Archiwa blogu

Serce tańczy

Nie tak miało być. W zasadzie w ogóle miało nas tu nie być. Już dwa tygodnie temu mieliśmy obserwować orki i słonie morskie na Półwyspie Valdez. Ale wystarczyła minuta i los znów zagrał nam na nosie. Czy my w ogóle opuścimy kiedyś Patagonię?

A zaczęło się od tego, że zasnęliśmy na podłodze w barze. I była to piękna noc. A następnego dnia zasnęliśmy tu znowu. I jeszcze raz. I jeszcze.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Ale to był wyjątkowy czas. Miesiąc temu w El Chalten spotkaliśmy przemiłego Couchsurfera tak bardzo chcącego pomagać innym podróżnikom, że przyjmuje gości nawet, gdy nie ma ich gdzie ugościć. Więc spaliśmy po godzinach w barze, który funkcjonuje tylko kilka dni w tygodniu. A El Chalten zaszło nam za skórę. Początkowo wydawało nam się, że to dlatego, że przyjechaliśmy tu z Fernandem i poznaliśmy to miejsce jego oczami.

I gdy wracaliśmy z południowych krańców kontynentu, nieco zdegustowani marketingową sieczką „Końca Świata” w Ushuaii oraz „zaledwie ładnego” Torres del Paine, nasze kroki kierowaliśmy 2000 km wprost na północ. I pewnie wylądowalibyśmy w Puerto Madryn i na Półwyspie Valdez ze dwa czy trzy dni później. Ale jeżdżąc stopem takich rzeczy się nie zaplanuje.

Zresztą realnie rzecz biorąc, w 40-milionowym kraju wielkości Indii, jakie są szanse złapania na stopa kogoś z miejscowości liczącej 2 tys. mieszkańców? I to dwa razy w przeciągu miesiąca! Więc z Rio Gallegos pojechaliśmy ponownie do Esperanzy, tym razem mając nadzieję, że dotarłszy do naszego El Chalten, zatrzemy nieco niesmak Ziemi Ognistej i Torres del Paine.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

„Ale tylko na dwa, trzy dni”, mówiliśmy do siebie, porozumiewawczo machając łebkami niczym pluszowe psiaki spod samochodowej szyby. I minęło półtora tygodnia, a magia El Chalten za nic w świecie nie chciała nas wypuścić.

Zresztą nie tylko nas. Miesiąc temu podłogę w barze dzieliliśmy z pewną Amerykanką i Niemką. Jedna wyruszała nazajutrz na północ w kierunku Bariloche i dalej do Boliwii. Druga zbierała się wkrótce do Chile. Nie uprzedziwszy nikogo o niespodziewanym przyjeździe, maszerując do naszego baru, zastanawialiśmy, jak wygląda sytuacja niemal po sezonie, gdy nawet nasz CouchSurfingowy gospodarz, pracujący tu jedynie sezonowo, wrócił już do Buenos Aires. Czy manager baru nas jeszcze pamięta? Gdzie też włóczą się po świecie Elizabeth i Daniela?

I cóż się okazuje? Elizabeth mieszka w barze już od ponad miesiąca. Pod nieobecność pracowników sezonowych, ma nawet własny pokój, a weekendami serwuje drinki za barem. Dwa dni później, włócząc się po okolicy, spotkaliśmy Danielę. Zamieszkała z pewnym Argentyńczykiem, ale „teraz to już naprawdę zaraz wyjeżdża do Bariloche”. I tak kiwaliśmy sobie wszyscy główkami, jak samochodowe psiaki.

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Prawy do lewego

I znów zamieszkaliśmy w barze. Dostaliśmy własny pokój, pomagaliśmy ogarnąć huragan po imprezach, zrobiliśmy nawet pierwsze w życiu pierogi.

Manager lokalu – Herman, z zamiłowania jest komunistą. W barze wiszą plakaty uśmiechniętego Che Guevary, a wszystko jest tu wspólne. Bar jest tak genialnie urządzony, że gdyby Herman chciał, zmiótłby konkurencję. Zresztą i on o tym doskonale wie. Ale nie chce. Impreza weekendowa jest tylko w piątki, bo „trzeba się dzielić weekendem z innymi lokalami”. Jeśli on otworzy, to inni nic nie zarobią. Właściciel lokalu chce zatrzymać Hermana za wszelką cenę, więc zgadza się na jego absurdalne warunki.

We wtorki nauka tanga. Herman uczy kilkunastu chętnych. Za darmo, „bo tango powinno być dla wszystkich”. A alkohol sprzedaje się po kosztach kupna, bo to nie jest „prawdziwa impreza”.

Kujawiak to nie wstyd

Kujawiak to nie wstyd

W środy nauka chacarery i innych tańców folklorystycznych. Ot, takie argentyńskie kujawiaki. Sala pełna. Średnia wieku – 22-25 lat. Tańce folklorystyczne tańczą tu prawie wszyscy. Chacareca, escondido, gato, co tylko chcesz. Młodzi chętnie przychodzą uczyć się chacarery, a na imprezie escondido tańczy się równie chętnie co Shakirę. Zresztą podobnie jak w Chile, gdzie narodową cuecę umieją tańczyć absolutnie wszyscy.

Parkiet płonie

Na jedną z imprez, ktoś przyszedł z psem. Otworzyły się drzwi i za właścicielem raźnym krokiem do lokalu wmaszerował typowy, przepiękny, złotowłosy, argentyński mieszaniec, wielkością jak zwykle bardziej przypominający konia niż psa. Zszokowanemu Kanadyjczykowi, z którym akurat rozmawiałem, oczy o mały włos nie wyszły z orbit. Zdegustowany stwierdził, że w Kanadzie czy USA to niemożliwe.

