Archiwa blogu

A tymczasem w Polsce…

No i co?Po długiej nieobecności w kraju, w miejscu takim jak Polska, rzuca się w oczy, że dyskusja historyczna toczy się już na ulicach.

Reklamy

Do widzenia, do jutra

Cartagena, Kolumbia, wieczór.

Nieopodal rynku, na rogu głównego placu, młode małżeństwo rozkłada stoisko. Mają około 30 lat. Jak co dzień będą sprzedawać szamę. Grillowany kurczak na ostro, kurczak w panierce smażony na głębokim tłuszczu z pikantną salsą, smażona ryba z ostrym sosem i ryba z grilla na ostro. Przypuszczam, że menu jest niezmienne od lat. Dania serwują z ryżem oraz sałatką z avocado i pomidora. Cena 4 lub 5 tysięcy peso (8-10 zł) też jest raczej niespotykana w Kolumbii.

Stragan zbity jest z desek, z jednej strony wspiera się na skrzynce po owocach. Obok niego dwa paleniska, które w czasach świetności można było nazwać grillami. Zbudowane ze starej metalowej szafki. Nasza ulubiona restauracja w mieście.

Jeden grill ledwo stoi, dwie nogi pochylają się pod kątem 20-30 stopni i codziennie zwracam uwagę, żeby usiąść na murku po stronie odchylnej. W drugim palenisku dno jest dziurawe jak sito i rozżarzone węgle co i rusz wysypują się na ulicę. Wówczas chłop zbiera je łyżką, której używa do smażenia.

– Jutro to naprawię – mówi barczysty Murzyn, spotykając się z niezadowolonym spojrzeniem żony.

– Maniana, maniana! Wszystko jest zawsze maniana. Miałeś zrobić wczoraj – mówi niby rozdrażniona, ale jednocześnie uśmiecha się uroczo.

Po czym obydwoje siadają na murku okalającym park. Kobieta jest w siódmym miesiącu ciąży. Ich córka będzie nazywała się Margarita. Śmieją się i rozmawiają. Są szczęśliwi jak dzieci.

Lenistwo sięga tu takich wyżyn, że gdy w grillu dogasa żar, mężczyźnie nie chce się nawet rozerwać nowej foliówki z węglem. Trzyma ją kilka sekund nad ogniem, ta się stopi, a węgle wypadają na palenisko.

W tym momencie trzy rozżarzone węgielki przelatują przez dziurę w dnie i wolno toczą się po ulicy. Kobieta i mężczyzna porozumiewawczo zerkają na siebie.

.

maniana, maniana

Poranek na Playa Blanca

Poranek na Playa Blanca

Świerzej kawki?

Świeżej kawki?

.

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu

Disfrutuj się życiem

Jest po hiszpańsku takie słowo. Nazywa się disfrutar.

Znaczy tyle co „cieszyć się z czegoś”, „radować”. Ale bardziej. Disfrutowanie jest podstawą egzystencji każdego Latynosa i nadrzędnym celem życiowym. Nieważne od statusu.

Disfrutuj się życiem

Disfrutuj się życiem

Disfrutują wszyscy. Disfrutują się krajobrazami, jedzeniem (nawet gdy jest niedobre), spotkaniem z rodziną i znajomymi. Disfrutują się chwilą.

Kiedyś w małym argentyńskim miasteczku, do którego nikt nie przyjeżdża, para w restauracji kupiła nam butelkę wina. Siedzieli przy stoliku obok, więc zagadnęli nas, bo ewidentnie nie wyglądaliśmy na miejscowych. A skąd, a dokąd, a czemu, a gratulujemy. I nawzajem. No to kielichy w górę i „za waszą podróż. Disfrutujcie się nią, bo jest piękna”.

Milioner Fernando, z którym przemierzyliśmy Patagonię i kilka razy wybraliśmy się razem na treking w okolicy El Chaltén, na szlaku w górach zaczepiał wszystkich Argentyńczyków. I Chilijczyków. Przystają, śmieją się, gadają. Trochę się niecierpliwimy, bo przecież przyszliśmy pochodzić po górach, prawda? Czy może jednak nie prawda, więc socjalizujmy się i disfrutujmy chwilą? Nawet w warsztacie samochodowym, Fernando skumplował się z mechanikiem podczas zmiany przebitej opony.

