Archiwa blogu

Jeszcze nie tak dawno

Jeszcze nie tak dawno chcieliśmy przeprawić się z Kolumbii do Panamy. A kalendarz był napięty.

Jachtostop niestety został tu już dawno zamordowany, więc zostały rejsy komercyjne lub samolot. Padło na to pierwsze.

Archipelag San Blas - fajne czy niefajne?

Archipelag San Blas – fajne czy niefajne?

Jeszcze nie tak dawno zaokrętowaliśmy się na turecki bryg z kapitanem jak z Czarnej Perły. Orli nos, piracka opaska i błękitno-biały marynarski t-shirt oraz głos degustatora tysiąca butelek rumu. Archetyp żeglarza.

I cóż to była za łódź! Przerdzewiałe relingi naderwane w trzech miejscach. Brak elektryczności. Grot naderwany u nasady. Światła nawigacyjne przyklejone taśmą klejącą. Nawet turecka bandera była dziurawa.

– O kurczę. Tego nie widziałem. Musiało pęknąć podczas ostatniego rejsu – tłumaczył kapitan, z uwagą oglądając skorodowany reling, na którym rdza musiała najwidoczniej narosnąć poprzedniej nocy.

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Po wypłynięciu na otwarte morze pojawiło się więcej niedoróbek. Głębokościomierz nie działa. GPSa nie ma. Wiatromierz nie działa. Silnik trzeba uruchamiać co osiem godzin, bo przegrzewa się, nawet gdy nie chodzi. To ponoć kwestia układu wydechowego, który wymieniono „przed ostatnim rejsem” i najpewniej coś musiało zostać nieszczelnie zamontowane. W nocy wszystko tak skrzypi, że mamy wrażenie, że zderzyliśmy się z rafą. To też sprawka wydechu, jak się dowiaduję.

Już na morzu, silnik wysiadł zupełnie, więc na San Blas dysponowaliśmy już tylko siłą wiatru. Niespecjalny pomysł wśród wysp koralowych. Ale przygoda jak malowanie.

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

Gdy trzeciego dnia rejsu wysiadł silnik do wciągania kotwicy i we czterech chłopa przez godzinę próbowaliśmy wciągnąć kilkaset kilo żelastwa na pokład, gdy tymczasem turecka gospodyni pontonem na pełnych obrotach napierała w burtę statku, żeby odepchnąć nas od rafy, nie wiedzieliśmy czy bardziej śmiać się czy płakać.

Jeszcze nie tak dawno…

Kalendarz był napięty, a samolot już czekał. A potem koła ze świstem potoczyły się po płycie lotniska i rozległy się brawa. Kilka miesięcy minęło jak z bicza strzelił i wkrótce po raz pierwszy od dwóch lat znów zobaczyliśmy śnieg. Tropikalna opalenizna odeszła jeszcze przed pierwszą odwilżą i obecnie jedyny ślad, jaki pozostał po Kolumbii, to imię naszego nowego psiaka, który wabi się Kali.

My z trudem wracamy do normalności nad Wisłą, a Wam życzymy wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

to my

.

Reklamy

Imperium słońca, czyli jak złapać jachtostop na Pacyfiku

Na początek rozwiejmy tajemnicę. Jesteśmy w Nowej Zelandii. Po 15 tygodniach spędzonych na morzu rozstaliśmy się z naszym kapitanem i od jakiegoś czasu odkrywamy już hobbiton.

Twarze Nowej Zelandii

Twarze Nowej Zelandii

Tymczasem kilka tygodni temu wpis, w którym dywagowaliśmy nad naszym podróżniczym szlakiem wywołał dyskusję, jakiej już dawno nie mieliśmy. W związku z tym dziś kilka słów na temat porzucenia fenomenalnego jachtu i łapania jachtostopa na Pacyfiku w ogóle.

Jak pamiętacie, wybór spod znaku Alaska czy Argentyna długo zakłócał nam spokój snorklowania z mantami, a obie opcje wciąż wydawały nam się jednakowo atrakcyjne. Nie mogąc się zdecydować, ostatecznie rzuciliśmy monetą. To, że wypadła Nowa Zelandia wydało nam się na tyle nieprawdopodobne, że postanowiliśmy grać do dwóch zwycięstw. Jednak kolejny rzut i wynik 2:0 przekonał nas, że może nie ma się co wadzić z losem i wysiadamy.

Co bardziej dociekliwi pewnie stwierdzą, że całe losowanie było ustawione już w przedbiegach, gdy reszkę przypisaliśmy naszej łodzi, mimo że jak powszechnie wiadomo i tak „zawsze wypada orzeł”.