Raczej, że niemożliwe. Ale i to nie jest normalny bar. Niby gra muzyka. Ludzie przychodzą tańczyć. Sprzedaje się piwo i zionący lekarstwem uwielbiany przez Argentyńczyków fernet. Ale nagle leci tango. I w sekundzie za barem nie ma żywej duszy. Herman i Elizabeth wychodzą na  parkiet i już nie liczy się nic innego. Kolejka przy barze zawija się przy schodach, ale nikt nawet słowem nie piśnie, że na piwo czeka już 15 minut.

Cerro Torre - w naszym mniemaniu Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Cerro Torre - Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Teraz jest uczta dla oczu. Gdy Herman sunie po parkiecie, parkiet płonie. On nie tańczy tanga. On jest muzyką. Stopami przestawia kroki partnerek, a subtelna erotyka spływa po tańczących kaskadą wrażeń.

Można by rzec, że „było mistrzów tanga wielu, ale żaden nie śmie tańczyć przy Jankielu”. On jest urodzony do tanga. Niepokojąco przystojny, z kilkudniowym zarostem, w powyciąganych koszulach. Możemy się nie zgadzać co do Che Guevary i dyskutować o Marksie i własności prywatnej, ale jeśli chodzi o tango, to można tylko patrzeć.

Gdy kiedyś znudzi nam się podróżowanie, kupimy Hermanowi bilet do Polski, zostanie instruktorem You Can Dance i głównym przystojniakiem w tivi, VivaNajpiękniejszym, a ja wezmę 20% jako impresario i zostanę milionerem.

Ewa Bem śpiewała kiedyś, „Wyszłam za mąż, zaraz wracam. Po angielsku wyszłam za mąż”. Mam wrażenie, że z nami i El Chalten będzie podobnie.

.

El Chalten, Argentyna

.

A wiecie, co jest najlepsze? Najlepsze jest to, że ten wpis miał być o tym, jak niesamowite jest El Chalten, jakie świetne trekingi można tu zrobić, jak wygląda Południowy Lądolód Patagoński z bliska i co czuje człowiek, czekając 7 godzin na stopa, w miejscu, gdzie kończy się droga. Ale to może innym razem…

.

Reklamy

Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Jak smakuje kava

Po 51 dniach spedzonych na Vanuatu, opuszczamy ten niesamowity kraj. Sposrod wielu pasjonujacych kwestii, ktorymi nie zdazylismy sie z Wami podzielic, jedna zajmuje miejsce szczegolne. Ta rzecz to kava.

Ten artykul mial powstac juz poltora miesiaca temu po spedzeniu tygodnia na Tanie. To tam po raz pierwszy pilismy kave, a jak mielismy sie wkrotce przekonac, nigdzie indziej rytual spozywania tego napoju nie jest tak niezwykly i niezmieniony od wiekow.

Mistycyzm i slina

Dawno dawno temu kava zarezerwowana byla wylacznie dla wodza i starszyzny wioskowej. Z biegiem czasu, starszyzna uznala jednak, ze kava, jako srodek rozluzniajacy i uspokojajacy, moze lagodzic obyczaje. Decyzje o puszczeniu kavy w wioskowy obieg przyspieszylo zapewne pojawienie sie alkoholu wraz z europejskimi odkrywcami. Alkohol powodowal zwady i potegowal agresje.

Kava, podobnie jak wiele innych dobrze znanych acz nieslusznie zabronionych substancji, wyzwala stan beztroski, poskramiajac jednoczesnie sklonnosc do agresji. U jednych wyzwala euforie i pobudza elokwencje, u innych wzmaga sennosc. Z doswiadczenia dodam, ze po 7-8 czarkach sennosc wzmaga raczej u wszystkich.

Dzis na calym Vanuatu kave pija wszyscy. Ale nie na Tanie.

Tu kava zarezerwowana jest wylacznie dla mezczyzn, a jej spozywanie to mistyczny rytual. Korzenie kavy najpierw trafiaja do dzieci. Te starannie zuja obrane pedy az do uzyskania jednolitej papki zapychajacej cale usta.

Zucie kavy to najlepszy sposob na wyzwolenie kawalakton odpowiedzialnych za lekkie dzialanie psychotropowe. Korzen kavy w smaku przypomina nieco zucie imbiru z pieprzem, a w zasadzie nawet bardziej galezi wierzbowych z odrobina imbiru i pieprzu. Po kilku minutach zucia usta, jezyk i cale gardlo zupelnie dretwieja i kavowa papke nalezy wypluc na specjalnie w tym celu przygotowana szmate. Tak przygotowana papka zalewana jest miarka wody, ktora po ustaniu sie i przecedzeniu przez szmate trafia do kokosowej czarki i jest gotowa do serwowania.

Na Tanie kave pija sie wylacznie w Nakamalu. Nakamal to z lokalnego jezyka „Miejsce calkowitego Spokoju”. Dla zapewnienia takowego, wstep do Nakamalu maja wylacznie dorosli mezczyzni. Tu po kolei kazdy z uczestnikow wieczoru otrzymuje polowke kokosa napelniona kavowym ekstraktem i udaje sie kilka krokow na strone na chwile zadumy. Szepcze kilka slow do przodkow i wychyla cala czarke w kilku lykach.
Ziemisty napoj rozchodzi sie po trzewiach, juz na poczatku powodujac odretwienie jezyka i krtani. Po kilku sekundach sytuacja wraca do normy, a przyspiesza to rytual odchrzakiwania i plucia calym dobrem nagromadzonym w zatokach.

Trzeba przyznac, ze kava na Tanie jest mocna. Nawet jak na Vanuatu. Podobnie jak na innych wyspach, najlepiej spozywac ja na pusty zoladek. Po dwoch czy trzech czarkach takiego napoju, nogi placza sie jak prezydentom w Charkowie i zupelnie nie reaguja na sygnaly z bazy.

