Category Archives: Filipiny

Nowa zoolandia

Kilka miesięcy temu bardzo chcieliśmy napisać Wam o rzeczy wyjątkowo ważnej, tj. o podejściu do dzikiej przyrody i zwierząt w ogóle w Azji.

Miało być o maltretowanych słoniach w Wietnamie i Nepalu i żeby na nich nie jeździć. Miało być o tygrysach faszerowanych środkami nasennymi na potrzeby fotki z turystami w Tajlandii i żeby Świątynię Tygrysów omijać z daleka. Miało być o psach w Chinach i Indonezji zatłukiwanych bestialsko pałką w restauracjach, żeby ich mięso było soczyste, a adrenalina i stres wydzielane do mięśni zwierzęcia podczas maltretowania zapewniły dobre zdrowie Chińczykom i żeby dwa razy zastanowić się przed zamówieniem kota czy psa w Guangdong.

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Miało być o skorupach chronionych żółwi, które można dostać spod lady na Borneo na pamiątkę i żeby nie chodzić do delfinariów, gdzie delfiny żyją trzy razy krócej niż na wolności i niejednokrotnie popełniają samobójstwa, postanawiając po prostu przestać oddychać. Miało być o płetwach rekina, na które popyt na szybko bogacącym się chińskim rynku rośnie zatrważająco, a setki tysięcy rekinów w Indonezji, na Filipinach i połowie Pacyfiku jest łapanych tylko po to, by odciąć im płetwy i wrzucić z powrotem do morza, gdzie powoli opadają na dno, wciąż żyjąc nim zgniecie je potworne ciśnienie.

Indonezyjskie graffiti w Dżogdżakarcie

Miało być o wielu podobnych rzeczach, o których nie było, bo na zawsze utknęły w katalogu nienapisanych wpisów.

Ale przy okazji Nowej Zelandii może być o czymś zupełnie odwrotnym, czyli o wzorowym podejściu do dzikiej przyrody. To jak Nowozelandczycy traktują swoje Parki Narodowe, a często nawet zwykłe łąki i klify w okolicy średniej wielkości miast, zasługuje nie tylko na pochwałę, ale i na pomnik.

Pingwiny żółtookie gniazdują kilka kilometrów od Moeraki, a klify, które upatrzyły sobie na siedliska oddzielone są od cywilizacji szczelną siatką. Do zwierzaka można podejść, zajrzeć niemal w oko, ale trzeba uważać, żeby go nie zestresować, bo pójdzie w siną dal.

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Plaże w Catlins ludzie dzielą z fokami i lwami morskimi, ale jeśli akurat w tym sezonie matka wybierze sobie na legowisko wydmy przy ścieżce na plażę, to serdecznie Państwu dziękujemy, przejścia nie ma. Na plażę proszę jechać 500 metrów dalej. Tu mieszka lew morski.

Jeśli na Półwyspie Otago jest miejsce, gdzie CODZIENNIE o zachodzie słońca z łowisk powraca stado 50-100 pingwinów niebieskich, będących skądinąd najmniejszymi pingwinami świata, to owszem, można podejść, popatrzeć, ale nie bliżej niż 10 metrów, żeby maluchów nie denerwować. I broń boże pstrykać foty z fleszem!

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

W zasadzie strażników nie ma, jak by się uparł, pingwinka można by wziąć nawet w rękę, ale przecież mamy „honour system”. Są znaki, tablice informacyjne o cyklu rozrodczym, trybie życia i żeby maluchom nie szkodzić, jeśli łaska. I jakoś człowiek aż boi się przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi a nami.

Kilka kilometrów dalej na klifach daleko wypuszczonych w morze gniazdują albatrosy. I jest to jedyna kolonia tych ptaków w zamieszkałym świecie. Przepiękne ptaki, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej 3 metry szybują majestatycznie nad oceanem i głowami ciekawskich turystów, a obok znajduje się ośrodek badania i monitorowania ich zwyczajów. Za 40 dolarów można wykupić wycieczkę do gniazd albatrosów i podpatrywać, jak wysiadują jaja i karmią młode, ale można też po prostu stanąć na klifie i czekać aż będą przelatywać tuż nad głowami, dostojnie wracając ze swoich łowisk.