Przekonując nas do pozostania na łodzi, pisaliście w komentarzach, że taki rejs się nie powtórzy, więc powinniśmy łapać wiatr w żagle i gnać aż po Alaskę. Jak się przekonaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, właśnie z niepowtarzalnością owego rejsu nie do końca macie rację…

W stronę słońca

Ale za nim o nieograniczonych możliwości łapania jachtostopa na Pacyfiku, a nawet w Europie, kilka słów celem rozświetlenia oceanicznego mroku.

W żeglowaniu zdecydowanie najważniejszy jest sezon. Na przełomie kwietnia i maja, wraz z ustaniem ostatnich cyklonów, na Pacyfik jak co roku wypłynie flota prywatnych jachtów z Australii i Nowej Zelandii.  Kilka miesięcy wcześniej na spotkanie z nimi wyruszą żeglarze z USA, a także Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy, którzy około lutego zdecydują się przekroczyć Kanał Panamski.

Wszyscy oni będą płynąć na zachód, zgodnie z kierunkiem pasatów. Część wyruszy na północ od równika – na Wyspy Marshalla, Tuvalu, Tokelau i Kiribati (tu ciekawostka – nazwę tego kraju, ku naszemu niegasnącemu zdumieniu, wymawia się „kiribas”). Jednak znaczna większość jachtów wybierze pasaty na południe od równika i popłynie do Polinezji Francuskiej, na Wyspy Cooka, Samoa, Tonga i Fidżi. Będą żeglować do października, a nawet listopada. Gdy dotrą na Fidżi, część zostanie w dobrze chronionych wodach tego archipelagu, a część popłynie dalej – do Australii lub Nowej Zelandii, aby zdążyć przed kolejnym cyklonem. W kolejnym roku wyruszą dalej na zachód (który skądinąd po przekroczeniu linii linii zmiany daty na Fidżi, stanie się już wschodem) – na Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę, Filipiny aż po Indonezję, Malezję i Tajlandię.

Dzień dobry, czy płynie Pan może do Polinezji?

Sezon żeglarski ma poważne implikacje. Po pierwsze od grudnia do marca po południowym Pacyfiku niemal nikt nie pływa, a jacht można złapać w zasadzie wyłącznie na krótkie dystanse – wewnątrz archipelagów Fidżi albo Polinezji Francuskiej. Jest tam na tyle bezpiecznie, że w razie zbliżającego się cyklonu czy poważnego sztormu, zawsze łatwo znaleźć bezpieczną zatokę na kilka tygodni.

Ale jeśli jesteś w Polinezji pomiędzy lutym a czerwcem, na Fidżi czy Tonga od maja do sierpnia, albo na Vanuatu czy w Nowej Kaledonii pomiędzy sierpniem a październikiem, znalezienie jachtu płynącego dalej na zachód jest niemal gwarantowane.

Załogi, szczególnie na wymagające przeprawy do Australii i Nowej Zelandii, potrzebuje prawie co trzeci właściciel jachtu, a reszta tych wyluzowanych, często spędzających całe lata na łodziach ludzi, chętnie przygarnie na kilka tygodni strudzonego wędrowca z plecakiem.

Jon, nieugięty Bask, przeżeglował niedawno jachtostopem z Hiszpanii do Nowej Zelandii w ciągu dwóch sezonów żeglarskich, łącznie na trzech czy czterech łodziach. Podróż kosztowała go tyle, co jedzenie kupowane w supermarketach i okazjonalne wydatki na nurkowanie i rum.

Licząc na siłę uroku osobistego i kontakt bezpośredni, łódź faktycznie najłatwiej znaleźć w marinie. Tu niestety trzeba wiedzieć, gdzie szukać i być w odpowiednim miejscu i czasie. Mariny często znajdują się nie w dużych miastach, a w żeglarskich ośrodkach nieopodal. Przykładowo w Nowej Zelandii jacht najpewniej znajdziemy nie w Auckland, a w portach Opua albo Whangarei, z których na Pacyfik wypływa 90% łodzi. Na Fidżi najlepszym miejscem do szukania jachtostopa jest nie Nadi i Suva, a Vuda Point Marina i Savusavu na Vanua Levu. Z głównych miast duże mariny, gdzie bardzo łatwo złapać jachtostop mają Papete w Polinezji, Port Vila na Vanuatu czy Pago Pago na Amerykańskim Samoa.

Ale co, jeśli nie przechadzasz się akurat koło Kanału Panamskiego ani nie jesteś na Tahiti czy Fidżi?

