Archiwa blogu

Imperium słońca, czyli jak złapać jachtostop na Pacyfiku

Na początek rozwiejmy tajemnicę. Jesteśmy w Nowej Zelandii. Po 15 tygodniach spędzonych na morzu rozstaliśmy się z naszym kapitanem i od jakiegoś czasu odkrywamy już hobbiton.

Twarze Nowej Zelandii

Twarze Nowej Zelandii

Tymczasem kilka tygodni temu wpis, w którym dywagowaliśmy nad naszym podróżniczym szlakiem wywołał dyskusję, jakiej już dawno nie mieliśmy. W związku z tym dziś kilka słów na temat porzucenia fenomenalnego jachtu i łapania jachtostopa na Pacyfiku w ogóle.

Jak pamiętacie, wybór spod znaku Alaska czy Argentyna długo zakłócał nam spokój snorklowania z mantami, a obie opcje wciąż wydawały nam się jednakowo atrakcyjne. Nie mogąc się zdecydować, ostatecznie rzuciliśmy monetą. To, że wypadła Nowa Zelandia wydało nam się na tyle nieprawdopodobne, że postanowiliśmy grać do dwóch zwycięstw. Jednak kolejny rzut i wynik 2:0 przekonał nas, że może nie ma się co wadzić z losem i wysiadamy.

Co bardziej dociekliwi pewnie stwierdzą, że całe losowanie było ustawione już w przedbiegach, gdy reszkę przypisaliśmy naszej łodzi, mimo że jak powszechnie wiadomo i tak „zawsze wypada orzeł”.

Przekonując nas do pozostania na łodzi, pisaliście w komentarzach, że taki rejs się nie powtórzy, więc powinniśmy łapać wiatr w żagle i gnać aż po Alaskę. Jak się przekonaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, właśnie z niepowtarzalnością owego rejsu nie do końca macie rację…

W stronę słońca

Ale za nim o nieograniczonych możliwości łapania jachtostopa na Pacyfiku, a nawet w Europie, kilka słów celem rozświetlenia oceanicznego mroku.

W żeglowaniu zdecydowanie najważniejszy jest sezon. Na przełomie kwietnia i maja, wraz z ustaniem ostatnich cyklonów, na Pacyfik jak co roku wypłynie flota prywatnych jachtów z Australii i Nowej Zelandii.  Kilka miesięcy wcześniej na spotkanie z nimi wyruszą żeglarze z USA, a także Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy, którzy około lutego zdecydują się przekroczyć Kanał Panamski.

Wszyscy oni będą płynąć na zachód, zgodnie z kierunkiem pasatów. Część wyruszy na północ od równika – na Wyspy Marshalla, Tuvalu, Tokelau i Kiribati (tu ciekawostka – nazwę tego kraju, ku naszemu niegasnącemu zdumieniu, wymawia się „kiribas”). Jednak znaczna większość jachtów wybierze pasaty na południe od równika i popłynie do Polinezji Francuskiej, na Wyspy Cooka, Samoa, Tonga i Fidżi. Będą żeglować do października, a nawet listopada. Gdy dotrą na Fidżi, część zostanie w dobrze chronionych wodach tego archipelagu, a część popłynie dalej – do Australii lub Nowej Zelandii, aby zdążyć przed kolejnym cyklonem. W kolejnym roku wyruszą dalej na zachód (który skądinąd po przekroczeniu linii linii zmiany daty na Fidżi, stanie się już wschodem) – na Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę, Filipiny aż po Indonezję, Malezję i Tajlandię.

Dzień dobry, czy płynie Pan może do Polinezji?

Sezon żeglarski ma poważne implikacje. Po pierwsze od grudnia do marca po południowym Pacyfiku niemal nikt nie pływa, a jacht można złapać w zasadzie wyłącznie na krótkie dystanse – wewnątrz archipelagów Fidżi albo Polinezji Francuskiej. Jest tam na tyle bezpiecznie, że w razie zbliżającego się cyklonu czy poważnego sztormu, zawsze łatwo znaleźć bezpieczną zatokę na kilka tygodni.

