Category Archives: Birma

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Narkotyki Złotego Trójkąta

Czasy gdy karawany opium przemierzały pogranicze Laosu, Tajlandii i Birmy już dawno minęły. Dziś jedynie nie uważana za narkotyk, rosnąca w każdej laotańskiej wiosce marihuana przypomina o historycznym dziedzictwie. Ale prawdziwie uzależniające właściwości w tym regionie ma co innego.

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południoowo-Wschodniej

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południowo-Wschodniej

Jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych Złoty Trójkąt był najważniejszym ośrodkiem produkcji opium i jego pochodnej – heroiny na świecie. Do niedawna Birma była globalnym liderem i w 1996 r. produkowała ponad 2,5 tys. ton tego narkotyku. Jeszcze 30 lat temu Laos, Tajlandia i Birma odpowiadały łącznie za 70% wyprodukowanej na świecie heroiny. Od tamtego czasu wiele jednak się zmieniło, udział Złotego Trójkąta w światowej produkcji heroiny zmniejszył się do 5% i w głównej mierze został zastąpiony przez Złoty Półksiężyc z Afganistanem na czele.

Chiny na ratunek

Z narkotykowego biznesu jako pierwsza wyszła Tajlandia, stawiając na przemysł turystyczny. Z kolei Laosowi i Birmie w głównej mierze pomogły Chiny. Przemierzając Laos i Birmę, niemal na każdym kroku widać, że Chińczycy wykupują je na potęgę. Między innymi inwestują miliony dolarów w plantacje kauczukowców, zapewniając tym samym jako taki zarobek lokalnym mieszkańcom. Ale spyta ktoś, dlaczego Chinom tak bardzo zależało na wytępieniu opium, które przecież w głównej mierze trafiało do Stanów i Europy?

Myśląc o Chinach, zawsze trzeba mieć na uwadze jedno. Przy wszystkich swoich wadach, naród ten jest niesłychanie wprost dalekowzroczny. Chińczycy niemal niczego nie robią w perspektywie krótszej niż 20 lat. Zapewne mając na uwadze bogacące się na potęgę chińskie społeczeństwo, władze bały się powtórki z historii.

Brytyjscy handlarze śmiercią

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy mieli nie lada problem. Sprowadzając z Azji Południowo-Wschodniej i Chin przyprawy, herbatę czy jedwab, przywozili do Orientu wyroby bawełniane i parę innych towarów. Mimo wszystko w handlu zagranicznym powstawała coraz większa luka, więc kilku wybitnych generałów wpadło na świetny pomysł. W chińskich portach Anglicy zaczęli rozdawać, a następnie sprzedawać próbki narkotyków, uprawianych od wieków w Indiach. Zanim Chińczycy połapali się w czym rzecz, mieli u siebie miliony uzależnionych. W 1830 roku było ich już 12 milionów. Licząc, że wciąż nie jest za późno, Chiny nałożyły wysokie cła na wszystkie sprowadzane towary i rozpoczęły walkę z narkotykami.

Niestety było już za późno. Brytyjczycy pod byle pretekstami rozpoczęli Pierwszą a następnie Drugą Wojnę Opiumową. W ciągu niespełna 20 lat wymusili na Chińczykach przekazanie Hong Kongu, otwarcie większości chińskich portów na zachodnie towary i przede wszystkim zalegalizowanie handlu opium. Śladem Brytyjczyków poszli Francuzi, Amerykanie i Rosjanie, wkrótce doprowadzając Imperium Chińskie do bankructwa i w znacznej mierze czyniąc podwaliny pod późniejszą rewolucję Mao Zedonga.

Summa summarum Brytyjczycy zalali Chiny opium, ostatecznie uzyskując nadwyżki w bilateralnym handlu z Chinami, a w Państwie Środka w 1880 roku było ok. 30-40 mln uzależnionych.

Swoją drogą to ciekawe, że opium, które w XIX w. Brytyjczycy na masową skalę rozprzestrzenili w Złotym Trójkącie, aby móc sprzedawać je do Chin, po niemal 100 latach obróciło się przeciw Cywilizacji Zachodu, zalewając Europę i Stany.

Prawdziwe dziedzictwo Złotego Trójkąta

Ale jako się rzekło, echa narkotykowej przeszłości pogranicza Laosu, Tajlandii i Birmy dawno już przebrzmiały. Dziś serce regionu bije turystyką i poza nazbyt cywilizowaną Tajlandią oferuje prawdziwy skarb – bogactwo etniczne.