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane :)

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane : )

Żeglarze internetowi

Cztery miesiące temu naszego kapitana znaleźliśmy w Internecie. Mimo że wirtualnych społeczności zrzeszających właścicieli jachtów jest kilka, strona Find a Crew jest w tym względzie nieoceniona. I dziś, mając nieco więcej doświadczenia, śmiało możemy stwierdzić, że jeśli tylko chcesz żeglować i jesteś wystarczająco elastyczny, możliwości są niemal nieograniczone.

Bruce z Nowej Zelandii, podobnie, jak kilkadziesiąt innych osób w tym kraju (także Amerykanów czy Francuzów przeczekujących właśnie tegoroczne cyklony), szuka właśnie załogantów na maj, gdy wyruszy do Polinezji Francuskiej.

Szwajcar Olivier żegluje właśnie w południowej Argentynie i choćby od jutra chętnie przygarnie jedną lub dwie osoby do pomocy w przeprawie przez Patagonię, Cieśninę Magellana aż po Wyspę Wielkanocną, Polinezję i zachodni Pacyfik.

Jest oczywiście i nasz kapitan Rick, którego chętnie oddamy w dobre ręce, a który poszukuje właśnie załogi na Wyspach Salomona do dalszego rejsu przez Mikronezję i Japonię aż po Alaskę.

A może na Śródziemne?

Ale jeśli chcesz załapać się na jachtostop, nie trzeba oczywiście szukać aż tak daleko. Kilka dni temu napisał do nas Eduardo z Portugalii. Eduardo siedzi obecnie zakotwiczony w Lizbonie i z nosem na kwintę poszukuje szczęśliwca, który pomoże mu przeżeglować Morze Śródziemne. W kwietniu przyszłego roku wyruszy dookoła Hiszpanii, przez Baleary, Maltę, Włochy aż po wyspy greckie. Podobnie jak większość porządnych żeglarzy, Eduardo pokrywa wszystkie koszty związane z łodzią, więc potencjalny załogant zapłaci jedynie za wino i pizze, które przetrawi w portach po drodze. Nie wymagane ŻADNE doświadczenie.

Konkurencję czyni mu jednak Francesco, który aktualnie w Grecji poszukuje chętnych, którzy także za darmo zechcą pożeglować z nim po Cykladach i Sporadach począwszy już od stycznia.

Całe szczęście oferty, nie jak w telefonii komórkowej, można łączyć. W styczniu Francesco, w kwietniu Eduardo. Voila!

Haczyk

Strona Find a Crew ma jedną wadę. Żeby właściciel łodzi mógł skontaktować się z potencjalnym załogantem, jedna ze stron musi wykupić abonament członkowski (ok. 30 USD za miesiąc). Szczęśliwie takimi drobnostkami jak 30 dolarów miesięcznie nie przejmują się zazwyczaj właściciele jachtów, co znacznie ułatwia życie potencjalnej załodze.

Z szukaniem łodzi w Internecie jest także taki problem, że część właścicieli jachtów na Find a Crew załogantów traktuje nie tylko jako pomocników, ale dofinansowanie i życzy sobie po 20-30 dolarów za dzień żeglowania od osoby. Trzeba przyznać, że nie są to zupełnie beznadziejne oferty, zważywszy na brak jakichkolwiek innych wydatków, często dostępny kompresor i sprzęt nurkowy oraz żeglowanie przez niemal nieodwiedzane rubieże Pacyfiku.

Ale fakt faktem 20-30 dolarów dziennie to już czysty biznes dla właścicieli jachtów, a nie szukanie pomocnika do wciągania żagli i kotwicy i wieczorne pogaduchy przy rumie. Ofert czysto żeglarskich, gdzie właściciele oczekują dzielenia kosztów żywności i paliwa nie brakuje, a w tym przypadku koszty maleją do ok. 100-200 dolarów miesięcznie!

Reasumując, w żeglowaniu zakochaliśmy się na zabój i na Pacyfik z pewnością jeszcze wrócimy. Jeśli nie własnym jachtem, to z pewnością jako załoganci. Obecnie spokój naszych dusz zakłóca właśnie myśl czy brnąć wkrótce do Ameryki Południowej czy też może poczekać w Nowej Zelandii do kwietnia i wraz z rozpoczęciem nowego sezonu żeglarskiego na Pacyfiku bez problemu złapać jachtostop z kompresorem do nurkowania zmierzający do Polinezji Francuskiej, na Tonga albo Wyspy Cooka.

Ta kluczowa, choć zapewne przypadkowa decyzja będzie musiała zapaść już wkrótce.

.

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.

Przystanek Alaska – Indianin

Dziś ponownie prezentujemy pokłosie wieczornych rozmów na łodzi, czyli kolejny odcinek o życiu na Alasce i próba ugryzienia amerykańskiej mentalności.

