Archiwa blogu

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.

Reklamy

Rybaka czar

Po przejechaniu niemal tysiąca kilometrów na jednym skuterku i tygodniu spędzonym w drodze, postanowiliśmy osiąść na 3 dni w Riung – niewielkiej rybackiej mieścinie na północy.

Pora dać odpocząć naszym kościom ogonowym, zanim odleżyny zostaną nam na stałe.

Pokój, bracie!

Pokój, bracie!

Riung – już lubimy to miasteczko. Dziś poznaliśmy przemiłych muzułmanów z południowego Celebesu, którzy przyjechali na Flores za chlebem. Dziwna to migracja wewnątrzindonezyjska, bo Flores jest chyba jeszcze biedniejszy niż Celebes. W każdym bądź razie zostawiwszy dzieci pod opieką dziadków, w okolicznych wioskach suszą kokosy na koprę i wysyłają na eksport. Za tonę suszonej kopry, w zasadzie gotowej do przerobienia na wiórki, dostają 500 tys. rupii, czyli 170 zł. Czysty zysk, można by rzec. Pewnie dla amerykańskiego hurtownika albo lokalnych rządowych oficjeli.

Jedni z nielicznych muzułmanów na tej katolickiej wyspie zaskoczyli nas dzisiaj gościnnością, nie często spotykaną w tym kraju. Sami nie jedząc ani nie pijąc, poczęstowali nas ciasteczkami i herbatą. I za nic na świecie nie chcieli się dać namówić na spróbowanie. Już nawet przemknęło nam przez myśl czy aby te ciasteczka zaraz nas nie złożą… Tymczasem strzeliliśmy niezłe faux pas, bo kilka dni temu zaczął się Ramadan.

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Poza tym Riung też uroczy. Szczyt sezonu, turystyczne atrakcje na Floresie pękają w szwach, a ceny wszędzie napompowane do horrendalnych 30 zł za noc. Tymczasem w naszym hoteliku w lipcu nie było ani jednego gościa, w czerwcu pięciu, w maju czworo. W grudniu zeszłego roku nawet jedna Polka z Łodzi (pozdrawiamy!). W sierpniu jesteśmy pierwsi – miejmy nadzieję, że dobry omen dla naszej gospodyni, gdzie za uroczy pokoik ze śniadaniem płacimy 17 zł.

W jedynej jadłodajni w mieście mamy już nawet wynegocjowaną stawkę obiadową. Za dwie porcje świeżej ryby z ryżem i warzywami płacimy 25 tys. rupii (8 zł), czyli tylko niewiele więcej niż miejscowi.

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

Nie możemy się już też doczekać, gdy za dwa dni wrócimy do Labuanbajo i odwiedzimy naszą garkuchnię u baby, u której stołowaliśmy się przez pierwsze 5 dni na wyspie. Każdego kolejnego dnia patrzyła na nas z coraz większym zdziwieniem, nie mogąc się nadziwić, czemu jeszcze nie zniknęliśmy na dobre z miasteczka, w którym, tak jak niemal we wszystkich innych na tej wyspie, nikt nie zatrzymuje się na dłużej niż 2 dni. I co więcej, nie dość, że uparcie wracamy, to nawijamy do niej po indonezyjsku, wypytując o dzieci i życie rodzinne.

A my po jedną z najlepiej przyrządzonych w Indonezji świeżych ryb z domowym sosem chili i omastą orzeszkową przychodziliśmy codziennie, wracając a to z okolicznych wiosek, a to od waranów z Komodo, a to z kilkudniowego najlepszego nurkowania na świecie.

Gdy nasza baba zobaczy nas po kolejnych dwóch tygodniach, chyba padnie z wrażenia. Kto wie, może nawet lód do soku dostaniemy gratis… Chociaż nie, to raczej nie w Indonezji.

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

No ale zaraz potem, na ostatnie 10 dni w Indonezji udamy się wreszcie na Bali.

Bali. Hasło – wytrych. Wyspa, o której wszyscy mówią i pytają nas przez ostatnie 3 miesiące. Zarówno miejsowi jak i przyjezdni. Miejsce, przez które ledwie przewinęliśmy się w drodze na wschód. Spędziwszy tam 2 noce, Bali już nas zaintrygowało i ku ogromnemu zdziwieniu, nawet przypadło do gustu.

Baliśmy się, że nam się Bali nie spodoba, a tymczasem strach pomyśleć, ale się jeszcze zakochamy w w tej wyspie. I tylko żal, że Ramadan się rozkręca, a my w muzułmańskiej zasadniczo Indonezji z katolickiego Floresu udajemy się na hinduistyczne i hedonistyczne Bali. Ot takie indonezyjskie przypadki.

.

———————————————————-

A co fotograficznie działo się na Floresie? Zobacz sam.

Flores centralny, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Tour de Flores

Dziś ewenement. Autorski pamiętnik w wykonaniu Pauli. Odkąd 3 miesiące temu zmęczyło mnie prowadzenie zapisków naszych codziennych ciekawostek i wrażeń, to jakże ciekawe i wartościowe zajęcie przejęła najlepsza z żon.

W związku z żywymi reakcjami na Fejsie, jakie wywołały nasze zdjęcia z Komodo i nurkowania, poniżej prezentujemy krótki wybór z ostatnich dni. Jednak żeby nie było tak słodko, z naciskiem na dni w drodze, których ostatnio nie brakowało.

No i te manty…

19.07 – Bali, droga do Labuanbajo

Nie najlepszy start na Bali. Męcząco, gorąco i potwornie kantują. Wszyscy są twoimi przyjaciółmi i nie daj boże dowiedzą się, gdzie jedziesz, już biegną, żeby ci „pomóc”, czyt. zedrzeć z ciebie kilkadziesiąt tysięcy.

Ale za to Bali ma najpiękniejsze pamiątki w całej Azji.

Poznaliśmy też dwóch nowych ciekawych podróżników – 52 letnią Brytyjkę, która sprzedała dom w Londynie, żeby założyć biznes w mniejszym mieście, a póki co wyruszyła w podróż na kilka miesięcy do Azji. Kilka lat wcześniej 2 lata podróżowała po Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Druga to Francuzka – lat 27, inżynier zajmujący się konstruowaniem robotów w kosmosie, podróżuje dookoła świata. Obie mówią, że Kolumbia jest niezwykła.

To samo twierdził Roni na Palawanie i kilka innych osób. Źle nam to wróży.

Stoisko Inglota w Indonezji?

Stoisko Inglota w Indonezji?

21.07 – Labuanbajo

W Labuanbajo wylądowaliśmy około 3:30 w nocy. W samą porę na pierwszego porannego muezina. 48 godzin ciągłej jazdy i szczątkowego snu okazuje się być górną granicą mojej wytrzymałości. Rafał naładowany adrenaliną po rekonesansie wynalazł razem z Francuzką zamiast jednego dnia nurkowania 3-dniowy Liveaboard – pobyt na łodzi z nielimitowanym nurkowaniem w prawie rozsądnej cenie.