Po kilku pierwszych kolejkach przychodzi pora na wspolny posilek. Zazwyczaj gotowany yam i maniok, grillowane taro, jakas zielenia w zalewie kokosowej.

Rozwazna i romantyczna

Gdy wodz jednej z wiosek na Tanie zapraszal mnie i kapitana na kave, w jego oczach malowala sie pewna niezrecznosc. Jak zaprosic przybyszow na wieczorny rytual, nie urazajac kobiety?

Aby zadoscuczynic choc w jakis sposob zachodniej emancypacji, zaproponowal czarke kavy na wynos, do posmakowania dla Najlepszej z Zon. Ta jednak, swiadoma specyficznego ceremonialu na najbardziej tradycyjnej z vanuatanskich wysp, pospiesznie zrezygnowala z tego zaszczytu.

W jej oczach rowniez malowala sie pewna niejednoznacznosc. Wrodzony bunt przeciw nierownosciom jakby ulegal spokojowi ducha wobec slinotoku miejscowych dzieci. Najlepszej z Zon oszczedzono zatem mistycznej kavy na Tanie.

Na pozostalych wyspach dawala jednak czadu jak najlepszych ogrodnik kopry. Trzeba przyznac, ze mimo ze moga, kobiety rzadko korzystaja z urok delikatnie otumaniajacych wlasciwosci kavy. W ciagu niemal dwoch miesiecy spedzonych na Vanuatu spotkalismy raptem kilka z nich w miejscowych kava-barach.

Kava-bary na wszystkich innych wyspach poza Tana zajely miejsce Nakamali. Tu kave przyrzadza sie wspolnie w duzych, 10-, 15-litrowych wiadrach. Korzenie kavy najpierw mieli sie w maszynce do miesa, zamontowanej na stale w kava-barze. Dalej procedura jest taka sama.

Kava popularna jest niemal na wszystkich wyspach Pacyfiku, a szczegolne znaczenie ma takze na Fidzi. Tam jednak kave najpierw sie suszy, proszkuje i dopiero miesza z woda. Tak przygotowany napoj, mimo ze higieniczny, nie ma nawet polowy uroku i mocy z Vanuatu.

P.S. A tu mozecie obejrzec kilka zdjec z przygotowywania i picia kavy, zobaczyc jak lapie sie tradycyjne czolno na stopa, a takze podpatrzec miejscowych rzezbiarzy przy pracy. Zapraszamy do galerii z Ambrym – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/AmbrymIMalakulaVanuatu?authuser=0&feat=directlink

P.P.S. Na mocy ustawy z 2009 r. o przeciwdzialaniu narkomanii, posiadanie roslin zywych, suszu, nasion, wyci?g oraz ekstrakt z kavy jest w Polsce nielegalne. O tyle to dziwne, ze Vanuatu, Fiji i polowa Pacyfiku eksportuje kave na przyklad do Niemiec czy USA w ilosciach hurtowych. W Stanach, w szczegolnosci na Florydzie miejscowe „Nakamale” szybko zyskuja popularnosc i powstal juz nawet jeden Nakamal sieciowy.

Rzecz w sumie zaskakujaca, bo ziemisty napoj o mocno korzennym smaku da sie przelknac, gdy saczy sie go z wodzem przy ognisku lub pod stzecha w dzungli, ale czy napilbym sie go z wlasnej nieprzymuszonej woli, paradujac w kwiecistej koszuli w Miami?

Zdaje sie, ze bedziemy musieli to sprawdzic…

.

Z pamiętnika podróżnika – Enter Sandman

Tajskie wyspy leżą i kwiczą, a malajskie plaże ze wstydu zapadły się pod wodę. Enter Sandman, czyli bajki o Togeanach ciąg dalszy.

życie codzienne w wiosce BajoŚroda – dzień 9

Dziś po raz pierwszy wybraliśmy się wreszcie na drugi koniec plaży. Rzadko zdarza się, byśmy nie zeksplorowali naszego najbliższego otoczenia już pierwszego dnia, ale tu wszystko biegnie niecodziennym torem. Przynajmniej wreszcie mamy jakieś zdjęcia z naszego raju.

Okazuje się również, że wewnątrz wyspy szarżują tukany. Te piękne ptaki niedawno widzieliśmy co prawda w Parku Narodowym Lore Lindu, ale są tak imponujące, że dziś znowu wybraliśmy się, by je podglądać.

I posłuchać. Tukanie tukana przypomina raczej szczekanie psa, a ptak ten jest tak duży i ciężki, że gdy leci, słychać jak łopocze pod nim powietrze.

W wodzie też nieprzeciętne akcje. Pełnia księżyca, więc ryby, jak zwykle w takim przypadku, się pochowały. Snorklowanie na Ścianie Taipi fantastyczne, ale ani ja ani Aka nic nie złowiliśmy. Wieczorny połów z łodzi też po raz pierwszy na pusto. Na obiad i kolację ryż z jajkiem i ogórkiem. Fantastyczne uczucie. Jestem przekonany, że jutro będziemy bardziej zdeterminowani.

Tymczasem jubilerska pasja rozwinęła się zaskakująco, a Paula wpadła wręcz w perłowy szał. Zanosi się, że wyjedzie bogatsza o 6 naszyjników i 2 bransoletki. Ja zatrzymałem się na 2+1 (wmawiam sobie, że będę miał na wymianę na Papui).

Mój skarbie...

Mój skarbie...

Czwartek – dzień 10

Mimo zakładanego skąpstwa, po 10 dniach niemal zerowych kosztów jednak się złamaliśmy i szarpnęliśmy po dwie stówy na nurkowanie.

Przed przyjazdem tutaj, usłyszeliśmy kilkakrotnie, że na Togeanach nurkuje się dla korali, a nie dla ryb. Traktowaliśmy to jako wymówkę na fakt, że nie ma tu szans na dużego zwierza i nie planowaliśmy tu nurkować. I błąd.