Co ciekawe, wszystkie, ale to wszystkie z wymienionych atrakcji świata zwierząt w Nowej Zelandii można podziwiać za darmo. Żadnych opłat za wejście do rezerwatu, Parku Narodowego, zdjęcie uśmiechniętego pingwina. Czasem tylko skrzynka zachęcająca do wrzucenia dotacji na wsparcie wysiłków konserwatorów przyrody. Aż żal nie dać.

Albatros nad Otago

Albatros nad Otago

Nawet z delfinami w Bay of Islands, na Półwyspie Banks czy Marlborough Sounds można by pływać bez problemu, nie wydając 150 dolarów za wycieczkę, gdyby miało się własną piankę i transport wodny. Proszę wsiąść na żaglówkę i droga wolna.

Podobnie z wielorybami u wybrzeży Canterbury, nieopodal Kaikoury. Wystarczy wskoczyć na łódkę i poszukać swojego humbaka. Tylko ostrożnie, bo może zmiażdżyć łódź!

Czyli jednak można normalnie.

.

A najwięcej dzikich zwierząt w Nowej Zelandii widzieliśmy chyba w prowincji Otago na Wyspie Południowej:

Otago, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Reklamy

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Scenariusz nienapisanych wpisów – Filipiny

W dzisiejszym odcinku nie piszemy o Filipinach, czyli (prawie) wszystko, co jeszcze chcielibyśmy Wam o nich opowiedzieć, ale się nie zmieściło.

W rytmie tańca i różańca

Filipińczycy to najweselsi i najbardziej rozśpiewani ludzie, jakich do tej pory spotkaliśmy. Wpływy hiszpańskich kolonizatorów widać na każdym kroku, a wyspiarski charakter kraju sprawił, że na obrzeżach Azji mamy małą Amerykę Łacińską. Wszystko jest tu na jutro, rum leje się jak deszcze zenitalne, ludzi zajmuje jedynie kwestia, jaką rybę włożyć dzisiaj do garnka i gdzie można dobrze potańczyć.

no problem, bracie

Bo właśnie taniec i śpiew wyróżnia Filipińczyków. Śpiewają wszyscy. W samolocie kobieta kilka rzędów dalej próbuje przekrzyczeć swojego iPoda, kierowca jeepneya wtóruje radiowym przebojom, a zwykli przechodnie podśpiewują reggae. Sprawa karaoke, które w całej Azji Południowo-Wschodniej bije rekordy popularności, tu jest doprowadzona niemal do karykatury. Przed co drugim barem głośniki wystawione są na zewnątrz, aby śpiewające talenty zwabiły jeszcze więcej amatorów zabawy. O dziwo dobry śpiew słyszy się baaaaaaaardzo rzadko, ale nikomu to nie przeszkadza. Nie o to chodzi w końcu chodzi, aby ładnie śpiewać, ale bawić się.

A w niedzielę wszyscy razem na mszę. Niemal jak w Polsce, choć tutaj wszyscy w klapkach. I odmiennie niż nad Wisłą, Bóg króluje też w życiu codziennym. Najczęstsze napisy jakie widzi się na jaskrawo wymalowanych jeepneyach to „Jezus Cię kocha” albo „Bóg Cię zbawi”. Każdy kierowca ma małą Maryję lub innego świętego przy kierownicy, których regularnie pociera przed rozpoczęciem jazdy i co większym zakrętem.

Jeepney - oryginalna mieszanka graffiti, dewocjonaliów i dobrej zabawy

W życiu codziennym hasła typu „Bóg Cię przysłał”, „jeśli Bóg pozwoli” czy „dzięki Bogu” wypowiadane są niezwykle często i co najważniejsze zawsze świadomie i z głębokim przeświadczeniem o ich doniosłości. Niemal jak arabskie „Inszallach”.

Do tego 95% Filipińczyków mówi po angielsku, który, ze względu na zażyłe stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jest tu niemal drugim językiem narodowym. Ogólnie rzecz biorąc, niezwykle barwny i przyjemny kraj do podróżowania. A jego mieszkańcy z dumą mówią, że kochają swój kraj, bo tu wszystko wolno.

Gdzie diabeł mówi dzień dobry

Filipiny to łańcuch ponad 7000 wysp pochodzenia wulkanicznego. Na archipelagu znajduje się około 400 wulkanów, z których 26 jest czynnych, a większość z nich bardzo groźnych. Swoją drogą wulkan uważany za nieaktywny również może się nagle przebudzić, jak to miało miejsce w przypadku Pinatubo w 1991 roku.

