Jarmark

Leniwy poranek. Gołębie niespiesznie, jakby od niechcenia, skubią niedojedzone resztki po wczorajszych imprezowiczach, kolejny dzień świętujących Wielki Tydzień. Chyba przeczuwają, że zapowiada się niezmiernie gorący dzień.

„Wiesz, ta quesadilla z kaktusem dużo lepsza niż ta z mięsem z grilla i ananasem, którą wciągnąłem wczoraj.”

Łyk zimnego soku ze świeżych pomarańczy. Słońce coraz śmielej rozprasza ostatnie niedobitki chmur, zostawiając na niebie tylko surrealistyczne pręgi pierza. Te już nawet nie próbują udawać, że stawią dziś jakiś opór tropikalnemu żarowi. Ale tutaj? W górach? Na ponad dwóch tysiącach metrów? Chyba jednak nie… Niemożliwe.

Jest Wielki Tydzień, więc wszystkie biblijne stworzenia masowo wylegają na ulice

Jest Wielki Tydzień, więc wszystkie biblijne stworzenia masowo wylegają na ulice

Łyk soku. A cóż to za hałas? „Chodź, Ninusia, zobaczymy. Ooo, popatrz, jaki piękny konik! Pogłaskamy konika? Zobacz, jaki pan ma ładny chełm. I włócznię. Takich włóczni używali kiedyś żołnierze, wiesz”.

Hałas nie milknie. Ludzie też zaczynają wylewać się zza rogu. Wzdłuż szpaleru ustawili się sprzedawcy napojów. Przez nich przebić się najtrudniej, bo mają największe wózki. Własnoręcznie modyfikują swoje rowery – wózek na stałe przyspawany na przodzie na dwóch kołach. Taki odwrócony tricykl, a gdy dwa albo trzy tricykle ustawić w szpalerze jak domino, to ani ich przeskoczyć, ani obejść. Jakby dobrze pomyśleć, to można by to skomercjalizować jako przenośne mobilne barykady.

Looooody, loooody komu, bo idę do domu

Looooody, loooody komu, bo idę do domu

Stacja druga. Jezus bierze krzyż na swe ramiona. Ludzi masa. A będzie więcej. Tędy nie przejdziemy. „O, ten pan trzyma głośnik, chodź, mam pomysł!” „Przepraszam, gdzie to się kończy?” „Słucham?” „Znaczy, dokąd idzie procesja? Gdzie będzie ukrzyżowanie?” „Pod kościołem Meksykanów.”

san cristobal de las casas crucifixion 1 mexico vagabundos

Rzut oka na mapę. Hmm… Będzie niecałe dwa kilemetry, ale ze siedem kościołów dalej. San Cristobal – miasto wzgórz i kościołów. Nie znajdziesz ulicy, która nie ma spadku, a na co drugiej przecznicy kościół. Trzeba przyznać, że dobrą robotę odwalili konkwistadorzy. „Przynajmniej wiemy, dokąd idą. Chodź, zajdziemy im drogę jeszcze przy św. Franciszku i św. Dominiku, a potem odskoczymy i będziemy spokojnie czekać u Meksykanów.”

Stacja trzecia. Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem.

U św. Franciszka całkowity brak skromności. Tu rządzą sprzedawcy mango. „Maaaaaangooooooo!!!” „Maaaaaango po dzieeeeeeeeeeeeeeeeesięć!” „Taniuuuuuutko!!!! Maaaango po dziesięć za kubek” Faktycznie taniutko – 2,5 zł za pełny pucharek obranego i pyszniutkiego mango. Jest sezon na mango. Żółte, zielone, czerwono-zielone, jak strusie jajo albo jak mały arbuz. Ale mi się już przejadło. Od tygodnia jemy po pół kilo mango dziennie.

Stacja szósta. Św. Weronika ociera twarz Chrystusowi. Ma zgrzebną szatę, a żołnierze szybko przeganiają ją włóczniami. Zaraz za mango stoją ciastkarze. Z kremem, nadzieniem ananasowym, orzechami, kakao, na mące przennej, pełnoziarnistej albo oczywiście kukurydzianej.

Przed św. Dominikiem jak zwykle szpaler rękodzielników. „Nie, no to jest fantastyczne! Ten naszyjnik muszę mieć! Zrobiony na wzór grota azteckiej włóczni i do tego z obsydianu! Genialna replika! I do tego jaka świetna plecionka. Jak mi sprzeda za 60, to biorę.”

