Category Archives: Indonezja

Nowa zoolandia

Kilka miesięcy temu bardzo chcieliśmy napisać Wam o rzeczy wyjątkowo ważnej, tj. o podejściu do dzikiej przyrody i zwierząt w ogóle w Azji.

Miało być o maltretowanych słoniach w Wietnamie i Nepalu i żeby na nich nie jeździć. Miało być o tygrysach faszerowanych środkami nasennymi na potrzeby fotki z turystami w Tajlandii i żeby Świątynię Tygrysów omijać z daleka. Miało być o psach w Chinach i Indonezji zatłukiwanych bestialsko pałką w restauracjach, żeby ich mięso było soczyste, a adrenalina i stres wydzielane do mięśni zwierzęcia podczas maltretowania zapewniły dobre zdrowie Chińczykom i żeby dwa razy zastanowić się przed zamówieniem kota czy psa w Guangdong.

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Miało być o skorupach chronionych żółwi, które można dostać spod lady na Borneo na pamiątkę i żeby nie chodzić do delfinariów, gdzie delfiny żyją trzy razy krócej niż na wolności i niejednokrotnie popełniają samobójstwa, postanawiając po prostu przestać oddychać. Miało być o płetwach rekina, na które popyt na szybko bogacącym się chińskim rynku rośnie zatrważająco, a setki tysięcy rekinów w Indonezji, na Filipinach i połowie Pacyfiku jest łapanych tylko po to, by odciąć im płetwy i wrzucić z powrotem do morza, gdzie powoli opadają na dno, wciąż żyjąc nim zgniecie je potworne ciśnienie.

Indonezyjskie graffiti w Dżogdżakarcie

Miało być o wielu podobnych rzeczach, o których nie było, bo na zawsze utknęły w katalogu nienapisanych wpisów.

Ale przy okazji Nowej Zelandii może być o czymś zupełnie odwrotnym, czyli o wzorowym podejściu do dzikiej przyrody. To jak Nowozelandczycy traktują swoje Parki Narodowe, a często nawet zwykłe łąki i klify w okolicy średniej wielkości miast, zasługuje nie tylko na pochwałę, ale i na pomnik.

Pingwiny żółtookie gniazdują kilka kilometrów od Moeraki, a klify, które upatrzyły sobie na siedliska oddzielone są od cywilizacji szczelną siatką. Do zwierzaka można podejść, zajrzeć niemal w oko, ale trzeba uważać, żeby go nie zestresować, bo pójdzie w siną dal.

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Plaże w Catlins ludzie dzielą z fokami i lwami morskimi, ale jeśli akurat w tym sezonie matka wybierze sobie na legowisko wydmy przy ścieżce na plażę, to serdecznie Państwu dziękujemy, przejścia nie ma. Na plażę proszę jechać 500 metrów dalej. Tu mieszka lew morski.

Jeśli na Półwyspie Otago jest miejsce, gdzie CODZIENNIE o zachodzie słońca z łowisk powraca stado 50-100 pingwinów niebieskich, będących skądinąd najmniejszymi pingwinami świata, to owszem, można podejść, popatrzeć, ale nie bliżej niż 10 metrów, żeby maluchów nie denerwować. I broń boże pstrykać foty z fleszem!

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

W zasadzie strażników nie ma, jak by się uparł, pingwinka można by wziąć nawet w rękę, ale przecież mamy „honour system”. Są znaki, tablice informacyjne o cyklu rozrodczym, trybie życia i żeby maluchom nie szkodzić, jeśli łaska. I jakoś człowiek aż boi się przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi a nami.

Kilka kilometrów dalej na klifach daleko wypuszczonych w morze gniazdują albatrosy. I jest to jedyna kolonia tych ptaków w zamieszkałym świecie. Przepiękne ptaki, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej 3 metry szybują majestatycznie nad oceanem i głowami ciekawskich turystów, a obok znajduje się ośrodek badania i monitorowania ich zwyczajów. Za 40 dolarów można wykupić wycieczkę do gniazd albatrosów i podpatrywać, jak wysiadują jaja i karmią młode, ale można też po prostu stanąć na klifie i czekać aż będą przelatywać tuż nad głowami, dostojnie wracając ze swoich łowisk.

Co ciekawe, wszystkie, ale to wszystkie z wymienionych atrakcji świata zwierząt w Nowej Zelandii można podziwiać za darmo. Żadnych opłat za wejście do rezerwatu, Parku Narodowego, zdjęcie uśmiechniętego pingwina. Czasem tylko skrzynka zachęcająca do wrzucenia dotacji na wsparcie wysiłków konserwatorów przyrody. Aż żal nie dać.

Albatros nad Otago

Albatros nad Otago

Nawet z delfinami w Bay of Islands, na Półwyspie Banks czy Marlborough Sounds można by pływać bez problemu, nie wydając 150 dolarów za wycieczkę, gdyby miało się własną piankę i transport wodny. Proszę wsiąść na żaglówkę i droga wolna.

Podobnie z wielorybami u wybrzeży Canterbury, nieopodal Kaikoury. Wystarczy wskoczyć na łódkę i poszukać swojego humbaka. Tylko ostrożnie, bo może zmiażdżyć łódź!

Czyli jednak można normalnie.

.

A najwięcej dzikich zwierząt w Nowej Zelandii widzieliśmy chyba w prowincji Otago na Wyspie Południowej:

Otago, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Reklamy

6.0

6 stopni w skali Richtera. Dużo to i mało.

Gdy uderzyły pierwsze wstrząsy, zaparkowaliśmy akurat naszego Żuka pod sklepem. Szybka myśl: stoimy nad tunelem metra albo bardzo blisko przejeżdża jakiś superpociąg. Tylko że w Christchurch nie ma metra ani ciężkich kolei!

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

O ile na zewnątrz nawet silne trzęsienie ziemi daje się odczuć niemal wyłącznie jako przejeżdżający blisko pociąg, to wewnątrz budynku wrażenia tego nie można już pomylić z niczym innym. Szyby piszczą, część witryn sklepowych pęka, ściany się trzęsą, a w mieszkaniu ciężko utrzymać równowagę. Ludzie odbijają się od ścian, w pośpiechu próbując opuścić budynki.

Trzęsienie ziemi 23 grudnia było czwartym największym w historii Christchurch. Tak się akurat złożyło, że miało ono swoje epicentrum w New Brighton – dzielnicy, w której zatrzymaliśmy się u naszego Couch Surfa.