Ale jeśli jesteś w Polinezji pomiędzy lutym a czerwcem, na Fidżi czy Tonga od maja do sierpnia, albo na Vanuatu czy w Nowej Kaledonii pomiędzy sierpniem a październikiem, znalezienie jachtu płynącego dalej na zachód jest niemal gwarantowane.

Załogi, szczególnie na wymagające przeprawy do Australii i Nowej Zelandii, potrzebuje prawie co trzeci właściciel jachtu, a reszta tych wyluzowanych, często spędzających całe lata na łodziach ludzi, chętnie przygarnie na kilka tygodni strudzonego wędrowca z plecakiem.

Jon, nieugięty Bask, przeżeglował niedawno jachtostopem z Hiszpanii do Nowej Zelandii w ciągu dwóch sezonów żeglarskich, łącznie na trzech czy czterech łodziach. Podróż kosztowała go tyle, co jedzenie kupowane w supermarketach i okazjonalne wydatki na nurkowanie i rum.

Licząc na siłę uroku osobistego i kontakt bezpośredni, łódź faktycznie najłatwiej znaleźć w marinie. Tu niestety trzeba wiedzieć, gdzie szukać i być w odpowiednim miejscu i czasie. Mariny często znajdują się nie w dużych miastach, a w żeglarskich ośrodkach nieopodal. Przykładowo w Nowej Zelandii jacht najpewniej znajdziemy nie w Auckland, a w portach Opua albo Whangarei, z których na Pacyfik wypływa 90% łodzi. Na Fidżi najlepszym miejscem do szukania jachtostopa jest nie Nadi i Suva, a Vuda Point Marina i Savusavu na Vanua Levu. Z głównych miast duże mariny, gdzie bardzo łatwo złapać jachtostop mają Papete w Polinezji, Port Vila na Vanuatu czy Pago Pago na Amerykańskim Samoa.

Ale co, jeśli nie przechadzasz się akurat koło Kanału Panamskiego ani nie jesteś na Tahiti czy Fidżi?

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane :)

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane : )

Żeglarze internetowi

Cztery miesiące temu naszego kapitana znaleźliśmy w Internecie. Mimo że wirtualnych społeczności zrzeszających właścicieli jachtów jest kilka, strona Find a Crew jest w tym względzie nieoceniona. I dziś, mając nieco więcej doświadczenia, śmiało możemy stwierdzić, że jeśli tylko chcesz żeglować i jesteś wystarczająco elastyczny, możliwości są niemal nieograniczone.

Bruce z Nowej Zelandii, podobnie, jak kilkadziesiąt innych osób w tym kraju (także Amerykanów czy Francuzów przeczekujących właśnie tegoroczne cyklony), szuka właśnie załogantów na maj, gdy wyruszy do Polinezji Francuskiej.

Szwajcar Olivier żegluje właśnie w południowej Argentynie i choćby od jutra chętnie przygarnie jedną lub dwie osoby do pomocy w przeprawie przez Patagonię, Cieśninę Magellana aż po Wyspę Wielkanocną, Polinezję i zachodni Pacyfik.

Jest oczywiście i nasz kapitan Rick, którego chętnie oddamy w dobre ręce, a który poszukuje właśnie załogi na Wyspach Salomona do dalszego rejsu przez Mikronezję i Japonię aż po Alaskę.

A może na Śródziemne?

Ale jeśli chcesz załapać się na jachtostop, nie trzeba oczywiście szukać aż tak daleko. Kilka dni temu napisał do nas Eduardo z Portugalii. Eduardo siedzi obecnie zakotwiczony w Lizbonie i z nosem na kwintę poszukuje szczęśliwca, który pomoże mu przeżeglować Morze Śródziemne. W kwietniu przyszłego roku wyruszy dookoła Hiszpanii, przez Baleary, Maltę, Włochy aż po wyspy greckie. Podobnie jak większość porządnych żeglarzy, Eduardo pokrywa wszystkie koszty związane z łodzią, więc potencjalny załogant zapłaci jedynie za wino i pizze, które przetrawi w portach po drodze. Nie wymagane ŻADNE doświadczenie.