Gadka, szmatka. „Ile?” „150.” „Chyba 50.” „Chyba żart. Muszę jeść. 120.” „Moje dziecko też. 60.” „Taniej niż 100 nie mogę sprzedać.” „Szkoda.” Odchodzę. „80.” „Biorę.”

Uwielbiam artesano. Według mnie nic tak nie oddaje tego kontynentu, jak ci wędrowni hippisi. Jeśli Krishna pozwoli, w następnym wcieleniu chciałbym być artesano.

Stacja siódma. Chrystus upada pod krzyżem po raz drugi. Dalej Fotookazy. Spiderman. Są też Minionki, jest Transformers i Żółw Ninja – no z tym to nawet ja chętnie bym się zbratał. Z miejscowych jest trzymetrowy Faun z Labiryntu Fauna i aztecki wojownik. Z biblijnych św. Piotr i Śmierć. Czy Śmierć jest biblijna? Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem, ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Stacja ósma. Chrystus pociesza płaczące niewiasty.

pillar san cristobal de las casas crucifixion mexico vagabundos

Na placu przed kościołem Meksykanów atmosfera powoli tężeje. Zanim przybędą konni, minie jeszcze dobra godzina, ale wszystkie lepsze miejsca już zajęte. Na donicach kwiatowych i gazonach – Indianie oraz macho. Na oparciach ławek – garbaci i starsi. Ci musieli chyba być tu o świcie. Na balkonach co lepszych hoteli – biali. Na dachach – młodzież. Na filarze kościoła – dzieci.

Żar leje się z nieba. A jednak. Koniec pory suchej daje się we znaki nawet w górach. Strach pomyśleć, co będzie, jak znów zjedziemy na równiny Majów.

Balonik z okazji śmierci Jezusa? A może wiatraczek?

Balonik z okazji śmierci Jezusa? A może wiatraczek?

Stacja dziewiąta. Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem. Tymczasem tłum prze. Do dyspozycji ma wszystko. Churros – nadziewane drożdżowe rurki w cukrze, smażone banany, kandyzowane jabłka, lody, tacos w każdej postaci, baloniki dla dzieci, chińskie plastikowe wiatraczki, chicharrones – świńskie smażone skóry z sosem chili, a nawet miecze rycerzy Jedi.

.

„Musimy stąd iść. Jak przyjdą z krzyżem, zgniotą nam Ninusię.” „Dobra, przebijamy się na podest z nagłośnieniem.” „Nie damy rady!” „Damy. Walka uliczna. Łokieć, kolano, łokieć i mówisz przepraszam. Łokieć i przepraszam. Widzisz.” „Dobra, ja zostanę tutaj z dzieckiem, Indianką i reporterem z lunetą jak z National Geographic, a ty idź.”

Stacja dziesiąta. Jezus z szat obnażony.

Nieprzebrana ludzka rzeka porywa mnie pod miejsce kaźni. Wszystkie smartfony w górze. Jedni kręcą, inni pstrykają. Indianka karmi piersią. Znaczy w zasadzie piersią, bo tylko na przemian uzupełnia wartości odżywcze coca-colą. Boże miłosciwy, jak gorąco!

Stacja trzynasta. Chrystus zdjęty z krzyża. Odprężenie. Las smartfonów opada jak jesienne liście.

Można zamienić parę słów. „A pani Indianka skąd?” „A mała gringa jak się nazywa?” „Za rok też przyjedziecie?” „Oczywiście.”

Już po wszystkim, a ja wciąż nie mogę przestać się zastanawiać. Czy dwa tysiące lat temu było podobnie? Czy gdyby to było naprawdę, byłoby inaczej?

Ale Meksyk

Ach, właśnie, zapomnieliśmy wspomnieć. Od powrotu z podróży dookoła świata zasiedzieliśmy się w Polsce już ponad dwa i pół roku.

Meksyku nadchodzę!

Meksyku nadchodzę!

W międzyczasie przybyło nam o jednego obywatela, czyli dokładnie o 50% wagabundów w rodzinie więcej. W związku z tym postanowiliśmy znów wyruszyć na szlak. Może nie tak jak ostatnio na dwa lata, ale na początek na dwa miesiące.

Padło na Meksyk.

Nauczeni doświadczeniem, tym razem postanowiliśmy niczego nie planować. Dwa miesiące to wystarczająco dużo, by los przyniósł nam naręcze niespodzianek.