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

W samym tylko północnym Laosie żyje 39 plemion, a wioski Akha, Lahu, Yao i Hmongów ciągną się we wszystkie strony.

Trzeba jednak się spieszyć. Już dziś w uważanym przez niektórych znanych podróżników za położone w dzikiej dżungli Muang Sing, miejscowego szamana najłatwiej spotkać w kawiarence internetowej, gdzie recepty do wiosek Akha wysyła najpewniej na komórkę.

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Darmowe wi-fi w guest-housach za 20 zł za pokój jest standardem, a słynny rynek, na którym onegdaj gromadziły się kolorowe mniejszości etniczne wymieniać towary, jest już tylko cyrkiem.

Ale autentyczne wioski istnieją. Co prawda miejsca bez elektryczności nie udało nam się znaleźć, ale w bardziej odległych miejscach dumni Akha, skryci Hmongowie i Yao w szerokich czapkach wiodą życie niemal jak przed wiekami. Dotrzeć do nich nie jest jednak łatwo, bo jeśli jakaś wioska jest już zaznaczona na mapie, to raczej nie ma tam czego szukać. Trzeba po prostu wypożyczyć motor (najlepiej terenowy) i ruszyć przed siebie.

Marihuana popularna od wieków

Dziś jedynym wątłym echem narkotyków Złotego Trójkąta jest marihuana, która w szczególności w Laosie jest dostępna łatwo, tanio i prawie wszędzie. Mimo że oficjalnie, podobnie jak opium, jest zakazana, to władze niespecjalnie się nią przejmują. Do górali z mniejszości Hmong i Akha rząd puszcza wręcz oko, dając im pewien immunitet na ten specyfik popularny od wieków.

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

W niemal każdej wiosce Akha, oprócz tradycyjnych wyrobów, miejscowi oferują przyjezdnym także lokalne zioło. (Ponoć) marihuanę sprzedaje się tu jednak nie na gramy, a na garści. (Ponoć) w nieturystycznej wsi w okolicach Muang Sing taka 10-gramowa garść kosztuje ok. 3 zł. W centrum miasta, gdzie przyjezdne z okolicznych wiosek baby, przechadzają się wśród licznych turystów, oferując te same bransoletki i wyroby, taką samą garść dostaniemy (ponoć) już za 10-15 zł.

Co więcej, kupując marihuanę bezpośrednio w nieodwiedzanej wsi Akha, bez pytania o cenę wręczając babie 3 zł, (ponoć) można narazić się wręcz na śmieszność. Zdziwienie z powodu jawnego przepłacania będzie (ponoć) jeszcze większe, gdy turysta odda babie pół garści wybitnego zioła, bo i co ma zrobić z taką jego ilością…

Parcie na szkło

Parcie na szkło

Podobnie jak w Nepalu czy północnych Indiach, także w Laosie konopie indyjskie rosną w stanie dzikim i wśród miejscowych górali popularne są od wieków. Ludzie mający porównanie wyrobów z Nepalu i Laosu, twierdzą jednak, że marihuana w Laosie jest znacznie mocniejsza, ale równie lekka i naturalna.

Ponoć.

.

—————————————————————-

Ciekawostki wydłubane w Muzeum Narkotyków w Sop Ruak w północnej Tajlandii:

W 1898 r., czyli 2 lata przed wynalezieniem Aspiryny, niemiecka firma Bayer opatentowała inny lek, w którym pokładała wielkie nadzieje. Nazwała go Heroina, bo według wstępnych badań był heroiczny jak superbohater i nie powodował uzależnienia.

Legalne przychody rządu Tajlandii z handlu opium w 1944 roku sięgnęły 60 mln bahtów i stanowiły 21% budżetu.

Ogólnie według nas Hall of Opium, czyli Muzeum Narkotyków w Sop Ruak to jedna z najciekawszych atrakcji, jakie widzieliśmy w Tajlandii. W całości wykute we wnętrzu góry, gromadzi fantastyczne informacje o narkotykach od starożytnej Mezopotamii po wojny z kartelami i najnowocześniejsze fortele przemytników. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają naprawdę przenieść się w czasie i zrozumieć historię narkotyków.

.

A na koniec jeszcze więcej (naprawdę autentycznych) Akha.

Wioski Akha, Muang Sing, Laos

.