Konkurencję czyni mu jednak Francesco, który aktualnie w Grecji poszukuje chętnych, którzy także za darmo zechcą pożeglować z nim po Cykladach i Sporadach począwszy już od stycznia.

Całe szczęście oferty, nie jak w telefonii komórkowej, można łączyć. W styczniu Francesco, w kwietniu Eduardo. Voila!

Haczyk

Strona Find a Crew ma jedną wadę. Żeby właściciel łodzi mógł skontaktować się z potencjalnym załogantem, jedna ze stron musi wykupić abonament członkowski (ok. 30 USD za miesiąc). Szczęśliwie takimi drobnostkami jak 30 dolarów miesięcznie nie przejmują się zazwyczaj właściciele jachtów, co znacznie ułatwia życie potencjalnej załodze.

Z szukaniem łodzi w Internecie jest także taki problem, że część właścicieli jachtów na Find a Crew załogantów traktuje nie tylko jako pomocników, ale dofinansowanie i życzy sobie po 20-30 dolarów za dzień żeglowania od osoby. Trzeba przyznać, że nie są to zupełnie beznadziejne oferty, zważywszy na brak jakichkolwiek innych wydatków, często dostępny kompresor i sprzęt nurkowy oraz żeglowanie przez niemal nieodwiedzane rubieże Pacyfiku.

Ale fakt faktem 20-30 dolarów dziennie to już czysty biznes dla właścicieli jachtów, a nie szukanie pomocnika do wciągania żagli i kotwicy i wieczorne pogaduchy przy rumie. Ofert czysto żeglarskich, gdzie właściciele oczekują dzielenia kosztów żywności i paliwa nie brakuje, a w tym przypadku koszty maleją do ok. 100-200 dolarów miesięcznie!

Reasumując, w żeglowaniu zakochaliśmy się na zabój i na Pacyfik z pewnością jeszcze wrócimy. Jeśli nie własnym jachtem, to z pewnością jako załoganci. Obecnie spokój naszych dusz zakłóca właśnie myśl czy brnąć wkrótce do Ameryki Południowej czy też może poczekać w Nowej Zelandii do kwietnia i wraz z rozpoczęciem nowego sezonu żeglarskiego na Pacyfiku bez problemu złapać jachtostop z kompresorem do nurkowania zmierzający do Polinezji Francuskiej, na Tonga albo Wyspy Cooka.

Ta kluczowa, choć zapewne przypadkowa decyzja będzie musiała zapaść już wkrótce.

.

Reklamy

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Ostatki, czyli wielka karuzela rusza

Dziś ostatni wpis z Polski, czyli będzie o tym, co jest naprawdę ważne, a więc o pogoni za szczęściem, niezależności, duchowej rewolucji i prawdziwej wolności.

pustynia NegevChoć ja, wbrew temu co twierdzi Paula, nadal będę upierał się, że najważniejsze są pieniądze i gołe baby.

.

Łyk inspiracji

Ostatnio, jak zwykle bezmyślnie odławiając z sieci życiodajne informacje, trafiliśmy na znalezisko niebywałej wagi. Tomasz Molga pisze we Wprost o ludziach poszukujących szczęścia i stanu równowagi między pracą a tym, co w życiu ważne.

Wykorzystując zjawisko geoarbitrażu, czyli ogromnej różnicy w kosztach życia między Światem Zachodnim a krajami rozwijającymi (w szczególności przepiękną, inspirującą i bezpieczną Azją Południowo-Wschodnią), ludzie ci przenoszą się do takich krajów jak Tajlandia, Malezja czy Kambodża. Tam, o ile mają takie możliwości, wykonują pracę zdalnie przez Internet, zarabiając w dolarach, a wydając w bahtach bądź rupiach. Czasami jednak nie robią nic, utrzymując wysoką stopę życiową, czerpiąc dochody wyłącznie z wynajmu własnego mieszkania w rodzimym kraju.

