Category Archives: Fidżi

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu

Science-fiction

Dawno dawno temu była sobie Nibylandia. Jeszcze 100 lat temu Nibylandia była zamieszkana niemal wyłącznie przez rdzennych Niblandczyków. Ale świat rozszerza się znacznie szybciej niż wszechświat i do Nibylandii zaczęli napływać imigranci. Początkowo głównie słynący z zaangażowania robotnicy z Indii sprowadzani do pracy na farmach. Z czasem Hindusi zaczęli sprowadzać rodziny. Jednocześnie w Indiach powoli zaczęła roznosić się wieść o rajskiej, niezatłoczonej Nibylandii, gdzie każdy może zrealizować swój obywatelski sen.

Przybyło jeszcze więcej Hindusów. Z czasem hinduscy imigranci zaczęli odchodzić od pracy na farmach i zajęli się tym, w czym – obok Chińczyków – są chyba najlepsi na świecie. Zaczęli otwierać małe biznesy – sklepy, sklepiki, pralnie, apteki. Mając niewątpliwą smykałkę do interesów, zaczęli także skupować i dzierżawić ziemię. W przeciwieństwie do rodowitych Niblandczyków, których myśl rzadko wybiega dalej niż za jutrzejszy obiad. W pierwszej połowie XX wieku za grosze, a często po prostu za skrzynkę piwa albo hinduskie fatałaszki imigranci wykupili lub wydzierżawili na kilkadziesiąt lat ziemię aż po horyzont.

Po wielu latach spędzonych w Nibylandii doczekali się także obywatelstwa. I prawa wyborczego.

W międzyczasie, niemal niepostrzeżenie, pielęgnując tradycyjny model rodziny 2+12 Hindusi stali się większością obywateli.

I nadszedł wreszcie rok zerowy. Głosami mniejszości, która nie wiedzieć kiedy stała się większością po raz pierwszy wybrano rząd, w którym przeważali Hindusi. I choć premierem został Dr Dobroduszny – rodowity Niblandczyk, to jasne było, że opowiadał się on za zwiększeniem przywilejów dla nowej większości.

To przepełniło kielich, a mleko wylało się wraz z kąpielą. Generał Surowy w okamgnieniu zwołał amię i wyrzucił Dr Dobrodusznego oraz cały jego hinduski rząd na pysk. Świat protestuje, Australia rwie włosy z głowy, Indie grożą bombardowaniem Niblandczyków łajnem wszystkich świętych krów, ONZ wydaje rezolucje 512 przecinek 16, a Brytyjska Wspólnota Narodów zastanawia się czy nie zawiesić niesfornego członka w prawach członka. Ale czy można wyrzucić tak ważne państwo jak Nibylandia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów? Przecież oni tak kochają rugby!

Generał Surowy nie jest jednak Generałem Samo Zło i chce tylko dobra Niblandczyków, więc wkrótce ustępuje i przechodzi na mniej eksponowane stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych, trzymając odbezpieczony pistolet w kaburze. Tysiące Hindusów sprzedają swoje sklepiki i majątki i emigrują do Australii (Nibylandia 2030??).

Tymczasem nowy rząd sporządza konstytucję gwarantującą większość w parlamencie Niblandczykom, a po kilku latach premierem w uczciwych wyborach zostaje Generał Surowy. Ale lata lecą i po niemal dekadzie premierem po raz pierwszy zostaje Hindus – Pan Szanowany. Pan Szanowany szybko kończy jak Dr Dobroduszny, a władzę znów przejmuje wojsko, dzierżąc ją twardo po sądny dzień.

Koniec.

———   * * *  ————   * * *  ————   * * *  ————–

Fikcja na żywo

Jak bardzo fikcyjna jest Nibylandia i rok zerowy?

Czy to Stany Zjednoczone 2020? Holandia 2018? Wielka Brytania 2016?

Niezupełnie. To Fidżi 2011.