22.07 – Labuanbajo

Warany na Rincy (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. „rinczy”). Miało być jak w Jurrasic Parku z dzikimi smokami pożerającymi bawoły, a skończyło się na leniwych jaszczurach wylegujących się wokół kuchni. Trzeba przyznać, że są dość duże i z oczu patrzy im dzikość, ale najbardziej imponujące są 5-centymetrowe pazury.

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Snorklowanie zapowiada całkiem przyzwoite nurkowanie.

25.07 – Park Narodowy Komodo – Liveaboard

Fantastyczne nurkowania i rewelacyjny klimat mieszkania na łodzi. Nurkowanie, wylegiwanie się na pokładzie, wieczorem zimne piwko i pogaduchy.

Pierwszy raz nurkowaliśmy po ciemku. Ma się uczucie, że cały świat to tylko Ty i skrawek korala oświetlony latarką. Wszędzie dziesiątki krewetkowych oczu, śpiące ryby, maszerujące nudibranche, nieśmiałe krewetki mantis.

Elvina – Francuzka, z którą przejechaliśmy niemal 1000 km, nie wiedząc z kim mamy do czynienia, zmieniła nasze wyobrażenia o nurkowaniu. Z delikatnie znudzonych,  bo co może być lepsze niż Egipt, przemieniliśmy się w podekscytowanych nieskończonymi możliwościami nurkowania. Tyle jeszcze przed nami – przeróżne rekiny, delfiny, lwy morskie, wieloryby, nurkowanie w chłodnej wodzie z zupełnie nowymi zwierzętami, nurkowanie w kombinezonie suchym.

No i nasz instruktor – Willy i jego hasła przewodnie.

„Coral here is ‘mazin’!”

“It’s definitely very beautiful”

“Slowly, slowly. Enjoy your dive. Enjoy your holiday”

Słyszane kilkanaście razy dziennie, przez 3 dni.

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

Manty!!!!! Makasar Reef = Manta Point wysadza z butów. Ogromne 5-metrowe manty szybowały koło nas niczym wielkie ptaki. Prąd był tak silny, że trzeba było trzymać się obiema rękoma, żeby nie zostać porwanym.

Powoli zaprzedajemy duszę liveabordom.

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

30.07 – Moni

Dotarcie do Moni zajęło nam prawie 9 godzin. Wielokrotnie zdawało nam się, że jeśli dojedziemy to na pewno bez pup. Po drodze trafiliśmy na klimatyczny rynek w jednej z wiosek nieopisanych w Lonely Planet, a więc i ludzie byli przemili, i nie oczekiwali pieniędzy za każdy uśmiech. Rafał po godzinnych negocjacjach od chłopa na rynku kupił wielką maczetę z pomponem (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. tradycyjny nóż ze  środkowego Floresu, używany w celach sacrum i profanum).

Wszystkie wioski tutaj są już chrześcijańskie i tradycyjne wierzenia zostają już w zasadzie tylko szopką dla turystów. Nawracanie ludzi na wielkie religie czyni z przepięknych kolorowych wierzeń jednolitą chrześcijańską czy muzułmańską papkę.

Droga niesamowicie widowiskowa z polami ryżowymi, przepięknymi górami, majestatycznymi wulkanami i ciekawymi ludźmi. A samo Moni wydaje się być uroczą wioseczką wśród pól ryżowych z masą małych hotelików i restauracji. Cenowo zdecydowanie nie najniższa półka.

Oblicza Floresu

Oblicza Floresu

Po kilku dniach ponownie spotykamy naszego Portugalczyka. Tego samego, który prowadzi notatki na setkach małych karteczek, odkąd przed kilkoma miesiącami „zamókł” mu laptop, gdy jego łódź zatonęła na pełnym morzu w Papui-Nowej Gwinei. Sam ledwo uszedł z życiem, a plecak, wraz z pół toną chrupek, które przewoziła łódź, po kilku godzinach fale wyrzuciły na brzeg. Następnych kilka godzin zajęło mu namawianie członków załogi do zabrania ważącego teraz kilkadziesiąt kilo plecaka.

01.08 – droga do Riung

Potworność!! Wyjechaliśmy o 9 rano, dojechaliśmy na 20 wieczorem. 2 ostatnie godziny jechaliśmy już po ciemku, modląc się, żeby ta męczarnia się już skończyła. Droga na północnym Floresie jest pośladkowym koszmarem, a Indonezyjczycy za grosz się nie znają na odległościach. Pytając 3 różne osoby o odległość do pobliskiego miasta otrzyma się 3 zupełnie różne szacunki – od 3 do 70 „kilo”. Po 2 godzinach trzęsawiska na tych rzekomych 3 km ma się wrażenie, że może mieli na myśli, że można stracić „3 kilo” zanim się dojedzie??

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

Dziwne, że dopiero dziś, ale złapaliśmy wreszcie gumę. Przesiedzieliśmy 2 godziny u wulkanizatora na wsi, delektując się indonezyjską technologią i rozmowami z miejscowymi. Urocze.

.

Na deser jeszcze kilka zdjęć z nurkowania w Parku Narodowym Komodo:

Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – laotańska dzikość serca

Mam tego dość.

Właśnie dziś, po dwóch tygodniach pobytu w Tajlandii, wjechaliśmy wreszcie do Malezji. Tymczasem w świecie wirtualnym cały czas tkwimy w Laosie i nie zanosi się, żebyśmy szybko się stamtąd wynieśli. Wobec tego postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki.

Ilość zaprzeszłych wpisów, uznanych przez UberKomisję za niezbędne, którymi wprost musimy się z Wami podzielić, z trudem zredukowaliśmy do 7 (słownie: SIEDMIU!!!). W najbliższych dniach będziemy więc w Was naparzać jak poparzeni, przynajmniej dopóki nie dogonimy własnego cienia.

A zatem na początek kilka kartek z pamiętnika.

21.03 – Tat Lo

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Kontynuujemy motocyklową pętlę po Płaskowyżu Bolaven. Poranny wypad motorem z Tat Lo na odległy o 10 km wodospad Tat Sung z nawiązką zrehabilitował przereklamowaną atmosferę Tat Lo.

Po drodze wszyscy witają radosnym „Sabajdi”, a u szczytu pory suchej niemal całkowicie wyschnięty wodospad okazał się nie lada atrakcją. I co najważniejsze gdy przechadzaliśmy się po krawędzi „wodospadu”, obserwując przepastne wyrzeźbione przez wodę klify, dołączyli do nas mali myśliwi.

Dzieciaki z 3-metrowymi dzidami polują na cykady, których roje zalegają drzewa w tej części Azji. Trzeba przyznać, że to nie lada sztuka zakraść się do owadów i zanim odlecą, dotknąć je czubkiem kija wysmarowanego klejem. Część owadów można schrupać na surowo, ale większość trafia na patyk i na sprzedaż. Smażone na głębokim tłuszczu cykady to miejscowy przysmak.