Część mostów w mieście zostało uszkodzonych, a połowa New Brighton znalazła się pod wodą. O ile można tak powiedzieć o 20-centymetrowej warstwie wody zalegającej głównie na ulicach i co poniektórych chodnikach. Część miasta została zalana przez wody podskórne, które wraz z płynnym błotem uwolniły się na powierzchnię. W jednym z supermarketów dosłownie pękła podłoga, a po kilku minutach woda sięgnęła kilkunastu centymetrów. Centrum handlowe ewakuowano w jakieś 3 minuty, a przez kolejne kilka godzin pracownicy szczotkami wymiatali wodę i błoto wciąż wypływające na powierzchnię.

I przedświąteczny utarg diabli wzięli

I przedświąteczny utarg diabli wzięli

Jak twierdzą sejsmolodzy trzęsienie wigilijne było w zasadzie wstrząsem wtórnym po najbardziej niszczycielskim trzęsieniu z lutego 2011, gdy zginęło łącznie 181 osób. Straty oszacowano wówczas na 20 do 30 miliardów dolarów, co czyni je czwartym najdroższym trzęsieniem w historii świata. Lutowe trzęsienie miało co prawda zaledwie 6,3 stopni w skali Richtera, ale było dużo silniejsze niż mogłoby się wydawać.

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Okazuje się bowiem, że skala Richtera to niemal nieużywana już przez sejsmologów zabawka, pielęgnowana w zasadzie wyłącznie przez dziennikarzy, ponieważ nadal najsilniej otwiera oczy masowej wyobraźni. Jest ona mocno niedoskonała, bo określa jedynie całkowitą ilość energii wyzwolonej podczas trzęsienia. Sejsmolodzy wolą tymczasem inne skale, a najchętniej wskaźniki takie jak PGA, określające przyspieszenie ziemi podczas wstrząsu. Innymi słowy jeśli trzęsienie jest zaledwie średnie, ale trwa chociaż pół minuty, albo nawet 2 minuty, to wyzwoli znacznie więcej energii niż gwałtowne wstrząsy trwające 12 sekund. I tak stało się właśnie w Christchurch w lutym. Przyspieszenie ziemi wyniosło wówczas 2,2 g, czyli było ponad dwukrotnie większe niż w przypadku większości trzęsień o sile 7, a nawet 8 stopni w skali Richtera.

Ale wróćmy do naszego trzęsienia z 23 grudnia. W ciągu całej doby poprzedzającej Wigilię odczuliśmy łącznie ponad 50 trzęsień, z czego aż pięć było silniejszych niż 5 stopni w skali Richtera. I cóż możemy rzec?

Miasto nie jest zrujnowane, nikomu nic się nie stało i jedyne co daje się odczuć, to nadmierna nerwowość. Zapłakani i spanikowani ludzie wydzwaniają do radia, skarżą się, że zawalił im się dopiero co odrestaurowany płot przed domem, a błoto na głównej ulicy sięga już połowy alufelgi. Już 5 minut po trzęsieniu przeleciały nad nami co najmniej 3 helikoptery ratownicze sprawdzające straty i poszukujące rannych. Tym razem na szczęście nikomu nic się nie stało.

Dobrze, że jest 4x4

Dobrze, że jest 4x4

Rozumiem, że lutowa trauma wciąż jest jeszcze żywa. Faktem jest, że zginęło wiele osób. Jednak straty oszacowane na 20-30 miliardów wynikają głównie z tego, że Inspekcja Budowlana nakazała wyburzyć ponad jedną czwartą z 4000 budynków w centrum uznanych za niestabilne (z tego mnóstwo biurowców i międzynarodowych hoteli). Wszystkie domy prywatne położone w promieniu kilkudziesięciu metrów od rzeki także zostały oznaczone jako „czerwona strefa” i przeznaczone do wyburzenia. Tak się akurat składa, że tradycyjnie od dziesięcioleci były to dzielnice willowe na bogatych przedmieściach.

Pewnie słusznie. Nowa Zelandia to bezpieczny kraj i nikt tu nie będzie ryzykował nawet złamaną ręką dla kilku milionów dolarów. I tak zapłaci ubezpieczyciel do spółki ze skarbem państwa.

Spalone domy po wybuchu Merapi z 2010 roku

Spalone domy po wybuchu Merapi z 2010 roku

Nie chcę bagatelizować sprawy. Rzecz tylko w tym, że kilka miesięcy temu spędziliśmy 3 miesiące w Indonezji. Niemal przez tydzień mieszkaliśmy w Dżogdżakarcie na Jawie. Pobliski wulkan Merapi jest prawdopodobnie najbardziej niszczycielskim wulkanem na Ziemi. Jawa podobnie jak Nowa Zelandia, także leży na Pacyficznym Pierścieniu Ognia i co jakiś czas nawiedzają ją silne trzęsienia ziemi. Podczas naszej wizyty w kwietniu mijało właśnie pół roku od jednej z najgwałtowniejszych erupcji Merapi w historii.

Zostają po nich buty i telefon głuchy

Zostają po nich buty i telefon głuchy

Cztery lata wcześniej znajoma, u której mieszkaliśmy na Couch Surfingu została przygnieciona przez metalową konstrukcję dachu, który zawalił się podczas tragicznego trzęsienia z 2006 roku. Przez wiele godzin leżała pół żywa, dopóki nie wyciągnęli jej sąsiedzi. Wówczas w trzęsieniu o sile 6,2 stopni w skali Richtera zginęło niemal 6 000 osób, a półtora miliona straciło dach nad głową.

Tam jednak o Inspekcji Budowlanej ani tym bardziej odszkodowaniach nikt jednak nie słyszał. Pod Merapi popioły także opadają, a ludzie zaczynają odbudowywać swoje wioski.

Erupcja Merapi z 2010 roku zrównała z ziemią wiele wiosek i zmusiła do ewakuacji ponad 400 tys. ludzi

Erupcja Merapi z 2010 roku zrównała z ziemią wiele wiosek i zmusiła do ewakuacji ponad 400 tys. ludzi

Widać zdecydowanie lepiej żyć w Nowej Zelandii niż Indonezji. Przynajmniej pod pewnymi względami.

.

A poniżej zapraszamy do pierwszej, z jak się zanosi bardzo licznych, galerii z Nowej Zelandii. Na początek okolice Christchurch, czyli region Canterbury na Wyspie Południowej.
.

Canterbury, Nowa Zelandia

.

Mania nawracania

Jak to się dzieje, że w wiosce, w której mieszka kilkaset osób, są trzy kościoły? Jak wygląda chrześcijańska rywalizacja o rząd pogańskich dusz w Azji i na Pacyfiku? Co naprawdę skłania ludzi do porzucania tradycyjnych wierzeń na rzecz chrześcijańskiego bądź muzułmańskiego Boga?

