Category Archives: Nowa Zelandia

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu

Reklamy

2+2=5

Czyli jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii, jak legalnie pracować i inne informacje praktyczne.

W Nowej Zelandii zima za pasem, a i o nas słuch już dawno tam zaginął. A jednak w naszym poobdrapywanym netbooku jak zwykle widnieje kupka rozpoczętych i rozgrzebanych wpisów, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wśród nich jeden może się jednak okazać bardzo ważny dla braci podróżniczej, więc mimo, że dawno i nieprawda, to jednak wziąłem się na sposób i między pingwinem a flamingiem na patagońskiej Ziemi Ognistej, wyskrobię kilka słów o własnym aucie na antypodach.

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że własne auto w Nowej Zelandii to sprawa banalnie prosta i wyjątkowo godna polecenia.

Patrząc na mapę z europejskiej perspektywy, Nowa Zelandia wydaje się niewielka. Gdy jednak przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że zarówno Wyspa Południowa jak i Północna mają ponad 1000 km długości. Dodatkowo wzdłuż niemal całej Wyspy Południowej ciągnie się łańcuch gór wysokich na trzy do czterech tysięcy metrów, rozdzielający tę krainę na wilgotne, deszczowe wybrzeże zachodnie i  skąpane w słońcu równiny wschodnie.

Kampery na wypasie i życie w autobusie

Podróżując po Wyspie Południowej w sezonie turystycznym ma się wrażenie, że więcej jest tu kamperwanów niż zwykłych samochodów. Firm wypożyczających kampery są setki, a wachlarz dostępnych aut rozciąga się od wielkich kilkutonowych kolubryn, po kolorowe minibusy z przestrzenią wewnątrz zoptymalizowaną na miarę Ikei. I mały van jest według nas chyba najlepszym rozwiązaniem. Pali zazwyczaj mniej niż 10 l na setkę, a masz komfortową sypialnię, kuchnię i salon w jednym.

Nowozelandczycy w szczególności lubują się w wielkich, prawdziwie komfortowych kamperwanach, których reklamy zapełniają nie tylko magazyny podróżnicze, ale i zwykłe czasopisma codzienne. Spotkaliśmy też co najmniej trzy rodziny, które posiadały stare autobusy, niczym polskie Autosany, przerobione na kamperwany, w których mogłoby spokojnie zamieszkać pół drużyny piłkarskiej.

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Samochody są tanie. Bardzo tanie. Mały kilkunastoletni kampervan w Nowej Zelandii kosztuje 2500-4000 dolarów nowozelandzkich, czyli 6-11 tys. zł. A zdarzają się megaokazje. Naszego Żuka kupiliśmy za 1800 dolarów od właściciela drobnej firmy remontowej. Samochód był zupełnie pusty w środku, bo wcześniej przewoził głównie farby i drabiny, ale kosztem może 30 dolarów i dwóch dni pracy przerobiliśmy go na cudo warte ponad 3-3,5 tys. dolarów. To że sprzedaliśmy go jedynie za 2800, wynikało jedynie z presji czasu.

Rejestracja samochodu w Nowej Zelandii jest dziecinnie prosta i zajmuje 10 minut. Odbywa się na poczcie, gdzie podajesz numer nadwozia i mówisz, kto jest nowym właścicielem. Kosztuje bodajże 9 dolarów. Nie potrzeba nawet umowy kupna, nie ma żadnych podatków ani przeszkód. W zasadzie, jeśli zna się numer nadwozia, to można by zarejestrować na siebie czyjś samochód bez wiedzy właściciela. Tylko po co? Za granicę i tak nim nie wyjedziesz.

Koniec jest bliski, Chrystus Cię kocha

A jak wyposażyć surowy samochód, zdobyć materace, kołdry, poduszki, prześcieradła, talerze, garnki, sztućce, pokrowce, a nawet stoły i krzesła? A wszystko to za jakieś 30-50 dolarów? To proste. Wystarczy wsłuchać się w głos Boga.

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić w tym roku i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

W Nowej Zelandii, kraju, w którym każdy człowiek mający przynajmniej pół mózgu i jeden sprawny palec u nogi może w tydzień znaleźć pracę, a dwa lata się dorobić, by godnie żyć, odsetek społecznych nieudaczników jest na tyle wysoki, że zaradne społeczeństwo stara się ich wspomagać, jak może. Podobnie jak w Australii, niemal w każdym średniej wielkości mieście jest co najmniej jedna Armia Zbawienia, a także sklepy z rzeczami za dolara i tzw. „Charity shop”. W bogatym społeczeństwie, w którym przeciętna rodzina kupuje nowy zestaw garnków, bo w tym roku wyszła nowa kolekcja, stare oddaje się dla potrzebujących. Czyste, ładne i bezpieczne rzeczy zalegają regały „Charity shopów” obok setek winyli z lat 60 czy 70, za które dałaby się pokroić połowa kolekcjonerów.

