Archiwa blogu

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Reklamy

Wietnam – informacje praktyczne

Oto jesteśmy. Po 4 tygodniach tułaczki po niesamowitej Birmie, której opisami będziemy w najbliższych dniach Was zarzucać, znów znaleźliśmy się w centrum backpackerskiego świata – na Khao San Road. Tu, gdzie zapach świeżego krewetkowego Pad Thai miesza się z niezwykłą wonią niewytrzymujących marcowych upałów białasów, nam zebrało się na bardziej zaprzeszłe wspominki.

Między kolejnymi kubełkami tajskiej whiskey postanowiliśmy wrzucić kilka informacji praktycznych o Wietnamie, pięknym kraju na wschodzie, gdzie już dawno zapomnieli, co to jest prawdziwy komunizm. Ale żeby i tym czytelnikom niewybierającym się do tego wspaniałego kraju w najbliższym czasie, miło czytało się niniejszy wpis, dodajemy kilka smakołyków i ciekawostek z tego dalekiego zakątka świata.

Wiza

Jeśli do Wietnamu przylatujemy samolotem, wizę najlepiej wyrobić przez amerykańskich pośredników. Jest to tak zwana „Visa on arrival”, którą otrzymujemy w dwustopniowej procedurze. Najpierw składamy wniosek przez Internet, uiszczamy opłatę, a następnie mailem otrzymujemy promesę wizową, która uprawnia do otrzymania wizy na granicy. Uwaga! Bez wydrukowanej promesy nie ma możliwości otrzymania wizy „on arrival”. Niestety nie ma również takiej możliwości, przekraczając granicę lądową.

Wiza do Wietnamu wyrabiana w ambasadzie kosztuje 75 dolarów, a przez pośredników 45 USD. Najtańszą firmą, jaką znaleźliśmy jest My Vietnam Visa – www.myvietnamvisa.com . Są też polskie firmy zajmujące się tym samym, np. Polviet.com, ale oczywiście są droższe. Pazerność szkodzi.

California dreamin'

California dreamin'

Opłata jest dwustopniowa – na pierwszym etapie przez Internet płacimy 20 dolarów, a następnie jeszcze 25 USD na granicy (w przypadku wizy jednokrotnego wjazdu). Warto mieć odpowiednią kwotę w dolarach, bo wietnamscy urzędnicy zawze próbują oszukiwać, nie mają reszty w dolarach, a resztę w dongach wydają po kursie 10 000 za 1 dolara (realny kurs 20 000 za 1 USD). Na granicy trzeba mieć ze sobą 2 zdjęcia.

Jest to chyba jedyny przypadek na świecie, gdy wiza wyrabiana przez pośredników jest tańsza niż w ambasadzie, ale komunistyczne kraje rządzą się swoimi prawami.

Transport

Jeśli komuś wydaję się, że w 2 albo 3 tygodnie zobaczy Wietnam, to lepiej niech od razu wyzbędzie się złudzeń. Choć niewiele większy od Polski, z północy na południe rozciąga się na długości ponad 2,5 tys. km. To więcej niż z Polski do Chorwacji, a i klimat jest równie różnorodny. Z Hanoi do Ho Chi Minh jedzie się 3 dni, a z obu tych miast, odpowiednio do granicy chińskiej, laotańskiej czy kambodżańskiej jest jeszcze dzień drogi.

Jeśli mamy więc 2-3 tygodnie, najlepiej wybrać północ lub południe. My północy w ogóle nie odwiedziliśmy i z pewnością tam wrócimy, bo nie byliśmy ani wśród dzikich plemion w rejonie Sapa ani w słynnej Halong Bay.

Generalnie transport w Wietnamie nie sprawia najmniejszych problemów, bo wszędzie wzdłuż wybrzeża funkcjonują tzw. „open-tour bus”. Jest to ciekawa instytucja umożliwiająca zakup jednego biletu, a następnie wsiadanie i wysiadanie we wszystkich większych miastach po drodze z Hanoi do Ho Chi Minh. Generalnie trasę tę można odbyć w 4 nocnych odcinkach komfortowymi autobusami z kuszetkami. O ile autobusy są wyjątkowo wygodne i można się dobrze wyspać, to osobom powyżej 180 cm mimo wcześniej przydzielonego łóżka polecam zajmować miejsca na końcu autobusu między rzędami. Nogi będą wtedy wystawać z 10-20 cm za łóżko, ale przynajmniej komforcik pierwsza klasa. Wszędzie dostajemy koc i poduszkę.

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Naszym zdaniem najlepszą opcją na poznawanie Wietnamu są jednak skutery bądź motory. Do wynajęcia niemal w każdym mieście za 3-5 dolarów za dzień, dają nieograniczone wręcz możliwości odkrywania mało odwiedzanych miejsc i bratania się z miejscowymi. My skutery wypożyczaliśmy w sumie 6 razy i wszystkie były rewelacyjne.

Autostop w Wietnamie funkcjonuje jako tako, choć bywa płatny. Polecamy raczej fanom tego sportu niż jako środek lokomacji. Niewielu Wietnamczyków mówi po angielsku, więc i autostopowe konwersacje są raczej symboliczne. Bez znajomości wietnamskiego, lepiej wybrać konwencjonalne środki transportu.

Co warto zobaczyć

O ile Ho Chi Minh, Hue, a w szczególności przepiękne Hoi An są pociągające i w każdym z nich można zostać po kilka dni, to prawdziwe atrakcje czają się gdzie indziej. W części południowej i środkowej bezapelacyjnie królują Delta Mekongu i Płaskowyż Centralny (czyli Central Higlands). Przez Central Highlands na motorze można jeździć tygodniami, co i rusz trafiając do coraz ciekawszych wiosek i notorycznie będąc onieśmielonym uczynnością miejscowych Wietnamczyków.

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Będąc w okolicy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale około 30 km od Dalat znajduje się fabryka jedwabiu, do której bez problemu można wejść i przyjrzeć się procesowi produkcji. Trafić pewnie nie jest łatwo, ale z pewnością pokierują nas do niej uczynni Wietnamczycy, albo miejscowi przewodnicy motocyklowi, tzw. „Easy Riders”. Wszyscy, których spotkaliśmy gdzieś w terenie byli niebywale mili i choć dziwili się, że jeździmy na własną rękę, zawsze chętnie udzielali informacji, co jeszcze ciekawego w okolicy można zobaczyć. Choć normalnie w mieście nawet niedrogo można ich wynająć na 1 lub kilka dni, w terenie nigdy nie chcieli od nas pieniędzy i byli dumni i bardzo szczęśliwi, że na motorach zwiedzamy ich kraj.

