także we wrześniu i październiku do wezbranej rzeki prowadzą jedynie kolejne schody kilkumetrowej szerokości.

Szczególnie dużo ludzi pojawia się tu o świcie. Nim zanurzą się w wodzie, modlą się i medytują. Codziennie w rzece zażywa kąpieli ok. 60 tys. osób. Tymczasem w samym tylko Waranasi znajduje się 30 dużych odpływów ściekowych.

Do Gangesu trafiają też ciała owinięte w płótno z przywiązanymi doń kamieniami. To zwłoki, których zgodnie z obyczajem nie wolno palić, na przykład zmarłych kobiet w ciąży albo dzieci do ósmego roku życia. Z nurtem rzeki płyną też ciała tych, którzy zmarli po ukąszeniu kobry.

Z tych wszystkich powodów woda w Gangesie na wysokości Waranasi zawiera ok. 1,5 mln jednostek bakterii coli na 100 ml. Dla porównania: kąpieliska w Bałtyku są zamykane, gdy stężenie bakterii coli przekracza 1000 jednostek. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu więc dopuszczalne normy 1,5 tys. razy.

Zakończyć krąg cierpienia

Waranasi jest szczególne z jeszcze jednego powodu. Jako święte miasto leżące nad rzeką odkupienia oferuje tzw. mokshę. Moksha to wyzwolenie z wędrówki dusz, czyli przerwanie kręgu reinkarnacji. Hindusi wierzą, że jedynie zakończenie życia w Waranasi zapewnia wyrwanie się z wiecznego cyklu narodzin i śmierci.

Choć moksha nie powinna być celem samym w sobie, daje możliwość pójścia na skróty w wyzwoleniu się od cierpień doczesnych. W kraju, w którym miliony żyją za mniej niż dwa dolary dziennie, jest to nie lada pokusa.

Oprócz pielgrzymów miasto przyciąga więc również ludzi zmęczonych życiem. Tych, którzy stracili wiarę, że uda im się odwrócić swój los. Do takich osób należy Salim, którego poznaliśmy w hostelu. Przyjechał do Waranasi z odległych rubieży stanu Uttar Pradesh i dorabia jako przewodnik, za grosze oprowadzając zachodnich turystów po zaułkach starego miasta. Do końca życia pragnie zostać w świętym mieście, aby mieć pewność, że już nigdy nie powróci do cierpień tego świata.

Ludzi takich jak Salim jest tu dużo więcej, a na obrzeżach Waranasi znajdują się nawet przytułki, w których można doczekać swoich ostatnich dni i upragnionej mokshy.

Uliczki Varanasi

Gwarno i tłoczno

Mimo że nieco mroczna i zdecydowanie niehigieniczna duchowa aura Waranasi Europejczykowi może się wydawać przytłaczająca, na Hindusach nie robi onieśmielającego wrażenia. Uliczki starego miasta tętnią życiem, przekupnie oferują setki towarów dziękczynnych, które można ofiarować bogom. Choć wydaje się to niemożliwe, miasto jest jeszcze bardziej gwarne i chaotyczne niż Delhi lub Kalkuta.

Druga połowa października upływa tu w szczególnie gorączkowym rytmie. Hindusi właśnie szykują się do jednego z największych świąt religijnych w roku: Durga Puja ku czci bogini-wojowniczki o dziesięciu ramionach. Przygotowania sprawiają, że wieczorami na niektórych ulicach tworzą się gigantyczne piesze korki i nie sposób ruszyć z miejsca przez dobrych kilka minut, dopóki nie uda się czmychnąć w niekończący się labirynt zaułków.
.

Z życia mnicha

To nie będzie zwykły artykuł o buddyjskich mnichach. Chciałem napisać o porannych modłach, chodzeniu po jałmużnę o świcie, medytacji i kosmicznym spokoju, którym emanują mnisi niemal podczas każdej rozmowy. Ale zamiast tego będzie to artykuł o tym, dlaczego w Birmie to właśnie mnisi poprowadzili rewolucję przeciwko dyktaturze i jak to się dzieje, że w Tajlandii obcy nam ludzie notorycznie zostawiali zapalony samochód z kluczykami wewnątrz pod naszą opieką.

Klasztorny spokój

Klasztorny spokój

Zacznijmy od tego, że w buddyjskim kręgu kulturowym każdy mężczyzna musi choć raz w życiu zostać mnichem. W zasadzie nie ma oficjalnego przymusu i nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma, a wszyscy przywdziewają pomarańczowe szaty z niekłamaną dumą. Mężczyźni, a raczej młodzi chłopcy chętnie wstępują do zakonu na krótki czas, gdzie znajdują wyciszenie, zapoznają się z naukami Buddy i przygotowują do wkroczenia w dorosłe życie. Większość z nich wstępuje do Nowicjatu na kilka tygodni, ewentualnie kilka miesięcy. Dziś rzadko kto zostaje mnichem na dłużej niż rok. Oczywiście poza tymi, którzy po Nowicjacie wybierają drogę profesjonalisty.