Na marginesie dodam, że w Nowej Zelandii są przynajmniej dwa magazyny (AUTENTYCZNIE MAGAZYNY WYCHODZĄCE CO MIESIĄC CZY KILKA MIESIĘCY), które przedstawiają WYŁĄCZNIE najnowsze trendy w kołdrach. Są także np. targi kołder, gdzie projektanci prześcigają się w nowinkach technicznych i stylistycznych.

I pomyśleć, że na zupełnie nieodległych Wyspach Salomona, na których pomoc przecież rokrocznie łoży Nowa Zelandia i Australia, ograbiając je jednocześnie z surowców mineralnych, ludzie na co drugiej wyspie proszą o koszulkę, bo po prostu ich nie mają. Ale to taka tam dygresja nie na miejscu. Do meritum.

Gdzie kupić i sprzedać

Najlepiej mieć szczęście, a samochód kupić ze sprawdzonego źródła. Od znajomego mechanika albo znajomego znajomego. My tak zrobiliśmy i jeśli ktoś chciałby kupić auto w Christchurch, to możemy polecić znajomego mechanika.

Ale jeśli nie masz takiej możliwości, dobrym rozwiązaniem są giełdy. W Auckland najlepsza giełda to Car Fair  odbywający się w każdą niedzielę nieopodal toru wyścigów konnych. Jest jeszcze sobotnia Auckland City Car Fair , ale to nowy wynalazek skrojony specjalnie dla turystów. Lokalni zazwyczaj nie znają tego miejsca, więc więcej pod koniec sezonu tu sprzedających niż kupujących. Takie miejsca jak Backpackers Car Market  w Auckland czy Christchurch warto rozważyć tylko sprzedając samochód, bo jest tam potwornie drogo (można zarobić) i dużo lewych aut, które nieświadomym i spieszącym się turyściakom próbują opchnąć cwani pośrednicy.

Dobrym pomysłem jest z kolei obejście hosteli w dzielnicy turystycznej i poszukanie prywatnych ogłoszeń. Sporo turystów wyjeżdżających z kraju, zostawia swoje ogłoszenie na tablicach informacyjnych właśnie w tanich hostelach. Sprzedając samochód i my tak zrobiliśmy i po 3-4 dniach otrzymaliśmy kilka telefonów. Niestety samochód był już sprzedany.

Bo tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, czyli czasu. Warto dać sobie nieco więcej czasu na sprzedaż. My, standardowo jadąc na optymistycznej fali, zaplanowaliśmy zaledwie 5 dni (w tym 3 dni długiego weekendu) i mało brakowało, a mogło być krucho. W ostatecznym rozrachunku wyszło nam zatem, że samochód mieliśmy zaledwie 6 tygodni, plus tydzień na sprzedaż. I powiedziałbym, że to jest właśnie czasowa granica opłacalności kupna samochodu. Na krócej polecam autostop.

Pozostaje jeszcze Gumtree czy TradeMe, czyli lokalny odpowiednik naszego Allegro. Tu warto dodać, że samochód z przebiegiem 250-350 tys. km, to jak określił nasz znajomy mechanik „jeszcze dziecko” i przejedzie pewnie drugie tyle.

A jeśli nie pojedzie?

Mechanicy w Nowej Zelandii nie są aż tak strasznie drodzy, jak się spodziewaliśmy. Jeśli dobrze poszukać oczywiście. W Auckland zrobiliśmy na przykład sporo napraw (wał napędowy, uszczelnienie wydechu, przeciekający zbiornik z płynem do sprzęgła), a za wszystko zapłaciliśmy 250 dolarów.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Dość popularne są też szroty. W niewielkim w sumie Invercargill były 4, a na jednym z nich dostaliśmy akumulator za 40 dolarów (nowy 80-150).

Przed kupnem samochód warto sprawdzić. Na giełdach zazwyczaj jest taka opcja i kosztuje ok. 100-150 dolarów i jest oczywiście bez sensu. Najtańszym i jednocześnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie przyspieszonego przeglądu – WOF. WOF robi się zazwyczaj co pół roku albo 3 miesiące. Jest obowiązkowy dla wszystkich aut. Kosztuje ok. 40-60 dolarów, więc w autoryzowanej stacji diagnostycznej za 50 dolarów możemy za jednym zamachem sprawdzić stan auta i i tak przedłużyć obowiązkowy przegląd. Jak dobrze się postarać, a w wybranym samochodzie WOF wygasa np. za miesiąc może udać się namówić właściciela, żeby to on za niego zapłacił.

Podobnie obowiązkowa jest rejestracja samochodu, tzw. REGO. Wydawane na 3 miesiące kosztuje ok. 60-80 dolarów. Ważne REGO musi zapewnić sprzedający.