Sam, kilka lat temu spotkałem w Tajlandii kilku Holendrów i Anglików, którzy już od roku bądź dwóch podróżowali po Azji lub niemal na stałe mieszkali na tropikalnych wyspach, utrzymując się wyłącznie z mieszkania wynajmowanego w Amsterdamie bądź Manchesterze.

Żeby daleko nie szukać, kilka tygodni temu Magda i Przemek po zakończeniu podróży dookoła świata pisali, że przez całą ponad półtoraroczną podróż wydawali miesięcznie mniej niż na samo tylko mieszkanie w Sydney, gdzie na stałe mieszkają.

Muchy i łzy

A co nowego u nas? Niewiele. Jeśli chodzi o przygotowania motocyklowe – standard. Rozstrzaskane muchy na zębach i uszy powiewające na wietrze. Wczoraj próbowaliśmy nawet zdać egzamin na motor, co niestety udało się tylko połowie z naszej dwójki. Ale najważniejsze, że utrzymujemy się w motorowym siodle, więc jeśli chodzi o prawo jazdy, to wygląda na to, że podczas podróży będziemy zmuszeni przedsięwziąć pozaregulaminowe środki zaradcze.

A oprócz tego codzienna dawka pożegnań. Okazjonalna łezka tu i ówdzie, obowiązkowe „miśki” i codzienny powrót o 2-3 w nocy. Nihil novi. A dziś od rana pakowanie mieszkania pod wynajem.

W weekend zdecydowanie trudniejsze zadanie przed nami – pora po ostatni raz jechać do domu…

.

No to ruszyliśmy!

Przed nami bezkresna przestrzeń. Na razie tylko wirtualna, co prawda, ale dobre i to.

Jeśli rzeczywiście najtrudniejszy jest pierwszy krok, to teraz będzie już tylko z górki. Dobrze by było, zresztą, bo ostatnio zrewidowaliśmy plany i nie dość, że w naszą długooczekiwaną, roczną podróż dookoła świata pojedziemy bez biletu typu Round The World, to jeszcze rozpoczniemy od Kirgistanu, gdzie, póki co, trwa zawierucha po obaleniu prezydenta Bakijewa. Swoją drogą, już początek naszej podróży zapowiada się arcyciekawie, bo najprawdopodobniej 10 października 2010 r. odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne w Kirgistanie.

A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w naszą podróż wyruszymy właśnie na jesieni.

Ale o co chodzi?

Otóż przede wszystkim chodzi o przygodę i pasję poznawania świata. Mniej więcej w październiku 2008 r. w naszych głowach zrodził się pomysł zrobienia sobie krótkiej przerwy i wyruszenia w roczną podróż dookoła świata. Roczną, bo Paulina taką ma oto możliwość, że jej pracodawca przewiduje sposobność rocznej przerwy w karierze. Wziąwszy zatem los w swoje ręce, zaczęliśmy poważnie przygotowywać się do podróży. Przez jeden semestr uczyliśmy się nawet hiszpańskiego. Miejmy nadzieję, że ta podstawowa (a raczej bardzo podstawowa) wiedza sprawdzi się w Amerykach, gdzie spędzimy ok. 5 miesięcy.

W stronę słońca

Jednak nim dane nam będzie sprawdzić nasze umiejętności językowe, czeka nas długa i kręta droga. Po wakacjach ruszamy na wschód w pogoni za słońcem. Nasza podróż rozpocznie się od Azji Centralnej, prawdopodobnie od Kirgistanu, skąd lądem udamy się do Kuala Lumpur. Przez około 4-5 miesięcy będziemy przemierzać Chiny, Wietnam, Laos, Kambodżę, Tajlandię i Malezję.

Następnie około 2 miesiące spędzimy w Australii i Nowej Zelandii, prawdopodobnie dzieląc ten czas mniej więcej po połowie między oba te kraje. Po drodze do Ameryki Południowej zahaczymy jeszcze o Vanuatu lub jakieś inne dzikie wyspy Oceanii, gdzie zamierzamy wsiąknąć w lokalny koloryt rybackiego rzemiosła i polinezyjskiego życia.