Płaskowyż Centralny, a w szczególności Buon Ma Thuot to główny rejon uprawy kawy i raj dla kawoszy. Kawa suszy się w słońcu w co drugiej wiosce, a niemal w każdej knajpie można napić się przepysznej kawy Nguyen.

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Z kolei delta Mekongu wciąga jak pajęcza sieć i warto zagubić się w jej licznych odnogach i kanałach. Zdaję się, że im głębiej tym ciekawiej. O ile w okolicy jako tako turystycznego Can Tho, podobało nam się, bo wszystko było nowe i pasjonujące, to w pobliżu Chau Doc delta przeszła samą siebie.

Z pewnością, jeśli ktoś tylko ma możliwość i z Wietnamu wybiera się do Kambodży, jednym z najlepszych sposobów przekroczenia granicy jest wybranie się łodzią z Chau Doc do Phnom Penh w górę Mekongu. Za 10 dolarów mamy gwarantowaną podróż przez tętniące życiem wioski na wodzie, osady mniejszości narodowych i możliwość obserwowania prawdziwego życia delty.

Oprócz tego w wartym zobaczenia Hoi An – mieście krawców, na zamówienie można zrobić sobie dowolny ciuch od luźnych azjatyckich spodni po garnitury prosto od Armaniego. A wszystko najtaniej w Azji.

Klimat

Kształt kraju i wysokie góry sprawiają, że klimat jest bardzo różnorodny i cały rok jest dobry na Wietnam. W czasie naszej zimy przyjemne, 30-stopniowe temperatury panują w delcie, gdzie dodatkowo praży słońce, ale jest zdecydowanie za zimno na góry północy i kąpanie się w Halong Bay. Już w położonym na Płaskowyżu Centralnym Dalat, noce były bardzo chłodne. Jednak w dzień temperatura idealna – 22-27 stopni.

Z kolei na wybrzeżu środkowym, od Hue do Nha Trang, wbrew teorii, w styczniu w ogóle nie było słońca i bardzo dużo padało. I to nie monsunowo, przez 2 godziny dziennie, a potem skwar, a polsko-jesiennie, przez cały dzień delikatnie siąpiło.

Przykładowe ceny

Wietnam jest tani, choć trzeba ostro się targować. Wietnamczycy lubią zdzierać z turystów, szczególnie w miejscach często odwiedzanych. Podobnie jak w całej Azji Południowo-Wschodniej, zawsze cenę trzeba ustalić przed skorzystaniem z jakichkolwiek usług czy produktów.

Noclegi w Wietnamie jak do tej pory biją wszystkie inne kraje na glowę. Za 140-200 tys. dongów (7-10 USD) można dostać fantastyczny pokój z czystą pościelą, pachnącymi ręcznikami, prywatną łazienką, gorącym prysznicem i darmowym Wi-Fi. Darmowy Internet w Wietnamie to standard i niemal w każdym hotelu w mieście i co drugiej knajpie mamy dostęp przynajmniej do 3-5 darmowych, niezabezpieczonych sieci Wi-Fi.

Wynajęcie skutera – najtaniej Hoi An – 60 tys. dongów, najdrożej Buon Ma Thuot – 100 tys. dongów.

Bezdroża Płaskowyżu Centralnego

Jedzenie – zupka Pho w ulicznym barze zazwyczaj z zestawem sałatek – 15 – 30 tys. dongów, wyśmienite bagietki z sałatkami i jajkiem sadzonym/wędlinami/mięsem na ulicznych straganach – 6-10 tys. dongów, Hot Pot dla dwóch osób z owocami morza – 80 – 100 tys. dongów, 1,5 l wody – 10 tys., piwo (najlepszy zielony Saigon) – 20 tys., shake owocowy (z mlekiem – rzadkość w Azji) – 12-20 tys.

Nocna podróż autobusem – 200-280 tys.

Wynajęcie łodzi w Can Tho na pół dnia (dla 5-6 osób) – 400 tys. dongów (początkowa stawka – 10-12 USD za osobę). Najlepiej w ogóle nie wdawać się w dyskusję z pośrednikami kręcocymi się przy hotelach i od razu udać się na nabrzeże. Pośrednicy, inkasując 1 mln dongów, płacą grosze zubożałym właścicielom łodzi. Skracając łańcuch, przekazujemy pieniądze tam, gdzie trzeba i płacimy połowę mniej.

Azjatyckie spodnie i sukienki w Hoi An – 50-140 tys. dongów (bez targowania 2 razy więcej) w zależności od gatunku i ilości materiału.

Nasze średnie wydatki na 2 osoby wynosiły 750 tys. dongów, czyli ok. 40 USD dziennie.

Ciekawostki i zachowania

W naszych pierwszych odczuciach po przylocie z Filipin, że Wietnam jest podobny do Chin, nie mogliśmy bardziej się pomylić. Wietnamczycy są pomocni, uczynni, radośni i otwarci.

Uwielbiają, gdy zagada się do nich po wietnamsku. Warto nauczyć się chociaż zwrotów grzecznościowych i liczebników – znacznie skraca to targowanie.

Poza tym Wietnamczycy to bardzo dumny i waleczny naród. Są pod tym względem nieco podobni do Polaków. Ich ducha narodowego nie zdołała złamać 1000-letnia (słownie: TYSIĄCLETNIA) okupacja chińska w średniowieczu, są jedynym narodem, który pokonał i upokorzył Amerykanów, w 1978 wyzwolili Kambodżę od Czerwonych Khmerów i w tym samym roku w 17 dni pokonali Chińczyków, którzy oczywiście musieli pospieszyć reżimowi Pol Pota na pomoc.

Dumne twarze Wietnamu

Wietnamczycy słabo znają angielski, ale zawsze próbują pomóc. W ostateczności zaprowadzą nas za rączkę do szukanego miejsca. Jeśli mówimy kobiecie w hotelu, że 12 dolarów to dla nas stanowczo za drogo, a ona nie może bardziej zejść z ceny, to najprawdopodobniej wskaże nam drogę do tańszego, przyzwoitego miejsca.

