Z pamiętnika podróżnika – Filipiny, Wietnam

28.12 – Legazpi

Nareszcie się wyspaliśmy. W Donsol cały czas siąpi, więc nie ma nawet sensu dawać kolejnej szansy naszym rekinom wielorybim. Wyjeżdżamy.

Na Filipinach pozostały nam jedynie 3 dni, więc początkowo chcieliśmy po prostu przenieść się na wschodnie wybrzeże południowego Luzonu i osiąść nad oceanem w Santo Domingo. Na dworcu w Legazpi poznaliśmy jednak 4 Czechów, którzy zakończywszy semestr wymiany studenckiej w Singapurze, rozpoczynają podróż z Filipin przez Wietnam i Kambodżę do Tajlandii. Właśnie zamierzali jechać do Donsol, ale skutecznie odwiedliśmy ich od tego pomysłu.

Przekonując ich do opuszczenia tego miejsca, zdaliśmy sobie sprawę, że nasz pomysł z plażowaniem również nie ma większego sensu. Na poczekaniu wymyśliliśmy nowy plan i kupiliśmy bilety na nocny autobus do Manili. Póki co Czesi jadą z nami. Stamtąd chcemy jednak od razu o świcie jechać na południe na 2 dni na niedaleki wulkan Taal położony na środku jeziora.

Mając nadal ponad 4 godziny do odjazdu, podjechaliśmy jeszcze do nieodległych ruin Cagsawa, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć wulkan Mt. Mayon z bliska. Niestety tak padało, że wulkanu prawie w ogóle nie było widać, ale za to dziś 6 razy przejechaliśmy się jeepneyami, więc nawdychaliśmy się tyle spalin, że starczy za nasz cały pobyt na Filipinach.

Pamiętni ostatniej nocnej przejażdżki do Pilar, tym razem kupiliśmy bilety na klimatyzowany autokar na 40 miejsc. Przed nami dziewiąta nocna podróż jak do tej pory.

Czy na pewno chcesz jechać w podróż dookoła świata? Przemyśl to.

29.12 – Manila, Talisay

Mimo bluzy i długich spodni w nocy nieco zmarzliśmy, bo kierowca był chyba niedosłyszący i nie za bardzo przyswajał stwierdzenie „podwyższyć temperaturę”. Ale przynajmniej spało się w miarę wygodnie. Nie to co ostatnio.

Za to przebrnięcie przez Manilę przed świtem – niezapomniane. Po opuszczeniu autokaru musieliśmy jeszcze znaleźć odpowiedni dworzec, z którego odjeżdżają autobusy do Tagaytay. Nie było to łatwe, bo w Manili niemal każda firemka transportowa ma swój własny parking, w związku z czym nie ma jednego głównego dworca. Zatem wraz z naszymi Czechami o 5 rano raźno maszerowaliśmy przez ponad godzinę przez to jedno z najniebezpieczniejszych miast świata w poszukiwaniu transportu. Udało się po odwiedzeniu ok. 8-10 dworców.

straganowe przysmakiW Tagaytay i Talisay padało cały ranek, więc wyprawę na wulkan przełożyliśmy na jutro. Dzień upłynął nam zatem leniwie na spacerach po miasteczku i smakowaniu lokalnych straganowych przysmaków. Odkryliśmy dzisiaj dwa nowe gatunki owoców, w tym calamandarynki – krzyżówkę calamansi i mandarynki. Calamansi, to kwaśniejsza i mniejsza odmiana limonek, smakująca nieco bardziej jak cytryny, więc i calamandarynki są słodko-kwaskowate – wyśmienite. Poza tym kilka szaszłyków w sosie słodko-ostrym, które są tu na każdym rogu, ciasto rybne smażone na głębokim oleju czy zastygła krew drobiowa z żelatyną z grilla.

Wieczorem właściciel hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, zaprosił nas na jutrzejszą fiestę w jego rodzinnym Barangay – czyli coś jakby tutejszej gminie.

Zatem jutro wulkan, fiesta, do Manili i do Wietnamu. Piękny dzień.