Z życia mnicha

To nie będzie zwykły artykuł o buddyjskich mnichach. Chciałem napisać o porannych modłach, chodzeniu po jałmużnę o świcie, medytacji i kosmicznym spokoju, którym emanują mnisi niemal podczas każdej rozmowy. Ale zamiast tego będzie to artykuł o tym, dlaczego w Birmie to właśnie mnisi poprowadzili rewolucję przeciwko dyktaturze i jak to się dzieje, że w Tajlandii obcy nam ludzie notorycznie zostawiali zapalony samochód z kluczykami wewnątrz pod naszą opieką.

Klasztorny spokój

Klasztorny spokój

Zacznijmy od tego, że w buddyjskim kręgu kulturowym każdy mężczyzna musi choć raz w życiu zostać mnichem. W zasadzie nie ma oficjalnego przymusu i nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma, a wszyscy przywdziewają pomarańczowe szaty z niekłamaną dumą. Mężczyźni, a raczej młodzi chłopcy chętnie wstępują do zakonu na krótki czas, gdzie znajdują wyciszenie, zapoznają się z naukami Buddy i przygotowują do wkroczenia w dorosłe życie. Większość z nich wstępuje do Nowicjatu na kilka tygodni, ewentualnie kilka miesięcy. Dziś rzadko kto zostaje mnichem na dłużej niż rok. Oczywiście poza tymi, którzy po Nowicjacie wybierają drogę profesjonalisty.

W poszukiwaniu nirwany

Co ciekawe buddyjskie klasztory są pewnego rodzaju instytucją otwartą. Wstąpić w szeregi mnichów można kilkakrotnie i wcale nie jest to rzadka praktyka.

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Często po latach już dorośli mężczyźni odnawiają śluby Nowicjatu, po raz kolejny przywdziewając pomarańczowe szaty. Nasz znajomy 30-letni Taj, w zakonie był już 3 razy. Najpierw 8 tygodni, po kilku latach 4, a ostatnio podczas urlopu w pracy wstąpił znowu na 15 dni. Wynika to też po części z szacunku, jakim cieszą się mnisi w buddyjskich krajach. Ich życie zawsze jest skromne, nie robią nic na pokaz, wyrzekają się wszelkiego dobytku, a utrzymują wyłącznie z jałmużny.

W rejonach wiejskich oraz małych miasteczkach nawet w dzisiejszych czasach codziennie o świcie mnisi wyruszają ze swoim jedynym dobytkiem, czarną porcelanową misą, na obchód po okolicy. W Tajlandii, Laosie, Kambodży, a w szczególności Birmie ludzie masowo wylegają wówczas przed domy i sklepiki, ofiarowując mnichom ryż i prostą strawę w zamian za błogosławieństwo. Często nawet dla postronnych laików ma to niemal mistyczny wymiar.

Karma, czyli budowanie przeznaczenia

Buddyzm w zasadzie nie jest religią. Jest raczej jak droga, którą jej wyznawca podąża przez życie. Ma być filozofią życiową, a nie zbiorem gestów, które zapewniają gładkie przejście do wieczności. Czasem doprawdy ciężko w to uwierzyć, obserwując, z jaką czołobitnością buddyści biją pokłony przez posągiem Buddy. Sęk w tym, że Budda zabronił swoim uczniom czcić kogokolwiek, z sobą w szczególności. Na szczęście niektórzy wyznawcy faktycznie traktują pokłony wyłącznie jako rytuał, który pozwala im się skupić.

Karmazynowy myśliciel

Karmazynowy myśliciel

Tak czy inaczej buddystów cechuje niespotykany wręcz spokój. Jednym z najważniejszych założeń tej religii-filozofii jest karma. Tu nie ma odpuszczania grzechów, rozgrzeszania ani podobnych wymówek. Postępujesz źle, a zło wróci do ciebie. Prawdopodobnie ze zdwojoną siłą. Zabijasz zwierzęta? W następnym wcieleniu będziesz jednym z nich. Kradniesz? Czeka cię nieszczęście. Jeśli nie za chwilę, to w kolejnym życiu. „Zła karma” nigdy nie zostanie ci odpuszczona. Ewentualnie możesz ją odkupić zdwojonymi wysiłkami na rzecz „dobrej karmy”, ale nie jest to łatwe i zajmuje lata.

Jak to obrazowo ujął jeden z mnichów w Laosie, gdy uderzasz stół, stół uderza też Ciebie. Karma zawsze wraca.