Wulkan Pinatubo nieopodal Manili jest monitorowany 24 godziny na dobę, bo jego wybuch w 1991 r. był drugą najpotężniejszą erupcją w XX wieku. Mimo ewakuacji 60 000 osób, w wyniku wybuchu zginęło ponad 800 osób, głównie w wyniku zawalenia się dachów pod ciężarem popiołów wulkanicznych w promieniu kilkuset kilometrów od wulkanu.

Najwyższy na Filipinach, niezwykle widowiskowy Mt. Mayon niedaleko Legazpi ma kształt idealnego wręcz wulkanu o stokach nachylonych pod kątem 45-50 stopni. Ten z kolei pluł lawą chociażby rok temu, co można było bezkarnie obserwować w promieniu kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrów. Szkoda, że nie udało nam się tego zobaczyć.

Wiele wulkanów jest zbyt groźnych, żeby się na nie wspinać, ale na co poniektóre, jak na przykład wulkan Taal 2 godziny drogi od Manili, można śmiało się wdrapać. Ten wybuchł ostatnio w latach 70-tych i choć na razie nic nie zapowiada większej aktywności, w środku gotuje się jezioro siarkowe i dymią fumarole. Przepiękna sprawa.

Wulkan Taal

Warto dodać, że wulkan położony jest na pokaźnym jeziorze, z którego majestatycznie sie wynurza, w swoim wnętrzu prezentując kolejne jezioro. Co ciekawe samo jezioro zewnętrzne też jest jedną wielką kalderą, czyli pozostałością po wulkanie, który wybuchł w starożytności, pozostawiając po sobie wielką dziurę w ziemi.

a na szczycie czekają świeże kokosy

A wokół wulkanów tętni życie, bo żyzne gleby wulkaniczne zapewniają świetne zbiory i od tysięcy lat przyciągają nowych ryzykantów.

Otwarte więzienie – resocjalizacja przez pracę

Największy tego typu eksperyment na świecie. Położone na uboczu na przestrzeni kilkudziesięciu hektarów otwarte więzienie, w którym znaczna część z ponad 2300 więźniów może poruszać się swobodnie. Co więcej, niektórzy z osadzonych w nagrodę za dobre zachowanie mieszka tu wraz z rodzinami w niewielkich domkach we wspólnej więziennej osadzie.

więźniowie przy pracy

Rytm dnia wyznacza tu praca w polu, do której zobowiązani są wszyscy osadzeni. Nieliczni strażnicy pilnują porządku, ale ekscesy się nie zdarzają, bo po pracy może być i koszykówka, i tenis. Można też wyrabiać drobne gadżety z drewna, które następnie chętnie kupi odwiedzający placówkę nieczęsty turysta. W ten sposób do niewielkiej pensji, która starcza na papierosy, więźniowie mogą dorobić sobie nawet 1000 peso (70 zł), co z nawiązką wystarczy na wystawny więzienny żywot.

na spacerniaku w więzieniu Iwahig

Przyznam, że to nieco dziwne uczucie przechadzać się po wiosce, w której większość mieszkańców ma na t-shircie napis „Osadzony” i odsiaduje wyroki od kilku do kilkudziesięciu lat, w większości za morderstwa, gwałty czy napady.

Nie uciekają, bo i po co. Mają tu dach nad głową, pełną michę, mogą mieszkać wraz z rodziną, a wyspa położona jest na tyle daleko od cywilizacji, że nawet turystom ciężko jest zorganizować stąd ucieczkę.

Podziemna rzeka

Główna atrakcja Palawanu i jedna z najważniejszych na całych Filipinach. Filipińczycy dumni są z niej jeszcze bardziej niż Komitet Noblowski z Baracka Obamy. Najchętniej chcieliby, żeby uznać ją za ósmy cud świata, na potwierdzenie czego zjeżdżają tu jak Polacy na Jasną Górę. Rocznie to miejsce odwiedza ponad 150 tys. Filipińczyków i ok. 40 tys. obcokrajowców.