Zazwyczaj nie mają nic przeciwko, gdy robi im się zdjęcia. Choć jak zwykle, warto zapytać, by wzbudzić jeszcze większą sympatię. Pokazywanie im wykonanych zdjęć może konkurować jedynie z tym, z czym aktualnie spotykamy się w Birmie. Radości nie ma końca.

.

P.S. Zdjęcia z Wietnamu są do obejrzenia w galeriach.

Delta Mekongu, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam
Paskowyż Centralny, Wietnam

P.P.S. A dla wytrwałych, którym udało się przebrnąć przez caaaaaaały wpis – nagroda. Trzy świeżo zmontowane filmiki z Tajlandii. Do obejrzenia we wpisie o Tajlandii oczywiście.

.

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny

Zmiany, zmiany, zmiany.

Wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem zapowiadają się pewne zmiany na naszym blogu. Tak jak niedawno pisał w komentarzu Kuba K., w ciągu dnia podróży potrafi wydarzyć się więcej niż przez niejeden tydzień. W związku z tym oprócz wpisów przekrojowych, co pewien czas będziemy zamieszczać wyimki z pamiętnika podróżnika, który ostatnio zaczęliśmy prowadzić.

Zatem na początek – Filipiny:

20.12 – El Nido

Najbardziej zwariowany „Island hopping” w historii. Od lokalnego rybaka we wsi Corong Corong wynajęliśmy 2 małe łodzie, na których ledwo udało nam się zmieścić – odpowiednio 7 i 3 osoby. Oprócz pięknych wysp i najlepszej jak do tej pory wyłowionej muszli, do głównych atrakcji należy zaliczyć kilka awarii silnika na morzu, podczas których myśleliśmy, że na ląd będziemy musieli wrócić wpław oraz około 5-krotne całkowite przemoczenie przez notorycznie prześladujący nas deszcz. Było świetnie.

O północy udało nam się dostać na prom towarowy z El Nido do Coron, choć nie mieliśmy biletów. Przeżycie niesamowite, bo statek był zapakowany po brzegi i nie było dla nas wolnej przestrzeni nawet na podłodze. Ostatecznie wpakowaliśmy się na mostek i spędziliśmy noc pod kołem sterowym. Jako przepustki użyliśmy 2 butli rumu, więc do 3 w nocy czas upłynął nam na zajmującej rozmowie z załogą.

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek zwierzęcy

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek ludzki

Butelka 0,7 l wyśmienitego lokalnego rumu Tanduay kosztuje tutaj 60-90 peso (4-6 zł), co oznacza, że rum jest tańszy niż cola. W związku ze znacznie zwiększonym spożyciem w ciągu ostatnich 2 tygodni, stwierdzamy zagrożenie Chorobą Filipińską.

21.11 – Coron

Wyspaliśmy się jako tako. My na naszych materacach nieco lepiej niż Michel, który noc spędził na podłodze pod oknem kapitana. Do Coron przybyliśmy przed południem i niemal udało nam się uniknąć płacenia za bilety za prom, o które upomniano się 100 m od brzegu. Podróż na mostku promu towarowego niezapomniana.

Noc na mostku

Reszta dnia upłynęła nam na relaksacji i zorganizowaniu nurkowań na jutro. Przypadkiem udało nam się również znaleźć restauracyjkę, która ma mieć ponoć Internet 24 h, co pozwoliłoby nam zadzwonić do domu na święta. Zobaczymy.

Na kolację wciągnęliśmy przepyszną lokalną pizzę – pierwszą od wyjazdu z Polski. Nius dnia – Pauli pękły klapki.

22.12 – Coron

Michel zainspirował nas do pisania pamiętnika. Paula próbowała nawet na początku podróży coś pisać, ale wychodziło tego 4 strony dziennie, więc szybko się poddała. Michel pisze 5-10 zdań dziennie, więc w ten sposób może i nam się uda. Jedyna wada to fakt, że odzyskamy świadomość daty. Nawet trudno sobie wyobrazić, jakie to cudowne uczucie, nie mieć najmniejszego pojęcia, jaki dzisiaj mamy dzień. Żeby totalnie nie utracić z trudem wywalczonej wolności, postanawiamy nie liczyć dni tygodnia. Taki mały kompromis.

Ostatnio z naszymi wariatami działo się na raczej sporo, więc postaram się odtworzyć historię chociaż z kilku poprzednich dni (P.S. Wariaci, o których mowa, to oryginały jakich mało i o nich już wkrótce będzie osobny wpis).

Wariaci z Palawanu - połowa składu

Poza tym dziś nurkowaliśmy we wraku Olympia Maru i na rafie 7 Pecados. Wrak całkiem niezły, ale przejrzystość słaba – ok. 6-8 m. Za chwilę idziemy na masaż – pierwszy podczas tej podróży i zdaje się, że rozpocznie on nasze tournee po międzynarodowych technikach masażu.

Nurkowanie w Coron

Masaż w porządku, choć mnie masował chłop o dłoniach jak bochny, który do tego dość głośno sapał, a Michela podstarzała zapaśniczka. Paulinie trafiła się 23-letnia superzgrabna Filipinka o dłoniach jak płatki róży. Durny świat.

23.12 – Coron

Kolejny „Island hopping”. Na wariata dziś rano udało nam się znaleźć chętnych, którzy zorganizowali dla nas wyjazd na okoliczne wyspy i rafy. Największe wrażenie zrobił na nas Skeleton Wreck – wrak japońskiego statku zaopatrzeniowego z 1944 r., którego dziób spoczywa zaledwie na głębokości 5 – 8 m, więc można do niego schodzić nawet podczas snorklowania.

W poszukiwaniu duchów na Skeleton Wreck

W pewnym momencie zostaliśmy na 2 godziny na bezludnej wyspie, na której zostawił nas kapitan, ponieważ nasz czwarty pasażer chciał wcześniej wrócić do portu. Ciężko uwierzyć w naszą naiwność, ale na łodzi zostawiliśmy nasze plecaki z portfelami i paszportami. Przez chwilę wkręciliśmy sobie niezły film, ale na szczęście kapitan w czapce Świętego Mikołaja po nas wrócił.

Na kolację ma być typowo szwajcarskie danie w lokalnej restauracji pewnego Szwajcara, którego poznaliśmy wczoraj. O Szwajcarii zresztą dowiadujemy się równie dużo, co o Filipinach, bo od 3 dni podróżujemy już tylko we trójkę z Michelem.