Kolejne 3 miesiące będziemy przedzierać się przez południową Brazylię, Argentynę oraz Chile, a przede wszystkim przez Boliwię i Peru. Prawdopodobnie właśnie z Peru bądź Ekwadoru przetransportujemy się do Gwatemali bądź Hondurasu, aby ruszyć na kolejną tułaczkę przez Amerykę Środkową i Meksyk.

Ostatnie 3-4 tygodnie spędzimy na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, gdzie dotychczasowy koloryt kulturowy Azji, Ameryki Południowej i Oceanii zastąpią nam wspaniałe Parki Narodowe i dzika przyroda takich stanów jak Utah, Arizona czy Kalifornia.

Tak się akurat złożyło (przyznam, że nie bez naszych dopomagań), że niemal przez cały rok tropikalne słońce będzie podróżować wraz z nami. Po późnym lecie spędzonym w Chinach i Azji Centralnej trafimy do Indochin tuż po zakończeniu pory deszczowej. Następnie prawdziwy skwar czeka nas w australijskim i nowozelandzkim lecie. Ameryka Południowa również zapewni nam hektolitry witaminy D w miarę zbliżania się do równika, by prawdziwym żarem sypnąć dopiero w czerwcu i lipcu w Meksyku oraz Ameryce Środkowej.

Szczerze liczymy, że spiekotę tę choć po części będą neutralizować nurkowania z rekinami wielorybimi w Azji Południowo-Wschodniej, wśród zatopionych arsenałów II Wojny Światowej w Oceanii czy w meksykańskich cenotach.

Szlakiem codzienności

Zakładana przez nas trasa to tylko wstępny szkic podróży oddający przede wszystkim charakter podróży. Nasza podróż będzie trwała około roku, a naszym celem nie jest zobaczyć jak najwięcej znanych miejsc, odwiedzić jak najwięcej krajów ani pstryknąć jak najwięcej widokówek. Chcemy poznać kulturę odwiedzanych krajów i sposób życia ich mieszkańców. Przede wszystkim zależy nam na zagłębieniu się w codzienne życie ludzi tak odmiennych od nas kulturowo.

Będziemy podróżować głównie lądem, aby tym mocniej wsiąknąć w miejscową atmosferę i lepiej poznać lokalną specyfikę oraz zwyczaje. Przemieszczać będziemy się małym, lokalnym transportem, a gdzie to tylko możliwe – również (moim ulubionym) autostopem.

Od pomysłu do biletu w jedną stronę

Pomysł na podróż dookoła świata zrodził się w naszych głowach półtora roku temu podczas podróży po Maroku. Przemierzając wspaniałe góry Atlasu czy pomieszkując u rozbrajających gościnnością Berberów, zapragnęliśmy na dłużej pozostać w tym błogim klimacie. Niemniej jednak szybko dopadła nas przygnębiająca konstatacja, że wyjeżdżając raz czy nawet dwa razy w roku na dwu-, trzytygodniowe wyprawy, nijak nie będziemy w stanie poznać choćby znikomej części miejsc i kultur, które pragnęlibyśmy zgłębić.

Wówczas w naszych głowach zaświtała pewna myśl: A gdyby tak wszystko zostawić, choćby na chwilę, dajmy na to na rok i ruszyć przed siebie w poszukiwaniu przygody…

Długo nie deliberując, po powrocie wszystkie nasze działania zorientowaliśmy na przygotowania do podróży. Przede wszystkim finansowe, bo, jakby nie licząc, średni dzienny budżet będzie prawdopodobnie oscylował w granicach 30 USD na osobę. Początkowo dla wygody i oszczędności czasu (a pewnie i pieniędzy) zakładaliśmy zakup biletów RTW. Mieliśmy już nawet skonstruowaną spersonalizowaną opcję w Travel Nation (najlepsze i najtańsze bilety RTW), ale ostatecznie daliśmy się porwać chwili i będziemy improwizować po drodze.

Tak oto po dwóch latach ruszymy na wschód, by wrócić z zachodu. Odkrywać nieznane kraje, plemiona i kultury. W poszukiwaniu nowych doznań, niezwykłych smaków i obcych zwyczajów. W poszukiwaniu przygody.

.