Wieś Kamarora – północny Celebes, Indonezja. 200 osób. Kościół metodystyczny, katolicki i luterański. Baptystyczny w budowie.

Wyspa Ureparapara – Archipelag Banksa, Vanuatu. 300 osób. I trzy kościoły – jehowici, anglikanie i zielonoświątkowcy. Anglikanie w nowo zakładanych ogrodach zabronili zakopywać w ziemi tzw. kamieni żywnościowych, które według tradycyjnych wierzeń zapewniają obfitość plonów przez dziesięciolecia. Część mieszkańców nadal po kryjomu zakopuje kamienie, ale nie przyzna się do tego nawet wodzowi wioski.

Region Langsi i Batutumonga – Tana Toraja, Indonezja. Więcej kościołów niż wiosek, choć rzadko która liczy więcej niż 30-40 osób.

Oprócz kalejdoskopu chrześcijańskich kościołów miejsca te łączy jeszcze jedna rzecz. Trzydzieści, czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu wszystkie one miały własne tradycyjne wierzenia. Najczęściej animistyczne. Ich mieszkańcy wierzyli w potęgę lasu, majestat morza, moc wulkanu.

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

W Zatoce Marau na Wyspach Salomona misjonarze stwierdzili, że tradycyjne miejsca kultu, gdzie przez stulecia w podmorskiej grocie chowano zasłużonych wodzów wioski, nie mogą być dłużej czczone, więc wszystkie są dziś Tabu.

Gdy nałożyć na siebie współczesną mapę wyznaniową Indonezji z tą sprzed 100 lat, okaże się, że wszystkie animistyczne religie zostały wymazane przez chrześcijańskich misjonarzy.

Misja

Sumatra – jedyna chrześcijańska społeczność na tej ponad 40-milionowej wyspie to 100 000 Bataków w regionie Jeziora Toba. Borneo – Dayakowie, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty kanibale. Celebes – lud Tana Toraja, który przez wieki chował przodków w grotach wykutych w skale. Papuasi na Nowej Gwinei, którzy pierwszy kontakt z białym człowiekiem często mieli dopiero w ostatnim półwieczu. I Flores – kultura Bajawa i inne animistyczne religie od Labuanbajo aż po Moni.

Żeby zapełnić katolickie, jehowickie, anglikańskie i luterańskie nieba, chrześcijańscy misjonarze pracują bez wytchnienia. Dziś misjonarze na Borneo i Papui mają własne linie lotnicze, w których za kosmiczne pieniądze można nawet wykupić miejsce w samolocie i raz na kilka tygodni lecieć awionetką ramię w ramię z księdzem czy pastorem wprost do serca dżungli, gdzie nadal trwa walka o dusze Dayaków i Papuasów z animistycznym diabłem.

Ciekawie przebiega również nawracanie w Chinach. Żaden z odwiedzonych przez nas narodów nie jest tak merkantylnie nastawiony do życia jak Chińczycy. Tu wszystko obraca się wokół pieniądza. Nawet wiara. Mimo że grunt to oporny, bo kultura wielu tysiącleci, dziś chrześcijańscy misjonarze pomagają zacząć nowe życie Chińczykom, którzy się nawrócą. A że wyznawców mamony jest tu znacznie więcej niż naśladowców Konfucjusza, chrześcijańskie dukaty przyciągają coraz liczniejsze rzesze nowowierców. Neofici odbierają należne im talary, raz na kilka tygodni przyjdą do kościoła, a poza tym nadal robią swoje.

A u nas tylko godzina

Na Fidżi poznaliśmy Józefa. Józef, podobnie jak setki Janów, Marii i Jakubów nosi tradycyjne imię, jakie spotkamy wszędzie na Vanuatu, Wyspach Salomona czy Floresie, a które wbiło się w te tereny wraz z krzyżem chrystusowym. Józef jest katolikiem. Od niedawna. Wiarę zmienił w zeszłym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu był protestantem. Na pytanie co skłoniło go do tak ważnej życiowo decyzji, nie potrafi jasno odpowiedzieć. Gdy poznajemy się nieco lepiej, wyznaje jednak:

– Lubię katolickiego misjonarza. No i msza trwa tylko godzinę, a u protestantów przynajmniej półtorej. Teraz mam więcej czasu dla siebie.

No i to jest argument. Wreszcie zaczynamy do czegoś dochodzić.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

By żyło się lepiej – w imię Boga

Przed kilkoma miesiącami na Floresie w Indonezji odwiedziliśmy polskiego misjonarza. Ksiądz Stanisław przyjechał tu ponad 40 lat temu i był jednym z pierwszych misjonarzy w tym kraju. Na animistycznym albo jako kto woli pogańskim zachodnim Floresie, było wówczas tylko kilka tysięcy chrześcijan. Dziś na niemal dwumilionowej wyspie stanowią oni ponad 90% i są najliczniejszą katolicką grupą w tym 250-milionowym kraju.

Pader Stanis, jak nazywają go okoliczni mieszkańcy, ma dziś ponad 80 lat, ale nadal tryska energią. Podczas swojej długiej misjonarskiej kariery zbudował na Floresie już 25 kościołów i niezliczoną ilość kaplic. To niewątpliwie ciepły i uroczy człowiek, który zawsze chętnie ugości przybyszów z Polski.

Nie zmienia to jednak faktu, że podczas naszej rozmowy i od czasu do czasu dyskretnie przemycanych trudnych kwestii, nie był w stanie odpowiedzieć na żaden z kontrowersyjnych tematów…

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Czy tradycyjne animistyczne wierzenia środkowego Floresu opierające się na siłach natury są tak niewiele warte w porównaniu z majestatem chrześcijańskiego Boga, że trzeba je zniszczyć?

Jaką realną korzyść otrzymują mieszkańcy nawracanych terenów z pracy misjonarzy, którzy budują kościoły, a nawet sale zgromadzeń dla lokalnej społeczności, z których mogą jednak korzystać wyłącznie Ci mieszkańcy, którzy nawrócą się na katolicyzm?

Czy misyjne szkoły podstawowe (powtarzam – PODSTAWOWE), muszą pobierać takie same, a zazwyczaj nawet wyższe opłaty za naukę niż indonezyjskie szkoły prywatne i państwowe?

Na froncie walki o rząd dusz

Walka o rząd dusz trwa tu nadal. Na Floresie, podobnie jak w całej Indonezji, islamizacja postępuje szybko. W Labuanbajo codziennie o piątej rano rozbrzmiewa głos muezina z górującego nad osadą minaretu. Na północnej Sumatrze, w półautonomicznym rygorystycznie islamskim stanie Banda Aceh od dawna obowiązuje prawo koraniczne.