Batman forever

Batman forever

Taka filozofia towarzyszy ludziom przez całe życie, więc w buddyjskich krajach raczej nie trzeba obawiać się o bezpieczeństwo. W Tajlandii niemal 2,5 tys. km przejechaliśmy stopem. Podczas licznych podróży standardem było, że kierowca wychodził do sklepu na stacji, zostawiając włączony samochód pod naszą opieką, a na koniec przynosił jeszcze colę i bułki. Któregoś razu, gdy oprócz kluczyków kobieta zostawiła także kilkaset złotych wetknięte przy skrzyni biegów, poczuliśmy, jak napełnia się dobra karma ludzkości.

Pomarańczowy w modzie

Dlaczego buddyjscy mnisi w Tajlandii, Laosie i Kambodży chodzą w pomarańczowych szatach, a w Birmie w czerwonych?

Pomarańczowy w modzie

Pomarańczowy w modzie

Ustalenie tego faktu okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i zajęło nam kilka miesięcy. Wielu mnichów ma własne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że pomarańczowy to kolor oświecenia, który Budda przywdział po Przebudzeniu.

Ale co z czerwonym? Zarówno w Tajlandii jak i Birmie rozpowszechniony jest przecież ten sam rodzaj buddyzmu – Theravada, więc nie powinno być różnicy. Okazuje się jednak, że czerwone szaty wywodzą się z Kaszmiru i Tybetu, gdzie kolor ten był najtańszy w uzyskaniu. Budda zawsze był zwolennikiem prostych rozwiązań i chciał, żeby mnisi byli blisko zwykłych ludzi, więc nakazał ubieranie się w najbardziej pospolity i najtańszy kolor – właśnie czerwony. A w Azji Południowo-Wschodniej tańszy był pomarańczowy.

W szarej Polsce pospolitość bordowej czerwieni i pomarańczu może nieco dziwić, ale po wizycie w kolorowych Indiach, gdzie Budda spędził większość życia, łatwiej to zrozumieć.

Birmański uśmiech mnicha

Buddyjscy mnisi niemal zawsze są skorzy do rozmowy. Wyłączając turystyczne enklawy, jak Bangkok, Luang Prabang w Laosie czy Siem Reap w Kambodży, gdzie naprawdę jest przesyt obcokrajowców, w co drugim klasztorze możemy liczyć na bardzo ciekawą rozmowę.

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

W szczególności dotyczy to Birmy, gdzie mnisi stanowią intelektualną elitę, a przyklasztorne szkoły zapewniają niezłą edukację i komunikatywny angielski. Przechadzając się po buddyjskich klasztorach w Mandalay czy prowincji Shan, ciężko wykręcić się od zaproszenia na klasztorną herbatę i pogawędki o religii i świecie.

W Birmie, w której za najmniejsze słowo sprzeciwu wobec władz, można dostać kulkę w łeb, 3 lata temu buddyjscy mnisi masowo wyszli na ulice protestować przeciwko reżimowi, który rujnuje kraj. Reżim jak zwykle odpowiedział ostro, zabijając co najmniej kilkuset mnichów i zamykając klasztory. Jeden z mnichów, którego poznaliśmy w Mandalay stracił dwóch najbliższych przyjaciół z klasztoru w zamieszkach. Dziś birmańscy ubecy często kręcą się w pobliżu świątyń, złowrogo zerkając na każdą konwersację obcokrajowców z mnichami.

Odnajdź swoją drogę

Co ciekawe, buddyjscy mnisi, tak w Birmie jak i wszędzie indziej, nigdy nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii.

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas podróży bardzo często musimy tłumaczyć się z naszego ateizmu, szczególnie w katolickim Borneo. W drodze do Cameron Highlands pewien Malaj też nie potrafił nas zrozumieć i za wszelką cenę chciał nawrócić nas na Allacha. Tymczasem buddyści nigdy nie mają takiej presji. A gdy już stwierdzamy, że wierzymy w rozum i ludzi, to uznają nas niemal za swoich.

Jeden z mnichów stwierdził wręcz, że brak religii nie jest zły. Najważniejsze, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. A żyjąc bez religii, zawsze mamy czas na studiowanie przekonań innych ludzi i odnalezienie swojej drogi.

I za to właśnie uwielbiamy buddystów.

.