30.12 – Talisay, Manila

Wulkan Taal rewelacja. Fumarole na żywo, jęzory siarkowe na ziemi i bulgoczące jezioro wewnątrz krateru. O 11 byliśmy już z powrotem w domu, a o 12 gotowi na prawdziwą sensację dzisiejszego dnia.

kokoska?

Fiesta. To jest to. Doroczna impreza miejscowej wspólnoty przy lokalnych specjałach kulinarnych i suto zakrapianym stole. Już znaleźć naszego gospodarza było ciężko, bo niemal każda zapytany Filipińczyk chciał nas wciągnąć do siebie na imprezę. Podczas fiesty wszystkie rodziny w okolicy gromadzą się w pełnym 15-, 20-osobowym składzie i biesiadują do upadłego.

U Berta, zaledwie wczoraj poznanego Filipińczyka spędziliśmy dobrych kilka godzin, delektując się między innymi kurczakiem w ananasie, wołowiną na ostro czy nieznaną rybą o niesłychanie wprost delikatnym białym mięsie w sosie sojowo-kwaśno-ostrym. A wszystko to w przy dwóch butlach lokalnego ginu w doborowym towarzystwie i litrowej butli 6-procentowego piwa dla Pauli.

Ground zero choroby filipińskiej

Po kilku godzinach chwiejnym krokiem zebraliśmy się z dopiero rozkręcającej się imprezy i po przyjechaniu jeepneyem do Tanduan, teraz już tylko autobus do Manili, odnalezienie drogi na lotnisko, lot do Wietnamu i zorganizowanie miejsca do spania o 1 w nocy.

Z jednej strony cieszę się nawet, że wyjeżdżamy, bo Choroba Filipińska sieje już spustoszenie w naszych organizmach (szczególnie jednego z nas).

31.12. – Sajgon (Ho Chi Minh)

Cudowne uczucie. Nowy kraj, nowe doznania, nowe odkrycia. Wietnam zapowiada się rewelacyjnie. Słodko-ostra zupa ananasowa i ryba a la Hue wróżą naprawdę przepyszną kuchnię, która kto wie, być może pobije nawet chińską.

No i nowe orżnięcia. Jak zwykle pierwszego dnia, przepłacamy za wszystko. Nawet lubimy te małe kanty po 50 gr. i 2 zł. Ale za to kupiliśmy podrobiony Lonely Planet za 30 zł. Wygląda na to, że Wietnamczycy w kopiowaniu są nawet lepsi od Chińczyków.

W ogóle mamy nieodparte wrażenie, że znów jesteśmy w Chinach. Ten sam rwetes i chaos, rzeki skuterów i ni w ząb angielskiego. Trzy tygodnie na Filipinach trochę nas rozpuściły pod względem lingwistycznym, a tu znowu nawet wytłumaczenie, żeby w zupie były kluski, graniczy z cudem.

Rzeka skuterów w Sajgonie

Poza tym odwiedziliśmy Muzeum Wojny Wietnamskiej, które robi wstrząsające wrażenie. Aż dziw bierze, jak mało mówi się o broni chemicznej, której używali Amerykanie podczas wojny. 5 mln ludzi bezpośrednio dotkniętych opryskami dioksyn tzw. „Agent Orange” i wciąż nowe pokolenia zdeformowanych i upośledzonych dzieci. I jeszcze nie chcą płacić odszkodowań.

Z kolei Sylwester słaby. Wietnamczycy są widać rzeczywiście bliscy Chińczykom, albo przynajmniej w świętowaniu chcą im dorównać w kiczu – tańczące smoki i wietnamskie disco polo to maks na co ich stać. Trzeba przyznać, że w wyścigu z sąsiadami z północy w tej kategorii wagowej idzie im nieźle.

Dziś po raz pierwszy zostaliśmy również milionerami. Miejmy nadzieję, że nie ostatni.

I wanna be a millionaire...

1.01 – Sajgon (Ho Chi Minh)

do serca przytul psaCo tu robić? Chcieliśmy wyjechać z Sajgonu, ale nie zupełnie wiedzieliśmy dokąd. Już prawie zebraliśmy się na wyprawę na południe w Deltę Mekongu, ale w ostatniej chwili przy ananasowym shake’u postanowiliśmy wyruszyć jednak na północ.