Dyktatura pod palmami

Dyktatura pod palmami

W ciągu ostatnich 20 lat turystyczny raj na Pacyfiku przeżył 5 wojskowych zamachów stanu oraz kilka pomniejszych nadszarpnięć demokracji. Pierwszy przewrót odbył się już w 1987 roku. Hindusi stali się wówczas większością obywateli, a Dr Dobroduszny, a w zasadzie Dr Bavadra wyleciał ze stanowiska szybciej niż zdążył uformować hinduski rząd.

Od tamtego czasu władzę w kraju co kilka lat przejmuje wojsko, grożąc palcem, prostując sytuację i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. Co ciekawe w międzyczasie demokracja działa w miarę normalnie, więc premierzy wyrzucani na pysk skarżą się do Sądów Najwyższych i Apelacyjnych, które na zmianę przyznają im rację bądź gnają, gdzie pieprz rośnie.

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Dwa lata temu sprawy zaszły jednak za daleko, a Sąd Apelacyjny wzorem dobrze nam znanych Sądów Lusterkowych i innych Trybunałów uznał, że „wojskowy zamach stanu z 2006 roku był niekonstytucyjny”, w związku z czym trzeba jednak odwołać urzędującego wojskowego premiera.

I co? I Sąd Apelacyjny wyleciał na zbity pysk raz na zawsze, a wraz z nim WSZYSTKIE INNE SĄDY I SĘDZIOWIE. Od 2009 roku wojskowi rządzą na dobre, niczym się nie przejmując i de facto pilnując porządku.

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Niblandzka dyktatura wojskowa przeciętnemu obywatelowi w niczym nie przypomina jednak stereotypowej dyktatury. Nikomu nie dzieje się krzywda, w zamachach nikt nie ginie, Hindusi emigrują, jeśli chcą, a ci, którzy nie chcą, nadal dzierżą ok. 90% gospodarki, której to własności nikt im nie odbiera. Fidżyjczycy polityką raczej się nie interesują i spotkaliśmy tylko jednego, który miał sprecyzowane zdanie i orientował się w bieżących wydarzeniach. Skądinąd popierał on opcję wojskową, która „trzyma kraj żelazną ręką i nie pozwala imigrantom przejąć władzy w nie swoim kraju”. Wielu z nich pamięta jednak, że Hindusi wydzierżawiali setki hektarów na długie lata za naręcze ciuchów czy lampę naftową.

Jeśli chodzi o turystów, to większość nawet nie wie, że krajem rządzi wojsko. Biznes turystyczny jednoczy miejscowych chrześcijan, hindusów i muzułmanów, a pieniądz nie zna religii. Wszyscy jednogłośnie krzyczą Bula!

Ale dyktatura to jednak dyktatura. Prawda? I do tego konstytucyjne ograniczenie praw wyborczych gwarantujące jednej nacji parytet większościowy w parlamencie. Jawna dyskryminacja ze względu na rasę.

Ale czy można się Fidżyjczykom dziwić? To nie oni sprowadzili tu pierwszych Hindusów, a Brytyjczycy, którzy skolonizowawszy kraj ponad 100 lat temu zaczęli sprowadzać tanią siłę roboczą do pracy na farmach. Doprawdy trudno turyście rozstrzygać takie dylematy.

A ryby polityką się nie interesują

A ryby polityką się nie interesują

Po zamachu sprzed dwóch lat Komandor Groźny, a w zasadzie komandor Bainimarama zapowiedział, że demokratyczne wybory odbędą się „najpóźniej w 2014 roku”. Ostatnio stwierdził jednak, że w kraju panuje ład i chyba nie będzie takiej potrzeby.

Brytyjska Wspólnota Narodów ostatecznie zdecydowała się zawiesić Fidżi w prawach członka, więc najbliższy kongres nie na Pacyfiku, a najpewniej na Malediwach.

.