Z kolei wieczorem mamy załapać się na filipińskie przyjęcie świąteczne. Dwa dni temu poznaliśmy Evelyn – Filipinkę, która przyjechała tu z Manili i osiadła na dobre. Oczywiście jak na Filipinkę przystało od razu zaprosiła nas na dzisiejszą imprezę, o czym zupełnie zapomnieliśmy. Dziś spotkaliśmy ją ponownie, gdy niosła 5 litrów rumu, więc wieczór mamy z głowy. Ciekawe, co będzie z Michelem, który jutro rano ma lot do Manili.

Zagrożenie Chorobą Filipińską wzrasta.

Niemożliwe nie istnieje

24.12 – Coron

Michelowi udało się jakoś zebrać na lot po 3 godzinach snu. Znów jedziemy sami.

Filipińczycy są niesamowici. Rano poszedłem po bułki do naszego zaprzyjaźnionego sklepu i przegadałem z chłopem ponad pół godziny. Nie chciał mnie wypuścić zanim nie zjadłem jego ryżu zapiekanego z miodem w liściach bananowca. Przekąska pycha.

Na kolację wigilijną za 200 peso (14 zł) szwedzki stół i darmowe piwo. Dla mnie całe pieczone prosię na słodko, a dla Pauli ponadpółmetrowe tuńczyki z grilla. Zagrożenie Chorobą Filipińską podniesione do poziomu czerwonego.

W pewnej restauracji z Wi-fi, pozwolili nam przyjść dłuuugo po zamknięciu, żeby zadzwonić do domu. O pierwszej w nocy zasiedliśmy przy opustoszałych stolikach na 2 godziny telekonferencji ze stołami wigilijnymi w Polsce.

Dzień wesoło-smutny.

25.12 – Coron, Manila, Donsol

Znów akcja nie z tej ziemi. Rano podczas płacenia za hotel (350 peso za noc = 25 zł) właściciel zaprosił nas na świąteczne śniadanie. To pierwsza nasza wizyta u Filipińczyków w domu. Lokalne frykasy i prawie godzina rozmowy sprawiają, że niemal spóźniamy się na samolot. Na szczęście jest „filipino time”, czyli miniwan przyjechał pół godziny później, a samolot i tak jest opóźniony.

Lecimy do Manili. Potem postaramy się poszukać nocnego autobusu do Donsol, bo jeszcze przed wyjazdem chcemy popływać z rekinami wielorybimi.

Palawan w lotu ptaka

26.12 – Pilar, Donsol

Nie wiem czy to jakaś passa czy jaki czort, ale dziś znowu zostaliśmy ogłuszeni filipińską gościnnością. A było to tak:

Ze względu na Święta jedyny autobus, jaki udało nam się wczoraj znaleźć w kierunku Donsol, to stary nieklimatyzowany grat do Pilar. Autobus nie był nawet skrojony dla Filipińczyków, a raczej dla krasnali, więc wyjechawszy o 14, o 2 nocy wylądowaliśmy w tej szerzej nieznanej mieścinie zlani potem z powykręcanymi rękoma i zdrętwiałymi nogami. Zdecydowanie najbardziej groteskowa podróż jak do tej pory.

Żeby nie spać na dworcu, rozłożyliśmy się z naszymi plecakami w kościele, ale o 4 obudziły nas przygotowania na mszę o 4:30. Po przegadaniu pół godziny z przemiłą rodziną, dajemy się namówić na mszę. Nie licząc statystowania w kilku ślubach znajomych, to pierwsza nasza wizyta w kościele od jakichś 3-4 lat.

Po mszy przemiła Filipinka zaprasza nas do siebie do domu w oczekiwaniu na jeepneya do Donsol. Śniadanie, pomoc jej mężowi w łowieniu i sortowaniu ryb oraz przemiłe pogaduchy sprawiają, że zostajemy niemal do 8 rano.

Na farmie ryp lapu-lapu

Miasto budzi się do życia, a my po niemal nieprzespanej nocy i tak niesamowitej lawinie wrażeń, mamy złudzenie, że dzień zbliża się ku końcowi. A musimy jeszcze dotrzeć do Donsol, znaleźć nocleg, wrócić 50 km do Daragi do najbliższego bankomatu i zorganizować wypad na poszukiwanie rekinów wielorybich na jutro.

.

P.S. Ważne – udało nam się wreszcie wrzucić obiecany dawno temu filmik z Nepalu z błogosławieństwa krwi. Filmik można obejrzeć tutaj.

.

Scenariusz nienapisanych wpisów – Nepal

Żeby wszystko było jasne. Wiem, że jesteśmy na Filipinach. Wiem, że miało być o Chinach. Ale tak się akurat składa, że właśnie siedzimy pod palmowym dachem knajpki na przepięknym Palawanie, sącząc lokalne piwko San Miguel i zebrało nam się na wspominki.

W tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, taaak i niepowtarzalnych uzmysłowiliśmy sobie, że jednak musimy się z Wami podzielić pewnymi smaczkami, które tak często nam uciekają. Nasza podróż ma to do siebie, że w zasadzie chcielibyśmy publikować przynajmniej jeden wpis dziennie, a czasem przydałoby się, żeby i dwa. Oczywiście na to nie możecie liczyć, bo po pierwsze jesteśmy na wakacjach, a po drugie podróżowanie jest na tyle zajmujące, że nawet nie ma kiedy tego pisać.

W związku z tym możemy pójść na kompromis i napiszemy, o czym nie napiszemy. Dziś rozpoczynamy cykl Nienapisanych Wpisów, który choćby w kilku żołnierskich słowach będzie przedstawiał co ciekawsze spostrzeżenia i obserwacje z poszczególnych krajów.

A zatem Nepal:

Katmandu – backpackerska stolica świata

Nie będzie relacji z niezwykłego miasta, w którym spokojnie można przepaść na tydzień albo i dwa, dając się porwać lokalnej bądź backpackerskiej atmosferze.