Koralowce są tu nawet piękniejsze niż w Egipcie, co dotychczas wydawało nam się niemożliwe. Dużego zwierza też wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Na wulkanicznej Una-Una pływaliśmy z grupami wielkich karanksów i żółwiami, a barakudy śmiało śmigały nieopodal.

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Nie wszystko jest jednak takie piękne, jak wygląda. Nawet Togeany mają smutne tajemnice. Wieczorne rozmowy przy araku – lokalnym alkoholu pędzonym z palmy, po raz pierwszy przyniosły gorzki wątek. Okazuje się, że pod koniec lat 90-tych, gdy śladowa turystyka niemal zupełnie zanikła w wyniku zamieszek na Celebesie, na wyspę ściągnęli rybaccy oportuniści.

Chińska machina, wiecznie głodna i łaknąca wszystkiego, co zagrożone wymarciem, trafiła i na Togeany. Przybyła w poszukiwaniu napoleona, rekinów i innych szlachetnych ryb, których dziś już tu prawie nie ma. Oprócz ryb, ofiarą padli również Bajo. Naturalnym nurkom, od wieków łowiącym na wstrzymanym oddechu, zaproponowano nową technikę – połowów z kompresorem.

Oczywiście nikt słowem nie wspomniał o chorobie kesonowej, niebezpieczeństwie przebywania na głębokościach i szybkim wynurzaniu. Aka przez kilka lat pracował po kilka godzin dziennie na kilkunastu, kilkudziesięciu metrach, podłączony do kompresora na łodzi. Dziś ten 38-letni mężczyzna wygląda na ponad 50 lat i cały czas ma problemy ze stawami.

Choć jak sam mówi i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego przyjaciół, których na zawsze zabrało morze. Co najmniej kilkadziesiąt osób. I to tylko z okolicznych wiosek.

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Sobota – dzień 12

Dziś obciąłem paznokcie po raz drugi odkąd jesteśmy na Kadidiri. To pierwsza taka operacja w jednym miejscu odkąd wyruszyliśmy 9 miesięcy temu. Pora się zbierać.

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Tylko jak znaleźć w sobie motywację, gdy kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. Dziś upolowałem dwie przepiękne, całkiem spore ryby na naszej Ścianie. Nadal jest to śmieszny łup przy tym, co złapał Aka, ale postępy widać gołym okiem.

Jutro znowu odpływa prom na stały ląd. Czuję, że jeśli nie wyjedziemy tym razem, zostaniemy tutaj na zawsze.

Wieczorem zapowiada się kolejna już nasza impreza pożegnalna przy ognisku. Może uda się spoić wszystkich arakiem, lecz tym razem dla odmiany wyjechać wreszcie pod przykryciem poalkoholowej mgły.

.

——————————————————

A jak wygląda podwodne polowanie w wykonaniu cyganów Bajo? Przekonaj się sam.

.

.

I jeszcze kilka zdjęć z podwodnego Celebesu:

.

Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny, Wietnam

28.12 – Legazpi

Nareszcie się wyspaliśmy. W Donsol cały czas siąpi, więc nie ma nawet sensu dawać kolejnej szansy naszym rekinom wielorybim. Wyjeżdżamy.

Na Filipinach pozostały nam jedynie 3 dni, więc początkowo chcieliśmy po prostu przenieść się na wschodnie wybrzeże południowego Luzonu i osiąść nad oceanem w Santo Domingo. Na dworcu w Legazpi poznaliśmy jednak 4 Czechów, którzy zakończywszy semestr wymiany studenckiej w Singapurze, rozpoczynają podróż z Filipin przez Wietnam i Kambodżę do Tajlandii. Właśnie zamierzali jechać do Donsol, ale skutecznie odwiedliśmy ich od tego pomysłu.

Przekonując ich do opuszczenia tego miejsca, zdaliśmy sobie sprawę, że nasz pomysł z plażowaniem również nie ma większego sensu. Na poczekaniu wymyśliliśmy nowy plan i kupiliśmy bilety na nocny autobus do Manili. Póki co Czesi jadą z nami. Stamtąd chcemy jednak od razu o świcie jechać na południe na 2 dni na niedaleki wulkan Taal położony na środku jeziora.

Mając nadal ponad 4 godziny do odjazdu, podjechaliśmy jeszcze do nieodległych ruin Cagsawa, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć wulkan Mt. Mayon z bliska. Niestety tak padało, że wulkanu prawie w ogóle nie było widać, ale za to dziś 6 razy przejechaliśmy się jeepneyami, więc nawdychaliśmy się tyle spalin, że starczy za nasz cały pobyt na Filipinach.

Pamiętni ostatniej nocnej przejażdżki do Pilar, tym razem kupiliśmy bilety na klimatyzowany autokar na 40 miejsc. Przed nami dziewiąta nocna podróż jak do tej pory.

Czy na pewno chcesz jechać w podróż dookoła świata? Przemyśl to.

29.12 – Manila, Talisay

Mimo bluzy i długich spodni w nocy nieco zmarzliśmy, bo kierowca był chyba niedosłyszący i nie za bardzo przyswajał stwierdzenie „podwyższyć temperaturę”. Ale przynajmniej spało się w miarę wygodnie. Nie to co ostatnio.