Trzeba przyznać, że Podziemna Rzeka to atrakcja warta zobaczenia, jeśli jest się już na Palawanie, ale nie powiedziałbym, że to najciekawsza rzecz na wyspie. W rzeczywistości jest to 8-kilometrowa rzeka wijąca się widowiskowo przez jaskinię na odcinku ponad 8 km. Turystyczne łodzie mogą wpłynąć jedynie ok. 3 km wgłąb jaskini, ale widoki i tak są majestatyczne, od kilkunastometrowych stalaktytów i stalagmitów, po stada nietoperzy.

podziemna rzeka

Niemal każda większa formacja skalna ma własną nazwę i jak na Filipińczyków przystało, musi być tu zarówno „Przenajświętsza Panienka” czy „Maryja Zawsze Dziewica”, jak i „Sexy lady” czy „Pocałunek”.

.

P.S. A w dziale ze zdjęciami można obejrzeć ostatnią już galerię z Filipin, tym razem z wyspy Luzon.

Luzon, Filipiny

.

Life is backpacking

Podczas naszej podróży niezwykłych ludzi spotykamy mniej więcej dwa razy w tygodniu. Na Palawanie średnia ta wzrosła ponad dwukrotnie. Niemal przez cały czas naszej dwutygodniowej podróży po tej wyspie nasze losy związały się z niebywałymi oryginałami, którzy również trafili w ten mało odwiedzany i przez to tak uroczy zakątek świata.

Epigon hipisowskiej rewolucji

Ronald – 23 lata, Belgia. Prawdziwy spóźniony przedstawiciel pokolenia dzieci kwiatów, który jedzie przed siebie bez najmniejszego nawet planu. Widywany zawsze w luźnych wietnamskich spodniach i górskiej opasce na długich włosach, pół roku temu kupił bilet w jedną stronę do Wietnamu i został z górskimi plemionami przez 6 tygodni. Później przez 2 miesiące jechał przez Laos i nie udało mu się nawet dotrzeć do Vientiane, Vang Vieng ani wielu innych turystycznych atrakcji. Na Palawan przyjechał, bo znajomi poznani na Lombok w Indonezji powiedzieli mu, że to jedno z najciekawszych miejsc, w jakich byli.

Przed wyruszeniem w podróż po studiach pracował przez ponad rok w korporacji. Zamierza jechać póki starczy mu gotówki, czyli najprawdopodobniej jeszcze ok. roku. Po naszej rekomendacji w najbliższym czasie chce udać się do Nepalu na treking i przede wszystkim do Parku Narodowego Bardia i na święto Sziwa Ratri w lutym. Jak tylko wróci z Birmy, do której jedzie już za chwilę.

Choć urodził się w Belgii, z pochodzenia jest Ormaninem. To są dopiero niespokojne dusze. Choć jego rodzice mają obydwoje po dwoje rodzeństwa, jeszcze nikt od czasu pokolenia dziadków, czyli rzezi Ormian w Turcji, nie urodził się i nie osiadł w tym samym kraju. Jego mama urodziła się we Francji, ojciec w Libanie, a bracia osiedlili się w Szwajcarii.

Ronalda spotkaliśmy na skrzyżowaniu jedynych dwóch dróg na Palawanie, gdzie podobnie jak my, zmieniając kierunek jazdy, w uroczej wiosce czekał na jak zwykle nieprzyjeżdżający jeepney.

Cynik z wytrychem na życie

Greg – 38 lat, Holandia. Choć nie mieszka w beczce, a ma apartament w Amsterdamie, do szpiku kości wierny diogenesowskiej doktrynie i zawsze gotów celnie spuentować każdą najgorszą nawet sytuację. Z zawodu wzięty fotograf, fotografujący wszystko od pary królewskiej po dziewczyny w śmiesznych majtkach dla magazynów mody.

Obecną podróż po Filipinach, a za chwilę być może również po Indonezji traktuje jako kurację złamanego serca po zerwaniu z życiową partnerką. Zamierza leczyć się jeszcze co najmniej 2-3 miesiące. Ze względu na wolny zawód takie 3-miesięczne wakacje oprócz zwyczajowych licznych urlopów urządza sobie zazwyczaj co 2-3 lata.

Z Gregiem poznaliśmy się w Port Barton przez Ronalda, z którym ten z kolei jechał wcześniej jeepneyem na jednym dachu do Sabang.

life is backpacking

Makler w rytmie reggae

Julius – 34 lata, USA. Choć w zasadzie Filipińczyk – Amerykanin. Urodził się i początkowo mieszkał na Filipinach. Gdy miał 8 lat, jego rodzice, obydwoje Filipińczycy przenieśli się do Stanów, gdzie od tamtej pory mieszka.