Obecnie w 250-milionowej Indonezji, będącej czwartym najludniejszym krajem świata, muzułmanie stanowią już 88% społeczeństwa. Tradycyjnie islamski rząd kraju w Dżakarcie stara się obecnie wymusić na coraz mniej wielokulturowym społeczeństwie nakaz noszenia burek przez kobiety. Do islamizacji kraju droga jednak jeszcze daleka.

Dzięki wytężonej pracy ojca Stanisława oraz tysięcy innych misjonarzy dziś niemal wszystkie wioski na Floresie są już chrześcijańskie. Tradycyjne wierzenia na centralnym Floresie i w barwnym niegdyś regionie Bajawa są już w zasadzie jedynie zasłoną dymną dla turystów. Za kilkanaście dolarów ktoś nadal chętnie odtańczy tradycyjny taniec za pomyślność plonów, ale nawracanie na wielkie religie na masową skalę uczyniło z lokalnych wierzeń jednolitą chrześcijańską i muzułmańską papkę.

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Oczywiście misjonarze nie czynią zła. Trzeba przyznać, że zdarza się, że czynią bezinteresowne dobro. Budują systemy irygacyjne, szkoły, prowadzą działania zapobiegające szerzeniu się AIDS. Czasem bezpłatnie wyślą jakieś dziecko do misyjnej szkoły. Właśnie w tej chwili metodyści w rejonie Zatoki Mele na Vanuatu prowadzą projekt dostarczenia bieżącej wody do okolicznych wiosek.

Ale czy ofiarą za rozwój cywilizacyjny i duchowy musi być rząd dusz, zakazy zakopywania kamieni żywnościowych, odwiedzania miejsc kultu i de facto niszczenie tradycyjnych wierzeń? To pytanie, które z pewnością zadaje sobie zbyt mała grupa misjonarzy.

.

P.S. A na koniec galeria z Wysp Russella na Salomonach. Wyspy Russella to bastion adwentystów dnia siódmego. Religię traktują oni wyjątkowo poważnie. W sabat przypadający w sobotę nie wykonują oni żadnej pracy. Nie chodzą do ogrodu, a nawet nie przyrządzają jedzenia. Gdy w piątkową noc jakiś mniej ortodoksyjny wierny buchnął nam z łodzi kilka drobiazgów, w sobotę rano udaliśmy się do wodza wioski. Ten jednak do religii podchodził bardzo serio i oświadczył, że w sobotę nie ściga złodziei.

Ale Wyspy Russella i tak okazały się jednym z piękniejszych miejsc.

Wyspy Russella, Wyspy Salomona

.

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 3

A dziś, kończąc wreszcie wątek indonezyjskich informacji praktycznych, o tym, ile kosztuje życie na tym końcu świata, co ciekawego można tu zjeść i jak to się stało, że na indonezyjskiej wsi poprowadziliśmy lekcję polskiego.

Przykładowe ceny

Na początek obalmy mit. Wbrew temu, co można wyczytać na forach i co wydaje się niektórym quasi-podróżnikom, Indonezja jest tania. Nasze średnie dzienne wydatki przez 3 miesiące wyniosły 85 zł na dwie osoby!! Kwota porównywalna z każdym innym krajem Azji Południwo-Wschodniej. I to bynajmniej nie dlatego, że siedzieliśmy w miejscu, bo odwiedziliśmy niemal pół kraju, który jako się rzekło, mały nie jest. I raptem 10 dni nocowaliśmy na CouchSurfingu.

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nieporozumienie w kwestii tego, że Indonezja jest droga najczęściej wynika z faktu, że ludzie mają mało czasu, a chcą zobaczyć kawał świata i przejechać odległość znacznie większą niż z Portugalii do Finlandii. Lub wykupują wycieczki (na Bromo – 100 zł, na Komodo – 200 zł, itp.). Wszystko to można zrobić taniej i lepiej.

Przelicznik waluty: 10 tys. RPH – 3,3-3,4 zł

Prom Pelni Makasar – Surabaya – 230 tys. (24 h)

Prom Pelni Balikpapan – Palu – 140 tys. (10 h)

Prom lokalny Ampana – Wakai (Togeany) – 40 tys. (4 h)

Autobus Yogyakarta – Surabaya – 60 tys. (6 h, obiad gratis)

Autobus Mataram – Bima – 150 tys. (12 h, obiad i prom z Lombok na Sumbawę gratis)

Pociąg Yogyakarta – Probolingo (3 klasa) – 30 tys. (12 h, raz dziennie o 7:30)

Autobus lokalny Probolingo – Banyuwangi – 25-30 tys. (5h, przez Jember 7 h)

Autobus lokalny Gilimanuk – Denpasar – 25 tys. (2 h, na Bali wszystko droższe)

Kijang: Tanjung Selor – Berau, Makasar – Bira, Poso – Ampana i wszystko inne na dystansie ok. 200 km lub 3-5 godzin jazdy – 50 tys. (Kijang to samochód prywatny pełniący funkcję grupowej taksówki, a raczej minibusa, bo zabiera zazwyczaj 8-10 osób. Nazwa pochodzi od najpopularniejszego modelu Toyoty Kijang, ale równie dobrze może to być Isuzu Panther, jakiś Datsun, Daihatsu albo cokolwiek innego, co ma żółte tablice).

Ojek (motor – taksówka) – 5-10 tys. w mieście do 5 km. 20-30 tys. poza miastem (z Banyuwangi na Ijen, itp.)

Bemo (minibus w mieście) – 4-6 tys. w zależności od miasta

Hotele – 50-60 tys. za dwójkę (w zasadzie wszędzie można znaleźć coś w tej cenie. Nawet w Kucie na Bali poza lipcem i sierpniem. Przez 3 miesiące tylko 4 razy za hotel zapłaciliśmy 100 tys. za dwójkę. W Rantepao w Tana Toraja, 3 razy na Bali – w Kucie o 10 w nocy, na Nusa Lembongan i w Ubud, a także w mega-turystycznym Rutengu na Floresie. W większości przypadków były to jednak najlepsze hotele, w jakich spaliśmy w Indonezji – z pysznym, obfitym śniadaniem, prawdziwym prysznicem i siadaną toaletą – prawdziwa rzadkość i atrakcja sama w sobie. W Rantepao mieliśmy nawet ciepłą wodę – jedyny raz w Indonezji.) Przypominam: 50 tys., czyli 17 zł za dwójkę, nierzadko z herbatą i pączkiem na śniadanie!