Świątynia w Katmandu

Czasem ciężko wyjść poza sam Thamel, gdzie w tysiącach małych sklepików istniejących tylko dla turystów można kupić wszystko, czego dusza zapragnie, a resztę zrobić na zamówienie. Tuż obok, w bocznych uliczkach tętni prawdziwe życie, a niezliczone jedno- i dwuosobowe szwalnie, garbarnie, ubojnie i zakłady muzyczne zaopatrują wszystkich detalistów. Że o milionie restauracji, kawiarenek i barów nie wspomnę. Tu również można dać się zaprosić na przepyszną nepalską herbatkę z mlekiem, a przy odrobinie szczęścia poznać jakiś przemiłych Nepalczyków, która to znajomość może przetrwać lata.

fałszywy sadhu w Katmandu

Tymczasem poza Thamelem Katmandu również jest pasjonujące. Ze swoim starym miastem, niezliczonymi często nieodkrytymi świątyniami czy obleganą, acz nadal wartą zobaczenia Świątynią Małp, z której rozpościera się widok na całe miasto. No i kilka, jeśli nie kilkanaście okolicznych miast i miasteczek, których w większości nie zdążyliśmy nawet zobaczyć, a w których spotkać można m.in. prawdziwych joginów i sadhu.

Wesoły autobus

Nie będzie również nawet słowa o transporcie w Nepalu, który jest niezwykłą przygodą nawet dla ludzi o niewygórowanych oczekiwaniach dotyczących bezpieczeństwa i bardzo elastycznym podejściu do własnej przestrzeni życiowej.

wesoły autobus

Autobusowe wraki, pamiętające Jimiego Hendrixa i pierwsze lądowanie na Księżycu, tylko dla zmyły posiadają 25 miejsc, bo ich ładowność jest nieograniczona, a 25 osób zabierają na dachu. My z Katmandu do Dhunche (110 km – 9 godzin) jechaliśmy z ok. 80 pasażerami, rozłożonymi na obu poziomach.

w nepalskim autobusieInnych atrakcji też nie brakuje, bo jeśli akurat nie przytrzymujemy komuś niemowlaka lub worka pietruszki, to wpychamy w uszy stopery, żeby nepalski folk lub co gorsza pop nie rozsadził nam uszu. Autobus staje co 500 metrów, bo co i rusz wsiada seler, wysiadają kurczaki, pakuje się ryż albo wyskakuje brukiew. Zresztą dobrze, że w autobusach jest tak wesoło, bo przynajmniej odrywa to wzrok od bezkresnych przepaści i dróg, których nie ma.

.

Święta, święta

Nie napiszemy również, że Nepalczycy mają fioła na punkcie świąt i świętowania oraz że są najbardziej rodzinną nacją, jaką znamy. Nasz pobyt w tym kraju wypadł tuż po najważniejszym święcie w roku – Dasain i zbiegł się akurat z drugim najważniejszym – Diwali.

Hinduskie święto Diwali trwa 5 dni, z których każdy kolejny poświęcony jest innemu bogu lub bogini, mających zapewnić wszystko od pieniędzy i urodzaju po szczęście rodziny. Podczas każdego z dni świętują także różne zwierzęta, będące emanacją lub towarzyszami poszczególnych bóstw, w tym czasie mogące liczyć na szczególne względy. I tak np. Dzień Krowy poświęcony jest bogini bogactwa Lakshmi, a przed nim wypadają kolejno Dzień Kruka, Dzień Psa i Dzień Wołu.

Świętowanie Tihar

Ostatnim dniem Diwali jest drugi najważniejszy dzień w roku – Tihar, w którym to wszyscy mężczyźni udają się w rodzinne strony, by otrzymać błogosławieństwo od swoich sióstr. Podczas tych świąt najlepiej przekonaliśmy się, jak przyjaźni są Nepalczycy, bo wielokrotnie zostaliśmy potraktowani jak rodzina i nawet właściciel hotelu w Katmandu zaprosił nas do wspólnego świętowania.

Szczęśliwego 1131 Nowego Roku!

Ponadto w Dolinie Katmandu, której mieszkańcy posługują się kalendarzem  innym niż reszta Nepalu, nazywanym Nepal Sambat, podczas naszego pobytu przypadł akurat Nowy Rok, który tym samym stał się dla nas pierwszym Nowym Rokiem w tym roku.

Mówią na niego Jack

Niezwykła historia życia pewnego Nepalczyka, w którego losach odbija się zawiła i poplątana historia całego kraju i narodu. Człowieka, który ciężko pracuje od 13 roku życia, przez większość czasu utrzymując 5-osobową rodzinę i opłacając szkołę i studia dwóch starszych braci, a także swoje.

Historia o niezwykłym poświęceniu i oddaniu rodzinie, które sprowadziło się również do przepisania, na prośbę matki, ziemi starszemu bratu. Ziemi, na której stoją z mozołem wybudowane domki letniskowe, służące jako hotel w dżungli. A wszystko po to, by status społeczny najstarszego syna był na tyle dobry, by znaleźć mu żonę w ramach aranżowanego małżeństwa, które to małżeństwa nadal stanowią ok. 40% zawieranych związków w Nepalu.

W tle historia konfliktu wewnątrznepalskiego z maoistami, przez których cała rodzina musiała opuścić rodzinną wioskę i którzy wprost niemiłosiernie utrudniają życie w tym kraju uczciwym ludziom.

Wbrew wszystkiemu jeden z największych optymistów i patriotów, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy, nie ustaje w wysiłkach naprawiania świata. Dopłaca do nierentownego maleńkiego hotelu, w którym zatrudnia aż 6 pracowników tylko po to, żeby ich rodziny miały przynajmniej ryż do jedzenia na zimę. Ponadto opłaca szkołę podstawową pewnemu dwunastolatkowi, który w przeciwnym wypadku nie miałby najmniejszych szans na pomyślną przyszłość.

Takich wątków w życiu Jacka są dziesiątki, dlatego nie będziemy o nim pisać. O jego życiu mógłby powstać nie tylko wpis, ale cała książka.

.

—————————————

Więcej zdjęć z Nepalu można obejrzeć w nowej galerii.

Nepal

.

Hong Kong – Piąty Element

Miasto przyszłości, Miasto XXI wieku, Najlepszy Transport Publiczny Świata, Najbardziej Kosmiczne Lotnisko, Najdłuższe Ruchome Schody na Świecie, Światowy Lider Wolności Gospodarczej, Najbardziej Niezwykła Panorama Miejska, jedno z najbogatszych i najlepszych państw do życia na świecie.

Hong Kong nocą ze Wzgórza Victorii

Przed wyjazdem w podróż dookoła świata pewien znajomy powiedział nam, że ze wszystkich miast na świecie najbardziej chciałby odwiedzić Hong Kong. Zdziwiło nas to bardzo, bo po pierwsze nie lubimy wielkich miast, a po drugie czego dobrego można spodziewać się po Hong Kongu?