22.03 – Paksong

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Dwa przepiękne wodospady – Tat Fan i Tat Yuang. Mimo że mamy akurat niedostatek wody, oba bardzo imponujące.

No i Dżungla. Z braku większych atrakcji postanowiliśmy podejść pod niedostępny Tat Fan jak bliżej się nam się uda.

Udało się na dwa obdrapane łokcie, trzy litry potu i ponadstumetrową przepaść. Ciekawa zapowiedź przed Borneo. Aż mi skoczyło ciśnienie.

A rano kawa z kupy. Ale o tym było poprzednim razem.

27.03 – Vang Vieng

Miasto z turystycznym klimatem. Wbrew naszym oczekiwaniom, tłumy Anglików przyjeżdżających tutaj się resetować, nie odbierają mu jednak wiele uroku. Malownicze położenie wśród krasowych ostańców nad rzeką zapewnia multum atrakcji.

W knajpach non-stop lecą stare odcinki Przyjaciół, a na straganach najlepsze naleśniki i bagietki w całej Azji (dużo lepsze niż w Bangkoku, a nawet Wietnamie).

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Niestety od kilku dni pogoda taka sobie, więc nie załapiemy się na tubing. A szkoda, bo mieliśmy nawet ochotę sprawdzić, jak spływa się rwącą rzeką na oponce wśród tłumów, co kilkaset metrów popijając Lao Lao.

28.03 – Vang Vieng

Dziś kilka jaskiń i nowy azjatycki owoc, jaki odkryliśmy towarzysząc miejscowym dzieciakom. Niestety nie udało nam się ustalić nazwy. Z wierzchu jabłko, wewnątrz niby dragon fruit, ale nieco bardziej włóknisty.

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Musimy kiedyś się zebrać i napisać osobny wpis o owocach. Przez pół roku uzbierało się już tego trochę, a to bardzo ciekawa i zupełnie nieznana w Polsce sprawa.

P.S. Vang Vieng jest bardzo urokliwe, ale na tyle turystyczne, że nawet za przejście mostem na drugą stronę rzeki trzeba płacić.

31.03 – Luang Prabang

Relaks, kamienice i obserwacja życia mnichów. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu Luang Prabang okazuje się uroczym miasteczkiem, które mimo że faktycznie nawiedzane jest przez liczne rzesze turystów, nie traci wiele ze swojego kolonialnego uroku. Dziwna sprawa w zasadzie, bo w Si Phan Don, Vang Vieng i tutaj prawie ten sam kejs.

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

W głównej mierze fakt ten Laos zawdzięcza niewiarygodnie wręcz zrelaksowanym mieszkańcom, którzy są prawdziwymi Grekami Azji i choć starają się zarobić parę groszy, to nic na siłę.

„Nie chcesz się targować, to szukaj gdzie indziej”. Nie chcesz jechać taksówką, idź piechotą. Nie chcesz iść na treking, idź sam. Rzecz niespotykana w Wietnamie, Indiach czy nawet Tajlandii.

P.S. Szkoda że równie zrelaksowane jak Laotańczycy nie są laotańskie koguty, z których jeden przez ostatnie 3 dni mieszkał z nami okno w okno i pierwsze próby głosowe miał o 3 w nocy, a od 5 do 8 nadawał już regularną audycję.

Dziś śniło mi się, że zastrzeliłem go z mojej birmańskiej procy, a Pauli, że na obiad był rosół.

05.04 – Muang Sing

Najciekawszy chyba dzień w Laosie. Wyruszając rano na motorze w góry, nie przypuszczaliśmy nawet do jakich niesamowitych wiosek uda nam się dojechać.

Prababcia panny młodej - lat 86

Prababcia panny młodej - lat 86. Przez całe życie żuje betel. Jej uśmiech - bezcenny.

A trafiliśmy między innymi na wesele plemienia Akha w wiosce zagubionej na wzgórzach nieopodal chińskiej granicy. Do wielu wiosek Akha nie da się dojechać samochodem, a można dotrzeć do nich jedynie pieszo lub motorem terenowym, przedzierając się wąską górską dróżką.

Zdrowo podpici górale Akha wpoili w nas z pół litra lokalnej whiskey „lao lao” i zaprosili do tradycyjnej chaty. A tam lokalne odświętne stroje, uczta i pogaduchy.

Aż szkoda było wyjeżdżać przed zachodem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało nam się dojechać na noc do odległego o 60 km Luang Nam Tha.

.

————————————————–

I film. Dziś mali myśliwi, czyli jak upolować cykadę i o tym, czego nie boi się zjeść nawet laotańskie dziecko:

.

.

I galeria z Bolavenu.

Płaskowyż Bolaven, Laos

.

Wietnam – informacje praktyczne

Oto jesteśmy. Po 4 tygodniach tułaczki po niesamowitej Birmie, której opisami będziemy w najbliższych dniach Was zarzucać, znów znaleźliśmy się w centrum backpackerskiego świata – na Khao San Road. Tu, gdzie zapach świeżego krewetkowego Pad Thai miesza się z niezwykłą wonią niewytrzymujących marcowych upałów białasów, nam zebrało się na bardziej zaprzeszłe wspominki.

Między kolejnymi kubełkami tajskiej whiskey postanowiliśmy wrzucić kilka informacji praktycznych o Wietnamie, pięknym kraju na wschodzie, gdzie już dawno zapomnieli, co to jest prawdziwy komunizm. Ale żeby i tym czytelnikom niewybierającym się do tego wspaniałego kraju w najbliższym czasie, miło czytało się niniejszy wpis, dodajemy kilka smakołyków i ciekawostek z tego dalekiego zakątka świata.

Wiza

Jeśli do Wietnamu przylatujemy samolotem, wizę najlepiej wyrobić przez amerykańskich pośredników. Jest to tak zwana „Visa on arrival”, którą otrzymujemy w dwustopniowej procedurze. Najpierw składamy wniosek przez Internet, uiszczamy opłatę, a następnie mailem otrzymujemy promesę wizową, która uprawnia do otrzymania wizy na granicy. Uwaga! Bez wydrukowanej promesy nie ma możliwości otrzymania wizy „on arrival”. Niestety nie ma również takiej możliwości, przekraczając granicę lądową.

Wiza do Wietnamu wyrabiana w ambasadzie kosztuje 75 dolarów, a przez pośredników 45 USD. Najtańszą firmą, jaką znaleźliśmy jest My Vietnam Visa – www.myvietnamvisa.com . Są też polskie firmy zajmujące się tym samym, np. Polviet.com, ale oczywiście są droższe. Pazerność szkodzi.

California dreamin'

California dreamin'

Opłata jest dwustopniowa – na pierwszym etapie przez Internet płacimy 20 dolarów, a następnie jeszcze 25 USD na granicy (w przypadku wizy jednokrotnego wjazdu). Warto mieć odpowiednią kwotę w dolarach, bo wietnamscy urzędnicy zawze próbują oszukiwać, nie mają reszty w dolarach, a resztę w dongach wydają po kursie 10 000 za 1 dolara (realny kurs 20 000 za 1 USD). Na granicy trzeba mieć ze sobą 2 zdjęcia.