A może autostop?

Tak jak pisaliśmy, autostop w Nowej Zelandii działa rewelacyjnie. Więc jeśli jesteś tu tylko na kilka tygodni, lubisz czasem zmarznąć, czasem wbić się komuś na chatę, ale głównie poznać epigonów romantyzmu, albo wiecznie żywych hipisów, to można śmiało ruszać w trasę z kciukiem.

Autostop w Nowej Zelandii ma długą tradycję, a był szczególnie kultowy w latach 70. i 80. Teraz jeżdżą głównie turyści, ale zabierają wszyscy. Główna wada to niestety znacznie mniejsza mobilność i niemożliwość dostania się do pięknych, znacznie mniej odwiedzanych półwyspów i rejonów kraju, którą daje własne auto.

Co nas zauroczyło?

Przede wszystkim zwierzaki i nowozelandzkie podejście do nich. Ale o tym już pisaliśmy. Najciekawszy trek to w naszym odczuciu Tongariro Crossing, czyli przejście przez Mordor. Warto zacząć od strony południowej, bo w przeciwnym kierunku po najlepsze widoki będzie się trzeba cały czas oglądać za siebie.

Tongariro

Tongariro

Świetnie wypadają też półwyspy Wyspy Południowej, czyli Otago i Banks. Na Otago warto wspiąć się na Mt. Charles – niewielkie wzgórze, a panorama nieziemska. W okolicy mocno przereklamowanego Queenstown jedynie co jest fajne, to jednodniowy spacer na Ben Lomond. Naprawdę warto.

We Fiordlandzie najbardziej przypadły nam do gustu Siodło Gertrudy i Key Summit. Cały wielki zamęt wokół tzw. „Great Walks”, czyli Keplera, Milford i Routeburn w naszym mniemaniu można spokojnie ominąć szerokim łukiem. Co fajniejsze odcinki można zrobić w ramach jednodniowych wypadów (np. Key Summit), a zamieszanie i cała marketingowa maszyna, która niczym rak toczy to miejsce, jest godna pożałowania.

Za to w każdym mieście, nawet zapadłej dziurze obowiązkowo musi być Informacja Turystyczna. Zawsze rzetelna, pomocna, rozdająca mapki i służąca wszelką informacją. W Nowej Zelandii nie jest potrzebny żaden przewodnik, a w szczególności Lonely Planet.

Z ciekawostek dodam jeszcze może, żeby nie brać za pewnik nowozelandzkiego bezpieczeństwa. I tu zdarza się, że kradną. W szczególności na Północnej Wyspie, gdzie tak się akurat składa, że mieszka więcej Maorysów. W kraju poprawności politycznej rasistów oczywiście nie ma, ale podobnie jak w Stanach i Wielkiej Brytanii i tak kradną głównie czarni.

Praca w Nowej Zelandii

Wiza do Nowej Zelandii jest darmowa, przyznawana na granicy i ważna przez 3 miesiące. Co ciekawe wszyscy myślą, że Polacy nie mogą legalnie pracować w tym kraju. Jak się jednak niedawno dowiedzieliśmy ambasada Nowej Zelandii każdego roku przyznaje jednak 100 wiz pracowniczych Working Holiday Visa, o które należy starać się w Polsce. W ten sposób pozwolenie na legalną pracę jako geodeci otrzymali na przykład Aga i Krzysiek, którzy w swoim czasie zabrali nas w Nowej Zelandii na stopa…

W lato przy zbieraniu owoców (legalnie lub nielegalnie, co jest dość łatwe) można zarobić 13-16 dolarów za godzinę. W legalnej pracy w biurze dwa lub trzy razy tyle.

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Koszty

Jeśli masz pieniądze, możesz wszystko. Lecieć helikopterem na szczyt góry i wrócić piechotą, wynająć łódź by popływać z delfinami albo skoczyć na spadochronie czy paralotni w co drugim mieście. Jednak Nowa Zelandia jest dlatego piękna, że bez pieniędzy możesz równie dużo.

Nasze średnie dzienne wydatki przez 50 dni w tym kraju wyniosły 37 dolarów nowozelandzkich, czyli 103 zł dziennie. Za dwie osoby oczywiście. Przejechaliśmy ponad 5000 km, na paliwo wydając 900 dolarów NZ. Całe szczęście tej kwoty niemal zupełnie nie odczuliśmy, bo na sprzedaży Żuka zarobiliśmy 800 dolarów.

.

I ostatnia już galeria z Nowej Zelandii. Tym razem z okolic Queenstown i zachodniego wybrzeża.

West Coast i Queenstown, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Patagońska pustka

Coś się nie mogę ostatnio zebrać, żeby coś mądrego napisać. Pooglądajcie lepiej zdjęcia z Nowej Zelandii, bo Żona lepiej się spisuje i znowu wrzuciła coś na stronkę. Może jutro coś napiszę..