Wynajęcie motoru – 30-70 tys. (w zależności od wyspy, na Bali o dziwo najtaniej, na Floresie najdrożej)

Wejściówka do Borobudur / Prambanan – 130 tys. (studencki 65 tys. – niech żyją wieczni studenci!)

Jedzenie – 5 – 10 – 15 tys. (patrz rozdział: Jedzenie)

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Jedzenie

Doprawdy nie wiem, skąd bierze się mit, że jedzenie w Indonezji jest niedobre. Może niewyrafinowane, mało różnorodne, ale niedobre na pewno nie!

Przez pierwsze 6 tygodni (Derawan, Borneo, Celebes, Togeany) niemal codziennie jedliśmy PRZEPYSZNĄ ŚWIEŻĄ rybę morską z zestawem surówek, ryżem, nierzadko darmowym świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Danie takie to koszt 15-25 tys. od osoby. (Ja po prawdzie jadłem ją na zmianę z równie pysznym, zawsze świeżym, smażonym lub grillowanym kurczakiem na chrupko – 10-20 tys.)

Faktem jest, że w Indonezji, szczególnie w dusznych, zatłoczonych miastach w ciągu dnia ciężko zjeść świeżo przygotowane mięso czy rybę. W większości knajp jedzenie jest przygotowywane rano, a następnie przez cały dzień stoi zimne wystawione za szybą (lub lekko ciepłe – nagrzane od słońca). Takie dania w ciągu 90 dni jedliśmy tylko kilkanście razy, niemal wyłącznie na Jawie i Nusa Tengara, czyli od Bali po Flores. W takim przypadku zazwyczaj można jednak zamówić ryż smażony z jajkiem, który przyrządzą świeży na miejscu (5-12 tys.).

Do tego w kraju tym rządzą przepyszne przekąski, szczególnie wieczorową porą:

Terang Bulan („Księżyc w pełni”) – indonezyjskie naleśniki na grubym cieście, coś jakby krzyżówka gofra z naleśnikiem. Faszerowane bananami, orzechami, czekoladą, serem i czymkolwiek chcesz – 8-12 tys. Zjesz jednego i zapomnij o kolacji. Zawsze bierz dwa – będziesz miał na śniadanie!

Martabak – naleśnik bliższy naszym wyobrażeniom, ale za to z jajkiem, cebulą i szczypiorkiem, czasem również mięsem. Pycha za 8-12 tys.

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Ciekawostki i zachowania

Indonezja nie jest trzecim światem. Ludzie zarabiają tu co prawda 300 zł miesięcznie, ale wśród młodych ludzi rządzą portale społęcznościowe. Prawie wszyscy na Facebooku mają po 500-3000 znajomych i nie przepuszczą białemu poznanemu w autobusie czy na promie, aby nie wymienić się kontaktami.

Co za tym idzie, świetnie funkcjonuje tu Couch Surfing. Ludzie spragnieni są kontaktu z obcokrajowcami i chętnie słuchają opowieści z dalekich krajów, dzieląc się wiedzą o Indonezji (pomijam przygodne kontakty i niezliczone prośby o zdjęcie). Couch Surfing w Yogyakarcie okazał się jednym z ciekawszych do tej pory, a CS pod Makasarem to nasz pierwszy kanapowy pobyt na wsi. I od razu wśród pól ryżowych, gdzie w lokalnej szkole poprowadziliśmy lekcję angielskiego / polskiego.

Język indonezyjski jest najłatwiejszy na świecie. Doprawdy nie wiem, dlaczego Zamenhof zamiast wymyślać jakiś bezużyteczny twór nie zajął się propagowaniem indonezyjskiego. Nie ma czasów, rodzajów ani odmian. Wystarczy poznać 9 cyfr i cztery przyrostki, aby nauczyć się liczyć do miliona. Nie ma żadnych wyjątków! Po tygodniu na Borneo, gdzie angielski nie istnieje, bez problemu dogadywaliśmy się na temat mieszkania, jedzenia, cen i przejazdów. Po 3 na temat rodziny, dzieci i pogody, a po miesiącu coś o sobie, naszej podróży, ich pracy, itp. Na Borneo, Celebesie i wschodnich rubieżach Nusa Tengara bahasa indonesia to konieczność.

Każda wyspa w Indonezji to osobny kraj. Wszędzie inny język, ludzie raz ciepli raz chłodni. Warto o tym pamiętać i przestawiać się psychicznie, przekraczając kolejne „kraje”. Postawę bojową należy przybrać jedynie na Jawie i Bali.

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Na obu tych wyspach rąbią w biały dzień. I bynajmniej nie w białych rękawiczkach. Dworzec Ubung w Denpasarze to zbieranina najgorszych naciągaczy na ziemi. Tylko niewiele lepiej jest w Probolingo pod Bromo. Ceny biletów autobusowych z Bali są przerażające i dużo lepiej jest wyjechać z wyspy lokalnym transportem (20-30 tys. do promu i promem na Jawę (6 tys.) / Lombok (36 tys., 4 h). Z Mataram na Lomboku bilety na Sumbawę i Flores i są dużo tańsze. Jak zwykle, gdy ktoś rozpoczyna rozmowę „Hello, my friend!” i pyta gdzie się wybierasz, wiesz, że najlepiej milczeć jak grób. Zasada numer jeden: Wystrzegaj się przyjaciół.

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 2

Gdy masz już wizę do Indonezji lub udało Ci się przedłużyć dotychczasową i wiesz, jak się poruszać, czeka cię najlepsze.

Co warto zobaczyć

Wszystko. Indonezja jest jednym z bardziej fascynujących krajów, jakie dotychczas odwiedziliśmy. Widoki iście księżycowe, wulkany ziejące siarką, rafy chyba najlepsze na świecie, orangutany na Borneo i Sumatrze, smoki na Komodo, a do tego ludzie czasem całkiem mili.

Na Jawie koniecznie trzeba wybrać się na płaskowyż Ijen z ręczną kopalnią siarki i górnikami pracującymi ponad ludzkie siły. Atrakcja bijąca Bromo, które swoją drogą faktycznie jest tak piękne i nieziemskie jak na pocztówkach i zdjęciach w Internecie. Rzecz, która nierzadko się zdarza. Świątynie Borobudur i Prambanan Angkorowi w Kambodży i Bagan w Birmie nie sięgają nawet kostek, ale jeśli jesteś już w okolicy…

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

W pobliżu Jogjakarty dużo ciekawsza jest za to okolica wulkanu Merapi. W październiku 2010 roku wulkan ten zanotował jedną z najbardziej gwałtownych erupcji w historii, całkowicie niszcząc kilka wiosek u podnóża, częściowo zasypując Borobudur i poważnie zagrażając Dżogdży. W okolicy, przechadzając się pośród w połowie zasypanych domów i spalonych samochodów, cały czas można z pokorą obserwować niewyobrażalną niszczycielską moc Matki Ziemi.