Za to przebrnięcie przez Manilę przed świtem – niezapomniane. Po opuszczeniu autokaru musieliśmy jeszcze znaleźć odpowiedni dworzec, z którego odjeżdżają autobusy do Tagaytay. Nie było to łatwe, bo w Manili niemal każda firemka transportowa ma swój własny parking, w związku z czym nie ma jednego głównego dworca. Zatem wraz z naszymi Czechami o 5 rano raźno maszerowaliśmy przez ponad godzinę przez to jedno z najniebezpieczniejszych miast świata w poszukiwaniu transportu. Udało się po odwiedzeniu ok. 8-10 dworców.

straganowe przysmakiW Tagaytay i Talisay padało cały ranek, więc wyprawę na wulkan przełożyliśmy na jutro. Dzień upłynął nam zatem leniwie na spacerach po miasteczku i smakowaniu lokalnych straganowych przysmaków. Odkryliśmy dzisiaj dwa nowe gatunki owoców, w tym calamandarynki – krzyżówkę calamansi i mandarynki. Calamansi, to kwaśniejsza i mniejsza odmiana limonek, smakująca nieco bardziej jak cytryny, więc i calamandarynki są słodko-kwaskowate – wyśmienite. Poza tym kilka szaszłyków w sosie słodko-ostrym, które są tu na każdym rogu, ciasto rybne smażone na głębokim oleju czy zastygła krew drobiowa z żelatyną z grilla.

Wieczorem właściciel hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, zaprosił nas na jutrzejszą fiestę w jego rodzinnym Barangay – czyli coś jakby tutejszej gminie.

Zatem jutro wulkan, fiesta, do Manili i do Wietnamu. Piękny dzień.

30.12 – Talisay, Manila

Wulkan Taal rewelacja. Fumarole na żywo, jęzory siarkowe na ziemi i bulgoczące jezioro wewnątrz krateru. O 11 byliśmy już z powrotem w domu, a o 12 gotowi na prawdziwą sensację dzisiejszego dnia.

kokoska?

Fiesta. To jest to. Doroczna impreza miejscowej wspólnoty przy lokalnych specjałach kulinarnych i suto zakrapianym stole. Już znaleźć naszego gospodarza było ciężko, bo niemal każda zapytany Filipińczyk chciał nas wciągnąć do siebie na imprezę. Podczas fiesty wszystkie rodziny w okolicy gromadzą się w pełnym 15-, 20-osobowym składzie i biesiadują do upadłego.

U Berta, zaledwie wczoraj poznanego Filipińczyka spędziliśmy dobrych kilka godzin, delektując się między innymi kurczakiem w ananasie, wołowiną na ostro czy nieznaną rybą o niesłychanie wprost delikatnym białym mięsie w sosie sojowo-kwaśno-ostrym. A wszystko to w przy dwóch butlach lokalnego ginu w doborowym towarzystwie i litrowej butli 6-procentowego piwa dla Pauli.

Ground zero choroby filipińskiej

Po kilku godzinach chwiejnym krokiem zebraliśmy się z dopiero rozkręcającej się imprezy i po przyjechaniu jeepneyem do Tanduan, teraz już tylko autobus do Manili, odnalezienie drogi na lotnisko, lot do Wietnamu i zorganizowanie miejsca do spania o 1 w nocy.

Z jednej strony cieszę się nawet, że wyjeżdżamy, bo Choroba Filipińska sieje już spustoszenie w naszych organizmach (szczególnie jednego z nas).

31.12. – Sajgon (Ho Chi Minh)

Cudowne uczucie. Nowy kraj, nowe doznania, nowe odkrycia. Wietnam zapowiada się rewelacyjnie. Słodko-ostra zupa ananasowa i ryba a la Hue wróżą naprawdę przepyszną kuchnię, która kto wie, być może pobije nawet chińską.

No i nowe orżnięcia. Jak zwykle pierwszego dnia, przepłacamy za wszystko. Nawet lubimy te małe kanty po 50 gr. i 2 zł. Ale za to kupiliśmy podrobiony Lonely Planet za 30 zł. Wygląda na to, że Wietnamczycy w kopiowaniu są nawet lepsi od Chińczyków.

W ogóle mamy nieodparte wrażenie, że znów jesteśmy w Chinach. Ten sam rwetes i chaos, rzeki skuterów i ni w ząb angielskiego. Trzy tygodnie na Filipinach trochę nas rozpuściły pod względem lingwistycznym, a tu znowu nawet wytłumaczenie, żeby w zupie były kluski, graniczy z cudem.

Rzeka skuterów w Sajgonie

Poza tym odwiedziliśmy Muzeum Wojny Wietnamskiej, które robi wstrząsające wrażenie. Aż dziw bierze, jak mało mówi się o broni chemicznej, której używali Amerykanie podczas wojny. 5 mln ludzi bezpośrednio dotkniętych opryskami dioksyn tzw. „Agent Orange” i wciąż nowe pokolenia zdeformowanych i upośledzonych dzieci. I jeszcze nie chcą płacić odszkodowań.

Z kolei Sylwester słaby. Wietnamczycy są widać rzeczywiście bliscy Chińczykom, albo przynajmniej w świętowaniu chcą im dorównać w kiczu – tańczące smoki i wietnamskie disco polo to maks na co ich stać. Trzeba przyznać, że w wyścigu z sąsiadami z północy w tej kategorii wagowej idzie im nieźle.

Dziś po raz pierwszy zostaliśmy również milionerami. Miejmy nadzieję, że nie ostatni.

I wanna be a millionaire...

1.01 – Sajgon (Ho Chi Minh)

do serca przytul psaCo tu robić? Chcieliśmy wyjechać z Sajgonu, ale nie zupełnie wiedzieliśmy dokąd. Już prawie zebraliśmy się na wyprawę na południe w Deltę Mekongu, ale w ostatniej chwili przy ananasowym shake’u postanowiliśmy wyruszyć jednak na północ.

Obecnie poddajemy się właśnie zabiegom rewitalizacji skóry w saunie parowej – jedziemy do Dalat w 24 osoby w 15-miejscowym minibusie. I tak jeszcze 6 godzin.

Obserwacja dnia – podczas wizyty w toalecie Paula natknęła się na babę, której znudziło się stanie w kolejce, więc przykucnęła na środku, podwinęła co trzeba i zrobiła co swoje.

Zapowiada się piękny nowy rok.