Na szybko to mogę Wam powiedzieć,  że w chilijskiej Patagonii właśnie skończyła nam się droga, więc przez najbliższe półtora tysiąca kilometrów będziemy brnąć przez Argentynę. I jak dobrze pójdzie, to na końcu kontynentu za kilka dni znów wrócimy do Chile.

.

Abel Tasman i Queen Charlotte Sound, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Na Maxxxa!

Skocz ze spadochronu! Zanurkuj we fiordzie! Popływaj z delfinami! Przeleć się paralotnią nad wulkanem! Wejdź na lodowiec! Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, a najlepiej skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

A za wszystko zapłać kartą Visa lub dowolną inną. Niestety taka też jest Nowa Zelandia.

W Queenstown, uchodzącym za turystyczną stolicę kraju rządzi „Combo”. Wszystko jest tu w pakiecie. 10% zniżki na skok ze spadochronu, 20% zniżki przy zakupie dodatkowego lotu paralotnią, a przy zakupie 5+1 dostaniesz lunch z szampanem gratis. I jakieś 1000 dolarów na karcie mniej.

Gdy 13 lat temu nowozelandzki rząd kosztem ponad 100 mld dolarów rozpoczął trzyletnią kampanię promującą turystykę w tym kraju, większość pukała się w głowę. Zyski z turystyki ciężko oszacować, ale wówczas wydawało się, że kraj do zwiedzających musi dopłacać. Dziś już nikt nie ma wątpliwości.

W turystyce pracuje 10% wszystkich zatrudnionych, a prawdziwe zyski, łącznie z zakupem samochodów przez turystów, wydatkami na benzynę czy żywność trudno nawet zmierzyć. Oficjalne dane podają, że turystyka to największy przemysł eksportowy Nowej Zelandii, przynoszący ponad 15 mld dolarów rocznie.

Takiego genialnego przygotowania bazy turystycznej jak w Nowej Zelandii nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. W najmniejszej dziurze zamieszkałej przez 500 osób obowiązkowo będzie Informacja Turystyczna, gdzie dostaniesz 16 darmowych mapek, listę okolicznych atrakcji, a przemiła pani wytłumaczy, gdzie najlepiej zaparkować.

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Trzeba jednak przyznać, że wraz z rozwojem infrastruktury, marketing przechodzi czasem granicę absurdu. Każdy region chce wyszarpać swoją złotą cegiełkę, więc powstają niekończące się listy atrakcji, „bez których Twoja podróż do Nowej Zelandii będzie niekompletna” lub wręcz nieudana.

I tak dowiadujesz się, że bez zdjęcia pobliskiego jeziora, spokojnie mogącego uchodzić za lepszą kałużę, w której odbijają się pobliskie szczyty, Twój album będzie nic nie warty, a bez wizyty w naszej restauracji nie smakowałeś prawdziwej Nowej Zelandii.

Przynajmniej 3 razy w Informacji Turystycznej byliśmy świadkami sytuacji, gdy jakaś Chinka lub Japonka uroczyście oświadczała: „Jestem w Mouraki/Oamaru/Te Ananu tylko dziś (względnie jutro) i co mogę tu zrobić?”

Turysta idealny. I od razu dostaje kombo w czapę. „Możesz płynąć promem widokowym już za chwilę, o 16:00 zaczyna się wycieczka do kolonii pingwinów, a jutro mamy lot widokowy nad fiordami w promocyjnej cenie”.

Z widokiem na Queenstown

Z widokiem na Queenstown

Czy to źle? Sam nie wiem. W zasadzie chyba nie. No bo z drugiej strony, my niemal wszystkie naprawdę wyjątkowe atrakcje przyrodnicze tego kraju zwiedziliśmy na własną rękę i za darmo. Informację Turystyczne służą szczerą pomocą także biedakom, a wszystkie szlaki turystyczne były przygotowane fantastycznie. Państwowy Departament Ochrony Przyrody DOC zapewnia tablice informacyjne wszędzie i o wszystkim. Pierwszy kraj, gdzie nie mieliśmy żadnego przewodnika, a byliśmy chyba najlepiej poinformowani.

Plaże Abel Tasman

Plaże Abel Tasman

Przenośne toalety są nie tylko na szlakach, ale nawet na co popularniejszych szczytach. Zawsze czyste i przez 7 tygodni spędzonych w Nowej Zelandii nie zdarzyło się, żeby gdzieś nie było papieru! Nie wiem, jak oni to robią.

Zresztą nie ma się co dziwić. Nowozelandczycy też kochają turystykę. W miastach nie ma sklepów Luis Vittona ani Prady, ale pełno trekingowych. W przeciętnym 20-tysięcznym miasteczku zazwyczaj 4.