On

Różnie mówią. Niektórzy twierdzą, że jest najstarszy na świecie.  Inni, że najpotężniejszy. Jeszcze inni powiadają, że pojawił się na tych ziemiach dużo wcześniej niż przybyli tu pierwsi ludzie. Dziś, w czasach satelitów, badań DNA i biogenetyki , gdy wszystko można zmierzyć co do nanometra, jedno jest pewne – jest największy na świecie. I przynajmniej przez kolejny tysiąc lat nikt Go nie pokona.

Tak naprawdę nikt nie wie, ile dokładnie ma lat, a On sam też nic nie chce nikomu ujawnić. Mimo to wielu ciekawskich wciąż próbuje z Nim rozmawiać, by zgłębić choć ułamek jego wielowiekowej mądrości. My również ulegliśmy tej magii, cały dzień kontemplując, co też takiego ciekawego mógłby nam powiedzieć, gdyby tylko chciał. Gdy wiatr szumi w Jego ramionach, wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć jak przemawiają przez Niego wieki.

Choć On nie mógł tego widzieć, bo był zdecydowanie za daleko, to gdy po drugiej stronie oceanu Chrystus nauczał, jeżdżąc na osiołku i kąpiąc się w Jordanie, On już dawno stał tu, gdzie stoi i dziś. Natomiast jeśli chodzi o wielkie cywilizacje Ameryki, to wszystkie je oglądał z bardzo bliska, już jako dojrzały chłopiec.

Piramida Słońca - Teotihuacán

Piramida Słońca – Teotihuacán

Pierwszy, a zarazem największy organizm państwowy, zupełnie nieopodal, stworzyli tu mieszkańcy Teotihuacán, zamieszkujący dolinę współczesnego miasta Meksyk. To oni zbudowali drugą największą piramidę na tym kontynencie, ustępującą jedynie piramidzie Cheopsa w Gizie i piramidzie w Choluli, rzut kamieniem stąd. W tym czasie, czyli ok. roku 300 naszej ery Imperium Teotihuacán rozrastało się na Jego oczach, obejmując swoim zasięgiem kolejne tereny aż po współczesną Gwatemalę, a samo miasto zamieszkiwało ponad 120 tysięcy osób.

Mniej więcej w tym samym czasie, tuż pod Jego nosem wyrosła kolejna wielka cywilizacja – Zapotekowie, którzy zbudowali swoją stolicę dosłownie 10 km od Niego, na Białym Wzgórzu – Monte Albán.

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Gdy na Jukatanie pojawili się pierwsi wielcy astronomowie – Majowie, On był już zupełnie dojrzały, a niektórzy twierdzą, że mógł wówczas liczyć nawet tysiąc lat. Gdy Majowie opracowywali doskonały kalendarz i z niesłychanym pietyzmem i maestrią budowali swe miasta, orientując piramidy wobec ruchów słońca podczas równonocy i przesileń, On musiał już wyróżniać się wzrostem. Czy jest jedynym świadkiem historii, który potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, z którym naukowcy zmagają się od stuleci – dlaczego Majowie zniknęli? Jak to się stało, że tak wielka cywilizacja przestała istnieć tysiąc lat temu? Prosimy Cię, powiedz!

Gdy na terenach współczesnego Meksyku nastali Aztekowie, On był nie tyle wiekowy i majestatyczny, co po prostu wszechpotężny. Wszechpotężny na tyle, że jedna z legend powiada, że to właśnie kapłan azteckiego boga wiatru – Ehécatla nadał Mu życie jakieś 1500 lat temu. Niestety bolesna prawda jest taka, że On stał tu na długo zanim narodzili się nie tylko azteccy kapłani, ale zapewne i sam Ehécatl.

Gdy Kolumb odkrył Amerykę, On był już dziadkiem. Nauczony doświadczeniem, ze stoickim spokojem obserwował, jak Hernán Cortéz i konkwistadorzy przystąpili do metodycznej, acz pracochłonnej i zapewne męczącej wieloletniej rzezi miejsowych Indian. Zresztą cóż On mógł zrobić?

Przecież jest tylko drzewem. Może i największym na świecie, ale jednak tylko drzewem. Ach, gdyby to było tolkienowskie Śródziemie i mógłby On zebrać armię sobie podobnych cypryśników o obwodzie pięćdziesięciu metrów, pewnie przegoniłby i Cortéza.