2.01 – Dalat

Dalat nie grzeszy może nadzwyczajnym pięknem, ale za to okolica pierwsza klasa. Za całe 80 000 dongów (12 zł) wypożyczyliśmy skuter i oddawaliśmy się urokom dzikiej jazdy. Wiatr we włosach, piach w oczodołach i strzaskana słońcem morda. Po prostu bajka.

moto-viet-przygoda

Przy okolicznych całkiem niezłych wodospadach łatwiej zaobserwować hordy Wietnamczyków w podróży poślubnej niż dziką przyrodę, ale i tak jest nieźle. No i naszym off-roadowym skuterem wytyczyliśmy nowy szlak nad jednym z jezior.

Aha, mamy też najlepszy pokój hotelowy jak do tej pory. 25 m2 zamiast zwyczajowych 9 to dla nas raczej niespotykany luksus. Sama łazienka ma tu z 6 metrów. Że o darmowym Wi-Fi w pokoju nie wspomnę, bo to standard w tym komunistycznym kraju (tylko Facebook znowu nie działa – nie wiem, co ci chińscy i wietnamscy komuniści mają do tego biednego Zuckerberga). No i ciepła woda – co oznacza pierwszy ciepły prysznic od 8 grudnia, czyli wizyty na CouchSurfingu u Dana i Mony w Guangzhou.

Nieporozumienie dnia – próbuję od chłopa na rogu dowiedzieć się, gdzie mogę coś wydrukować. Udaję drukarkę, komputer, mówię „Internet cafe? Computer?”. A on do mnie – „Noodle soup?”

Chyba pobujamy się skuterem po okolicy jeszcze parę dni.

.

A na koniec filmik z przejścia dla pieszych w Ho Chi Minh, czyli Sajgonie.

.

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny

Zmiany, zmiany, zmiany.

Wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem zapowiadają się pewne zmiany na naszym blogu. Tak jak niedawno pisał w komentarzu Kuba K., w ciągu dnia podróży potrafi wydarzyć się więcej niż przez niejeden tydzień. W związku z tym oprócz wpisów przekrojowych, co pewien czas będziemy zamieszczać wyimki z pamiętnika podróżnika, który ostatnio zaczęliśmy prowadzić.

Zatem na początek – Filipiny:

20.12 – El Nido

Najbardziej zwariowany „Island hopping” w historii. Od lokalnego rybaka we wsi Corong Corong wynajęliśmy 2 małe łodzie, na których ledwo udało nam się zmieścić – odpowiednio 7 i 3 osoby. Oprócz pięknych wysp i najlepszej jak do tej pory wyłowionej muszli, do głównych atrakcji należy zaliczyć kilka awarii silnika na morzu, podczas których myśleliśmy, że na ląd będziemy musieli wrócić wpław oraz około 5-krotne całkowite przemoczenie przez notorycznie prześladujący nas deszcz. Było świetnie.

O północy udało nam się dostać na prom towarowy z El Nido do Coron, choć nie mieliśmy biletów. Przeżycie niesamowite, bo statek był zapakowany po brzegi i nie było dla nas wolnej przestrzeni nawet na podłodze. Ostatecznie wpakowaliśmy się na mostek i spędziliśmy noc pod kołem sterowym. Jako przepustki użyliśmy 2 butli rumu, więc do 3 w nocy czas upłynął nam na zajmującej rozmowie z załogą.

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek zwierzęcy

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek ludzki

Butelka 0,7 l wyśmienitego lokalnego rumu Tanduay kosztuje tutaj 60-90 peso (4-6 zł), co oznacza, że rum jest tańszy niż cola. W związku ze znacznie zwiększonym spożyciem w ciągu ostatnich 2 tygodni, stwierdzamy zagrożenie Chorobą Filipińską.

21.11 – Coron

Wyspaliśmy się jako tako. My na naszych materacach nieco lepiej niż Michel, który noc spędził na podłodze pod oknem kapitana. Do Coron przybyliśmy przed południem i niemal udało nam się uniknąć płacenia za bilety za prom, o które upomniano się 100 m od brzegu. Podróż na mostku promu towarowego niezapomniana.

Noc na mostku

Reszta dnia upłynęła nam na relaksacji i zorganizowaniu nurkowań na jutro. Przypadkiem udało nam się również znaleźć restauracyjkę, która ma mieć ponoć Internet 24 h, co pozwoliłoby nam zadzwonić do domu na święta. Zobaczymy.

Na kolację wciągnęliśmy przepyszną lokalną pizzę – pierwszą od wyjazdu z Polski. Nius dnia – Pauli pękły klapki.

22.12 – Coron

Michel zainspirował nas do pisania pamiętnika. Paula próbowała nawet na początku podróży coś pisać, ale wychodziło tego 4 strony dziennie, więc szybko się poddała. Michel pisze 5-10 zdań dziennie, więc w ten sposób może i nam się uda. Jedyna wada to fakt, że odzyskamy świadomość daty. Nawet trudno sobie wyobrazić, jakie to cudowne uczucie, nie mieć najmniejszego pojęcia, jaki dzisiaj mamy dzień. Żeby totalnie nie utracić z trudem wywalczonej wolności, postanawiamy nie liczyć dni tygodnia. Taki mały kompromis.

Ostatnio z naszymi wariatami działo się na raczej sporo, więc postaram się odtworzyć historię chociaż z kilku poprzednich dni (P.S. Wariaci, o których mowa, to oryginały jakich mało i o nich już wkrótce będzie osobny wpis).

Wariaci z Palawanu - połowa składu

Poza tym dziś nurkowaliśmy we wraku Olympia Maru i na rafie 7 Pecados. Wrak całkiem niezły, ale przejrzystość słaba – ok. 6-8 m. Za chwilę idziemy na masaż – pierwszy podczas tej podróży i zdaje się, że rozpocznie on nasze tournee po międzynarodowych technikach masażu.