Miałem jeszcze napisać dlaczego długo byliśmy pewni, że po popołudniu spędzonym na Przełęczy Gertrudy wśród nowozelandzkich fiordów za 9 miesięcy nasze dziecko nazwiemy właśnie Gertruda (albo zlitujemy się i damy tylko na drugie). I o wielu innych ważnych doznaniach z Nowej Zelandii, ale muszę już lecieć, bo my już dawno w Chile, na południu pogoda zaskakująco świetna i wulkan Osorno właśnie ukazał się zza chmur. Pójdę zobaczyć, co gra mu w trzewiach.

A poza tym nie śpimy po nocach, bo w tym kraju się nie da, a za dnia spokojnie łykamy kolejne tysiące kilometrów w drodze do Patagonii.

Ale zanim na konkretnie o Chile, jeszcze jedna fotorelacja z Nowej Zelandii. Tym razem fiordy:

Fiordland, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Nowa zoolandia

Kilka miesięcy temu bardzo chcieliśmy napisać Wam o rzeczy wyjątkowo ważnej, tj. o podejściu do dzikiej przyrody i zwierząt w ogóle w Azji.

Miało być o maltretowanych słoniach w Wietnamie i Nepalu i żeby na nich nie jeździć. Miało być o tygrysach faszerowanych środkami nasennymi na potrzeby fotki z turystami w Tajlandii i żeby Świątynię Tygrysów omijać z daleka. Miało być o psach w Chinach i Indonezji zatłukiwanych bestialsko pałką w restauracjach, żeby ich mięso było soczyste, a adrenalina i stres wydzielane do mięśni zwierzęcia podczas maltretowania zapewniły dobre zdrowie Chińczykom i żeby dwa razy zastanowić się przed zamówieniem kota czy psa w Guangdong.

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Miało być o skorupach chronionych żółwi, które można dostać spod lady na Borneo na pamiątkę i żeby nie chodzić do delfinariów, gdzie delfiny żyją trzy razy krócej niż na wolności i niejednokrotnie popełniają samobójstwa, postanawiając po prostu przestać oddychać. Miało być o płetwach rekina, na które popyt na szybko bogacącym się chińskim rynku rośnie zatrważająco, a setki tysięcy rekinów w Indonezji, na Filipinach i połowie Pacyfiku jest łapanych tylko po to, by odciąć im płetwy i wrzucić z powrotem do morza, gdzie powoli opadają na dno, wciąż żyjąc nim zgniecie je potworne ciśnienie.

Indonezyjskie graffiti w Dżogdżakarcie

Miało być o wielu podobnych rzeczach, o których nie było, bo na zawsze utknęły w katalogu nienapisanych wpisów.

Ale przy okazji Nowej Zelandii może być o czymś zupełnie odwrotnym, czyli o wzorowym podejściu do dzikiej przyrody. To jak Nowozelandczycy traktują swoje Parki Narodowe, a często nawet zwykłe łąki i klify w okolicy średniej wielkości miast, zasługuje nie tylko na pochwałę, ale i na pomnik.

Pingwiny żółtookie gniazdują kilka kilometrów od Moeraki, a klify, które upatrzyły sobie na siedliska oddzielone są od cywilizacji szczelną siatką. Do zwierzaka można podejść, zajrzeć niemal w oko, ale trzeba uważać, żeby go nie zestresować, bo pójdzie w siną dal.

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Plaże w Catlins ludzie dzielą z fokami i lwami morskimi, ale jeśli akurat w tym sezonie matka wybierze sobie na legowisko wydmy przy ścieżce na plażę, to serdecznie Państwu dziękujemy, przejścia nie ma. Na plażę proszę jechać 500 metrów dalej. Tu mieszka lew morski.

Jeśli na Półwyspie Otago jest miejsce, gdzie CODZIENNIE o zachodzie słońca z łowisk powraca stado 50-100 pingwinów niebieskich, będących skądinąd najmniejszymi pingwinami świata, to owszem, można podejść, popatrzeć, ale nie bliżej niż 10 metrów, żeby maluchów nie denerwować. I broń boże pstrykać foty z fleszem!

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

W zasadzie strażników nie ma, jak by się uparł, pingwinka można by wziąć nawet w rękę, ale przecież mamy „honour system”. Są znaki, tablice informacyjne o cyklu rozrodczym, trybie życia i żeby maluchom nie szkodzić, jeśli łaska. I jakoś człowiek aż boi się przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi a nami.

Kilka kilometrów dalej na klifach daleko wypuszczonych w morze gniazdują albatrosy. I jest to jedyna kolonia tych ptaków w zamieszkałym świecie. Przepiękne ptaki, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej 3 metry szybują majestatycznie nad oceanem i głowami ciekawskich turystów, a obok znajduje się ośrodek badania i monitorowania ich zwyczajów. Za 40 dolarów można wykupić wycieczkę do gniazd albatrosów i podpatrywać, jak wysiadują jaja i karmią młode, ale można też po prostu stanąć na klifie i czekać aż będą przelatywać tuż nad głowami, dostojnie wracając ze swoich łowisk.