Bali, jak to Bali, nie ma się co oburzać. Na południu naprawdę świetny imprezowy klimat, porównywalny z Bangkokiem. A do tego tanie pyszne jedzenie i frykasy dla turystów typu szejki owocowe, pizza czy lody. Rzecz nieczęsta i wielce cenna zarówno po wielu miesiącach podróży, jak i dla turysty przyjeżdżającego na wywczas. Z kolei na północy (szczególnie Amed, Tulamben) świetne snorklowanie i wrak z II Wojny Światowej zatopiony tuż przy brzegu. Najlepsze nurkowanie na Bali jest za to w okolicy Nusa Lembongan, gdzie codziennie można pływać z mantami, a od czerwca do października jest spora szansa na spotkanie mola-mola. Jest to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie faktycznie istnieje sezon, w którym można zobaczyć tę niezwykłą rybę. Nurkowanie na Bali w porównaniu do jakiejkolwiek innej wyspy Indonezji (Celebes, Togeany, Komodo, Sumbawa, Papua, Alor) oczywiście nie może się równać, ale nadal może być świetne i na głowę bijące Tajlandię i Malezję (poza Sipadanem).

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Są co prawda naiwni ludzie, którzy twierdzą, że Tajlandia jest rajem dla nurków, ale kto był w tym kraju i choćby pływał na rafach, raczej nie potrzebuje komentarza. Za to Indonezja pod wodą to chyba największy skarb tego rejonu.

Ale idźmy dalej. Celebes rządzi. Makasar, podobnie jak wszystkie inne duże miasta w tym kraju należy omijać z daleka, ale na prowincji… mniam. Na południu w Birze miejscowi Bugis budują drewniane szkunery tak imponujące, że orkiestra na Titanicu przestaje grać i podziwia w milczeniu. Tuż obok genialne snorklowanie prosto z plaży i nurkowanie (pełno żółwii, rekiny rafowe, często manty i co tylko chcesz). Na północy jedna z największych atrakcji Indonezji – Togeany. Raj na ziemi, do którego chce się wracać w nieskończoność. Tana Toraja mocno turystyczne, ale nadal pasjonujące z wiszącymi trumnami na klifach i kośmi ziejącymi z czeluści jaskiń. Aczkolwiek ciężko liczyć na interakcję z lokalnymi inną niż „one dollar”. Co prawda spotkaliśmy kilka osób, które zakochały się w tym miejscu, poznali przemiłych ludzi, zostali bezinteresownie zaproszeni do domu, trafiali na prawdziwe obrzędy, itp. Być może nie mieliśmy tyle szczęścia.

Borneo tylko jeśli masz duuuuużo czasu. Tanjung Puting na południu to ponoć najlepsze miejsce na Ziemi do podpatrywania orangutanów. Kalimantan wschodni to prawdziwie dzikie Borneo, gdzie przez 3 dni można tkwić w samochodzie w rowie. Tam też czai się jedna z największych atrakcji wyspy – Derawan. Tysiące żółwii, manty, niegroźne endemiczne meduzy, uroczy rybacy i życie w tempie, jakiego się już nie widuje.

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

A ponad połowy kraju niemal nie liznęślimy! Piękna Sumatra, rzadko odwiedzane Moluki, często autentyczna Papua. No i tysiące miejsc, do których nie dociera prawie nikt. Już niemal wybieraliśmy się na takie perełki jak Taka Bone Rate w połowie drogi między Celebesem a Flores, Wakatobi czy Alor ale zawsze nie starczyło czasu albo wizy. Tyle powrotów przed nami…

Klimat

Dobry cały rok. Na różnych wyspach pora deszczowa wypada różnie, ale generalnie zawsze gdzieś jest ładna pogoda. Zresztą jak twierdzą sami Indonezyjczycy, w ciągu ostatnich 5 lat, klimat tak się pozmieniał, że nie sposób coś przewidzieć. Gdy byliśmy w Makasarze w czerwcu, czyli środku pory suchej, dwa razy padał deszcz, który jeszcze kilka lat temu się nie zdarzał. Na Borneo ani razu nie spotkaliśmy deszczy zenitalnych. Padało jedynie trochę, do tego w nocy.

Na Togeanach mówią, że najgorsza pogoda jest w październiku-listopadzie, ale choć morze bywa wówczas niespokojne, nadal można walić tam jak w dym. To samo na Bali – w listopadzie i grudniu pada najbardziej, co bynajmniej nie znaczy, że jest zła pogoda! Po prostu przez dwie godziny masz przerwę od żaru lejącego się z nieba.

Słodka małpka?

Słodka małpka?

Autostop

Średni. My przejechaliśmy cały Celebes na trasie Lore Lindu – Poso – Tana Toraja – Makasar (czyli z 1500 – 2000 km) bez problemu, ale na innych wyspach bywa różnie. Na Jawie ciężko wydostać się poza teren zurbanizowany, Jawajczycy nie są tak uczynni, jak inni Indonezyjczycy i zawsze najpierw zatrzyma się jakiś tani transport publiczny.

Na Wyspach Południowych ruch samochodowy mały, ludzie biedni i z autostopem nieobeznani. To samo na Borneo. Na Borneo przejechaliśmy co prawda z 300 km, w tym po zaprzyjaźnieniu się z jedną rodziną, z którą razem tkwiliśmy w błocie. Tym samym rodzina wybawiła nas prawdopodobnie od kolejnych kilku nocy w autobusie.

Jeżdżąc stopem trzeba zwracać uwagę na tablice rejestracyjne. Żółte tablice to prywatne samochody przeznaczone do przewozu ludzi – Kijangi. Więc jeśli myślisz, że jedziesz stopem, a na początku nie zapytasz czy to za darmo lub nie ustalisz ceny, to na końcu czekają cię nieprzyjemne przejścia z targowaniem.

.

Ciekawostki

Wulkan Ijen powoli staje się coraz większą atrakcją turystyczną. Część górników w zamian za zdjęcie wyciąga rękę po pięniądze lub papierosy. Jeśli nie chcesz wspierać przemysłu tytoniowego, górnicy równie mocno cieszą się, gdy dostaną batonik czy małą butelkę wody. Ale jako że wody, nawet półlitrowej, ciężko wtaszczyć ze sobą na wulkan więcej niż kilka butelek, warto kupić kilkanaście batoników i rozdawać tym ciężko pracującym ludziom.