On tymczasem przygląda się wszystkiemu z boku, a wiatr gra w jego bezkresnych konarach pieśń tysięcy lat.

Las konarów

Las konarów

Ostatnie stulecia to dla niego zaledwie mgnienie liścia. Gdy Napoleon III podbił na chwilę Meksyk, przysyłając Habsburga jako swoją marionetkę, On nawet nie wzruszył konarem. Dobrze wiedział, że to chwilowa francuska fanaberia, której Meksyk wkrótce pozbędzie się niczym choroby. Zdecydowanie bardziej zabolało Go, gdy w 1845 r. Stany Zjednoczone oderwały mu od kraju obszar od Kaliforni po Teksas, bezwględnie anektując meksykańskie terytoria z Wielkim Kanionem włącznie. Dlatego dziś tak cieszy liście, gdy słyszy, że kolejni Meksykanie przeskakują przez mur w Arizonie, a hiszpański jest tam już niejednokrotnie pierwszym językiem.

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Ach, gdyby jeszcze zechciał podzielić się swoim doświadczeniem. Powiedzże cokolwiek! Zdradź choćby jeden ze swoich sekretów!

Największe drzewo świata - the biggest tree in the world

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Czy Olmekowie naprawdę wynaleźli piłkę nożną? Czy Majów wybiła wieloletnia susza? Czy Teotihuacán podbił Zapoteków? A może to Toltekowie pokonali zwaśnione cywilizacje? Czy konkwistadorzy wybudowali u Twych stóp przepiękny kościół, by splendor Ziemi Świętej, na której stoisz od setek lat, wykorzystać do nawracania Indian? Czy Habsburg naprawdę był tak bardzo zafascynowany motylami, że przegrał Meksyk? Dlaczego nie mieścisz się w kadrze? Czy naprawdę muszę odejść sto metrów, by objąć Cię wzrokiem?

Czy wiesz, że miejscowi nie nadali Ci nawet imienia? Dwa albo i trzy tysiące lat i nikt nie nadał Ci nawet imienia! Nazywają Cię po prostu Drzewem. El Arbol – Drzewo. Gdy jadę do Ciebie autobusem, powiedzieli po prostu „A Drzewo rośnie tam”. Zresztą może to i lepiej. Przecież ty jesteś archetypem drzewa! Twe konary wciąż takie żywe, niezliczone ptaki w nich kolorowe, igły żywicą pachnące, w Twych włosach nie znajdziesz siwizny, gałęzie jędrne i zwinne, piętrzą się jedne na drugich, szukając złaknione słońca. Czy Ty wiesz, że mieszkasz na zwrotniku, a Twa korona tak gęsta, że u stóp Twych aż ciemno? Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że Twój pień ma ponad pięćdziesiąt metrów obwodu? Czy Ty wiesz, że jesteś wyższy od 13-piętrowych wieżowców? Pojawiły się komputery, samochody, a nadal potrzeba kilkudziesięciu sekund, żeby obejść Cię dookoła.

Niech chociaż to się nie zmienia. Po prostu bądź.

Największe drzewo świata

Największe drzewo świata

.

W sieci uzależnień

tekst sponsorowany

Od około roku nie kupiłem żadnej gazety.

Od półtora roku nie mam telewizji.

Radia słucham tylko w samochodzie.

Ale bez internetu żyć chyba już by mi się nie udało.

Tchnęło mnie to nawet dziś, na zakończenie Mundialu, bo niby telewizji nie mam, a przecież meczu nie przegapiłem prawie żadnego. Dzięki Bogu za wi-fi!

Gdy jakiś czas temu zainteresowano nas nową wakacyjną kampanią o poszukiwaniu internetu, momentalnie powróciły wspomnienia z podróży.

Bo czym byłby współczesny podróżnik bez internetu? Doprawdy byłby jako miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. W okamgnieniu stają mi przed oczami te niezliczone eskapady do McDonalda na szejka i wi-fi, te wietnamskie hoteliki z najlepszym internetem w Azji Południowo-Wschodniej, te australijskie i nowozelandzkie wielogodzinne wizyty w bibliotekach, gdzie sieć hula bosko (i przede wszystkim darmowo!) wśród książek i te spacery po niezliczonych miastach z otwartym laptopem w poszukiwaniu niezabezpieczonej sieci.