Co ciekawe, wszystkie, ale to wszystkie z wymienionych atrakcji świata zwierząt w Nowej Zelandii można podziwiać za darmo. Żadnych opłat za wejście do rezerwatu, Parku Narodowego, zdjęcie uśmiechniętego pingwina. Czasem tylko skrzynka zachęcająca do wrzucenia dotacji na wsparcie wysiłków konserwatorów przyrody. Aż żal nie dać.

Albatros nad Otago

Albatros nad Otago

Nawet z delfinami w Bay of Islands, na Półwyspie Banks czy Marlborough Sounds można by pływać bez problemu, nie wydając 150 dolarów za wycieczkę, gdyby miało się własną piankę i transport wodny. Proszę wsiąść na żaglówkę i droga wolna.

Podobnie z wielorybami u wybrzeży Canterbury, nieopodal Kaikoury. Wystarczy wskoczyć na łódkę i poszukać swojego humbaka. Tylko ostrożnie, bo może zmiażdżyć łódź!

Czyli jednak można normalnie.

.

A najwięcej dzikich zwierząt w Nowej Zelandii widzieliśmy chyba w prowincji Otago na Wyspie Południowej:

Otago, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Na huśtawce

Nie oszukujmy się. Dobra dziewczyna, a w szczególności żona musi umieć pewne rzeczy, a w innych powinna być przynajmniej dobra. Niewątpliwie jedną z obowiązkowych umiejętności musi być zdolność popadania w emocjonalne skrajności, aby było ją można stale pocieszać.

Moja żona na przykład, jako że jest nie tylko dobra, ale Najlepsza, także i poruszanie się na huśtawce nastrojów opanowała do perfekcji i od skrajnej euforii do rozpaczy bez większych trudności potrafi wywahnąć się w 16 sekund. Ale przychodzą takie momenty, że emocjonalna karuzela rozkręca się na tyle, że zgarnia nawet skały wulkaniczne.

Piątek, godz. 18, euforia – zmierzamy do Auckland. Żuk pędzi po autostradzie 76 na godzinę, szyby furkoczą, wycieraczki z trudem rozmazują roztrzaskane komary, a my rozpamiętujemy wczorajsze przejście w Parku Narodowym Tongariro – dla nas z pewnością jedne z najpiękniejszych widoków całej Nowej Zelandii.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Myślami wybiegamy już do Ameryki Południowej, do której lecimy w najbliższą środę. Chilijskie pustynie, lodowce Argentyny i co najmniej pół roku w rytmie latynoskiej maniany. Cudownie.

Powoli witamy się także z merkantylistyczną gąską i liczymy setki dolarów, które zarobimy na sprzedaży Żuka. Kupiliśmy go fartownie za 1800 dolarów, a wart jest co najmniej 3 – 3,5 tysiąca. Zdaje się, że odbijemy sobie nie tylko za benzynę, ale na przyjeździe do Nowej Zelandii możemy jeszcze zarobić. Jeszcze dziś wieczorem umawiamy się z dwoma zainteresowanymi parami.

Sobota, godz. 15, rozpacz – zaczynamy tracić nadzieję. Sezon turystyczny w lutym powoli się kończy, wyjeżdżających zatrzęsienie, a przyjeżdżających jak na lekarstwo. Z Internetu nikt nie dzwoni, pół dnia spędziliśmy na giełdzie, gdzie Żukiem za 3 400 nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą, a wczorajsi oglądający też nie są przekonani. Zresztą trudno im się dziwić. Na dzisiejszej giełdzie turystycznej vanów było ze 20, a kupujących dwóch.

Konstatacja do dalszych przemyśleń: Ludzie nie są głupi. Sprzedał się van zdecydowanie najlepszy za 4200 (wart spokojnie 5,5 tys. dolarów, sam bym go wziął, gdybym właśnie przyjechał) i zdecydowanie najtańszy totalny grat za 2300. Turystyczne vany okazują się dobrem wysoce elastycznym cenowo. Adam Smith miał rację.

Rekonesans w Internecie pozwolił ustalić plan awaryjny. W Nowej Zelandii zatrzęsienie firm oferujących odkupienie samochodu turystom postawionym pod ścianą terminala odlotów, tzw. „cars for cash”. „Hinduscy biznesmeni”, nazywani przez nas poufale „siniakami” chętnie odkupią naszą zajefurę za 400-1000 dolarów.