Drobny inwestor, jakich niewiele. Jeszcze kilka lat temu sprzedawał nieruchomości jako kierownik oddziału w dużej sieci w Stanach. Gdy wybuchł kryzys, zrezygnował z pracy, aby jego pensja pokryła wynagrodzenie kilku pracowników chociaż na kolejne 2 miesiące przed definitywnym zwolnieniem ich przez firmę.

Najpierw popodróżował trochę po świecie, a później zainteresował się opcjami. Zapisał się na kurs weekendowy przy lokalnym uniwersytecie i spodobało mu się. Gdy rozmnażał wirtualne pieniądze na kursie, osiągając 10% zysk, Merill Lynch zaproponował mu pracę. On postanowił jednak iść swoją drogą i obecnie, jak sam twierdzi, robi to co wszystkie duże banki, czyli okrada nas wszystkich, osiągając stabilne 10%.

Opcjami handluje przez Internet, zaglądając do komputera raz na kilka dni. Obecnie podróżuje przez Filipiny w poszukiwaniu narodowej tożsamości, którą jest przesiąknięty do szpiku kości. Za jakieś pół roku wraca do Stanów i zamierza przenieść się z Kaliforni do Wyoming ze względów podatkowych. Prawdopodobnie to jego z całej naszej grupy odwiedzimy w pierwszej kolejności.

Juliusa poznaliśmy podczas rumowej imprezy na plaży, na którą zostaliśmy zaciągnięci przez Ashleya.

Zawodowy pokerzysta

Michel – 28 lat, Szwajcaria. Można by powiedzieć hazardzista, gdyby nie fakt, że on nie gra, a wygrywa. W pokera gra zawodowo od dwóch lat. Tylko przez Internet, gdzie grając 10-30 godzin w tygodniu, zazwyczaj ciągiem, zarabia 2-3 tysięce dolarów miesięcznie.

W pokera gra jednocześnie na ok. 10 stolikach. Tu akcja dzieje się tak szybko, że niemal nie widać, co grane jest w poszczególnych oknach przeglądarki. Choć on twierdzi, że nie gra intensywnie, bo są zawodnicy, którzy grają jednocześnie na 24 stolikach. Ci zazwyczaj wychodzą na zero z samego pokera, ale dzięki tak intensywnej grze zbierają punkty bonusowe. Punkty bonusowe z takiego wychodzenia na zero przekładają się natomiast na ok. 80 – 100 tys. dolarów rocznie, które wypłacają im portale pokerowe.

Michel początkowo pokerem dorabiał sobie na studiach prawniczych, ale właśnie się obronił i ruszył w drogę. Teraz przez około rok zamierza powłóczyć się po Azji Południowo-Wschodniej, którą zdążył zachłysnąć się już na studiach i póki co utrzymywać się z pokera. Następnie chce wrócić do Szwajcarii, gdzie jako świeżoupieczony absolwent prawa, robiąc odpowiednik szwajcarskiej aplikacji, już jest w stanie zarobić ok. 8 tys. dolarów miesięcznie. W dłuższej perspektywie zamierza popracować ok. 8-10 lat i przejść na emeryturę.

Michela poznaliśmy o 2 w nocy w Port Barton, gdy podczas jednej z imprez razem wskoczyliśmy do oceanu pływać z fluorescencyjnym planktonem.

life is backpacking

Połowa składu

Michel, Greg, Julius i Ronald to dopiero połowa składu, z którym zetknął nas los na magicznym Palawanie.

A są jeszcze Ashley i Jessica – para wczesnych dwudziestolkilkulatków z Anglii. On – tramp, muzyk-samouk i wirtuoz gitary o niesamowitym głosie, który aż dziw że nie wygrał jeszcze Mam Talent i Ona – kolejny hipisowski pogrobowiec, którego dopiero kształtuje los.

Milo – trzydziestokilkuletnia Filipinka, która właśnie wróciła z egzotycznej podróży po Europie, gdzie przez 2 miesiące przemierzała Stary Kontynent od Szkocji po Grecję na bilecie Interrail. Przed powrotem w rodzinne strony w Archipelagu Visayas, postanowiła jeszcze zahaczyć o Palawan, który, jako się rzekło, magiczny jest nawet dla Filipińczyków.