Mania nawracania

Jak to się dzieje, że w wiosce, w której mieszka kilkaset osób, są trzy kościoły? Jak wygląda chrześcijańska rywalizacja o rząd pogańskich dusz w Azji i na Pacyfiku? Co naprawdę skłania ludzi do porzucania tradycyjnych wierzeń na rzecz chrześcijańskiego bądź muzułmańskiego Boga?

Wieś Kamarora – północny Celebes, Indonezja. 200 osób. Kościół metodystyczny, katolicki i luterański. Baptystyczny w budowie.

Wyspa Ureparapara – Archipelag Banksa, Vanuatu. 300 osób. I trzy kościoły – jehowici, anglikanie i zielonoświątkowcy. Anglikanie w nowo zakładanych ogrodach zabronili zakopywać w ziemi tzw. kamieni żywnościowych, które według tradycyjnych wierzeń zapewniają obfitość plonów przez dziesięciolecia. Część mieszkańców nadal po kryjomu zakopuje kamienie, ale nie przyzna się do tego nawet wodzowi wioski.

Region Langsi i Batutumonga – Tana Toraja, Indonezja. Więcej kościołów niż wiosek, choć rzadko która liczy więcej niż 30-40 osób.

Oprócz kalejdoskopu chrześcijańskich kościołów miejsca te łączy jeszcze jedna rzecz. Trzydzieści, czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu wszystkie one miały własne tradycyjne wierzenia. Najczęściej animistyczne. Ich mieszkańcy wierzyli w potęgę lasu, majestat morza, moc wulkanu.

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

W Zatoce Marau na Wyspach Salomona misjonarze stwierdzili, że tradycyjne miejsca kultu, gdzie przez stulecia w podmorskiej grocie chowano zasłużonych wodzów wioski, nie mogą być dłużej czczone, więc wszystkie są dziś Tabu.

Gdy nałożyć na siebie współczesną mapę wyznaniową Indonezji z tą sprzed 100 lat, okaże się, że wszystkie animistyczne religie zostały wymazane przez chrześcijańskich misjonarzy.

Misja

Sumatra – jedyna chrześcijańska społeczność na tej ponad 40-milionowej wyspie to 100 000 Bataków w regionie Jeziora Toba. Borneo – Dayakowie, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty kanibale. Celebes – lud Tana Toraja, który przez wieki chował przodków w grotach wykutych w skale. Papuasi na Nowej Gwinei, którzy pierwszy kontakt z białym człowiekiem często mieli dopiero w ostatnim półwieczu. I Flores – kultura Bajawa i inne animistyczne religie od Labuanbajo aż po Moni.

Żeby zapełnić katolickie, jehowickie, anglikańskie i luterańskie nieba, chrześcijańscy misjonarze pracują bez wytchnienia. Dziś misjonarze na Borneo i Papui mają własne linie lotnicze, w których za kosmiczne pieniądze można nawet wykupić miejsce w samolocie i raz na kilka tygodni lecieć awionetką ramię w ramię z księdzem czy pastorem wprost do serca dżungli, gdzie nadal trwa walka o dusze Dayaków i Papuasów z animistycznym diabłem.

Ciekawie przebiega również nawracanie w Chinach. Żaden z odwiedzonych przez nas narodów nie jest tak merkantylnie nastawiony do życia jak Chińczycy. Tu wszystko obraca się wokół pieniądza. Nawet wiara. Mimo że grunt to oporny, bo kultura wielu tysiącleci, dziś chrześcijańscy misjonarze pomagają zacząć nowe życie Chińczykom, którzy się nawrócą. A że wyznawców mamony jest tu znacznie więcej niż naśladowców Konfucjusza, chrześcijańskie dukaty przyciągają coraz liczniejsze rzesze nowowierców. Neofici odbierają należne im talary, raz na kilka tygodni przyjdą do kościoła, a poza tym nadal robią swoje.