Nurkowanie w Coron

Masaż w porządku, choć mnie masował chłop o dłoniach jak bochny, który do tego dość głośno sapał, a Michela podstarzała zapaśniczka. Paulinie trafiła się 23-letnia superzgrabna Filipinka o dłoniach jak płatki róży. Durny świat.

23.12 – Coron

Kolejny „Island hopping”. Na wariata dziś rano udało nam się znaleźć chętnych, którzy zorganizowali dla nas wyjazd na okoliczne wyspy i rafy. Największe wrażenie zrobił na nas Skeleton Wreck – wrak japońskiego statku zaopatrzeniowego z 1944 r., którego dziób spoczywa zaledwie na głębokości 5 – 8 m, więc można do niego schodzić nawet podczas snorklowania.

W poszukiwaniu duchów na Skeleton Wreck

W pewnym momencie zostaliśmy na 2 godziny na bezludnej wyspie, na której zostawił nas kapitan, ponieważ nasz czwarty pasażer chciał wcześniej wrócić do portu. Ciężko uwierzyć w naszą naiwność, ale na łodzi zostawiliśmy nasze plecaki z portfelami i paszportami. Przez chwilę wkręciliśmy sobie niezły film, ale na szczęście kapitan w czapce Świętego Mikołaja po nas wrócił.

Na kolację ma być typowo szwajcarskie danie w lokalnej restauracji pewnego Szwajcara, którego poznaliśmy wczoraj. O Szwajcarii zresztą dowiadujemy się równie dużo, co o Filipinach, bo od 3 dni podróżujemy już tylko we trójkę z Michelem.

Z kolei wieczorem mamy załapać się na filipińskie przyjęcie świąteczne. Dwa dni temu poznaliśmy Evelyn – Filipinkę, która przyjechała tu z Manili i osiadła na dobre. Oczywiście jak na Filipinkę przystało od razu zaprosiła nas na dzisiejszą imprezę, o czym zupełnie zapomnieliśmy. Dziś spotkaliśmy ją ponownie, gdy niosła 5 litrów rumu, więc wieczór mamy z głowy. Ciekawe, co będzie z Michelem, który jutro rano ma lot do Manili.

Zagrożenie Chorobą Filipińską wzrasta.

Niemożliwe nie istnieje

24.12 – Coron

Michelowi udało się jakoś zebrać na lot po 3 godzinach snu. Znów jedziemy sami.

Filipińczycy są niesamowici. Rano poszedłem po bułki do naszego zaprzyjaźnionego sklepu i przegadałem z chłopem ponad pół godziny. Nie chciał mnie wypuścić zanim nie zjadłem jego ryżu zapiekanego z miodem w liściach bananowca. Przekąska pycha.

Na kolację wigilijną za 200 peso (14 zł) szwedzki stół i darmowe piwo. Dla mnie całe pieczone prosię na słodko, a dla Pauli ponadpółmetrowe tuńczyki z grilla. Zagrożenie Chorobą Filipińską podniesione do poziomu czerwonego.

W pewnej restauracji z Wi-fi, pozwolili nam przyjść dłuuugo po zamknięciu, żeby zadzwonić do domu. O pierwszej w nocy zasiedliśmy przy opustoszałych stolikach na 2 godziny telekonferencji ze stołami wigilijnymi w Polsce.

Dzień wesoło-smutny.

25.12 – Coron, Manila, Donsol

Znów akcja nie z tej ziemi. Rano podczas płacenia za hotel (350 peso za noc = 25 zł) właściciel zaprosił nas na świąteczne śniadanie. To pierwsza nasza wizyta u Filipińczyków w domu. Lokalne frykasy i prawie godzina rozmowy sprawiają, że niemal spóźniamy się na samolot. Na szczęście jest „filipino time”, czyli miniwan przyjechał pół godziny później, a samolot i tak jest opóźniony.

Lecimy do Manili. Potem postaramy się poszukać nocnego autobusu do Donsol, bo jeszcze przed wyjazdem chcemy popływać z rekinami wielorybimi.

Palawan w lotu ptaka

26.12 – Pilar, Donsol

Nie wiem czy to jakaś passa czy jaki czort, ale dziś znowu zostaliśmy ogłuszeni filipińską gościnnością. A było to tak:

Ze względu na Święta jedyny autobus, jaki udało nam się wczoraj znaleźć w kierunku Donsol, to stary nieklimatyzowany grat do Pilar. Autobus nie był nawet skrojony dla Filipińczyków, a raczej dla krasnali, więc wyjechawszy o 14, o 2 nocy wylądowaliśmy w tej szerzej nieznanej mieścinie zlani potem z powykręcanymi rękoma i zdrętwiałymi nogami. Zdecydowanie najbardziej groteskowa podróż jak do tej pory.

Żeby nie spać na dworcu, rozłożyliśmy się z naszymi plecakami w kościele, ale o 4 obudziły nas przygotowania na mszę o 4:30. Po przegadaniu pół godziny z przemiłą rodziną, dajemy się namówić na mszę. Nie licząc statystowania w kilku ślubach znajomych, to pierwsza nasza wizyta w kościele od jakichś 3-4 lat.

Po mszy przemiła Filipinka zaprasza nas do siebie do domu w oczekiwaniu na jeepneya do Donsol. Śniadanie, pomoc jej mężowi w łowieniu i sortowaniu ryb oraz przemiłe pogaduchy sprawiają, że zostajemy niemal do 8 rano.

Na farmie ryp lapu-lapu

Miasto budzi się do życia, a my po niemal nieprzespanej nocy i tak niesamowitej lawinie wrażeń, mamy złudzenie, że dzień zbliża się ku końcowi. A musimy jeszcze dotrzeć do Donsol, znaleźć nocleg, wrócić 50 km do Daragi do najbliższego bankomatu i zorganizować wypad na poszukiwanie rekinów wielorybich na jutro.