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Sobota, godz. 23, euforia – na pocieszenie dwa wina. Świat od razu nabiera rumieńców. Van i srebrniki tracą na znaczeniu, a nasze głowy zaprzątają inne myśli. Ach, jak cudownie byłoby znów pożeglować. Wypatrywać Obłoku Magellana, wsłuchiwać się w szum wiatru zuchwale nadymającego się na żaglach i pływać z delfinami.

Wieczorem otwieram maila w oczekiwaniu na szczęśliwego nabywcę Żuka, a tymczasem wita mnie codzienny newsletter z Find a Crew. Patrzę i co widzę? Ziomek w Brazylii na gwałt poszukuje dwójki chętnych do pomocy w przeprowadzeniu jachtu przez Atlantyk do RPA. Ciekawe…

Niedziela, godz. 10, rozpacz – Strach poważnie zaczyna mościć się w nogawkach i zagląda w najczarniejsze zakamarki duszy. Od ponad dwóch godzin wyczekujemy na zbawienie na największej giełdzie w kraju i powoli przygotowujemy się do wprowadzenia oferty specjalnej na Żuka. Ruch zdecydowanie większy niż wczoraj, ale i vanów ze czterdzieści.

Co gorsza ostatnio Żuk zaczął wydawać koszmarne dźwięki przy zmianie biegów. Myśleliśmy, że powoli kończy się sprzęgło (jakbym wiedział, o czym mówię…), ale jeden mądrala na giełdzie obejrzał furę i stwierdził, że drive-shaft jest do wymiany. Drive-shaft czyli podłużna rurka pod samochodem, która zdaję się, sprawia, że auto jedzie. Czy to źle? Na pewno nam to nie pomoże…

W międzyczasie udaje nam się „naprawić drzwi”. Przez ostatnie 6 tygodni drzwi pasażera przy otwieraniu wyły nieznośnie jak zarzynana świnia na Vanuatu. Po tym, gdy odstraszyło to parę poważnie zainteresowanych Francuzek, poszliśmy po rozum do głowy i każdy z zawiasów otrzymał łyżkę pożywnego oleju do sałatek. Drzwi chodzą jak nowe. Zaskakujące jak człowiek potrafi być potwornie głupi.

Niedziela, godz. 14, euforia – Żuk sprzedany! Poszedł w dobre ręce. Będzie cieszył parę Brytyjczyków za jedyne 2800 dolarów. Nieźle, tysiak do przodu. Wychodzi na to, że 5 tys. km po Nowej Zelandii przejechaliśmy własnym samochodem zupełnie za darmo, albo jak kto woli 3/4 biletu do Chile mamy gratis.

W nagrodę wino i szejk truskawkowy w Macu.

I już nie będzie placków ziemniaczanych

I już nie będzie placków ziemniaczanych

Niedziela, godz. 17, euforia forte – Brytyjczyk w Brazylii wysyła wiadomość „Replied maybe”. Pora ustalić szczegóły. Szkopuł w tym, że chce opuścić brazylijskie wody 10 lutego. Pytania (w większości retoryczne).

a)   Czy chcemy spędzić Walentynki na rajskich brazylijskich wyspach Ilha Grande i Ilhabela, a następnie przemierzyć Atlantyk na szerokościach geograficznych, gdzie nie wieją już tropikalne pasaty, a zakrada się coraz więcej podmuchów znad Antarktydy?

b)   Czy odpuszczamy Amerykę Południową na rzecz 6 miesięcy wśród małych Murzyniątek i dzikich lwów?

c)   Czy uda nam się przejechać stopem z Santiago do Sao Paulo w nieco ponad tydzień?

d)   Czy warto?

—————————————-

P.S. A jeśli Najlepsza z Żon nie uskutecznia akurat sportu na huśtawce, to z pewnością robi zdjęcia. Na przykład w Mordorze.

.

Tongariro Crossing, Wyspa Północna, Nowa Zelandia

.

Żeby góry żarły

Jakiś czas temu prawie tydzień spędziliśmy na nowozelandzkich fiordach. Wspinaliśmy się na szczyty i przełęcze, testowaliśmy wytrzymałość naszych serc w jeziorach polodowcowych, co dzień ciesząc się słoneczną pogodą, która we Fiordlandzie prawie nigdy się nie zdarza. I pewnie napisalibyśmy kilka słów o bajkowych krajobrazach ze szczytu Key Summit i szlaku Routeburn, albo dlaczego jest przynajmniej jeden powód, by lubić imię Gertruda. Ale nic z tego, nie tym razem.

Bo rzecz nie w tym, gdzie byliśmy, ale kogo można tam spotkać.

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Wdrapujesz się na jakiś szczyt, siadasz, wciągasz czekoladę i nagle słyszysz „No dobra, chłopaki, schodzimy”. Patrzysz – dziadki.