Trzeba przyznać, że psy Joségo oddają ten klimat doskonale.

WiFi-Dogs

A sam José i jego ekipa z Ameryki Łacińskiej jest wręcz archetypiczna. „Sto procent gwarancji. No worry!” Jakbym tam był.

A jakie jest nasze najlepsze osiągnięcie internetowe?

Nawet się nie muszę zastanawiać. Znaleźć wi-fi na Vanuatu (bez pomocy psów Joségo) i próbować załadować filmik na jutuba. Sprawa paląca, bo filmik rocznicowy, a najbliższy internet na największej wyspie – Espiritu Santo – kilka tygodni żeglugi od naszego kotwicowiska. Gdy dotarliśmy wreszcie do ziemi błogosławionej w wi-fi (a przynajmniej coś w tym rodzaju), załadowanie 70 MB zajęło nam ponad 11 godzin. Gdy po pierwszych czterech padła sieć, nasz laptop o mało na zawsze nie skończył w południowym Pacyfiku.

Współcześni odkrywcy podziwiają fiordy na Wyspie Południowej w Nowej Zelandii (Te Anau, Nowa Zelandia)

Współcześni odkrywcy podziwiają fiordy na Wyspie Południowej w Nowej Zelandii (Te Anau, Nowa Zelandia)

.

Jakby ktoś się zastanawiał, to internet znajduje się właśnie w środkowym Wietnamie (Buon Ma Thuot, Wietnam)

Jakby ktoś się zastanawiał, to internet znajduje się właśnie w środkowym Wietnamie (Buon Ma Thuot, Wietnam)

.

Dla turysty wszystko - nawet internet zostawiają włączony po godzinach pracy biblioteki (Auckland, Nowa Zelandia)

Dla turysty wszystko – nawet internet zostawiają włączony po godzinach pracy biblioteki (Auckland, Nowa Zelandia)

.

P.S. A jeszcze co do meczu, to oczywiście niech wygra lepszy, czyli biało-niebiescy! No bo czy Germanie będą umieli tak świętować?

Nasz najmłodszy matejmistrz dzierżył dziś argentyńską matejkę ze wszystkich sił, więc traktujemy to jako dobry prognostyk przed finałem…

.

Vamos Argentina! Vamos!

Vamos Argentina! Vamos!

.

Podróż życia

Dwa miesiące. Właśnie dziś mijają dokładnie dwa miesiące odkąd wyruszyliśmy w nową, daleką podróż. Podróż całkiem niespodziewaną, zupełnie niezaplanowaną, a jednak już wiadomo, że będzie to największa podróż naszego życia. Wyprawa wręcz. I to na zupełnie niezbadany kontynent.

Ta podróż nazywa się Nina.

Podróż życia

A pierwsze konstatacje z dalekiej podróży, spytacie…

Cóż, po pierwsze, to wielcem zdziwion, jak bardzo nasz mały szkrabek sprawił, że znów przybliżyliśmy się do natury i zgraliśmy z jej rytmem. Noc znów zaczyna się tuż po zmroku, no najpóźniej koło dwudziestej. Sytuacja, gdy jest już po dwudziestej drugiej, a my jeszcze nie śpimy, zdarza się równie rzadko co w Patagońskim stepie, gdy spędzaliśmy noce w namiocie.

To samo tyczy się poranków. Pamiętam, że tuż po powrocie z podróży dookoła świata, wciąż analizując to, co się zdarzyło, często wspominaliśmy, że przez dwa lata podróży podziwialiśmy więcej wschodów słońca niż przez całe nasze życie.

Teraz wiemy, że przez ostatnie dwa miesiące oglądaliśmy ich znacznie więcej niż podczas podróży dookoła świata.

Zatem zgranie z przyrodą i powrót do naturalnego cyklu życia to jedno.

A drugie? Już po pierwszych wspólnych tygodniach we troje da się zauważyć, że niemal każdy kolejny dzień jest inny od poprzedniego. To uśmiech ukradkiem posłany, to niebiańskie skupienie, gdy bajki Tuwima czytamy, to znów donośne głużenie, gdy Nina usilnie chce nam coś powiedzieć.

Coś mi się zdaje, że ta podróż przyniesie jeszcze wiele niespodzianek.

Pączek na rybach

Pączek na rybach

.