A u nas tylko godzina

Na Fidżi poznaliśmy Józefa. Józef, podobnie jak setki Janów, Marii i Jakubów nosi tradycyjne imię, jakie spotkamy wszędzie na Vanuatu, Wyspach Salomona czy Floresie, a które wbiło się w te tereny wraz z krzyżem chrystusowym. Józef jest katolikiem. Od niedawna. Wiarę zmienił w zeszłym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu był protestantem. Na pytanie co skłoniło go do tak ważnej życiowo decyzji, nie potrafi jasno odpowiedzieć. Gdy poznajemy się nieco lepiej, wyznaje jednak:

– Lubię katolickiego misjonarza. No i msza trwa tylko godzinę, a u protestantów przynajmniej półtorej. Teraz mam więcej czasu dla siebie.

No i to jest argument. Wreszcie zaczynamy do czegoś dochodzić.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

By żyło się lepiej – w imię Boga

Przed kilkoma miesiącami na Floresie w Indonezji odwiedziliśmy polskiego misjonarza. Ksiądz Stanisław przyjechał tu ponad 40 lat temu i był jednym z pierwszych misjonarzy w tym kraju. Na animistycznym albo jako kto woli pogańskim zachodnim Floresie, było wówczas tylko kilka tysięcy chrześcijan. Dziś na niemal dwumilionowej wyspie stanowią oni ponad 90% i są najliczniejszą katolicką grupą w tym 250-milionowym kraju.

Pader Stanis, jak nazywają go okoliczni mieszkańcy, ma dziś ponad 80 lat, ale nadal tryska energią. Podczas swojej długiej misjonarskiej kariery zbudował na Floresie już 25 kościołów i niezliczoną ilość kaplic. To niewątpliwie ciepły i uroczy człowiek, który zawsze chętnie ugości przybyszów z Polski.

Nie zmienia to jednak faktu, że podczas naszej rozmowy i od czasu do czasu dyskretnie przemycanych trudnych kwestii, nie był w stanie odpowiedzieć na żaden z kontrowersyjnych tematów…

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Czy tradycyjne animistyczne wierzenia środkowego Floresu opierające się na siłach natury są tak niewiele warte w porównaniu z majestatem chrześcijańskiego Boga, że trzeba je zniszczyć?

Jaką realną korzyść otrzymują mieszkańcy nawracanych terenów z pracy misjonarzy, którzy budują kościoły, a nawet sale zgromadzeń dla lokalnej społeczności, z których mogą jednak korzystać wyłącznie Ci mieszkańcy, którzy nawrócą się na katolicyzm?

Czy misyjne szkoły podstawowe (powtarzam – PODSTAWOWE), muszą pobierać takie same, a zazwyczaj nawet wyższe opłaty za naukę niż indonezyjskie szkoły prywatne i państwowe?

Na froncie walki o rząd dusz

Walka o rząd dusz trwa tu nadal. Na Floresie, podobnie jak w całej Indonezji, islamizacja postępuje szybko. W Labuanbajo codziennie o piątej rano rozbrzmiewa głos muezina z górującego nad osadą minaretu. Na północnej Sumatrze, w półautonomicznym rygorystycznie islamskim stanie Banda Aceh od dawna obowiązuje prawo koraniczne.

Obecnie w 250-milionowej Indonezji, będącej czwartym najludniejszym krajem świata, muzułmanie stanowią już 88% społeczeństwa. Tradycyjnie islamski rząd kraju w Dżakarcie stara się obecnie wymusić na coraz mniej wielokulturowym społeczeństwie nakaz noszenia burek przez kobiety. Do islamizacji kraju droga jednak jeszcze daleka.