W poszukiwaniu nirwany

Co ciekawe buddyjskie klasztory są pewnego rodzaju instytucją otwartą. Wstąpić w szeregi mnichów można kilkakrotnie i wcale nie jest to rzadka praktyka.

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Często po latach już dorośli mężczyźni odnawiają śluby Nowicjatu, po raz kolejny przywdziewając pomarańczowe szaty. Nasz znajomy 30-letni Taj, w zakonie był już 3 razy. Najpierw 8 tygodni, po kilku latach 4, a ostatnio podczas urlopu w pracy wstąpił znowu na 15 dni. Wynika to też po części z szacunku, jakim cieszą się mnisi w buddyjskich krajach. Ich życie zawsze jest skromne, nie robią nic na pokaz, wyrzekają się wszelkiego dobytku, a utrzymują wyłącznie z jałmużny.

W rejonach wiejskich oraz małych miasteczkach nawet w dzisiejszych czasach codziennie o świcie mnisi wyruszają ze swoim jedynym dobytkiem, czarną porcelanową misą, na obchód po okolicy. W Tajlandii, Laosie, Kambodży, a w szczególności Birmie ludzie masowo wylegają wówczas przed domy i sklepiki, ofiarowując mnichom ryż i prostą strawę w zamian za błogosławieństwo. Często nawet dla postronnych laików ma to niemal mistyczny wymiar.

Karma, czyli budowanie przeznaczenia

Buddyzm w zasadzie nie jest religią. Jest raczej jak droga, którą jej wyznawca podąża przez życie. Ma być filozofią życiową, a nie zbiorem gestów, które zapewniają gładkie przejście do wieczności. Czasem doprawdy ciężko w to uwierzyć, obserwując, z jaką czołobitnością buddyści biją pokłony przez posągiem Buddy. Sęk w tym, że Budda zabronił swoim uczniom czcić kogokolwiek, z sobą w szczególności. Na szczęście niektórzy wyznawcy faktycznie traktują pokłony wyłącznie jako rytuał, który pozwala im się skupić.

Karmazynowy myśliciel

Karmazynowy myśliciel

Tak czy inaczej buddystów cechuje niespotykany wręcz spokój. Jednym z najważniejszych założeń tej religii-filozofii jest karma. Tu nie ma odpuszczania grzechów, rozgrzeszania ani podobnych wymówek. Postępujesz źle, a zło wróci do ciebie. Prawdopodobnie ze zdwojoną siłą. Zabijasz zwierzęta? W następnym wcieleniu będziesz jednym z nich. Kradniesz? Czeka cię nieszczęście. Jeśli nie za chwilę, to w kolejnym życiu. „Zła karma” nigdy nie zostanie ci odpuszczona. Ewentualnie możesz ją odkupić zdwojonymi wysiłkami na rzecz „dobrej karmy”, ale nie jest to łatwe i zajmuje lata.

Jak to obrazowo ujął jeden z mnichów w Laosie, gdy uderzasz stół, stół uderza też Ciebie. Karma zawsze wraca.

Batman forever

Batman forever

Taka filozofia towarzyszy ludziom przez całe życie, więc w buddyjskich krajach raczej nie trzeba obawiać się o bezpieczeństwo. W Tajlandii niemal 2,5 tys. km przejechaliśmy stopem. Podczas licznych podróży standardem było, że kierowca wychodził do sklepu na stacji, zostawiając włączony samochód pod naszą opieką, a na koniec przynosił jeszcze colę i bułki. Któregoś razu, gdy oprócz kluczyków kobieta zostawiła także kilkaset złotych wetknięte przy skrzyni biegów, poczuliśmy, jak napełnia się dobra karma ludzkości.

Pomarańczowy w modzie

Dlaczego buddyjscy mnisi w Tajlandii, Laosie i Kambodży chodzą w pomarańczowych szatach, a w Birmie w czerwonych?

Pomarańczowy w modzie

Pomarańczowy w modzie

Ustalenie tego faktu okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i zajęło nam kilka miesięcy. Wielu mnichów ma własne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że pomarańczowy to kolor oświecenia, który Budda przywdział po Przebudzeniu.

Ale co z czerwonym? Zarówno w Tajlandii jak i Birmie rozpowszechniony jest przecież ten sam rodzaj buddyzmu – Theravada, więc nie powinno być różnicy. Okazuje się jednak, że czerwone szaty wywodzą się z Kaszmiru i Tybetu, gdzie kolor ten był najtańszy w uzyskaniu. Budda zawsze był zwolennikiem prostych rozwiązań i chciał, żeby mnisi byli blisko zwykłych ludzi, więc nakazał ubieranie się w najbardziej pospolity i najtańszy kolor – właśnie czerwony. A w Azji Południowo-Wschodniej tańszy był pomarańczowy.