Gdy byliśmy w Santiago, nasz CouchSurfingowy gospodarz Agustin zwrócił nam uwagę na pewną zaskakującą rzecz. Przejechał kiedyś niemal całą Europę. I zasmucił się, że na starym kontynencie wszyscy jacyś tacy smutni. Nie odzywają się do siebie. Nie mówią „hola!” do nieznajomych. Nie dzielą uśmiechów. „I Wy jacyś tacy kolorowi… Żółte koszulki, czerwone spodnie… Na pewno jesteście z Polski? Pamiętam, że gdy byłem w Polsce, wszyscy chodzili ubrani na szaro”.

Disfrutujmy się życiem.

.

Dziesięć przykazań

Boliwia, Ekwador, Peru, Kolumbia, wszystko ładnie pięknie, ale jest jedna rzecz, która nie daje nam spokoju, odkąd wyjechaliśmy z Argentyny kilka miesięcy temu. I jeśli nie podzielę się nią z Wami teraz, to pęknę i zamilknę na wieki.

Ta rzecz to yerba mate. Dla przyjaciół mate.

Najpierw Dekalog:

1. Nie będziesz miał innych matejmistrzów przede mną.

2. Nie pożądaj matejki bliźniego swego w kolejce jego.

3. Bombilla jak matka – ssaj ale nie kręć i nie szarp.

4. Szanuj rozmówcę swego i odkręć bombillę w kierunku jego.

5. Gorzko, słodko, zimno, ciepło – wolnoć Tomku w swoim domku.

6. Żadna „jerba” – tylko „zierba”.

7. Słuchaj wody – przemówi do Ciebie.

8. Rozmawiaj tylko o tym, co w życiu ważne.

9. Dziękujesz – żałujesz.

10. Ciesz się chwilą.

****

Yerba mate

Yerba mate

A teraz do rzeczy.

Przemarznięty wsiadasz do długo wyczekiwanego stopa w Patagonii i niemal na wejściu dostajesz gorącą matejkę z aromatycznym wywarem. Wraz z gorzkawą, przez wielu znienawidzoną, ziołową herbatką ciepło rozchodzi się po Twoich trzewiach, a yerba mate staje się twoim ulubionym napojem.

A może siedzisz przy stole na wsi. Dym z paleniska unosi się w powietrzu, matejka krąży wokół, serwuje oczywiście dziadek – najstarszy w rodzinie. Mistrz ceremonii może być tylko jeden. Polewa mate i kolejno przekazuje szlachetny napój kolejnym „materos”. Matejka przechodzi z rąk do rąk, zawsze zwrócona bombillą (czyt. bombisią) w kierunku przyjmującego. Przekazać mate nie odwróconą w kierunku rozmówcy to nie lada potwarz. Nieobytemu turyście jeszcze ujdzie, ale latynos naraża się na poważne konsekwencje. Nie przejdzie natomiast kręcenie czy wyjmowanie bombilly, czyli „rurki do mate”. Dobrze zaparzona mate, szczególnie na sposób urugwajski, jest tak usypana, że woda dociera jedynie do tej części matejki, w której znajduje się bombilla. Z jednej porcji można spokojnie zaparzyć dwa albo i trzy termosy zanim mate się wypłucze. Oczywiście pod warunkiem, że NIKT NIE ZŁAPIE ZA BOMBILLĘ I NIE ZACZNIE NIĄ KRĘCIĆ jak szalony.

Matejka bywa różna, w zależności od stopnia hipsterstwa jej właściciela. Zdarzają się nawet metalowe czy plastikowe wraz z termosem. Ale nie ma jak oryginalna zdrewniała mate z kalabasy. Wydrążona z miejscowej odmiany dyni ma piękny głuchy dźwięk, w środku jest poszarpana i niechlujna jak na Amerykę Łacińską przystało, a mate z niej sączona zawsze smakuje najlepiej.