A także Bert z żoną – para Duńczyków po sześćdziesiątce, która również przybyła w te strony w odwiedziny do brata, który ożenił się z Filipinką i od ponad 20 lat mieszka nieopodal. Przybyli na 2-3 tygodnie półtora miesiąca temu, ale do drogi się jeszcze nie zbierają, a i duch w nich mocno chyży.

.

Palawan – nieodkryta perła Filipin

Nie ma co ukrywać. Filipiny nas zauroczyły. Przepadliśmy w tym kraju bez reszty i gdyby nie kończąca się trzytygodniowa wiza, zostalibyśmy tu dużo dłużej. Sprawcami tego niezwykłego zauroczenia są dwa czynniki – Filipińczycy i Palawan.

Pstryknęło się parę pocztówek

Na Palawan trafiliśmy tak jak większość tych nielicznych, którzy go odwiedzają – z polecenia. Bawiąc przez tydzień w Szanghaju, poznaliśmy liczną grupę Filipińczyków, z którymi zżyła się nasza znajoma. Już samo to wydało nam się ciekawe, bo ona – Angielka, mieszkająca w Kraju Środka już półtora roku, właśnie wśród lokalnych Filipińczyków a nie Chińczyków ma najwięcej znajomych. W każdym bądź razie, zachwyceni filipińskim sposobem bycia, czym prędzej kupiliśmy bilety na samolot (Cebu Pacific – 200 zł), a wiedzeni ich radą – udaliśmy się na Palawan.

Palawan to niewielka w zasadzie w wyspa, wyciągnięta jak dojrzały ogórek i oddalona od głównego biegu filipińskich wydarzeń, gdzie kisi się we własnym sosie. Dostać się można na nią jedynie samolotem albo promem towarowym, bo zwykłe promy zostały zlikwidowane na początku 2010 r. Nie robi to zresztą większej różnicy kosztowej, bo na Filipinach bez problemu można latać wewnątrz kraju za 50-70 zł za lot (3 tanie linie – Cebu Pacific, Zest Air, Air Philippines Express).

Okoliczne wyspy z lotu ptaka

W każdym bądź razie wyspa leży w klimacie podrównikowym, otoczona jest setkami, o ile nie tysiącami małych niezamieszkałych wysepek i oferuje liczne atrakcje. Wewnątrz porośnięta jest gęstą dżunglą, a całe wybrzeże to klify albo rajskie plaże.

Żabi skok do raju

Chyba najciekawszą atrakcją jest tu tzw. „Island hopping”, czyli żabie skoki z wyspy na wyspę. W miejscach mniej turystycznych, jak Port Barton, San Vicente czy Taytay bez problemu można wynająć bankę na cały dzień za 1000-1200 peso (70-85 zł). Na takiej średniej wielkości bance, czyli wyjątkowo fotogenicznej filipińskiej wąskokadłubowej łodzi z dwoma bocznymi pływakami zmieści się 4-6 osób, a uczynny kapitan zawiezie nas w dowolnie wskazane miejsce na mapie lub zaprowadzi na kilka okolicznych rajskich plaż i raf koralowych. W cenę najmu wliczony jest już pyszny lunch na plaży – zazwyczaj grillowane ryby i mięso, sałatka, świeże banany i ananasy.

Niemal każdy kapitan banki to wynalazek i oddzielna historia

My takich całodziennych wycieczek w różnych miejscach odbyliśmy w sumie pięć i choć wydawać się to może dużo, to ryzykowałbym wrzodami żołądka, gdybym musiał polecić komuś tylko 3. Każda inna, każda z co najmniej jednym niezwykłym akcentem, a co najważniejsze każda w doborowym towarzystwie (o naszych niecodziennych znajomych wkrótce odrębny wpis). Jednym razem atrakcją dnia będzie laguna i plaża dostępna wyłącznie w trakcie odpływu, do której wpłynąć można tylko wpław przez wąską szczelinę skalną, innym razem spoczywający płytko wrak z II Wojny Światowej, a jeszcze innym plaża bijąca na głowę wszystkie widokówki, gdzie jakiś Filipińczyk wdrapie się na palmę i zetnie kilka świeżych kokosów maczetą.