Dzięki wytężonej pracy ojca Stanisława oraz tysięcy innych misjonarzy dziś niemal wszystkie wioski na Floresie są już chrześcijańskie. Tradycyjne wierzenia na centralnym Floresie i w barwnym niegdyś regionie Bajawa są już w zasadzie jedynie zasłoną dymną dla turystów. Za kilkanaście dolarów ktoś nadal chętnie odtańczy tradycyjny taniec za pomyślność plonów, ale nawracanie na wielkie religie na masową skalę uczyniło z lokalnych wierzeń jednolitą chrześcijańską i muzułmańską papkę.

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Oczywiście misjonarze nie czynią zła. Trzeba przyznać, że zdarza się, że czynią bezinteresowne dobro. Budują systemy irygacyjne, szkoły, prowadzą działania zapobiegające szerzeniu się AIDS. Czasem bezpłatnie wyślą jakieś dziecko do misyjnej szkoły. Właśnie w tej chwili metodyści w rejonie Zatoki Mele na Vanuatu prowadzą projekt dostarczenia bieżącej wody do okolicznych wiosek.

Ale czy ofiarą za rozwój cywilizacyjny i duchowy musi być rząd dusz, zakazy zakopywania kamieni żywnościowych, odwiedzania miejsc kultu i de facto niszczenie tradycyjnych wierzeń? To pytanie, które z pewnością zadaje sobie zbyt mała grupa misjonarzy.

.

P.S. A na koniec galeria z Wysp Russella na Salomonach. Wyspy Russella to bastion adwentystów dnia siódmego. Religię traktują oni wyjątkowo poważnie. W sabat przypadający w sobotę nie wykonują oni żadnej pracy. Nie chodzą do ogrodu, a nawet nie przyrządzają jedzenia. Gdy w piątkową noc jakiś mniej ortodoksyjny wierny buchnął nam z łodzi kilka drobiazgów, w sobotę rano udaliśmy się do wodza wioski. Ten jednak do religii podchodził bardzo serio i oświadczył, że w sobotę nie ściga złodziei.

Ale Wyspy Russella i tak okazały się jednym z piękniejszych miejsc.

Wyspy Russella, Wyspy Salomona

.

Vagabundos na fristajlu

Pozycja – 18 st. 55′ S, 172 st. 10′ E, wiatr SSE – 18 wezlow, predkosc – 5,2 wezla, glebokosc – ok. 2600 m, dzienny dystans – 114 mile morskie

Noc ciemna. Krzyz Poludnia chowa sie za horyzontem. Wiatr wzmaga sie powoli, a lodz rytmicznie wybija sie na falach. Odruchowo sprawdzasz uprzaz, ktora w przypadku wyladowania za burta, przynajmniej teoretycznie ma zatrzymac cie na linach. Po raz niewiadomo juz ktory zastanawiasz sie, dlaczego dopiero teraz zdecydowales sie wybrac lodz jako srodek lokomocji.

Mija kolejna doba odkad opuscilismy Fidzi. Na „fristajlu” lecimy juz 11 dni. Poczatkowo przez tydzien na Fidzi, eksplorujac turystyczne zachodnie wybrzeze, a obecnie juz kilka dni na pelnym morzu w drodze do Vanuatu.

Nasz nowy dom ma tylko 10 metrow dlugosci, ale oferuje niespotykany dla nas komfort. Mamy prawie podwojne lozko, na ktorym spi sie wygodnie, o ile nie plyniemy akurat lewym halsem. Mamy dwupalnikowa kuchnie, gdzie codziennie przyrzadzamy przysmaki, o jakich juz dawno nie snilismy. Polskie nalesniki z dzemem, placki ziemniaczane, salatki, a takze dania z makaronem i, pozal sie boze, rowniez z ryzem (jednak!!!).

Niebo gwiazdziste nade mna

Moim ulubionym elementem na pelnym morzu zdecydowanie sa nocne warty. Od 8 wieczorem do 8 rano na zmiane trzymamy 4 trzygodzinne warty. I kazda z nich oferuje inne zalety, ktore z nawiazka rekompensuja niewielkie, a jak dla mnie juz same w sobie atrakcyjne „wady”.