Obecnie poddajemy się właśnie zabiegom rewitalizacji skóry w saunie parowej – jedziemy do Dalat w 24 osoby w 15-miejscowym minibusie. I tak jeszcze 6 godzin.

Obserwacja dnia – podczas wizyty w toalecie Paula natknęła się na babę, której znudziło się stanie w kolejce, więc przykucnęła na środku, podwinęła co trzeba i zrobiła co swoje.

Zapowiada się piękny nowy rok.

2.01 – Dalat

Dalat nie grzeszy może nadzwyczajnym pięknem, ale za to okolica pierwsza klasa. Za całe 80 000 dongów (12 zł) wypożyczyliśmy skuter i oddawaliśmy się urokom dzikiej jazdy. Wiatr we włosach, piach w oczodołach i strzaskana słońcem morda. Po prostu bajka.

moto-viet-przygoda

Przy okolicznych całkiem niezłych wodospadach łatwiej zaobserwować hordy Wietnamczyków w podróży poślubnej niż dziką przyrodę, ale i tak jest nieźle. No i naszym off-roadowym skuterem wytyczyliśmy nowy szlak nad jednym z jezior.

Aha, mamy też najlepszy pokój hotelowy jak do tej pory. 25 m2 zamiast zwyczajowych 9 to dla nas raczej niespotykany luksus. Sama łazienka ma tu z 6 metrów. Że o darmowym Wi-Fi w pokoju nie wspomnę, bo to standard w tym komunistycznym kraju (tylko Facebook znowu nie działa – nie wiem, co ci chińscy i wietnamscy komuniści mają do tego biednego Zuckerberga). No i ciepła woda – co oznacza pierwszy ciepły prysznic od 8 grudnia, czyli wizyty na CouchSurfingu u Dana i Mony w Guangzhou.

Nieporozumienie dnia – próbuję od chłopa na rogu dowiedzieć się, gdzie mogę coś wydrukować. Udaję drukarkę, komputer, mówię „Internet cafe? Computer?”. A on do mnie – „Noodle soup?”

Chyba pobujamy się skuterem po okolicy jeszcze parę dni.

.

A na koniec filmik z przejścia dla pieszych w Ho Chi Minh, czyli Sajgonie.

.

Reklamy

Posted on 6 stycznia 2011, in Filipiny, Wietnam and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink. 3 Komentarze.

  1. Kolejny super wpis !!

    Ale „pierwszy ciepły prysznic od 8 grudnia” to przesada.. Nie katujcie się tak !!
    Rozumiem, ze kupiliście nowe aparaty fot. po kradzieży w Chinach?

    Pozdrowienia od Barfso – poznaliśmy i widzieliśmy się niedawno ! ;))

    M.

    • Z tym prysznicem to nie jest tak źle, bo na Filipinach ani razu nie mieliśmy ochoty na ciepłą kąpiel. Zresztą byłoby to dość dziwne, gdy żar leje się z nieba nawet w grudniu, wilgotność czasem nie daje oddychać, a 2 minuty po wyjściu spod zimnego prysznica i tak jesteś zlany potem. W pobliżu Coron mieliśmy na przykład gorące źródła, ale nie zebraliśmy się, żeby je odwiedzić, bo to dopiero byłoby samokatowanie.

      Aparat owszem kupiliśmy, ale jeden, bo małego nam na szczęście nie ukradli (stąd zdjęcia podwodne z Filipin). I tylko szkoda, że nie kupiliśmy w Hong Kongu, gdzie niemal wszystkie rzeczy są najtańsze na świecie, bo prawie nie ma podatków.

      A co do przejścia dla pieszych, to faktycznie ruch uliczny w Ho Chi Minh to prawdziwy sajgon. Ale musimy przyznać, że po wizycie w Indiach na drodze już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, a i przechodzenie przez jezdnię już nigdy nie będzie takie samo.

  2. To przejście przez pasy na początku wyglądało jak „Mission Imposible”, ale jednak wam się udało. Szacun!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s