Byle wodę gotował...

Byle wodę gotował…

Na południu, w Patagonii, najpewniej dostaniesz mate gorzką. Choć i tu zdarzają się fani yerby słodzonej. Juan – nasz znajomy gaucho spod Mendozy zdradził nam kiedyś, że prawdziwy macho pije tylko gorzką mate. A że każdy Argentyńczyk jest macho (albo przynajmniej chciałby być), to słodką częściej poczęstują Cię w Chile.

Jak sypać i parzyć mate, też moglibyśmy Wam zdradzić, ale nic nie zastąpi radości poznawania tego rytuału na własne oczy w jakimś argentyńskim domu. Wyznamy jedynie, że mate należy zalewać wodą nie doprowadzoną jeszcze do wrzenia, ale niemal gorącą. Naukowo pewnie jakieś 70-80 stopni, ale przecież żaden Argentyńczyk nie będzie nadskakiwał czajnikowi z termometrem. Za to prawie każdy położy dłoń na uchwycie i rozmawiając z Tobą o przyszłości ludzkości bądź pochodzeniu cywilizacji, będzie wsłuchiwał się w wodę, wyczekując delikatnego drżenia czajnika, gdy pod pokrywką pierwsze bąbelki zaczną wydobywać się na powierzchnię.

Zestaw do terere - matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą - niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Zestaw do terere – matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą – niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Chyba że to terere. Wywodząca się z gorącego Paragwaju terere to zwykła mate zalewana wodą lodowatą. Co ciekawe, też z termosu. Dyskusje o wyższości mate nad terere są równie powszechne i równie jałowe, co dialogi o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. A ich wynik zależy głównie od szerokości geograficznej. W upalnych argentyńskich prowincjach Corrientes czy Missiones często spotkasz już fanów terere. Ale prawdziwy ziołowy zawrót głowy przeżyjesz dopiero w Paragwaju. Ten kraj opiera się głównie na terere i ręcznie spawanym fotelu bujanym wystawionym na ganku.

No i dwa przykazania najważniejsze. Jeśli jesteś prawdziwym „matero”, nigdy nie odmawiasz mate. To jasne, że jedną musisz wypić choćby grzecznościowo, żeby nie wyrwać w pysk. Jeśli po kilku kolejkach jesteś już jednak zmatowiały, wystarczy, że oddając matejkę matejmistrzowi, powiesz „dziękuję”. Niestety, jeśli się zamyślisz i podziękujesz z grzeczności, w kolejnych rundach będziesz gapił się jak sroka w gnat, gdy mate będzie krążyła wśród pozostałych, Ciebie omijając. Waż słowa.

A reszta? Reszta to już tylko przyjemność. Po prostu ciesz się chwilą i celebruj ten moment, gdy bez radia ni telewizji siedzisz z przyjaciółmi i sączycie mate.

****

Ciekawostka lingwistyczna. „Yerba” dosłownie znaczy „zioło” albo „trawa”. Po argentyńsku wszelkie „y” i „ll” wymawia się jak „zi”, więc mamy „zierba”. „Yerba” wymawiane po normalnemu hiszpańsku, jako „jerba” to prawdziwe zioło, czyli marijuana. Należy uważać, o co się prosi.

.

Na placu

Ławeczka bywa różna. Czasem jest wygodna. Drewniana, z profilowanym oparciem. Ukryta w cieniu platana lub pod wielką palmą. Z obowiązkową plakietką darczyńcy, boliwijskiego biznesmena lub polityka, szukającego poklasku. Ale bywa też niespecjalna, z wyłamaną deską, która ze wszelką cenę będzie próbowała doprowadzić do zwyrodnienia kości ogonowej. Często z lokalnym kolorytem, Pablo kocha Juanitę, a politycy to świnie. A czasami wszystkie ławeczki są zajęte i zostaje zwykły murek.

Reszta jest już podobna. Chłop na rogu sprzedaje sok ze świeżych pomarańczy i greifrutów. Złoty pięćdziesiąt za wielką szklanę z dolewką. Ten zawsze jest naszym faworytem.