Jest to chyba jedyny przypadek na świecie, gdy wiza wyrabiana przez pośredników jest tańsza niż w ambasadzie, ale komunistyczne kraje rządzą się swoimi prawami.

Transport

Jeśli komuś wydaję się, że w 2 albo 3 tygodnie zobaczy Wietnam, to lepiej niech od razu wyzbędzie się złudzeń. Choć niewiele większy od Polski, z północy na południe rozciąga się na długości ponad 2,5 tys. km. To więcej niż z Polski do Chorwacji, a i klimat jest równie różnorodny. Z Hanoi do Ho Chi Minh jedzie się 3 dni, a z obu tych miast, odpowiednio do granicy chińskiej, laotańskiej czy kambodżańskiej jest jeszcze dzień drogi.

Jeśli mamy więc 2-3 tygodnie, najlepiej wybrać północ lub południe. My północy w ogóle nie odwiedziliśmy i z pewnością tam wrócimy, bo nie byliśmy ani wśród dzikich plemion w rejonie Sapa ani w słynnej Halong Bay.

Generalnie transport w Wietnamie nie sprawia najmniejszych problemów, bo wszędzie wzdłuż wybrzeża funkcjonują tzw. „open-tour bus”. Jest to ciekawa instytucja umożliwiająca zakup jednego biletu, a następnie wsiadanie i wysiadanie we wszystkich większych miastach po drodze z Hanoi do Ho Chi Minh. Generalnie trasę tę można odbyć w 4 nocnych odcinkach komfortowymi autobusami z kuszetkami. O ile autobusy są wyjątkowo wygodne i można się dobrze wyspać, to osobom powyżej 180 cm mimo wcześniej przydzielonego łóżka polecam zajmować miejsca na końcu autobusu między rzędami. Nogi będą wtedy wystawać z 10-20 cm za łóżko, ale przynajmniej komforcik pierwsza klasa. Wszędzie dostajemy koc i poduszkę.

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Naszym zdaniem najlepszą opcją na poznawanie Wietnamu są jednak skutery bądź motory. Do wynajęcia niemal w każdym mieście za 3-5 dolarów za dzień, dają nieograniczone wręcz możliwości odkrywania mało odwiedzanych miejsc i bratania się z miejscowymi. My skutery wypożyczaliśmy w sumie 6 razy i wszystkie były rewelacyjne.

Autostop w Wietnamie funkcjonuje jako tako, choć bywa płatny. Polecamy raczej fanom tego sportu niż jako środek lokomacji. Niewielu Wietnamczyków mówi po angielsku, więc i autostopowe konwersacje są raczej symboliczne. Bez znajomości wietnamskiego, lepiej wybrać konwencjonalne środki transportu.

Co warto zobaczyć

O ile Ho Chi Minh, Hue, a w szczególności przepiękne Hoi An są pociągające i w każdym z nich można zostać po kilka dni, to prawdziwe atrakcje czają się gdzie indziej. W części południowej i środkowej bezapelacyjnie królują Delta Mekongu i Płaskowyż Centralny (czyli Central Higlands). Przez Central Highlands na motorze można jeździć tygodniami, co i rusz trafiając do coraz ciekawszych wiosek i notorycznie będąc onieśmielonym uczynnością miejscowych Wietnamczyków.

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Będąc w okolicy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale około 30 km od Dalat znajduje się fabryka jedwabiu, do której bez problemu można wejść i przyjrzeć się procesowi produkcji. Trafić pewnie nie jest łatwo, ale z pewnością pokierują nas do niej uczynni Wietnamczycy, albo miejscowi przewodnicy motocyklowi, tzw. „Easy Riders”. Wszyscy, których spotkaliśmy gdzieś w terenie byli niebywale mili i choć dziwili się, że jeździmy na własną rękę, zawsze chętnie udzielali informacji, co jeszcze ciekawego w okolicy można zobaczyć. Choć normalnie w mieście nawet niedrogo można ich wynająć na 1 lub kilka dni, w terenie nigdy nie chcieli od nas pieniędzy i byli dumni i bardzo szczęśliwi, że na motorach zwiedzamy ich kraj.

Płaskowyż Centralny, a w szczególności Buon Ma Thuot to główny rejon uprawy kawy i raj dla kawoszy. Kawa suszy się w słońcu w co drugiej wiosce, a niemal w każdej knajpie można napić się przepysznej kawy Nguyen.

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Z kolei delta Mekongu wciąga jak pajęcza sieć i warto zagubić się w jej licznych odnogach i kanałach. Zdaję się, że im głębiej tym ciekawiej. O ile w okolicy jako tako turystycznego Can Tho, podobało nam się, bo wszystko było nowe i pasjonujące, to w pobliżu Chau Doc delta przeszła samą siebie.

Z pewnością, jeśli ktoś tylko ma możliwość i z Wietnamu wybiera się do Kambodży, jednym z najlepszych sposobów przekroczenia granicy jest wybranie się łodzią z Chau Doc do Phnom Penh w górę Mekongu. Za 10 dolarów mamy gwarantowaną podróż przez tętniące życiem wioski na wodzie, osady mniejszości narodowych i możliwość obserwowania prawdziwego życia delty.

Oprócz tego w wartym zobaczenia Hoi An – mieście krawców, na zamówienie można zrobić sobie dowolny ciuch od luźnych azjatyckich spodni po garnitury prosto od Armaniego. A wszystko najtaniej w Azji.

Klimat

Kształt kraju i wysokie góry sprawiają, że klimat jest bardzo różnorodny i cały rok jest dobry na Wietnam. W czasie naszej zimy przyjemne, 30-stopniowe temperatury panują w delcie, gdzie dodatkowo praży słońce, ale jest zdecydowanie za zimno na góry północy i kąpanie się w Halong Bay. Już w położonym na Płaskowyżu Centralnym Dalat, noce były bardzo chłodne. Jednak w dzień temperatura idealna – 22-27 stopni.

Z kolei na wybrzeżu środkowym, od Hue do Nha Trang, wbrew teorii, w styczniu w ogóle nie było słońca i bardzo dużo padało. I to nie monsunowo, przez 2 godziny dziennie, a potem skwar, a polsko-jesiennie, przez cały dzień delikatnie siąpiło.

Przykładowe ceny

Wietnam jest tani, choć trzeba ostro się targować. Wietnamczycy lubią zdzierać z turystów, szczególnie w miejscach często odwiedzanych. Podobnie jak w całej Azji Południowo-Wschodniej, zawsze cenę trzeba ustalić przed skorzystaniem z jakichkolwiek usług czy produktów.