Okazuje się, że wiele. W mieście, które początkowo miało w ogóle nie znaleźć się na naszej trasie, spędziliśmy 4 dni, a moglibyśmy spędzić co najmniej drugie tyle i w ogóle się nie nudzić.

Siedziba Bank of China

Najlepsze Lotnisko Świata

W Hong Kongu znaleźliśmy się wyłącznie z powodu tanich biletów, bo okazało się, że z Nepalu najtaniej było przylecieć właśnie tutaj. Następnie okazało się również, że do Szanghaju, gdzie chcieliśmy się udać, taniej jest polecieć tanimi chińskimi liniami (Spring Airlines) niż jechać pociągiem.

WieżowceNic dziwnego, że lotnisko w Hong Kongu jest trzecim najbardziej ruchliwym portem pasażerskim świata (i drugim towarowym). Jednocześnie jest notorycznie wybierane przez pasażerów jako Najlepsze Lotnisko na Świecie i faktycznie trudno się z tym wyborem nie zgodzić. Terminal pasażerski robi kosmiczne wrażenie, ma niewyobrażalną wprost powierzchnię 570 tysięcy m2 i jest najbardziej nowoczesnym lotniskiem, z jakim się spotkaliśmy.

Pomiędzy terminalami, halami przylotów i odlotów, a także odprawą celną kursują np. bezzałogowe sterowane automatyczne pociągi, przewożące tysiące pasażerów dziennie. Wypadki ani błędy ludzkie są niemożliwe, bo system jest elektronicznie nadzorowany i nawet nie można wpaść pod pociąg, bo perony oddzielone są od składu wagonów szklanymi ścianami, w których drzwi pokrywają się idealnie z automatycznymi drzwiami w pociągach.

Powrót do przyszłości

Podobnie jak samo lotnisko, także wiele innych rzeczy w Hong Kongu przypomina krzyżówkę Łowcy Androidów z Piątym Elementem. Mimo że wieżowce są niewyższe niż w Nowym Jorku czy Szanghaju, to robią wprost niesamowite wrażenie. Ustawione są one niewyobrażalnie gęsto, a Hong Kong dzierży tytuł najbardziej pionowego miasta świata i jednocześnie posiada jedną z największych gęstości zaludnienia na świecie.

Hong Kong nocą

Ale to nie wieżowce nadają mu sznyt miasta przyszłości. Budynki bardzo często połączone są zawieszonymi w powietrzu pasażami dla pieszych, które uzupełniają lub po prostu zastępują zwyczajne chodniki. Podczas gdy na dole odbywa się ruch wyłącznie samochodowy, kilka metrów nad ziemią zawieszone są pasażerskie wiadukty, którymi można dostać się do większości budynków w centrum.

Powietrzne chodniki w centrum

Wewnątrz wszędzie znajdziemy drogowskazy, które bezbłędnie pokierują nas do konkretnego biurowca. Sam ruch często odbywa się za pomocą ruchomych schodów i chodników, dzięki którym w ogóle nie trzeba iść. W Hong Kongu znajdują się np. najdłuższe ruchome schody na świecie. Ruchomy chodnik o długości ponad 800 metrów transportuje mieszkańców do wyższych części miasta położonych ponad 135 metrów wyżej na zboczu wzgórza.

Powietrzne chodniki w centrum

Ruch uliczny również jest nietypowy, bo ponad 90% mieszkańców Hong Kongu przemieszcza się, korzystając z publicznego transportu, który chyba słusznie nazywany jest najlepszym systemem transportowym świata.

Największy Eksperyment Gospodarczy Świata

Milton Friedman twierdzi, że Hong Kong to największy kapitalistyczny eksperyment gospodarczy świata. Całkowity leseferyzm jak widać doskonale się sprawdza i sprawił, że Hong Kong został jednym z 4 Tygrysów Azjatyckich. Jak donosi CIA, PKB na osobę wynosi tu ponad 44 tys. USD. Pomiędzy rokiem 1961 a 1997 PKB kraju wzrosło 180 razy (słownie: sto osiemdziesiąt razy!!), a PKB na osobę 87 razy.

W Hong Kongu jest też mnóstwo parkówMimo że w tym kraju-mieście żyje zaledwie 7 mln ludzi, dolar hongkoński jest 9 najczęściej wymienianą walutą na świecie. Dzieje się głównie za sprawą giełdy, która jest 7 największą na świecie, a będzie jeszcze większa, bo przyciąga 22% kapitału światowych giełdowych debiutów rocznie!!

Przejażdżka autobusem z lotniska (w którym to autobusie działa nota bene darmowy bezprzewodowy internet) również zapewnia niezwykłe widoki. Po drodze mijamy na przykład port towarowy, który jest jednym z największych portów świata, a magazyny kontenerowe i ogromne żurawie przeładunkowe ciągną się przez kilka kilometrów wzdłuż drogi.

Praca, praca, praca

Niestety mimo że Hong Kong w przeróżnych rankingach często znajduje się w czołówce miast pod względem jakości życia, to cena za to jest naprawdę duża. O ile we wszystkich dalekowschodnich metropoliach Azjaci nawykli do długiej i ciężkiej pracy, to w Hong Kongu poziom zaangażowania przekracza dopuszczalne normy.

Nasz Couch Surfingowy gospodarz, u którego mieszkaliśmy przez kilka dni nie wracał z pracy przed 22, co jak twierdzi jest zupełnym standardem. Co więcej Azjaci w tutejszych korporacjach pracują w ten sposób również w soboty, więc naprawdę pozostaje im niewiele czasu, żeby cieszyć się życiem w Hong Kongu.

Zachód słońca nad centrum

W garniturze na plażę i treking

A mogłoby być tak pięknie. Hong Kong jest przepięknie położony na ponad 200 wyspach, z których tylko kilkanaście jest zamieszkałych. Już na trzeciej co do wielkości wyspie Lamma w ogóle nie ma samochodów, a ruch odbywa się wyłącznie na rowerach i na piechotę. Znajduje się tu kilka naprawdę pięknych plaż, a kąpiel w Morzu Południowochińskim, czego nie omieszkaliśmy sprawdzić, możliwa jest nawet w listopadzie.

dzika plaża na wyspie Lamma

Inne wyspy również oferują fantastyczne możliwości aktywnego wypoczynku. Wbrew pozorom oprócz biurowców ogromne przestrzenie w Hong Kongu zajmują tereny zielone. Liczące setki kilometrów szlaki piesze rozplanowane są w pięknych górach i wzgórzach wysokich nawet na 900 m, oferujących niesamowite widoki na całe miasto.