Tuż obok jakiś sześcio- czy ośmiolatek opiekuje się się młodszą siostrą. Matka ubija śmietanę do galaretek. Po całym dniu na ulicy śmietana pokrywa się delikatną mgiełką całego dobra, jakie wydobywa się z czterdziestoletnich busików kursujących po mieście. Ale to zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Jedzą inni, zjem i ja.

Jest i baba Aymara, która po hiszpańsku mówi gorzej niż ja. W tradycyjnej chuście przerzuconej przez plecy trzyma chyba ziemniaki. Albo niemowlaka, ciężko stwierdzić, póki dzieciak nie zacznie płakać albo baba nie chuknie workiem o ścianę. Ta z kolei na ulicy sprzedaje banany. Lub chirimoyę.

Po przeciwległej stronie kilku pucybutów walczy o klientów. Ich wzrok, jak u Fisza, błądzi nie wyżej niż 30 centymetrów ponad chodnikami. Najmłodszy z nich może mieć 10 lat, najstarszy z 60. Zawód na pokolenia.

Bezrobocie w Boliwii czy Peru teoretycznie wynosi od 8 do 10%. A ilu jest samozatrudnionych? To już nawet nie jest przedsiębiorczość. To chęć przeżycia.

———————————–

A teraz zapraszamy na fotograficzną wycieczkę po Sucre i jego cudach:

.

Sucre, Boliwia

.

W rytmie siesty

Koła kolejnych półciężarówek toczą się przez kraj. Mijamy wsie i miasteczka. Na klepisku przed co drugim domem ręcznie pospawane bujane fotele na sprężynach. I obowiązkowa terere, zimna yerba mate serwowana z lodem. Grejfruty i pomarańcze jak liście sypią się z przydrożnych drzew. Po ponad trzech miesiącach w Chile i Argentynie objawia się wagabundowa Ziemia Obiecana. Nie ma miejsca, gdzie nie wzbudzilibyśmy szczerej ciekawości i nie zaproszono by nas na kolejkę terere. Jeśli mamy szczęście siesta trwa 3 godziny, jeśli nie – trwa 5 i zjemy po zmroku.

Po niemal tygodniu spędzonym w Concepción, idziemy na dworzec z nadzieją, że tym razem uda nam się wreszcie zmobilizować i wyjechać.

– Czemu chcecie stąd wyjeżdżać? To najlepsze miejsce na ziemi. Wiesz, że tu niedaleko w rzece Aquidaban woda jest tak czysta, że możesz ją pić bezpośrednio z rzeki?

– Zostańcie jeszcze trochę. Za dwie godziny będzie następny. Po co się spieszyć? Młody, skocz po lód do termosu!

Papież Jan Paweł II, Grzegorz Lato, muzyka, życie codzienne.

– A wiecie, że u nas na łysych wciąż woła się „lato”? To pozostałość po mundialu ’78 w Argentynie.

Jedna, druga terere. Mijają godziny.

Kasjer, kilku 8-letnich pucybutów i sprzedawczyni przekąsek, czyli pracownicy dworca w komplecie

Kasjer, kilku 8-letnich pucybutów i sprzedawczyni przekąsek, czyli pracownicy dworca w komplecie

– To jasne, że tęskno wam już do rodziny i znajomych. Ale zamiast wracać, sprowadźcie ich lepiej tutaj. Będzie Wam się żyło jak w raju. Za kilka tysięcy dolarów kupicie wystarczająco ziemi, żeby wyżywić całą rodzinę. Najlepszej ziemi na świecie. Ryż, kukurydza, soja. Dwa albo trzy zbiory w roku i pomarańcze i banany non-stop.

– Ale co będziemy robić?

– Jak to co? Twoja mama będzie piekła placki kukurydziane, tata będzie chodował kury. Kupimy jakiś stary autobus i założymy firmę transportową po okolicznych wioskach. Jak żona tez chce pracować, to może jeździć z Tobą i będzie kasować za bilety. Zawsze będziecie razem. Będziemy pili terere i cieszyli się życiem.

*******

To co, może jednak zostać?

.