Ale przy plecakach raki, czekany, świecą gołe klaty, a każdy mięsień gra jak na wykładzie anatomii. I tak stoisz na przełęczy, jakieś 1500 metrów, tylko Ty i On. Podskórnie czujesz, że masz do czynienia z zawodowcem, ale jak to z niego wyciągnąć? „Dużo się wspinacie?”, „Całe życie”. I nadal błądzisz po omacku.

Całe szczęście chłopaki, spotkaniem rodaków równie zdziwieni co my, zaprosili nas do chaty alpinistów na kolację. Ale tu rozmawiając o dokonaniach też z trudem się czegoś dowiesz. Że Marek to pierwszy Polak, który zdobył McKinley? Że Andrzej Mierzejewski wraz Krzysztofem Wielickim i kilkoma innymi kumplami wytyczał nowe drogi na najwyższych szczytach na Kaukazie i w Afganistanie?

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Wstyd się przyznać, ale o żadnym z nich nie słyszeliśmy. Marek Głogoczowski? Andrzej Mierzejewski? Andrzej Kula? Kukuczka, Wielicki, Rutkiewicz, Cichy – to są nazwiska, które gdzieś dzwonią. Względnie Baranowska czy Morawski.

I dopiero gdzieś pokątnie w anegdotach i historiach przy herbacie, można coś poskładać. Trzydzieści, może 40 lat temu Marek wraz z Leszkiem Cichym zbiegł kiedyś 3 tysiące metrów spod Mont Blanc w 3 godziny. Ot tak, bo chcieli sprawdzić czy dadzą radę.

Gdy późnym popołudniem trafiliśmy na siebie na przełęczy, po kilku godzinach mozolnego marszu dla nas był to już szczyt trekingu na ten dzień. Oni właśnie wracali z okolicznych szczytów po 13 godzinach wspinaczki. Korzystając z ładnej pogody, postanowili się jeszcze powspinać, bo ładnie fiordy widać. Do Nowej Zelandii przyjechali na Mt. Cook – najwyższy szczyt tego kraju, który zdobyli kilka dni wcześniej.

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Marek ma 70 lat, Andrzej Mierzejewski 63. Tacy emeryci. Ale co to za emeryt, co w wieku 70 lat wstaje o 1 w nocy i rusza na czterotysięcznik? Pokonuje lodowce, przeskakuje głębokie na kilkaset metrów rozpadliny i przez 19 godzin wspina się na na najwyższą górę Nowej Zelandii. No tak, ale to emeryt z Zakopanego.

Mam koleżankę z Zakopanego. Kiedyś wraz z kumplami z GOPRu wspięli się, nie, w zasadzie wbiegli na trzy najwyższe szczyty Tatr – Gerlach, Łomnicę i Lodowy. Jednego dnia! Kilkadziesiąt kilometrów odległości i kilka kilometrów przewyższenia. Ale Zakopiańczycy to raczej inna rasa.

Czy Marek jest najstarszym człowiekiem, który wspiął się na Mt. Cook? Pewnie tak. Choć tu nikt statystyk nie prowadzi. Andrzej Kula mówi, że gdy nerwy im puszczają, gdy ściana wydaje się zbyt trudna, przodem puszczają Marka.

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z kolei przy stole nie ma takiej sytuacji, żeby Marek czegoś nie dojadł. Od razu widać – człowiek głodny życia. Akurat doskonale go rozumiem, bo w swoim dwuipółkrotnie krótszym życiu też nie zostawiłem okruszka na talerzu.

Andrzej Kula to jeszcze inna bajka. Wizytówka kraju. W ’82 wyemigrował do Australii. Przez 20 lat nie wracał do kraju, a trudno nawet wyłapać obcy akcent, gdy się z nim rozmawia. Dziś w Melbourne buduje maszty do żaglówek regatowych. Co weekend sam ściga się w regatach, lata na kajcie i z utęsknieniem czeka na ten czas, gdy przyjeżdża wspinać się w Tatrach. Ostatnimi czasy w Polsce co roku spędza co najmniej miesiąc. O kraju, górach, żeglowaniu, emigracji, trudnych latach poza domem można z nim rozmawiać całą noc.

W drodze na szczyt

W drodze na szczyt

Na pożegnanie Marek rzucił do nas taternickie „żeby nam ta Ameryka Południowa zażarła!”. Cóż, „Żeby Wam góry żarły!” Ciekawe, gdzie w przyszłym roku będziecie się wspinać.

Odjeżdżając, przepełniało nas jakieś dziwne uczucie. Niby szczęście. Niby radość. I moc. Ale to nie to. I chciało się latać.

Już wiem. To Duma. Duma Narodowa.

.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Andrzeja Kuli, Andrzeja Mierzejewskiego i Marka Głogoczowskiego. Więcej (naprawdę niesamowitych) kadrów nowozelandzkich Alp możecie obejrzeć tutaj:

Polscy alpiniści na Mt Cook, Nowa Zelandia

.