—————————————————————-

Ciekawostki, które nijak nie pasują do artykułu:

Tajski mnich, którego spotkaliśmy w Angkorze, nie był pewien czy ma 45 czy 46 lat. Wspólnie sprawdziliśmy w paszporcie i wyszło, że pomylił się o 4.

Mnisi jedzą dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz tuż po świcie, po zebraniu jałmużny, a drugi około 11 rano. Potem post do następnego świtu. W niektórych klasztorach jada się tylko raz dziennie.

Za to większość czasu w ciągu dnia przypada na recytację Sutr, nazywaną przez mnichów potocznie Pali. Przez ponad 2000 lat nauka wszystkich kazań Buddy na pamięć była jedynym sposobem przekazywania kanonu tej filozofii. Nawet dziś mnisi pozostają żyjącą księgą.

Ze względu na szacunek dla mnichów, nie powinno wywyższać się ponad nich. Dotyczy to także sytuacji bardzo prozaicznych. Gdy kelnerka serwuje posiłek w ulicznej restauracji, do stolika, przy którym siedzi mnich, podejdzie zgięta wpół lub kucając, aby nie przewyższyć go głową.

.

—————————————————————–

W obleganym Luang Prabang, uśmiechnęło się do nas pomarańczowe szczęście. Wybrawszy się o świcie w poszukiwaniu mnichów mimochodem trafiliśmy na doroczne święto jednej ze świątyń. Ponad 2 godziny obserwowaliśmy rytuały i modlitwy, które zgromadziły z pół dzielnicy, ale zaledwie troje turystów (łącznie z nami). Niezwykłe przeżycie.

Starając się unikać typowej w Luang Prabang fotonachalności i ładowania obiektywu mnichom w twarz, raczej bardziej uczestniczyliśmy niż rejestrowaliśmy, ale mimo wszystko coś tam udało się pstryknąć i nakręcić. Zapraszamy na film.

.

.

I kilka fotek w czerwieni i pomarańczu.

.

Z życia mnicha, Birma, Laos, Tajlandia, Kambodża

.

Birma – informacje praktyczne

Dziś ponownie turystyczna mieszanka. Garść informacji praktycznych dla wycieczkowiczów, a dla niewybierających się do Birmy kilka ciekawostek.

Wiza i lot

Wiza do Birmy przyznawana jest na 28 dni, bez problemu w ambasadzie Birmy w Tajlandii. W Polsce nie ma ambasady tego kraju i wizę trzeba wyrabiać w Berlinie lub przez pośredników. W Bangkoku w ambasadzie to koszt 810 bahtów, czyli ok. 80 zł. Czas oczekiwania 2-3 dni.

Gnając po obwodnicy jednej z wiosek Jeziora Inle...

Gnając po obwodnicy jednej z wiosek Jeziora Inle...

We wniosku wizowym lepiej nie podawać, jeśli jest się dziennikarzem albo fotografem, bo ponoć zdarzają się problemy z przyznaniem wizy.

Bywają okresy, że istnieje również możliwość wyrobienia wizy przez Internet i odebrania jej na lotnisku w Yangonie, tzw. „visa on arrival”. Jest ona jednak ponad 3 razy droższa i jej wydawanie jest często zawieszane. Trzeba sprawdzać na bieżąco – http://www.myanmarvisa.com/ i http://www.myanmarvisaonarrival.com/

Do Birmy najlepiej i najtaniej można dostać się z Bangkoku Air Asia (koszt ok. 60 USD w jedną stronę za osobę). Jest też możliwość przekroczenia granicy lądowej z Chinami, Indiami i Tajlandią (w Tachileik i Three Pagodas Pass), ale ta często zmienia się w zależności od sytuacji wewnętrznej, a i tak wymusza lot wewnątrz Birmy. Większość terenów przygranicznych jest zamknięta dla turystów, bo junta gnębi tam mniejszości lokalne, więc przykładowo przekraczając granicę z Tajlandią w Tachileik i tak trzeba lecieć z pobliskiego Kengtung do Mandalay lub Yangonu, dotując juntę (wyłącznie rządowe linie).

Transport

W zasadzie przyjemny. Każdy odcinek Wielkiej Czwórki (Yangon – Inle – Mandalay – Bagan) można przejechać wygodnym nocnym autobusem i jedynie trasa po przekątnej Inle – Bagan to najgorsze z połączeń po birmańskiem „turystycznym kwadracie”, bo podróż możliwa jest tylko w dzień, od 6 rano do 20 wieczorem i do tego małym, niekomfortowym busem.