Rajskie ptaki

Zima w pełni, więc dziś zabieramy Was do Argentyny. Tej północnej, tropikalnej, gdzie lepkie powietrze obłapia Cię lubieżnie w dzień i w nocy. A gdzie upał i łatwość życia, tam i Oni.

Artesano. Apatrydzi z wyboru, bezpaństwowcy, których łączy jedno. Poczucie wolności.

Mogą pochodzić z Urugwaju, Brazylii, Argentyny, Kolumbii czy Meksyku, bo zamożne kraje mają bogatą historię młodych ludzi, ruszających w latynoski świat. Odkrywać, posmakować innego, żyć w drodze. Ale równie wielu artesano wywodzi się Ekwadoru, Peru, Gwatemali czy Hondurasu, gdzie zawsze istnieje droga do samoutrzymania przez rękodzieło. Szczególnie dla Indian.

Odrobina lata na zimowe wieczory

Odrobina lata na zimowe wieczory

Artesano to współcześni koczownicy. Na kontynencie, gdzie za dach nad głową wystarczy nieduża wiata albo cienki namiot, nie trzeba specjalnie troszczyć się o schronienie. Najczęściej parają się rękodziełem, ale bywają artystami ulicznymi, linoskoczkami czy żonglerami. W Puerto Iguazú, argentyńskim miasteczku położonym nieopodal najwspanialszych wodospadów na świecie, zamieszkaliśmy wśród artesano. W najdziwniejszym hotelu w ciągu całych dwóch lat.

Hotel należy do Harry’ego. Harry też był kiedyś artesano. Przez 30 lat. Pochodzi z Urugwaju i w ciągu tych 30 lat dojechał do Meksyku i z powrotem. Nie spieszył się zbytnio, bo lubi disfrutować.

– Lubię mentalność Brazylijczyków. Nikt tak się nie bawi – mówi. – Brazylię znam jako tako, chociaż za mało czasu tam spędziłem, by poznać ten kraj.

Łapacz snów - szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Łapacz snów – szamański sposób na wyłapywanie koszmarów i zdrowy sen

Harry w Brazylii mieszkał siedem lat. Dwa lata w Kolumbii, rok w Kostaryce. Trochę tu, trochę tam. Bywał pracownikiem najemnym i dorabiał w drodze jak bohaterowie w powieściach Steinbecka. Ale głównie zajmował się rękodziełem. Specjalizacja: metale i kamienie półszlachetne. Wędrowny jubiler można by rzec.

– Dlaczego teraz osiadłeś w Puerto Iguazú?

– Tak wyszło. Wydawało mi się to dobrym pomysłem. Przyjemny klimat, Paragwaj, Brazylia i Urugwaj pod ręką.

Kilka lat temu, nad niewielkim strumykiem Harry postawił swój szałas. Nikogo o nic nie pytał, o niego też nikt nie pytał. Z czasem szałas zamienił na podmurówkę. Wodę bieżącą miał na bieżąco. W argentyńskiej prowincji Missiones ogrzewania nie potrzeba, klimatyzację raczej. Dogadał się z sąsiadami i dziś ma już nawet prąd.

Harry to taki człowiek, wokół którego zawsze kręci się kilka osób. Teraz też jak magnes przyciąga współczesnych nomadów. Do swojego domku dostawił niewielką przybudówkę, gdzie stoi mały stolik i kuchenka na prąd, taka, która wyszła z użycia jakieś 30 lat temu. W przybudówce za pomocą zwykłych desek wydzielił dwa pokoiki, pomieszczenia raczej. Co prawda deski nie dochodzą do sufitu, ale zapewniają względną prywatność. Te dwa pokoje to teraz jego źródło utrzymania.

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców - środowisko naturalne latynoskich artesano

Ciepło, wilgotno i zatrzęsienie owoców – środowisko naturalne latynoskich artesano

– Puerto Iguazú pędzi do przodu jak torpeda. Jeszcze sześć lat temu w okolicy nie było niczego – mówi Harry, wskazując budownictwo utrzymane w stylu art déco slums, pełzające po zboczach parowu nad strumykiem. – Może pójdę w turystykę. Jesteście już drugą parą gringos w moim hotelu. Lubię mochileros[1]. Są czyści, nie sprawiają problemów i płacą za pokój – śmieje się w głos.