Większość mandatów w Indonezji nie przekracza 30 tys. RPH (10 zł) – nawet za przejechanie na czerwonym świetle. Jeśli zatrzyma Cię policja (najpewniej na Bali) i będzie wmawiać ci, że pójdziesz do więzienia, jeśli nie zapłacisz 10/20/50 dolarów, bo nie masz prawa jazdy / dokumentów / ubezpieczenia / kierunkowskazu, itp., nie ustępuj, dopóki nie doprosisz się o wypisany mandat.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Kelimutu i Bajawa, Flores, Indonezja
Flores centralny, Indonezja
Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja
Park Narodowy Komodo, Flores, Indonezja

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 1

Na początek rzecz najważniejsza. Jak duża jest Indonezja?

Otóż Indonezja jest ogromna. Według naszego rozeznania jest to największy kraj, jaki dotychczas odwiedziliśmy. Znacznie większy od Chin i większy nawet od Indii. Jeśli podzielimy Indonezję na 7 makroregionów (Sumatra, Jawa, Papua, Borneo, Celebes, Moluki, Wyspy Południowe), łatwo przekonać się, że żeby poznać je choć pobieżnie, potrzeba około 2 miesiące na każdy z nich. Jakby nie liczyć, daje to w sumie półtora roku.

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

A wierzcie nam, że 2 miesiące na Nusa Tengarę, czyli Wyspy Południowe, albo Moluki to śmiech na sali, a nie szmat czasu. Tak czy siak, trzeba po prostu WYBRAĆ kilka miejsc, które chce się odwiedzić i porzucić mrzonki typu: „Mam 5-6 tygodni, więc zobaczę Jawę, Bali, Celebes i być może zahaczę o Moluki.” Teoretycznie dałoby się to zrobić, odbywając z 5-6 lotów, ale gonitwa byłoby to straszna i żadnej przyjemności z odwiedzanych miejsc. Można przykładowo jechać na Bromo z wycieczką (za 300 tys. RPH – 100 zł), przyjechać do Cemoro Lawang wieczorem, zobaczyć wschód słońca nad Bromo i zawinąć się o 8 rano, pędząc na Ijen albo Bali, jak robi to 80% turystów, ale stracimy wtedy ponad połowę atrakcji.

No ale do rzeczy.

Wiza

Wiza do Indonezji na granicy kosztuje 25 USD i jest wydawana na 30 dni. Do niedawna nie można było jej przedłużyć, co ostatnio się jednak zmieniło, znacznie ułatwiając życie turystom. Niemniej, jeśli tylko mamy czas, dużo lepszym pomysłem jest wiza 60-dniowa do uzyskania w ambasadzie. W różnych krajach z różnymi problemami. Ponoć najłatwiej w Singapurze przez agencję pośrednictwa, co jest jednak dużo droższe niż normalnie. My wizę 60-dniową wyrabialiśmy w Kuala Lumpur (170 RGT – 159 zł, 3 dni), co uchodzi za bardzo trudne. I rzeczywiście sporo osób ma problemy, ponoć głównie jeśli wcześniej było już w Indonezji. Nam o dziwo udało się bez przeszkód, choć, tak jak wszyscy, musieliśmy oczywiście przedstawić bilety wylotowe, których nie mieliśmy. Jak wybrnąć z tej sytuacji, Polaków nie musimy chyba uczyć. Szczególnie jeśli kupili kiedyś w życiu jakikolwiek bilet lotniczy i umieją posługiwać się Photoshopem lub chociaż Wordem czy Paintem.

Nie jest to zresztą wielkie nowum w Azji, bo bilety wylotowe trzeba przedstawić na przykład na granicy Tajlandii, jeśli chcemy otrzymać tzw. „visa on arrival”. Co my również musieliśmy uczynić. Procedura podobna.

Przedłużenie wizy

Dla niektórych i 60 dni to mało. Wizę można przedłużyć niemal w każdym dużym mieście (np. Palu, Makasar, Balikpapan, Denpasar, Yogyakarta, Surabaya, Jayapura). Wizę 60-dniową można przedłużać 6 razy, za każdym razem o miesiąc po 250 tys. RPH. Wizę 30-dniową jeden raz w tej samej cenie. W różnych miastach z różnymi problemami. Generalnie mówią, że im dalej na wschód i od cywilizacji, tym trudniej i drożej. Choć nawet cywilizowany Makasar słynie z urzędniczej chciwości i wymuszania łapówek. Ba, nawet na Bali urzędnicy przyzwyczajeni są do dodatkowych zastrzyków gotówki, bo większość przedłużania odbywa się za pośrednictwem agencji w Kucie, które pobierają characz od turystów i dla spokoju ducha dzielą się nim z urzędnikami. Dwóch turystów, których spotkaliśmy na Celebesie przedłużało wizę na Bali samodzielnie, nie chcąc zapłacić 10 USD ekstra, ale ostatecznie po 2 tygodniach oczekiwania i tak się złamali.

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

My chcieliśmy być twardsi, ale nie dano nam szansy. Przedłużanie wizy w Yogyjakarcie to błahostka. Trwa 3 dni, a urzędnicy nie tylko nie oczekują łapówek, ale nawet krzywo patrzą na pytania o przyspieszenie procedury. Jedyną niedogodnością przedłużania wizy w Yogyakarcie (podobnie jak w każdym innym mieście) jest fakt, że do Urzędu Imigracyjnego trzeba jeździć co najmniej 3 razy. Najpierw składamy kompletny wniosek, za 2 dni przyjeżdżamy płacić, a kolejnego dnia robią nam zdjęcie, pobierają odciski palców i odbieramy wizę. Na Bali i w niektórych innych miastach tę procedurę urzędnicy starają się jeszcze wydłużyć, zmuszając do oddzielnego dodatkowego przyjazdu w celu zrobienia zdjęcia i odcisków.

Ostatnio słyszeliśmy, że przedłużyć wizę można bez problemu także w Surabayi na Jawie, ale to jest już informacja z drugiej ręki, więc nie możemy z całkowitą pewnością jej potwierdzić. Z kolei na Celebesie bez problemu można wizę przedłużyć w Pare-Pare.