No i w jakim innym wielkim mieście można dojeżdżać do pracy 20 minut do centrum, do tego promem?

Widok na wyspę Hong Kong z Kowloon

.

Jak zwykle zapraszamy również do galerii, gdzie można obejrzeć więcej zdjęć z Hong Kongu.

Hong Kong

.

.

Długa droga do Nepalu

Na dobry początek zacznę od końca. Wczoraj minęła trzecia doba odkąd opuściliśmy naszą bazę trekingową w hinduskich Himalajach i byliśmy w drodze do Nepalu. Choć z Badrinath, z którego wyruszyliśmy w poniedziałek o świcie, od granicy dzieliło nas jedynie ok. 500 km, to na przebycie tej drogi w tej części Indii potrzeba ok. dwóch i pół dnia.

Fakt ten na pierwszy rzut oka nieco dziwny, przestaje zaskakiwać, gdy wyruszy się w drogę. Ze względu na stan nawierzchni po monsunie, średnia prędkość autobusu w ruchu nie przekracza 30 km/h. Do tego dochodzi niezliczona liczba przystanków, bo autobus upakowany do granic możliwości nie odpuszcza żadnych pasażerów, a w szczególności tych przejeżdżających od 3 do 5 km.

Droga w hinduskich Himalajach po monsunie

Highway to hell

Zresztą z faktu, że autobus rzadko przekracza 40 km/h jesteśmy akurat bardzo zadowoleni, bo górskie drogi w Uttarakhand to zdecydowanie zbyt wąsko wycięte półki skalne, na których nierzadko mieści się jeden tylko pojazd. Na serpentynowych zakrętach kierowcy rezerwują sobie pierwszeństwo przejazdu przez ślepe zakręty, donośnie obwieszczając klaksonem swoją obecność. Wąskie półki skalne, nieudolnie udające drogi, przynajmniej na połowie swojej długości zawieszone są nad kilkusetmetrowymi przepaściami, które może i wyglądają bardzo malowniczo, ale po 10 minutach jazdy tracą cały swój urok.

Widoki z autobusu w Uttarakhand

Dziura w drodze po podmyciu przez rzeke

Obok co najmniej dwukrotnie przeładowanych autobusów, na drogach najliczniej występują szalone jeepy zabierające do 12 pasażerów i pełniące funkcję minibusów. Podczas podróży nie pomaga nam świadomość, że kierowcy jednych i drugich jeżdżą tymi drogami codziennie i znają je na wylot. Tylko wczoraj widzieliśmy 4 auta, które spadły w przepaść i albo wisiały na odległym drzewie, albo właśnie były wciągane przez wysięgniki. Co prawda 3 z nich to osobówki, a czwarta to ciężarówka, ale fakt pozostaje faktem.

Poniżej przedstawiamy filmik z przejażdżki z Rishikesh do Joshimath, która zajmuje 11 godzin i skraca życie co najmniej o 4 lata.

Samochod sciagany z klifu150 km dziennie

Nasza podróż ma raczej charakter krajoznawczy niż transportowy. W poniedziałek w ciągu 8 godzin przebyliśmy 200 km. Tak duży dystans udało nam się pokonać tylko dlatego, że rano z przystanku autobusowego zgarnęli nas zamożni Hindusi, których dzień wcześniej poznaliśmy w górach w drodze do świętego wodospadu. Dzięki nim nie musieliśmy dwukrotnie się przesiadać, przez co przebyliśmy co najmniej 100 km więcej niż udałoby się nam pokonać bez ich pomocy.

We wtorek z kolei przejechaliśmy 150 km jednym autobusem i dwoma jeepami, co zajęło nam 9 godzin. Wczoraj było już z górki i ok. 14 szczęśliwie dotarliśmy do najrzadziej odwiedzanego przejścia granicznego z Nepalem, na którym po drobnych wątpliwościach jednak potrafili przyznać nam wizę. Obecnie przed nami rozpościera się cała zachodnia połać kraju, która cywilizacją nie grzeszy.

Rodziców i dziadków uprasza się o niemartwienie się

Plan był taki, że podczas gdy my powoli będziemy wgryzać się w nepalską rzeczywistość, na naszej stronie co kilka dni publikowałyby się zaległe artykuły, które od dawna chodziły nam po głowie i już czekają w laptopie. Na początek miała być relacja z trekingu w Himalajach, a następnie jeszcze kilka drobnostek o samych Indiach.

Nasz glowny srodek transportu przez ostatnie 3 dni

Plan jednak wziął w łeb nie tylko z racji braku Internetu, o którym niewielu tu słyszało, ale przede wszystkim z racji braku prądu. W związku z tym relacje zaczną się pojawiać, gdy tylko dotrzemy do Pokhary, czyli ok. poniedziałku. Do tego czasu zamierzamy osiąść z dzikimi słoniami, nosorożcami i tygrysami w przepięknym Parku Narodowym Bardia.

Tymczasem do na razie.

.

Co przewiezie ryksza?

Wbrew pozorom w Indiach słowo ryksza nie jest jednoznaczne, a przewożony asortyment sięga daleko poza prosty przewóz osób. Jednak jakby nie klasyfikować hinduskich ryksz i rykszarzy, z całkowitą pewnością można stwierdzić, że Indie rykszarzami stoją.

Ryksza rowerowa

Osobowy rykszarz rowerowy to prawdopodobnie najpopularniejszy zawód w Indiach. Gdy wyjdziemy na jezdnię w dowolnym mieście w tym kraju mającym więcej niż 5 ulic na krzyż, w promieniu 20 metrów znajdzie się co najmniej 3 rykszarzy, z których co najmniej dwóch będzie jechało z nami dobrych kilkadziesiąt metrów zanim da się przekonać, że pójdziemy piechotą.

ryksza

Jeśli chodzi o samą pracę, to trzeba przyznać, że jazda rykszą jest wprost niewyobrażalnie ciężka. Rykszarz z dwoma pasażerami niejednokrotnie musi schodzić z roweru, żeby pchać pojazd nawet pod niewielkie wzniesienie. Gdy podczas jazdy siedzi się wygodnie na kanapie za potwornie umęczonym rykszarzem, naprawdę ma się wrażenie niewolniczego wykorzystywania innego człowieka, a głowę pełną najgorszych kolonialnych skojarzeń. W tym momencie niewiele pomaga świadomość, że dajemy komuś pracę, ratujemy przed żebraniem i pozwalamy zarobić niewielkie pieniądze.