.

P.S. Ważne – udało nam się wreszcie wrzucić obiecany dawno temu filmik z Nepalu z błogosławieństwa krwi. Filmik można obejrzeć tutaj.

.

Smaki świata – Izrael, Palestyna

Thina i hummus

Thina i hummus. Hummus i thina. Są wszędzie. Są jak bliźnięta syjamskie. Gdzie jedno, tam i drugie, a jedno bez drugiego nie istnieje.

W Izraelu są składnikiem niemal każdej potrawy. Thina (wymawiane: tHina przez jedno z tych hebrajsko-arabskich gardłowych H, czyli dźwięk wydobywający się podczas duszenia kogoś lub charczenia) to płynna pasta robiona na bazie ziaren sezamu.

Thina - składniki i przygotowanie

Gotową thinę kupuje się rzadko, a w większości wyrabia się ją w domu przed posiłkiem. W związku z tym istnieje duża dowolność proporcji składników, a także ich wariacji. Dzięki temu każda thina ma inny smak. I tak oto thina przyrządzana przez Erana w Jerozolimie była zdecydowanie pietruszkowo-zieleninowa, na pustyni Negev zajadaliśmy się thiną raczej czosnkową, a na straganach przeważała ta o smaku czystego sezamu.

Niemniej jednak w większości kombinacji na thinę składają się przecier 100% z prażonych ziaren sezamu, sok z cytryny, czosnek, pietruszka i przyprawy (kombinacje dowolne, choć zazwyczaj tylko sól i pieprz).

Izraelczycy thinę jedzą do wszystkiego. Niemal w 100% posiłków występuje ona na stole jako dip do chleba bądź pity. Oprócz tego jedliśmy ją jako dodatek do omletu na śniadanie, dań strączkowych przygotowanych z ciecierzycy i soczewicy na obiad i sałatek na kolację. Rachela, którą poznaliśmy w kibucu na pustyni Negev, w ramach eksperymentów dodaje ją nawet do zup i, jak mieliśmy okazję się przekonać, nie jest to głupi pomysł. Osoby nieprzepadające za sezamem albo uczulone na ten składnik musiałyby się jednak zdrowo nachodzić, żeby zjeść coś bez thiny i hummusu.

Hummus i falafel w Palestynie

Falafel w PalestynieBo thina to również jeden z głównych składników hummusu. Hummus zapożyczony przez Żydów z kuchni arabskiej to pasta przygotowywana głównie z ciecierzycy, oliwy, czosnku, cytryny i właśnie thiny. Hummus można jeść sam jako przystawkę, ale bez niego nie może obyć się również żadna straganowa shawarma. No i oczywiście falafel.

Falafel

Ta hummusowa masa smażona na głębokim tłuszczu w postaci kulek wielkości przepiórczych jaj zastępuje wkładki mięsne w wielu posiłkach. Usmażone falafelowe kulki najczęściej rozgniata się na bardziej jednolitą masę i sprzedaje z sałatkami i dodatkami (oraz thiną oczywiście) w picie lub innych mącznych plackach, takich jak lafa.

W smaku falafel jest mączno-fasolowy i dość ostry, a strukturę ma ziarnistą z tendencją do chrzęszczenia w zębach. Spotkać można go wszędzie, od najmniejszych ulicznych straganów po wyszukane restauracje.

Arak

Jeśli chodzi o alkohol, to w Izraelu króluje arak. Jest to bardzo mocny alkohol, ok. 60% (choć w smaku niepalący jak nasza wódka) o smaku anyżkowym. Arak destyluje się z winogron i anyżu i jest on bliskim krewnym tureckiego raki, greckiego ouzo czy bałkańskiej rakiji.

Arak

Oprócz niewątpliwych walorów smakowych picie araku w dobrym towarzystwie dostarcza również niespotykanych walorów estetycznych. Otóż arak pija się z lodem bądź rozcieńczony z wodą i z lodem. A substancje zawarte w anyżu sprawiają, że po zetknięciu z wodą klarowny wcześniej napój przybiera mlecznobiałą barwę.

Tak oto pijąc arak, sami już nie wiemy czy to 60% alkohol sprawia, że mętnieje nam w oczach czy też to tylko w wodzie rozkładają się anyżowe cząsteczki.

Jerusalem mixed grill

Serca z grilla

Naszym niewątpliwym odkryciem kulinarnym było również Jerusalem mixed grill. Błąkając się któregoś razu po Jerozolimie, wiedzeni węchem, trafiliśmy do przydrożnej budy o wielkich metalowych stołach do smażenia wystających niemal na chodnik. Jak się później miało okazać (czym wprawiliśmy w osłupienie goszczących nas couchsurfowych studentów), przez zupełny przypadek, zapuściwszy się w rzadko odwiedzane przez turystów rejony ulicy Agripas, natknęliśmy się na wielbioną przez wszystkich Izraelczyków jadłodajnię.

Na metalowych blachach smażyły się serca, żołądki oraz inne kawałki kurczaka, a także cebula i czosnek. Wszystko to w aromatycznej poświacie kminku, curry, chilli i nie wiadomo czego tam jeszcze. Za 35 szakali od sztuki (1 szakal, czyli 1 izraelski szekel = 0,86 zł), czyli ok. 30 zł (więc jakby nie patrzeć straganowa górna półka) otrzymaliśmy po ogroooooomnej picie ulewającej się od żołądków, serc i kurczaka (że o thinie nie wspomnę) oraz obowiązkowy zestaw miseczek z oliwkami oraz ogórkami i kapustą na ostro piklowanymi z chili.

Przepyszny posiłek spożyty ok. 16:00 zapewnił nam dobre 10 cm więcej w pasie oraz ilość kalorii i tłuszczu spokojnie wystarczającą do następnego południa.

.