Ważne! Starając się o przedłużenie wizy 60-dniowej trzeba mieć sponsora / opiekuna. Musi to być Indonezyjczyk, który na specjalnym formularzu zobowiąże się do pokrycia naszych ewentualnych długów i pomocy w poszukiwaniu nas, jeśli postanowimy znikniąć w kraju. Nie jest to więc sprawa błaha. Nie wiedzieliśmy o tym niewdzięcznym warunku, ale na szczęście przyszła nam z pomocą nasza Couch Surferka w Yogyakarcie. Zdaje się, że posiadanie „sponsora” nie jest warunkiem koniecznym do przedłużenia wizy, ale jak wygląda procedura bez takiego poręczenia, nie możemy zagwarantować.

Dlatego wybierając miejsce do przedłużenia wizy dobrze jest zdecydować się na miasto, w którym jest co robić, a wokół niego nie brakuje atrakcji. Trudno o lepszy wybór niż Yogyakarta. 3-5 dni to idealny czas na miasto, pogrzebane w popiole wioski wokół wulkanu Merapi czy Borobudur i Prambanan.

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Ciekawostka. Jeśli nie możesz przedłużyć wizy w Dżogdży, strasz ich. W Indonezji od kilku lat istnieje tutejsze CBA, o nazwie KPK. Instytucja niewiele robi, ale może dużo, więc wszyscy się boją i wszędzie wiszą ostrzeżenia o karach za korupcję (do 5 lat i 50-250 mln RPH – niewyobrażalne tutaj pieniądze). Więc jeśli znasz choć trochę indonezyjskiego (po dwóch miesiącach nawet małpa by się nauczyła), spisuj nazwiska, wołaj dyrektora, wyciągaj telefon i dzwoń do KPK.

A jeśli szkoda Ci czasu i nie brzydzisz się łapówkami, zawsze (prawie) możesz dać ekstra 100 tys. RPH (35 zł) i wizę przedłużą Ci pewnie bez problemu.

Transport

Jak na te odległości, ceny w normie. Między wszystkimi wyspami można poruszać się promami, więc mitem jest twierdzenie, że w Indonezji trzeba latać. Fakt faktem, prom z Surabayi na Jawie na Papuę płynie 5-6 dni (600-700 tys. RPH w trzeciej klasie – 210-250 zł), a z Bali na Alor czy Timor 3-4 dni (330 tys. RPH – patrz cennik wszystkich promów z Bali), więc latanie czasem jest rozsądnym rozwiązaniem. Na promie są bardzo tanie stołówki, gdzie obiad można zjeść za 10 tys., więc z głodu na pewno nie zemrzemy. Prędzej z nudów. A jeśli nie rozłożymy karimaty na pokładzie, tylko wybierzemy wygodne łóżko na jednym z pokładów wśród kilkuset pasażerów, być może również przez uduszenie od dymu tytoniowego.

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Latanie nie jest dużo droższe od promów (500-900 tys.). Na popularnych trasach czasem może być nawet tańsze (Makasar – Surabaya, Manado – Jakarta czy Surabaya). Najtańszym przewoźnikiem jest Lion Air i Air Asia. Dobre ceny miewa też czasem Merpati, Garuda czy Batavia. Nie wiem, jakim sposobem, ale o dziwo bilety tańsze niż na stronie internetowej można dostać w agencjach turystycznych. Wyjątek stanowi Air Asia i Lion Air, ale i to zawsze warto sprawdzić.

Autobusy długodystansowe bardzo wygodne – klimatyzowane (ok. 80-200 tys. za 8-12 godzin jazdy). Lokalne to typowy standard azjatycki, czyli duszno nie do zniesienia, śmierdzi, kury pieją, a w dymie papierosowym można powiesić worek z kapustą, na którym akurat siedzisz.

Pociągi tylko na Jawie w trzech klasach. Klasa pierwsza i druga rzędu 200-300 tys. z Surabayi do Yogyakarty, więc poza zasięgiem przeciętnego zjadacza ryżu przyjeżdżającego z plecakiem. Za to Klasa trzecia to tylko 25 tys. RPH (tak, tak, 8 zł za 7 godzin niebywałej przygody). Ten sam pociąg jedzie z Yogyakarty aż do Probolingo, więc dla wytrwałych z pewnością jest to najlepszy sposób na dotarcie pod Bromo (30 tys. RPH, 12 h). A na pokładzie piosenki, chodzące stragany, przepiórcze jaja, salaki, banany, żonglerzy, kuglarze i co tylko chcesz. Warto przejechać się choć jeden raz. Ale warto też wziąć ze sobą wachlarz i mały ręcznik do wycierania potu.

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały :)

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały) 🙂

W miastach wszędzie kursują bemo (inna nazwa to „angkot”), czyli minibusy na tysiąc pasażerów (3-6 tys. RPH za przejazd). Jeśli jednak stać Cię, żeby wydać dodatkowe 2 złote, warto zastanowić się czasem nad wspomożeniem beczakowców. „Becak” to miejscowe ryksze, wśród których konkurencja jest niebywała, a popyt nierzadko żaden. Właściciel rykszy robi 1-5 kursów dziennie, czyli czasem zarabia tylko 5 zł.

W Azji nie można uratować wszystkich, ale można redystrybuować dochód tam, gdzie potrzeba.

.

Ciekawostka

W Indonezji palą jak nigdzie. W autobusach, na promach, w urzędach. Palą nawet 10-letnie dzieci. W związku z tym wszyscy proszą o papierosy. Jeśli nie szkoda Ci ich zdrowia, można kupić paczkę i częstować ludzi pracy. Będą wdzięczni i z chęcią pozwolą zrobić sobie zdjęcie.

Jeśli natomiast próbujesz podciąć nogę rakotwórczych gigantów, jak niżej podpisany (przez jakiś czas pracowałem dla tytoniowego kowboja, więc teraz odpokutowuję złą karmę), równie dobrze można ludziom pracy rozdawać słodycze. Sprawdza się to szczególnie dobrze na Ijen, gdzie robotnicy w kopalni siarki są przemili, będąc jednocześnie jednymi z najciężej pracujących ludzi, jakich spotkaliśmy.
.
A o tym co warto zobaczyć, ile kosztuje życie w Indonezji i dlaczego tak tanio, a także pozostała garść ciekawostek już w najbliższym odcinku.

.

——————————————————————

P.S. Gdy przebijasz się autobusami i promami z Floresu na Bali (40 h – łącznie 250 tys. rupii), naprawdę masz dużo czasu. I stąd te informacje praktyczne, które okazały się na tyle przydługie, że trzeba było je rozdzielić na 3 części. W ten sposób w najbliższych dniach będą Was zalewać praktykalia, które miejmy nadzieję, że nie dość że Wam pomogą, to jeszcze zachęcą do odwiedzenia tego niesamowitego kraju.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja
Kakaban, Borneo, Indonezja
Wyspy Togian, Celebes, Indonezja
Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.