Noclegi w Wietnamie jak do tej pory biją wszystkie inne kraje na glowę. Za 140-200 tys. dongów (7-10 USD) można dostać fantastyczny pokój z czystą pościelą, pachnącymi ręcznikami, prywatną łazienką, gorącym prysznicem i darmowym Wi-Fi. Darmowy Internet w Wietnamie to standard i niemal w każdym hotelu w mieście i co drugiej knajpie mamy dostęp przynajmniej do 3-5 darmowych, niezabezpieczonych sieci Wi-Fi.

Wynajęcie skutera – najtaniej Hoi An – 60 tys. dongów, najdrożej Buon Ma Thuot – 100 tys. dongów.

Bezdroża Płaskowyżu Centralnego

Jedzenie – zupka Pho w ulicznym barze zazwyczaj z zestawem sałatek – 15 – 30 tys. dongów, wyśmienite bagietki z sałatkami i jajkiem sadzonym/wędlinami/mięsem na ulicznych straganach – 6-10 tys. dongów, Hot Pot dla dwóch osób z owocami morza – 80 – 100 tys. dongów, 1,5 l wody – 10 tys., piwo (najlepszy zielony Saigon) – 20 tys., shake owocowy (z mlekiem – rzadkość w Azji) – 12-20 tys.

Nocna podróż autobusem – 200-280 tys.

Wynajęcie łodzi w Can Tho na pół dnia (dla 5-6 osób) – 400 tys. dongów (początkowa stawka – 10-12 USD za osobę). Najlepiej w ogóle nie wdawać się w dyskusję z pośrednikami kręcocymi się przy hotelach i od razu udać się na nabrzeże. Pośrednicy, inkasując 1 mln dongów, płacą grosze zubożałym właścicielom łodzi. Skracając łańcuch, przekazujemy pieniądze tam, gdzie trzeba i płacimy połowę mniej.

Azjatyckie spodnie i sukienki w Hoi An – 50-140 tys. dongów (bez targowania 2 razy więcej) w zależności od gatunku i ilości materiału.

Nasze średnie wydatki na 2 osoby wynosiły 750 tys. dongów, czyli ok. 40 USD dziennie.

Ciekawostki i zachowania

W naszych pierwszych odczuciach po przylocie z Filipin, że Wietnam jest podobny do Chin, nie mogliśmy bardziej się pomylić. Wietnamczycy są pomocni, uczynni, radośni i otwarci.

Uwielbiają, gdy zagada się do nich po wietnamsku. Warto nauczyć się chociaż zwrotów grzecznościowych i liczebników – znacznie skraca to targowanie.

Poza tym Wietnamczycy to bardzo dumny i waleczny naród. Są pod tym względem nieco podobni do Polaków. Ich ducha narodowego nie zdołała złamać 1000-letnia (słownie: TYSIĄCLETNIA) okupacja chińska w średniowieczu, są jedynym narodem, który pokonał i upokorzył Amerykanów, w 1978 wyzwolili Kambodżę od Czerwonych Khmerów i w tym samym roku w 17 dni pokonali Chińczyków, którzy oczywiście musieli pospieszyć reżimowi Pol Pota na pomoc.

Dumne twarze Wietnamu

Wietnamczycy słabo znają angielski, ale zawsze próbują pomóc. W ostateczności zaprowadzą nas za rączkę do szukanego miejsca. Jeśli mówimy kobiecie w hotelu, że 12 dolarów to dla nas stanowczo za drogo, a ona nie może bardziej zejść z ceny, to najprawdopodobniej wskaże nam drogę do tańszego, przyzwoitego miejsca.

Zazwyczaj nie mają nic przeciwko, gdy robi im się zdjęcia. Choć jak zwykle, warto zapytać, by wzbudzić jeszcze większą sympatię. Pokazywanie im wykonanych zdjęć może konkurować jedynie z tym, z czym aktualnie spotykamy się w Birmie. Radości nie ma końca.

.

P.S. Zdjęcia z Wietnamu są do obejrzenia w galeriach.

Delta Mekongu, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam
Paskowyż Centralny, Wietnam

P.P.S. A dla wytrwałych, którym udało się przebrnąć przez caaaaaaały wpis – nagroda. Trzy świeżo zmontowane filmiki z Tajlandii. Do obejrzenia we wpisie o Tajlandii oczywiście.

.

Z pamiętnika podróżnika – Tajlandia cz.1

A miał być taki piękny wpis – i aż trzy filmiki. Podwodna pogoń za rekinami, kolejny przedstawiający zabawy z małpami w Lopburi i jeszcze jeden o ogniomistrzach na Koh Tao.

Ale jesteśmy już w Birmie, w której niestety problem z Internetem jest jeszcze większy niż w Chinach. Większość stron poblokowana, a nawet jak uda im się czasem obejść zabezpieczenia w kafejkach, to nie ma co liczyć na You Tube, bo załadowanie niewielkich zdjęć do wpisu zajęło nam ponad 3 godziny. Dlatego póki co będziemy skrupulatniej opisywać to, co widzimy, a wzrokowców zapraszamy do rozwijania wyobraźni.

Na początek urywki z pamiętnika z Tajlandii.

26.01 – Ayutthaya

Kolejny dzień odkrywania starożytnej stolicy Siamu na rowerach. Przyjemnie.

Świątynia Wat Chai Watthanaram w Ayutthayi to jedna z najlepiej zachowanych i najbardziej majestatycznych budowli Królestwa Siamu

Świątynia Wat Chai Watthanaram w Ayutthayi to jedna z najlepiej zachowanych i najbardziej majestatycznych budowli Królestwa Siamu

A także szybka zmiana planów. Przez kolejnych kilka dni mieliśmy nadal poruszać się na północ, a następnie na zachód w okolice Kanchanaburi do Parku Narodowego Erawan. Bezdroża Wietnamu oraz pyły Kambodży, a przypadku Pauli K. sroga polska zima sprawiły jednak, że już pojutrze ruszamy na Koh Tao.

Przed wejściem do świątyni czekają stoiska, na których wierni mogą nabyć ubranka dla Buddów

Przed wejściem do świątyni czekają stoiska, na których wierni mogą nabyć ubranka dla Buddów

Tymczasem wieczorem na werandzie kontynuacja Czarnych Zagadek – zgadywanek (nie)logicznych, które otrzymaliśmy w prezencie od jednego Dobrego Duszka z Polski. Zadanie bardzo wciągające, bo próbujemy odtworzyć historię, zadając pytania, na które prowadzący grę może odpowiadać jedynie „tak” lub „nie”.

Dziś trafiały się naprawdę niezłe zagadki, np. „W pobliżu rafy koralowej na wodzie unosi się martwy mężczyzna i martwy pies. Co się stało?”

Rozwiązanie: „Mężczyzna chciał łowić na rafie z użyciem dynamitu. Kiedy rzucił dynamit, pies go zaaportował i obaj zginęli.”

I pytania typu: „Czyli pies zabił człowieka? Po wyskoczeniu z łodzi? Jakimś przyrządem? I jednocześnie popełnił samobójstwo?” Bezcenne.