Ból duszy potęguje jeszcze fakt, że ryksza to najczęściej zdezelowany 20- lub 30-letni rower z własnoręcznie dorobioną kanapą, który daje się wprawić w ruch jedynie mozolnym i potwornie męczącym stawaniem na pedałach.

ryksza

Gdzieś na przedmieściach jakiejś bezimiennej miejscowości zasiadłem raz za sterami rykszy, żeby przez kilka minut poprowadzić ten wehikuł. Pomijając już wyniszczające organizm rozpędzanie tej maszyny, sterowanie nią to oddzielna historia. Kierownica najczęściej chodzi jak chce i tylko właściciel wie, jak sprawić, by rower go słuchał. Zdezelowane siodełko często sprawia, że wygodniej jest stać niż siedzieć, a scentrowane koła zakreślają tajemnicze elipsy, których ruchu nie przewidzi nawet najlepszy matematyk.

Nic dziwnego, że rykszarze rowerowi to jedyne pojazdy uprzywilejowane w Indiach. Często wjeżdżając na dość specyficzne hinduskie skrzyżowania, na których zazwyczaj duży może więcej, rykszarz jest niczym terminator. Zbliżając się, podnosi po prostu rękę, dając znak szaleńcom nadjeżdżającym ze wszystkich stron, że będzie przejeżdżał jezdnię. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby jakiś kierowca znalazł w sobie tyle bezwzględności, by zmusić go  do zatrzymania roweru. Jedynym wyjątkiem od tej zasady i jednocześnie jedynym użytkownikiem dróg w Indiach mającym większe przywileje jest krowa.

ryksza

Przejażdżka rykszą powinna kosztować od 20 do 50 rupii (1,3-3,3 zł) za 15-30 minut jazdy, czyli 2-5 km. Powinna, bo gdy zobaczy się, jak ciężko muszą pracować Ci ludzie, niejednokrotnie już w wieku emerytalnym, naprawdę trudno jest zapłacić wcześniej ustaloną stawkę.

ryksza towarowa

Ryksza towarowa

Ze względu na niewyobrażalną wręcz konkurencję na rynku rykszarskim, Ci, którzy nie mają się za rekinów biznesu i nie chcą tak bezwzględnie rywalizować o pasażerów, wybierają spokojniejszą fuchę rykszarza towarowego. Ta jest zdecydowanie gorzej płatna, bo usługodawcami są tu najczęściej hinduscy sklepikarze, którzy zbyt dobrze znają realia, by przepłacać nawet o 1 rupię.

Przesadziłem?

Rykszarze towarowi to ludzie o mentalności bohaterów z reklam adidasa, dla których niemożliwe nie istnieje. Rykszarz towarowy żadnej pracy się nie boi i nie ma takiego ładunku, którego przewozu by się nie podjął. Nie narodził się również jeszcze taki ładunek, który nie zmieściłby się na jego rykszę o wymiarach 1×1,5 m. Rykszarz przewiezie 8 butli z gazem plus dwie dodatkowe na rowerowej ramie, skrzynki z napojami wysokie na 3 metry czy pięciometrowe rury.

Gdy waga ładunku przekracza 300-350 kg, do pomocy zostaje zatrudniony tyłopchacz, który wraz z rykszarzem głównym dostarczy ładunek do celu. Ładowność tych minitirów jest wprost niewyobrażalna. Ryksze towarowe są podstawowym środkiem transportowym w Indiach i jest niemal pewne, że są odpowiedzialne za ponad połowę przewozów w tym kraju. To smutne, że ludzka praca jest tu tak wiele tańsza niż paliwo do ciężarówek.

ryksza towarowa z tyłopchaczem

karawana tirów

Motoryksza

Motoryksze to ryksze osobowe ery Internetu i telefonów komórkowych. Produkowane na bazie silników motocyklowych, rozwijają prędkość do 35 km/h i wydzielają chmury dymu, wobec których postanowienia z Kioto same chowają się pod stół Kofana Anana.

motoryksza - stan dobry

Rynek motoryksz jest niemal równie konkurencyjny jak rynek ryksz osobowych i utrzymanie się na nim musi graniczyć z cudem. Standardowo motoryksze zabierają do 2-3 pasażerów z zagranicy, ale w wypadku Hindusów ograniczenia jak zwykle przestają mieć znaczenie i do rykszy spokojnie wejdzie 6-7 osób oprócz kierowcy. Dwie dosiadają się w powietrzu obok kierowcy, a 4-5 marynuje się z tyłu, wietrząc wybrane członki na zewnątrz pojazdu.

Ryksza podmiejska

Oddzielną bajką jest jeszcze ryksza podmiejska, która funkcjonuje na zasadach autobusu, a nie taksówki. Tu nie wynajmuje się pojazdu, a płaci się za pasażerokilometry. Kurs jest z góry znany i jest nim np. postój zwykłych motoryksz przy dworcu.

Ryksze podmiejskie są może 15 cm szersze i 20 cm dłuższe niż zwykłe motoryksze. Aby zmaksymalizować przychody, ich właściciele wprowadzili pewne udogodnienie w swoich pojazdach. Obok kierowcy oficjalnie już znajdują się 2 miejsca (z możliwością stania na zewnątrz dla kolejnych dwóch).

Panie szefie, jak to się nie zmieścimy? Oczywiście, że się wciśniemy

Z tyłu zamiast standardowej kanapy dla 2-3 osób, za kierowcą znajduje się kanapa skierowana do tyłu, a tuż za nią jeszcze jedna skierowana w stronę kierowcy. Daje to efekt limuzyny i zwiększa pojemność wewnątrz pojazdu o kolejne 8 osób. Z tyłu wyrwana zostaje również ścianka zamiast której, jakżeby inaczej, znajduje się jeszcze jedna kanapa, która choć nominalnie znajduje się poza pojazdem, to po dospawaniu podnóżka, zapewnia komfortowe miejsce dla kolejnej czwórki.

motoryksza podmiejska od środka

W ten oto sposób ryksza podmiejska może spokojnie zabrać 18 pasażerów oprócz kierowcy. Pojazdy, którymi my podróżowaliśmy, nie wiem czy to ze względu na zwiększoną przez nas ich atrakcyjność czy też z powodu bicia jakichś tajemniczych rekordów, ale zabierały w porywach do 21 osób.

.