Jesli zaczynasz wieczorem, poczatkowo jestes jeszcze wypoczety, a rano dostaniesz w nagrode wschod slonca. Chociaz nie spisz co prawda ponad pol nocy.

Jestes drugi, to budza cie zanim na dobre zasniesz, ale za to czuwasz kolo polnocy. To wtedy wiatr zrywa sie najczesciej najwiekszy, lodz tnaca fale brzmi najpiekniej, a ty przyjemnie odmierzasz czas, odprowadzajac Krzyz Poludnia i najjasniejsze gwiazdy za horyzont.

Jesli dzis jestes akurat trzeci, wyspisz sie relatywnie najlepiej, a na dodatek przypadnie ci pora od drugiej do piatej. Choc teoretycznie najbardziej niewygodna, to wlasnie ona oferuje najwiekszy komfort duchowy. Jestes nablizej morza, a wszyscy wokol, podobnie jak i caly swiat dookola spia snem najtwardszym. Tylko ty, szum wiatru i twoje mysli przez bite 3 godziny.

Odkad opuscilismy wewnetrzne wody Fidzi chronione przez lazurowe rafy, wiatr skacze od 10 do 25 wezlow, wiec co najmniej raz dziennie wciagamy badz zwijamy jakis zagiel. Przekraczamy predkosc maksymalna, to zwijamy foka. Dmie coraz mocniej – skracamy grota.

A trzeba przyznac, ze zwijanie pelnych zagli o 3 w nocy przy wietrze dmacym ponad 25 wezlow odbiera co najmniej polowe romantycznego uroku zeglowaniu. Lodz na kazdej kolejnej fali wyskakuje 3 metry w gore, a ty mocujesz sie z linami, zapierajac sie nogami, zeby nie wypasc za burte. Gdy lodka pedzi 7 wezlow przy wychyleniu 20-25 stopni na sterburte, zdecydowanie latwiej chodzi sie po scianach.

Cieszymy sie, ze lodz, ktora nam sie trafila, to Westsail z 1975 roku – jeden z pierwszych jachtow, jakie zostaly zaprojektowane i przystosowane do oplyniecia swiata dookola. Zagle wciagane i zwijane recznie, podobnie jak i kotwica. Brak automatycznego autopilota – zwyczajne wioslo steru, wyposazone w wiatroczuly pseudopilot, ktorego trzeba korygowac co kilkanascie minut.

Szkoda jedynie, ze zeglowac uczymy sie po angielsku. Wezly „rolling hitch”, „bowlen” czy spolszczone juz przez nas „motyl” i „owczy”. „Kleet”, „beam-reach”, „staysail”. Czy „winch” to kolowrotek? A „yankee jib” to fok?

Za kilka tygodni, gdy dotrzemy wreszcie do jakiejs ziemi poblogoslawionej przez Globalna Pajeczyne, wszystkiego bedzie trzeba uczyc sie od poczatku.

Tymczasem dzis, po niemal 2 dniach przerwy, znow widzielismy ptaki. Niewatpliwy znak, ze zblizamy sie do jakiegos ladu.

Naszym celem jest Port Resolution na wyspie Tanna. Zatoka i wyspa, ktora w sierpniu 1774 r. na pokladzie okretu „Resolution” odkryl kapitan James Cook.

Wyspa Tanna w archipelagu Vanuatu, przez Cooka nazwanym Nowymi Hebrydami, to jednoczesnie miejsce, do ktorego kilka lat temu Wojtka Cejrowskiego zabral Slawomir Makaruk, by nakrecic kilka odcinkow „Boso przez Swiat”. Jak byc moze niektorzy z Was pamietaja, w kilku wioskach na wyspie po dzis dzien miejscowe kobiety nosza jedynie spodniczki z trawy, a mezczyzni przywdziewaja nambas – charakterystyczne odzienie, zaslaniajace tylko strategiczna czesc genitali.