Nie to co wczoraj, gdzie żaden szanujący się Dział Prawny prawdopodobnie nie przepuściłby takiej oto historii: „Dawid musiał umrzeć ponieważ stał się mądrzejszy”.

Rozwiązanie: „W Wirginii w USA Dawid został skazany za morderstwo. Początkowo wyrok nie mógł zostać wykonany, bo IQ Dawida wynosiło zaledwie 59. W trakcie wieloletniego pobytu w więzieniu chłopak wiele się uczył. To oraz kontakty z adwokatami sprawiły, że jego IQ wzrosło do 73. Wówczas wyrok wykonano.”

Po rozwiązaniu tej zagadki musiałem odreagować, wypijając półtora piwa duszkiem, aby wejść na podobne obroty, co autorzy. Kolejne historie szły już dużo lepiej.

Jak widać na co dzień zajmujemy się Poważnymi Sprawami, więc na beztroskim Koh Tao powinniśmy odnaleźć się przebojowo.

27.01 – Lopburi

Jednodniowy wypad z Ayutthayi do królestwa małp. W swoim czasie opuszczona świątynia w Lopburi została zasiedlona przez makaki, które dziś nieniepokojone włóczą się po całym mieście.

Mimo wszystko największe wrażenie małpy robią właśnie w świątyni, gdzie są ich setki – chyba nawet więcej niż w Indiach i co ciekawe, te buddyjskie są bardziej uduchowione niż hinduskie. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie, bo nie są tak bezczelne i w większości nie wyrywają niczego z rąk przechodniom. Wystarczy również przysiąść na 10-15 minut, a małpy szybko się oswajają i co odważniejsze zaczynają się po nas wspinać.

.

.

Vagabundos wśród swoich

Vagabundos wśród swoich

Tu warto jednak uważać, bo łatwo stracić kontrolę, a wśród małp rodzi się rywalizacja o nowy teren i można niezauważenie stać się areną walki. Przyznam, że czasem niełatwo opanować sytuację, mając jedną małpę na głowie, dwie na plecaku i trzy wspinające się po spodniach. Generalnie mimo że mieszkają w świątyni, to charakteru mnichów raczej nie podzielają – obgryzają plecaki, zdejmują bransoletki i ściągają spodnie.

Przyjeżdżając do Lopburi, osobiście miałem również nadzieję, że uda nam się odnaleźć klasztor, do którego 7 lat temu zostałem zaproszony przez mnichów. Nie mając gdzie spać i bez celu włócząc się wówczas po mieście, zapewne w nadziei niewydania 20 zł na nocleg (miałem wówczas wyjątkowo napięty budżet – przez 5 tygodni wydałem 1300 zł), przypadkiem trafiłem nad rzekę, gdzie szybko przygarnęli mnie mnisi, z którymi przegadałem pół nocy. Dla nich też byłem nie lada atrakcją, z dalekiej Polski – kraju Jerzego Dudka, który po niedawnym transferze do Liverpoolu był tu drugą figurą z Polski po papieżu. O tamtym spotkaniu można by napisać wiele, począwszy od mojej nauki tajskiego, przez dyskusje o wielkich religiach – chrześcijaństwie, piłce nożnej i buddyzmie, na porannej wyprawie po jałmużnę z mnichami kończąc.

Przyznam, że tym razem liczyłem na podobne wrażenia. Niestety klasztoru nie udało się znaleźć. Może jeszcze raz spróbujemy po powrocie z Birmy.

30.01 – Koh Tao

Kolejny dzień na Koh Tao. Ponownie słoneczna plaża, zmrożone szejki i przepyszne dania pachnące kokosem i trawą cytrynową. Wydarzeniem dnia okazał się spacer na drugi koniec plaży w poszukiwaniu jeszcze smaczniejszego Pad Thai i bardziej owocowych szejków.

A wieczorne popijanie kubełków tajskiej whiskey z colą umilają Mistrzowie Świata żonglerki ogniowej. Ogniomistrzowie to częsty widok na plażach Azji Południowo-Wschodniej, od Wietnamu po Filipiny. Jednak to co wyprawiają chłopaki z Koh Tao, przechodzi ludzkie pojęcie. Żonglerka ogniem, łapanie pochodni stopami, salta i akrobacje z płonącymi kijami – a wszystko to w ramach autorskiej choreografii w rytm dzikiej muzyki.

mistrzowie żonglerki ogniowej

Jak się później miało okazać większość ogniomistrzów, za dnia pełniących funkcję kelnerów, to Birmańczycy przyjeżdżający tutaj w poszukiwaniu lepszego życia. W większości w Tajlandii już od 3-8 lat, niektórzy tylko na Koh Tao, inni w odysei po tajskich wyspach i kurortach. Azjatycka globalizacja i podróże za chlebem. Żyjąc w europocentrycznym świecie łatwo zapominamy, że gdzieś na drugim końcu świata trwa prawdziwa walka o byt.

.

.

1.02 – Koh Tao

Trzy dni nicnierobienia to wystarczająco męczące zadanie (szczególnie dla mnie, po dziewczynach nie widać było znudzenia), więc nieróbstwo stacjonarne zamieniamy na objazdowe.

Mimo że morze okazało się potężniejsze od naszych oczekiwań, dzień zakończony pełnym sukcesem. Trzymetrowe fale przelewające się przez naszą łupinę może i uniemożliwiły opłynięcie Koh Tao dookoła, ale nie zniweczyły planu na poznanie co ciekawszych zakątków wyspy. Ostatecznie zatrzymaliśmy się na snorklowanie w trzech niewielkich zatoczkach i wybraliśmy się na niezwykłą wyspę Koh Naan Yuan, składającą się w zasadzie z trzech mniejszych wysepek połączonych plażą i świecącą na co drugiej pocztówce z Tajlandii.

Koh Nang Yuan

Koh Nang Yuan

W zatoce Shark Bay nie mogliśmy nacieszyć się, pływając z rekinami. Nie były to co prawda żadne ludojady, a jedynie żarłacz rafowy czarnopłetwy, ale z profilu wypisz wymaluj spielbergowskie szczęki. No i ponad półtora metra długości. To pierwsze tak duże zwierzę, które spotkaliśmy pod wodą. Fantastyczne uczucie.

.

.

A rekiny te na Koh Tao można spotkać codziennie rano i wieczorem, gdy dumnie patrolują płycizny Zatoki Rekinów. Czasami udawało nam się zobaczyć nawet 5 lub więcej rekinów na raz. Z natury nieco nieśmiałe, lekce sobie ważyły nasze mizerne próby podwodnych pościgów. Nieraz gdy udało nam się już zbliżyć na 1,5-2 metry, wystarczyły dwa machnięcia ogonem i do widzenia. Jutro jedziemy tam jeszcze raz. Tym razem na motorach.