W birmańskich słownikach sformułowanie "nie zmieści się" nie występuje

W birmańskich słownikach sformułowanie "nie zmieści się" nie występuje

Co ciekawe wszystkie cztery odcinki i czas przejazdu są podobne, ale trasa Yangon – Bagan jest najbardziej turystyczna, więc i cena biletu podwójna  – 18 tys. kyatów (20 USD). Za to bilet powrotny z Bagan do Yangonu kosztuje już tylko 15 tys.

Ceny biletów autobusowych są w zasadzie z góry ustalone i nie ma możliwości negocjacji. W Yangonie występują jednak spore różnice w cenie na poszczególnych odcinkach, które oczywiście nie mają nic wspólnego z jakością, a największy wybór i najtańsze połączenia są przy Bogyoke Aung San Stadium w centrum Yangonu.

Ciekawą przygodą jest całodzienny spływ w dół Irawadi z Mandalay do Bagan (promy tylko w środę i niedzielę), który oferuje wgląd w niezwykłe życie osad położonych nad tą rzeką (10 USD).

Dużym zaskoczeniem dla nas w Birmie był autostop, którym jako tako można się przemieszczać. Zdaje się, że Birmańczycy nie za bardzo zaznajomieni są z tą ideą jazdy, ale widząc obcokrajowców przy drodze, stawali z ciekawości. Bardzo niewiele osób ma samochody, więc odliczając kierowców taksówek i pick-upów, na pewno zatrzyma się jakiś lokalny biznesmen albo obcokrajowiec (najpewniej Chińczyk).

CouchSurfing w Birmie niemal nie występuje, bo po pierwsze mało kto ma Internet, a żeby przyjąć obcokrajowca do siebie, trzeba mieć specjalne pozwolenie.

Co warto zobaczyć

Odwiedzając Birmę pierwszy raz nie sposób odpuścić Bagan, Inle czy okolice Mandalay. Samo Mandalay, podobnie jak Yangon nie urzeka specjalnym pięknem i można śmiało szybko wyjechać do pobliskich byłych stolic.

Świat równoległy birmańskich wiosek na wodzie

Świat równoległy birmańskich wiosek na wodzie

Przyjeżdżając do Inle na 2 bądź 3 dni, trzeba bardzo uważać, aby nie wpaść w turystyczną pułapkę. Jest to najbardziej turystyczne miejsce w kraju i coraz więcej jest tu szopek dla turystów i pokazowych domków na palach z pamiątkami i ludzkim zoo wewnątrz. Przede wszystkim warto odwiedzić południowe rubieże jeziora. Łódź na południe jest o połowę droższa, ale nadal śmiesznie tania (18 USD na 4-5 osób). Dobrze jest wybrać się także wzdłuż wybrzeża rowerem lub piechotą, bo wtedy mamy niemal gwarancję zobaczenia naprawdę niezwykłych rzeczy.

W każdym zakątku Birmy podróżnika witają rozbrajające uśmiechy dzieciaków i dorosłych

W każdym zakątku Birmy podróżnika witają rozbrajające uśmiechy dzieciaków i dorosłych

Świetnym pomysłem są także 1-3 dniowe trekingi z Kalaw czy Hsipaw, które spokojnie można organizować na własną rękę. Dwójka Polaków, których spotkaliśmy, przemaszerowała nawet z Kalaw do Inle bez przewodnika, samemu wytyczając sobie szlak od wioski do wioski.

Birma to często nadal XIX wiek, gdzie nawet wodę na ryżowiska pompuje się ręcznie, a na wsiach królują dwukółki ciągnięte przez woły. Wystarczy wybrać się kilka kilometrów za turystyczne bazy wypadowe, żeby zobaczyć, jak naprawdę żyją ludzie.

Kraj ten jest jednym z najbardziej niezwykłych krajów, jakie odwiedziliśmy. Inle zniewala naturalnym pięknem, Bagan zachwyca majestatem, a ludzie są wprost uroczy. Ponadto dla Polaków i innych Demoludów jest on podwójnie ciekawy ze względu na swój reżimowy charakter i zmagania jego mieszkańców.

Klimat

Zwrotnikowy monsunowy klimat Birmy jest bardzo przewidywalny i sprawia, że niemal każdy czas jest dobry na przyjazd. O ile w trakcie pory deszczowej faktycznie pada, to jednak krótko, a pola i lasy są przynajmniej zielone.