Wokół Palawanu i pobliskiego Archipelagu Calamian znajduje się ok. 40% raf koralowych na Filipinach, więc możliwości do śledzenia podwodnego życia nie brakuje. Warto jednak dodać, że rafy wokół samego Palawanu (w szczególności okolice El Nido) są często zniszczone przez połowy z użyciem dynamitu, a najwięcej podwodnych atrakcji można zaobserwować w pobliżu wyspy Busuanga na północy. Choć trzeba jednak przyznać, że my żółwie morskie spotkaliśmy dwukrotnie właśnie w okolicach Port Barton i El Nido na Palawanie a nie na Busuandze.

Wara od mojego korala

Życie w rytmie reggae

Aż dziw bierze, jak bardzo życie wyspiarzy na Palawanie przypomina Karaiby. A w zasadzie nasze wyobrażenie Karaibów, na których nigdy nie byliśmy. Zresztą właśnie dzięki Palawanowi rozważamy włączenie tego regionu do naszej trasy, która początkowo wyspy Morza Karaibskiego nie wiedzieć czemu miała omijać.

we're jammin', and hope you like jammin' too

Tak czy owak, Filipińczycy z Palawanu są nawet zaskakująco zrelaksowani w porównaniu ze zwykłymi Filipińczykami, o których skądinąd też nie można powiedzieć, aby myśl ich wybiegała do przodu dalej niż pojutrze. W sumie poznaliśmy co najmniej 5 Filipińczyków, którzy onegdaj przyjechali w ten uroczy zakątek kraju w interesach bądź turystycznie i zostali tutaj na stałe. Teraz prowadzą mały bar na plaży, lokalny sklepik, budkę z szaszłykami albo restauracyjkę dla tubylców.

Przemierzając Palawan od Sabang, przez Port Barton aż po El Nido, naprawdę zdziwić się można, w jak wielu miejscach rozbrzmiewa Bob lub Ziggy Marley. I to nie ogólnie znany Szeryf czy Bizon, a większości mniej znane płyty spod znaku Jammin’ i Kinky Reggae albo wydłubane gdzieś nagrania koncertowe.

Tu na plaży rozmowę zagai przemiły rybak, wieczorem na ławce przysiądzie się grupka młodzieży, a w każdej restauracji porozmawia z nami i doradzi urocza właścicielka.

Zresztą jeśli rozkoszowanie się wolnopłynącym filipińskim życiem po kilku dniach człowieka znudzi, zawsze można założyć płetwy, wskoczyć na łódź i poodkrywać okoliczne cuda. Bo ile można huśtać się na hamaku, smakować wyborne ryby i owoce morza, a wieczorami popijać lokalny rum z Filipińczykami przy ognisku?

My już kalkulujemy czy na Filipiny wrócić z Borneo w Malezji, czy z Celebesu w Indonezji, gdy za kilka miesięcy będziemy znów przejeżdżać w pobliżu.

tricykl - taksówka na krótkie dystanse i wizytówka właściciela

Na koniec zapraszamy do obejrzenia galerii z Palawanu – z podróży po wyspie, z „Island hoppingu” oraz filipińskiego podwodnego świata.

Palawan, Filipiny
Island hopping, Palawan, Filipiny
Podwodny świat, Palawan, Filipiny

I jeszcze filmik z nurkowania oraz snorklowania na Filipinach:
.

.

————————————–

Informacje praktyczne

Choć Palawan ma niecałe 12 tys. km2, to jego długość wynosi ponad 400 km. Biorąc pod fakt, że asfalt jest tu dobrem niezwykle rzadkim, przebycie 200 km potrafi zająć cały dzień. Na szutrowe pseudodrogi autobusy nie wyjeżdżają bez przynajmniej dwóch kół zapasowych, a po niewielkim nawet deszczu pasażerowie jak mróweczki wyciągają jeepneye z gliny.

Infrastruktura turystyczna występuje wyłącznie w północnej części wyspy, a o nieskażeniu większą cywilizacją niech świadczy fakt, że na całym Palawanie bankomaty występują jedynie w stolicy – Puerto Princesa. W ramach pędzącego postępu w lipcu tego roku zamontowano drugi bankomat w regionie – w Coron na wyspie Busuanga, co wybitnie ułatwia życie turystom, bo do tej pory z Busuangi do bankomatu trzeba było lecieć. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli zasiedzimy się w El Nido czy Port Barton na Palawanie, powoli wsiąkając w lokalne życie i niespodziewanie skończy nam się gotówka, czeka nas dwudniowa wyprawa (jeden dzień w jedną stronę) do Puerto Princesa.

.