Inne zatoki już nie tak intrygujące, chociaż spotkaliśmy m.in. płaszczki, papugoryby i mnóstwo innej drobnicy. A plaże wiadomo – widokówkowo. Szczególnie Koh Naang Yuan.

oko w oko z płaszczką

oko w oko z płaszczką

No a wszystko to w doborowym towarzystwie japońskiej 8-osobowej rodzinki, która w większości bała się wody, a żeby nie przyciemnić sobie skóry (standardowa dalekowschodnia fobia) przed słońcem zasłaniała się ręcznikiem lub kamizelką ratunkową. Do wody weszli nawet nie w połowicznym składzie i tylko na kilka minut. Osobliwi ludzie.

w uroczym towarzystwie chińskiej wycieczki (weselszych min nie udało nam się uchwycić)

w uroczym towarzystwie chińskiej wycieczki (weselszych min nie udało nam się uchwycić)

2.02 – Koh Tao

Niewesoło. Dzień pod znakiem wypadku skuterowego. Na szczęście nic wielkiego, bo tylko poślizg zakończony upadkiem na nibyasfaltowej drodze zasypanej piachem. Ale mimo wszystko Paula trochę się poobijała i dodała kilka nowych gustownych siniaków. Normalnie pewnie szybko przeszlibyśmy nad tym do porządku dziennego, zadowoleni, że w gruncie rzeczy nic poważnego się nie stało. Nie tym razem jednak.

Obecnie wisi nad nami widmo niebotycznej kary z wypożyczalni skuterów. Turystyczna mafia z Koh Tao jak jeden mąż wypożycza motory bez ubezpieczenia, podsuwając do podpisu kartkę z wypisanym cennikiem za każdą uszkodzoną część. Rano wyszliśmy nawet z kilku wypożyczalni, jakby wyczuwając zagrożenie. Niestety zasady wszędzie okazywały się takie same.

Teraz musimy kombinować, jakim cudem wymienić lusterko i przykamuflować obtarcia w kilku miejscach. Te niewielkie w zasadzie uszkodzenia według cennika sumowałyby się do ok. 1000 – 1500 zł. Oczywiście żaden mechanik nie chce z nami gadać, bojaźliwie spoglądając na wszystkich sklepikarzy dookoła. Po odwiedzeniu kilkunastu niewielkich zakładów udało nam się znaleźć jednego, który wyjaśnił, jak działa ten szwindel i gotów jest pomóc. Miejmy nadzieję, że jutro będzie miał lusterko.

A głowy jego żadna myśl nie mąci

A głowy jego żadna myśl nie mąci

Na rozluźnienie dziewczyny idą na kolejny tajski masaż, tym razem z aromatycznymi olejkami. Ja wreszcie będę mógł napisać tekst o Kambodży, który chodzi za mną już od kilku dni.

Poza tym trwają przygotowania do Chińskiego Nowego Roku, a my po przerobieniu otrzymanych z Polski Czarnych Historii oraz wszystkich innych zagadek lateralnych (gdzie wolno odpowiadać „tak” lub „nie” – przyp. autora) znalezionych w Internecie, łoimy w karty. Oczywiście o ile w dzień nie snorklujemy z rekinami, a w nocy nie balujemy na plaży.

.

P.S. Całe szczęście powiodło nam się z galerią. Zapraszamy do Bangkoku, Aytthayi, Parku Narodowego Erawan oraz z Lopburi. A filmiki pojawią się przy pierwszej nadarzającej się okazji.*

Bangkok i Erawan, Tajlandia
Ayutthaya i Lopburi, Tajlandia

—————————————————-

* No i proszę. Z dzikiej Birmy wróciliśmy do centrum backpackerskiego świata – na Khao San Road. Między kolejnymi kubełkami tajskiej whiskey udało nam się wrzucić obiecane filmiki. Obiecujemy, że to nie koniec.

.

Z pamiętnika podróżnika – Wietnam

Wy na nas nie głosujecie, ale my i tak zamieszczamy nowy wpis. Jednak zanim napiszemy coś konkretnego, kolejne zapiski z pamiętnika.

4.12 – Dalat, Buon Ma Thuot

Nie chciało nam się wstawać na autobus na 8 rano ani czekać na kolejny o 14, więc około południa wyruszyliśmy stopem.

Wbrew zapowiadanym trudnościom dojechaliśmy bez problemu, choć na 4 tury. Przebycie 200 km zajęło nam 7 godzin (głównie z powodu stanu drogi z Dalat do BMT), z tego ostatnich 140 km w rozpadającym się minivanie marki Datsun, któremu ani razu nie udało się przekroczyć 50 km/h. Choć usilnie próbował, skutecznie nas podtruwając. A gdy się ściemniło, co i rusz wyłączały mu się światła. Dwaj Wietnamczycy, którzy nas wieźli, mieli niezły ubaw – zdaje się, że z nas i naszej autostopowej przygody. Przyjechała para Europejczyków, zachciało im się stopa, więc przez 5 godzin gnietli się z jakimiś palnikami i workami kapusty, przyklejeni do siedzeń, gdzie rytmicznie obijali głową sufit.

praca w polu wreZ innych atrakcji po drodze – plantacje kawy, wioski mniejszości etnicznych, pola ryżowe, itp. Jutro jedziemy badać teren na motorze.

Buon Ma Thuot na razie rewelacja. Spore miasto, ale zero turystów, fajny klimacik i wszystko pół darmo.

Aha, gdy przysypiałem w Datsunie, ze snu wyrwał mnie piorun, który we mnie trafił. A to tylko moja fotoreporterska żona zrobiła mi zdjęcie z lampą.

5.01 – Buon Ma Thuot

Jeden z tych dni, które na długo zostają w pamięci. Rano wyruszyliśmy przed siebie na skuterze w bez celu gnani wiatrem. Jechaliśmy przez wioski i miasteczka, próbując rozmawiać z Wietnamczykami. Wjechaliśmy m.in. na przydrożne pole, gdzie kobiety z lokalnych mniejszości etnicznych suszyły dziwne korzenie na sprzedaż. Przesiedzieliśmy z nimi dobrą godzinę, pomagając przy obieraniu i cięciu, próbując się dowiedzieć, co się z tym robi, jednocześnie wzbudzając ogólną wesołość. Po ogólnych śmichach-chichach jedna z dziewczyn odważyła się nawet zrobić nam zdjęcie telefonem komórkowym. Przeznaczenia korzeni niestety nie udało się ustalić.

biali przyszli, biali tu są!

Przez przypadek trafiliśmy również do Parku Narodowego Yok Don, gdzie połaziliśmy trochę po drzewach namorzynowych, a na koniec wylądowaliśmy w wiosce, gdzie hodują i trenują słonie. Szkoda tych pięknych zwierząt, choć ciężko stwierdzić, co można by zrobić, żeby żyło im się lepiej.

Kawa Nguyen - smakuje jeszcze lepiej niż wyglądaW przydrożnej kawiarni zaserwowali nam najlepszą kawę na świecie. Region Buon Ma Thuot słynie z kawy na całą Azję Południowo-Wschodnią, z czego początkowo nic sobie nie robiliśmy, bo kawy w ogóle nie pijamy, ale to co dostaliśmy tutaj, po prostu ścięło nas z nóg.