Najgorętszym i w zasadzie najgorszym miesiącem na przyjazd do Birmy jest kwiecień, bo upały w centralnej części kraju są nieznośne nawet dla Birmańczyków i można wówczas zapomnieć np. o jeżdżeniu rowerem po Bagan. Niewiele chłodniejszy jest marzec, podczas którego my odwiedziliśmy ten kraj i który też kilka razy potrafił dać nam w kość. Aczkolwiek birmańskie ekstremalne lato ma swój duszny i męczący urok.

Przykładowe ceny

Wymiana pieniędzy to niełatwa sprawa, o której pisaliśmy tutaj. Najważniejsza informacja, to że należy posiadać nieskazitelne studolarówki. Nawet najmniejsze zagniecenia na środku banknotu powstałe od składania obniżają jego wartość. Trzeba też unikać cinkciarzy-oszustów przy Sule Paya, a pieniądze wymienić w hotelu (gorsze kursy) lub w zakładach jubilerskich na Bogyoke Market (lepsze kursy), gdzie operują rzetelni detaliści i hurtownicy. Do hurtowników ciężko trafić, a można ich znaleźć na piętrze w północno-zachodnim rogu rynku, gdzie oficjalnie zajmują się handlem kamieniami szlachetnymi (aktualny kurs u hurtowników to 870 kyatów za dobre 100-dolarówki i 860-850 za lekko zagniecione).

Ponad kilometrowy drewniany most Ubein niedaleko Mandalay jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie

Ponad kilometrowy drewniany most Ubein niedaleko Mandalay jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie

Za hotele, pociągi, łodzie, samoloty i wejściówki płaci się w dolarach, więc kyaty stanowią tylko część wydatków. Przyjeżdżając na 4 tygodnie od razu w Yangonie wymieniliśmy 600 USD na kyaty i okazało się, że ponad 100 dolarów w kyatach nam zostało. Wbrew spodziewanym trudnościom nie było jednak żadnych problemów z wymianą kyatów na dolary i zrobiliśmy to w naszym hotelu po tym samym kursie (870 kyatów za 1 USD), nic nie tracąc.

W porównaniu z kosztami życia w kraju, hotele są dość drogie i ciężko znaleźć coś za mniej niż 5 USD za osobę. Nowością w Azji Południowo-Wschodniej jest jednak śniadanie, które niemal zawsze jest wliczone w cenę i faktycznie znacznie obniża koszty. Taniej niż za 10 USD spaliśmy jedynie w Yangonie (norowaty, bez okna, z łazienką na zewnątrz, choć z niezłym klimatem Majabandoola Guest House przy Sule Paja – 7 USD za dwójkę bez śniadania) oraz Kalaw (niezły Pine Land Inn z uroczą właścicielką i przepysznymi śniadaniami – 6 USD za dwójkę z łazienką na zewnątrz).

Obiad w knajpce – 2-3 tys. kyatów

Obiad w ulicznym miejscowym barze (birmańskie niezłe curry z zestawem sałatek, przepyszne ryby z grilla w Nyaungshwe) – 500-1,5 tys. kyatów

Straganowe przekąski (chińskie pampuchy z kurczakiem/warzywami bądź na słodko, Shan noodles, itp.) – 200-400 kyatów

Ceny autobusów:

Yangon – Inle – 11-15 tys. kyatów w zależności od przewoźnika

Yangon – Mandalay – 10 tys. kyatów

Yangon – Bagan – 18 tys. kyatów

Inle – Mandalay – 10 tys.

Inle – Bagan – 12 tys.

Autobusy lokalne – 2-4 tys. kyatów (Mandalay – Kyaukme – 2 tys.)

Całodzienny treking z przewodnikiem – 10-12 tys. za osobę za dzień (z Kalaw do Inle 3 dni, wokół Hsipaw – 2-3 dni)

Wejściówki:

Inle – 5 USD

Bagan – 10 USD

Shwedagon Paya w Yangonie – 5 USD (nie warto, to samo tylko że lepsze jest w Bagan – złote świątynie w Bagan były pierwowzorem dla Shwedagon)

Wypożyczenie skutera – trudne – 10 tys. (prawdopodobnie najdrożej w Azji)

Wypożyczenie roweru – 1-1,5 tys.