Ale Harry ma miękkie serce, przyjmuje również artesano bez grosza przy duszy. Pedro mieszka w okazałym składziku tuż przed domem już od kilku tygodni, zapłacił może za trzy dni. Ten składzik to coś pomiędzy drewutnią, garażem, a pięknym tropikalnym bungalowem. Dwa dni pracy, miotła, kilka wiader wody i można by z niego zrobić apartament dla turystów żądnych przygody. Ale Harry nie ma takich ambicji.

– Nie mam serca go wyrzucić. To artesano. Sam żyłem tak przez 30 lat. Może jest trochę brudny i lubi wino, ale to wesoły gość. I od czasu do czasu przyprowadzi turystów albo innych artesano, którzy płacą za pokój – dodaje ze śmiechem.

To właśnie Pedro pokazał nam tę steinbeckowską oazę rodem z Tortilla Flat. Stał na światłach, nieudolnie żonglując kręglami, gdy spytaliśmy o radę.

Hola, amigo! Nie wiesz, gdzie tu możemy rozbić namiot bez kłopotów?

– Wiem, ale mam dla Was coś lepszego – odparł, zmierzywszy nas wzrokiem. – Własny pokój, kuchenka i bieżąca woda za 15 zł za dobę. Za pokój ma się rozumieć, nie za osobę. Chcecie zobaczyć?

Brzmiało nieprawdopodobnie w kraju, gdzie w najtańszym hostelu znalezienie pokoju za 100 złotych graniczy z cudem (więcej informacji znajdziesz tutaj). Ale i „hotel” okazał się nieprzeciętny. Prysznic zrobiony jest na drzewie. Z pokaźnej gałęzi zwisa obręcz hula hop, na której zawieszona jest kotara, a po gałęzi pełznie wąż, szlauch gumowy, pełniący rolę prysznica. Zamykasz się pod obręczą i kabina prysznicowa gotowa. Hotel i atmosfera taka, że Paulina nie chciała stąd wyjeżdżać.

… ciąg dalszy nastąpi…

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

To się nazywa wpis na ścianie hostelu, a nie jakieś tam fejsbuki

****

Ale zanim nastąpi, już w najbliższy czwartek (ten za tydzień) zapraszamy wszystkich chętnych do posłuchania naszych opowieści z podróży. O jachtostopie i innych przygodach będziemy opowiadać, pokazując przy okazji jakieś zdjęcia w Teatrze Scena Lubelska na Pradze, towarzysząc amatorskim muzykom w koncercie haha!rytatywnym – https://www.facebook.com/events/183581821843834/185180821683934/?notif_t=plan_mall_activity . Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy!


[1] Czyt. „moczileros”, dosłownie „plecakowicz”, czyli nasz swojski backpacker.

Inwazja

Pamiętam, jak bardzo zaskoczyliśmy się w centrum Sydney, niejednokrotnie widząc więcej szyldów po chińsku i koreańsku niż po angielsku. Jak nowozelandzkie owce zbaranieliśmy w Auckland z podobnych względów. Zdębieliśmy na Vanuatu i Wyspach Salomona, orientując się, że do miejscowych wyspiarzy niewiele już należy, łącznie z prawami połowu na wodach przybrzeżnych. Wobec tego, w Buenos Aires konstatacja, że znaczna część handlu opanowana została przez chińską diasporę, spłynęła po nas jak po kaczce po pekińsku (taki suchar, rozumiecie…).

Tymczasem fakt, że podczas dwóch lat naszej nieobecności Polska również nie stała w miejscu, nie wiedzieć czemu, zaskoczył nas równie mocno, co chińska inwazja na Pacyfiku. Ale napływ imigrantów do Polski to jedno, dyktatura fejsbuka i smartfonów to drugie, a fakt, że przybysze opanowali także warstwę nazewnictwa własnych miejscowości, to już zupełnie co innego.

No i przyznacie chyba, że taka bezczelność, to już lekka przesada.

Dzikie Żółtki już w Polsce

Dzikie Żółtki już w Polsce

.

P.S. A jeśli chcecie posłuchać, co tacy barbarzyńcy jak my, mają jeszcze do powiedzenia, to zapraszamy w najbliższy piątek, 22 listopada o 9 rano do radiowej Jedynki, gdzie będziemy gościć u Tomka Michniewicza w audycji Reszta Świata. Zapraszamy do słuchania.

P.P.S. No to powiedzieliśmy, co wiedzieliśmy – http://www.polskieradio.pl/7/2934/Artykul/984717/

.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 77 obserwujących.