Już sam sposób parzenia i serwowania kawy jest bardzo ciekawy, bo parzy się ją w małych spodeczkach stawianych na szklance, z których kawa wolno skapuje do środka. I serwowana ze skondensowanym lub świeżym mlekiem jest po prostu przepyszna.

Zacieśniliśmy również więzy z restauratorami z naszej zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie na śniadanie serwują przepyszne Pho z surową polędwicą, która sparza się dopiero w zupie, a wieczorem karkówkę (dla normalnych) lub ciasto jajeczne i jajko sadzone (dla wegetarian). Niesamowite, jak w tych wszystkich odwiedzanych krajach smakują przyprawy – świeża kolendra, chińska bazylia czy jakieś inne bliżej nam nieznane odmiany aromatycznych zielenin. Wszystkie one nadają niezwykły aromat nawet najzwyklejszej zupie Pho.

8.01 – Hue

Nadal pada. Pogoda lepsza o tyle, że okazjonalne mżawki utrudniają życie, ale przynajmniej można się jako tako poruszać. Byliśmy w słynnej pagodzie Mien Thu i Cytadeli. Według mnie nic specjalnego, choć Pauli nawet się podobało.

I'm cycling in the rain, what a glorious day, na na na...

Wieczorem Hot Pot w knajpce dla Wietnamczyków, z nieustannym krzykiem (choć to w zasadzie tylko intonacja), niecodziennym smakiem i niedopałkami na podłodze. Hot Pot, czyli tradycyjne danie dla kilku osób, które przygotowuje się na stoliku. Serwowane na przenośnym palniku (a czasem na specjalnych stołach z dziurą i przenośnym piecem od spodu), na którym ustawia się większy garnek, w którym parzy się wybrane składniki, w większości nienazwane warzywa i zieleninę. Pycha.

Hot Pot miał być z owocami morza, a oprócz krewetek i kalmarów z pewnością była i wołowina. Nie wiem, może bawół wodny.

Hot Pot z bawołem wodnym

9.01 – Hoi An

Spóźniliśmy się na autobus, który przyjechał za wcześnie, ale sprawę udało się załatać i jedziemy jakimś innym Open-Tour busem. Świetna instytucja swoją drogą – kupujesz bilet otwarty na podróż wieloodcinkową przez kilka miast i wsiadasz, i wysiadasz, kiedy chcesz i jak ci pasuje, dzień wcześniej potwierdzając kolejny odjazd.

Po drodze Paula zaliczyła najbardziej widowiskową glebę jak do tej pory. O mały włos niezłamana noga i mocno obity piszczel spowodowały przemianę duchową. W stolicy krawców i mody – Hoi An od razu kupiła 3 pary luźnych spodni (łącznie 35 zł) i została trampem.

Poza tym mają tu niezłe koszulki – „same same” – hasło, które słyszy się 5 razy dziennie trafiło nawet na t-shirty. Wietnamczycy mają dystans. Cały Wietnam jest „same, same but different”.

10.01 – Hoi An

Dziś znów dzień skuterowy – piąty już w Wietnamie i trzeba przyznać, że te dni lubimy najbardziej. Fajnie byłoby kiedyś przejechać cały ten kraj na motorach. A my tymczasem coraz bardziej nakręcamy się na moto-przygodę w Ameryce Południowej (jeśli kiedykolwiek do niej dotrzemy).

zrób sobie przerwę

Rano wyruszyliśmy w kierunku ruin My Son oddalonych zaledwie o 45 km od miasta, lecz dotarcie do nich po świetnej skądinąd drodze zajęło nam dobrych kilka godzin. A to oczywiście z powodu ciągłych postojów i podpatrywania życia wietnamskiej prowincji, która wciąga jak Złotopolscy. To samo było w okolicach Buon Ma Thuot. Wystarczy przystanąć na chwilę i zaraz ktoś podchodzi. Jeśli umie, to zagaduje, a jeśli nie, to „hello” i zniewala uśmiechem. I robi się zbiegowisko.

Wszędzie tarasy ryżowe, praca w polu, małe ryneczki, na których tętni życie i przydrożne knajpki. W jednej z nich zjedliśmy płaszczkę z grilla. Pycha – bardzo delikatne rybie mięso i chrząstki zamiast ości. Zjada się wszystko razem z głową. No i właściciel straganu uczył nas zajadać ten przysmak, zawijając mięso wraz z zieleniną i warzywami w dziwnych twardych plackach ryżowych, które stawały się miękkie po zamoczeniu w wodzie.

straganowe przysmaki - płaszczka z grilla

Same ruiny cywilizacji Chamów takie sobie – niewiele z nich zostało, a największe wrażenie robi otaczająca i pochłaniająca je dżungla. Faktycznie nieprzyjemne miejsce do toczenia walki partyzanckiej z Viet-Congiem. Ale oczywiście wybrać się tutaj warto zarówno dla ruin, jak i przede wszystkim dla okolicznych wiosek.

Z kolei świeży ananas z lokalnego rynku staje się powoli codzienną rutyną. Pieką nas już języki, ale dzielnie zamierzamy brnąć dalej.

11. 01 – Hoi An

Dobrze że zostaliśmy dłużej. Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko 2 dni, ale już pierwszego dnia po krótkim spacerze od razu postanowiliśmy przełożyć bilet na 11. stycznia. A i to tylko dlatego, że chcemy dłużej zabawić w delcie Mekongu, do której jeszcze dwie noce drogi, a na 22. musimy dotrzeć do Bangkoku na spotkanie z Paulą K., na które swoją drogą nie możemy się już doczekać.

uliczne życie

A dziś totalny relaks. Spacery po mieście, obserwowanie lokalnego życia i wizyty na miejscowym ryneczku. Odreagowując swój trampowy wizerunek Paula zamówiła również wyjściową sukienkę, która nota bene została uszyta w 3 godziny (15 zł).

Robimy też eksperyment transportowy. Dziś jedziemy nocnym autobusem do Nha Trang, tam będziemy prawdopodobnie plażować się lub włóczyć po mieście cały dzień, a jutro wieczorem złapiemy kolejny nocny autokar do delty Mekongu. Wydawać by się mogło, że niewielki ten Wietnam. A tu ponad 2200 km długości.

kolejny nocny kuszetkowiec - super sprawa w Wietnamie - koszt ok. 35 zł

I najlepsze przyszło właśnie w autobusie. Świeżopoznany Francuz, z którym przegadaliśmy już 3 godziny, zapalił nas do Birmy, do której początkowo, nie wiedzieć czemu, w ogóle nie planowaliśmy jechać. Chyba właśnie postanowiliśmy udać się tam prosto z Tajlandii. Nagła zmiana planów – wspaniałe uczucie.

.

P.S. Zapraszamy też do obejrzenia galerii z Płaskowyżu Centralnego oraz Centralnego Wybrzeża w Wietnamie.

Paskowyż Centralny, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam

.