Woda mineralna – 250-300 za 1 l

Piwo – szmuglowany z Tajlandii Chang – 700 (0,33 l), lokalny rządowy Myanmar – 1300 (0,6 l)

Turyści w Bagan zazwyczaj gnają utartym szlakiem, nie zauważając mniej znanych, ale jakże widowiskowych świątyń

Turyści w Bagan zazwyczaj gnają utartym szlakiem, nie zauważając mniej znanych, ale jakże widowiskowych świątyń

W Birmie spędziliśmy 26 dni. Nasze średnie wydatki na 2 osoby wynosiły łącznie 29 USD dziennie. Aż jedną trzecią tej kwoty wydaliśmy w dolarach (240 USD), głównie na hotele i wejściówki.

Kwota ta obejmuje już pamiątki, a trzeba przyznać, że Birma to pamiątkarski raj. Ręcznie malowane obrazy piaskowe, niezliczona ilość pięknych drewnianych ręcznie wykonanych rzeźb i figurek (10-20 USD), kukiełki, noże czy buddyjskie mosiężne dzwonki. W przypadku pamiątek można sporo utargować. Birmańskie pamiątki były zdecydowanie najciekawsze, najładniejsze i najbardziej autentyczne w całej Azji. Gdybyśmy wkrótce wracali do Polski, z pewnością wywieźlibyśmy stąd dużo więcej.

Ciekawostki i zachowania

Wbrew temu co mogłoby się wydawać z polskiej perspektywy, Birma jest niebywale bezpiecznym krajem, po którym podróżuje się bez problemu.

"Protection from what? Ze Germans???"

"Protection from what? Ze Germans???"

Birma objęta jest całkowitym europejsko-amerykańskim embargiem. Sprawia to, że w kraju tym nie ma ani jednego bankomatu i zachodniego banku, a także żadnych europejskich ani amerykańskich firm. Nawet Coca-Cola w Birmie jest tylko nielegalnie, przywożona przez sklepikarzy z Tajlandii.

W związku z tym Birmańczycy niesamowicie spragnieni są produktów z Zachodu. Najbardziej widoczne jest to w wiejskich rejonach Bagan, gdzie bardzo często wypytywano nas np. o t-shirty, perfumy czy kosmetyki. Próbki perfum z Polski bez problemu można wymienić z lokalnymi handlarzami pamiątek albo jeszcze lepiej rozdawać jako podarunki.

W Birmie żyje ponad 400 tys. buddyjskich mnichów. I to widać. W żadnym innym kraju nie mieliśmy tyle kontaktu z mnichami co w Birmie

W Birmie żyje ponad 400 tys. buddyjskich mnichów. I to widać. W żadnym innym kraju nie mieliśmy tyle kontaktu z mnichami co w Birmie

Birmańczycy to najbardziej otwarty i ciekawy świata naród, jaki do tej pory spotkaliśmy. Jeśli ktoś zna choćby 3 słowa po angielsku (a czasem w ogóle na migi) od razu zagaduje białych, próbując dowiedzieć się czegoś o świecie. W co drugiej przydrożnej knajpce wiszą szkolne mapy świata z flagami wszystkich krajów, a znajomość geografii czy historii jest zdecydowanie najwyższa, z jaką się zetknęliśmy.

Przyjeżdżając do Birmy, warto zabrać z Polski nieużywane książki do angielskiego, a nawet jakikolwiek stary sprzęt elektroniczny. Stare aparaty na kliszę z lat 90-tych są tu rarytasem, a na ulicznych straganach Yangonu sprzedaje się wszystko od telewizyjnych pilotów po używane obcinacze do paznokci sprowadzane z Tajlandii.

Bardzo często (szczególnie w rejonie Bagan) Birmańczycy kolekcjonują banknoty ze świata. Warto wziąć ze sobą kilka drobnych nominałów z sąsiednich krajów lub z Polski. Oczywiście zdarzają się kolekcjonerzy-oszuści, którzy próbują wymienić później tajską czy wietnamską walutę na dolary, ale w większości to prawdziwi pasjonaci zamknięci w reżimowym kraju, bez dostępu do świata. Wszystkie banknoty przechowują wyprasowane w oddzielnych przegródkach i traktują niemal jak relikwie.

.

————————————

A na koniec podróż do XIX wieku.

.

.

I trochę zdjęć:

Jezioro Inle, Birma
Mandalay i Hsipaw, Birma
Bagan i Irawadi, Birma
Kalaw, Birma

.