W szarej Polsce pospolitość bordowej czerwieni i pomarańczu może nieco dziwić, ale po wizycie w kolorowych Indiach, gdzie Budda spędził większość życia, łatwiej to zrozumieć.

Birmański uśmiech mnicha

Buddyjscy mnisi niemal zawsze są skorzy do rozmowy. Wyłączając turystyczne enklawy, jak Bangkok, Luang Prabang w Laosie czy Siem Reap w Kambodży, gdzie naprawdę jest przesyt obcokrajowców, w co drugim klasztorze możemy liczyć na bardzo ciekawą rozmowę.

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

W szczególności dotyczy to Birmy, gdzie mnisi stanowią intelektualną elitę, a przyklasztorne szkoły zapewniają niezłą edukację i komunikatywny angielski. Przechadzając się po buddyjskich klasztorach w Mandalay czy prowincji Shan, ciężko wykręcić się od zaproszenia na klasztorną herbatę i pogawędki o religii i świecie.

W Birmie, w której za najmniejsze słowo sprzeciwu wobec władz, można dostać kulkę w łeb, 3 lata temu buddyjscy mnisi masowo wyszli na ulice protestować przeciwko reżimowi, który rujnuje kraj. Reżim jak zwykle odpowiedział ostro, zabijając co najmniej kilkuset mnichów i zamykając klasztory. Jeden z mnichów, którego poznaliśmy w Mandalay stracił dwóch najbliższych przyjaciół z klasztoru w zamieszkach. Dziś birmańscy ubecy często kręcą się w pobliżu świątyń, złowrogo zerkając na każdą konwersację obcokrajowców z mnichami.

Odnajdź swoją drogę

Co ciekawe, buddyjscy mnisi, tak w Birmie jak i wszędzie indziej, nigdy nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii.

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas podróży bardzo często musimy tłumaczyć się z naszego ateizmu, szczególnie w katolickim Borneo. W drodze do Cameron Highlands pewien Malaj też nie potrafił nas zrozumieć i za wszelką cenę chciał nawrócić nas na Allacha. Tymczasem buddyści nigdy nie mają takiej presji. A gdy już stwierdzamy, że wierzymy w rozum i ludzi, to uznają nas niemal za swoich.

Jeden z mnichów stwierdził wręcz, że brak religii nie jest zły. Najważniejsze, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. A żyjąc bez religii, zawsze mamy czas na studiowanie przekonań innych ludzi i odnalezienie swojej drogi.

I za to właśnie uwielbiamy buddystów.

.

—————————————————————-

Ciekawostki, które nijak nie pasują do artykułu:

Tajski mnich, którego spotkaliśmy w Angkorze, nie był pewien czy ma 45 czy 46 lat. Wspólnie sprawdziliśmy w paszporcie i wyszło, że pomylił się o 4.

Mnisi jedzą dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz tuż po świcie, po zebraniu jałmużny, a drugi około 11 rano. Potem post do następnego świtu. W niektórych klasztorach jada się tylko raz dziennie.

Za to większość czasu w ciągu dnia przypada na recytację Sutr, nazywaną przez mnichów potocznie Pali. Przez ponad 2000 lat nauka wszystkich kazań Buddy na pamięć była jedynym sposobem przekazywania kanonu tej filozofii. Nawet dziś mnisi pozostają żyjącą księgą.

Ze względu na szacunek dla mnichów, nie powinno wywyższać się ponad nich. Dotyczy to także sytuacji bardzo prozaicznych. Gdy kelnerka serwuje posiłek w ulicznej restauracji, do stolika, przy którym siedzi mnich, podejdzie zgięta wpół lub kucając, aby nie przewyższyć go głową.

.

—————————————————————–

W obleganym Luang Prabang, uśmiechnęło się do nas pomarańczowe szczęście. Wybrawszy się o świcie w poszukiwaniu mnichów mimochodem trafiliśmy na doroczne święto jednej ze świątyń. Ponad 2 godziny obserwowaliśmy rytuały i modlitwy, które zgromadziły z pół dzielnicy, ale zaledwie troje turystów (łącznie z nami). Niezwykłe przeżycie.

Starając się unikać typowej w Luang Prabang fotonachalności i ładowania obiektywu mnichom w twarz, raczej bardziej uczestniczyliśmy niż rejestrowaliśmy, ale mimo wszystko coś tam udało się pstryknąć i nakręcić. Zapraszamy na film.

.

.

I kilka fotek w czerwieni i pomarańczu.

.

Z życia mnicha, Birma, Laos, Tajlandia, Kambodża

.