Tak wiec, jedziemy zobaczyc, o co tak naprawde z ta Tanna chodzi.

Bez odbioru.

.

Wiadomosc wyslana za pomoca systemu poczty radiowej Sail Mail z pokladu statku „Freestyle” przemierzajacego Ocean Spokojny.

.

Navigare necesse est

Było piękne sierpniowe popołudnie, gdy oczyma wyobraźni widzieliśmy już bezkresne równiny Australii. Palące słońce pustyni, zielone łąki i miliony owiec. Dzikie krokodyle i pyszne lokalne wino sączone z uroczymi mieszkańcami.

Ze słodkich rozmyślań wyrwało nas jedno krótkie „Masz wiadomość”. Zaproszenie od właściciela jachtu poszukującego załogantów do pomocy w żeglowaniu po Pacyfiku było dla nas równie niespodziewane co fascynujące. Decyzja o wyjeździe na Fidżi zapadła w 20 sekund, czyli mniej więcej tyle, ile zajęło przeczytanie maila, w którym nasz kapitan szkicuje orientacyjny kurs: Fidżi – Vanuatu – Wyspy Salomona. Później północne wyspy Pacyfiku, Archipelag Marshalla, prawdopodobnie Japonia i Alaska.

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Proste życie żeglarza, nieodwiedzane wyspy, połowy tuńczyka na kolację, okazjonalne rozgrywki z lokalnymi dzieciakami w nogę, snorklowanie na rafach, pływanie z delfinami – te sprawy. Miesiąc, dwa, może sześć. Zobaczymy jak bardzo spodoba się jemu i nam.

Po przeczytaniu maila odtańczyliśmy zaimprowizowany na szybko taniec maoryskiego wojownika, którego nie powstydziliby się rugbyści All Blacks ani żadne plemię łowców głów.

Śladami Jamesa Cooka

Jakiś tydzień wcześniej, na Bali w antykwariacie znalazłem piękną książkę – „Dzienniki pokładowe” z trzech okołoziemskich wypraw Jamesa Cooka, które zrealizował pod koniec XVIII w. Bez wahania pamiętniki zajęły zaszczytne miejsce Annapurny Maurice’a Herzoga, który przywlókł się z nami w to miejsce aż z Nepalu.

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Relacje pokładowe Jamesa Cooka – odkrywcy wschodnich wybrzeży Australii w założeniu miały umilać nam długie wieczory spędzane na odludnych australiskich pustkowiach w naszym ruchomym domu o napędzie 4×4.

Nic jednak z tego. Póki co, tygodniowy pobyt z australisjką rodziną w Perth, okazjonalne skoki z kangurami po Zachodniej Australii i szybki przeskok do Sydney. Tu 2 dni u Magdy i Przemka, u których raczylismy sie polskimi specjalami, a których losy podczas podobnej podrózy dookola swiata jeszcze przed wyjazdem sledzilismy z zapalem.

No i w drogę!

Rozmyślania i relacje Jamesa Cooka z pierwszego opłynięcia Nowej Zelandii, pionierskich spotkań z Melanezyjczykami na Fidżi czy odkrywania wybrzeży Vanuatu, będą nam towarzyszyć na Oceanie Spokojnym, niemal na tej samej trasie, którą kilkakrotnie pokonał ten wielki odkrywca.

Niech toczy się beret

Kilka dni temu Justyna w komentarzu zastanawiała się, gdzie rzuci nas beret. Okazuje się, że beret nie tylko przykrył wszystkie nasze dotychczasowe plany i poczynania ciepłym moherkiem, ale zaczął także toczyć się w zupełnie niespodziewanym kierunku.

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

A zatem żegnaj Australio nim na dobre otworzyłaś przed nami swoje podwoje. Witajcie odległe wyspy, nieodwiedzane laguny, lazurowe atole oraz niezbadane rafy. Ahoj James Cook!

Witaj przygodo.

.