Dawno dawno temu na Alasce mieszkali Eskimosi. Dziś Eskimosów w zasadzie już nie ma, ale pozostały ich przywileje.

Pod koniec XX wieku władze stanowe uznały, że w obliczu błędów i wypaczeń, jakie uczyniono Indianom Dzikiego Zachodu 100 lat wcześniej, dla odmiany sprawiedliwie byłoby podzielić się rosnącym bogactwem stanu Alaska z jego rdzennymi mieszkańcami. W ten sposób narodził się pomysł, by zaproponować eskimoskim spadkobiercom stworzenie współczesnych korporacji, które miałyby pierwszeństwo w obsługiwaniu państwowych kontraktów biznesu roponośnego i gazowego.

W ten sposób każdy mieszkaniec Alaski z domieszką przynajmniej 1/4 krwi indiańskiej z przydziału otrzymał udział w nowo tworzonych korporacjach. W zależności od umiejętności menedżerskich i natężenia roponośnych kontraktów na poszczególnych terenach stanu korporacje te mogą dziś pozwolić nieźle wyżyć ich akcjonariuszom.

Jedna ósma Eskimosa, czyli z Arktyki w tropiki

Jedna ósma Eskimosa, czyli z Arktyki w tropiki

Przykładowo korporacja Cook Inlet Regional Incorporated na początku XXI wieku radziła sobie tak dobrze, że na przełomie tysiąclecia każdy z post-eskimoskich akcjonariuszy w ramach dywidendy otrzymał 180 000 dolarów.

Ponadto posiadanie choćby pradziadka krwi indiańskiej, a więc eskimosowatość rzędu 1/16 zapewnia na przykład darmową opiekę medyczną na terenie Stanów Zjednoczonych i terytoriów zależnych (dajmy na to Samoa czy Guam na Pacyfiku).

Ale żeby i pozostali obywatele spod gwiaździstego sztandaru nie czuli się poszkodowani we własnym stanie, Alaska dzieli się bogactwem także z nie-eskimoskimi śmiertelnikami. Raz w roku, w listopadzie, każdy obywatel otrzymuje czek na ok. 1500 dolarów. Niezależnie czy masz dwa, trzydzieści dwa czy sześćdziesiąt pięć lat, przysługuje Ci, jak mawia nasz kapitan, „drobne kieszonkowe”, generowane przez specjalny fundusz założony na początku lata 80-tych przez zmyślnego gubernatora.

Nie trzeba chyba dodawać, że wraz z wydawaniem czeków przed świętami rusza amerykańska marketingowa machina, która na Alasce przybiera szczególny charakter. „Zostaw nam swój czek oraz numer karty kredytowej i wyjedź nowym chevroletem”, „Zamień czek na skuter śnieżny”, „Święta pod palmami w Honolulu?”.

A rdzenni Indianie na Wyspach Salomona na przywileje muszą jeszcze poczekać

A rdzenni Indianie na Wyspach Salomona na przywileje muszą jeszcze poczekać

Jako się rzekło, czek z roponośnymi odsetkami przysługuje każdemu obywatelowi, nawet małym dzieciom. Jeśli zatem rodzice nie przejedzą pieniędzy swoich pociech pod palmami na Hawajach, dwudziestoletni młodzian może sobie opłacić studia na Harvardzie albo kupić dom i samochód. Za gotówkę.

Jest jeden warunek. Aby otrzymać czek, musisz mieszkać na terenie stanu przynajmniej rok.

– Ale jak sprawdzić czy ktoś nie opuścił stanu na dłużej? – pytamy naszego kapitana.

– Jak to? Przecież to działa na zasadzie systemu honorowego. Jeśli opuszczasz stan, powinieneś to zgłosić.

– No tak, ale przecież ONI w zasadzie nie będą w stanie tego sprawdzić. Ludzie mogą kłamać.

– Mogą. Ale nie powinni. Przecież mamy „honour system”.

Gdy nasz kapitan przed dwoma laty opuszczał Alaskę, jedne z pierwszych kroków skierował do urzędu, by zgłosić, że w tym roku czek nie będzie mu przysługiwał. Po powrocie zgłosi się znowu, odczeka przepisowy rok i odbierze czek.

Przecież mają „honour system”.

.

Z zupełnie innej beczki

Tych, którzy nie śledzą na bieżąco naszej fejsbukowej aktywności, uprzejmie informujemy, że na stronce pojawił się konkurs bananowy. Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy. Do wygrania naprawdę niepowtarzalna nagroda…

.

Z pamiętnika podróżnika – manta i rzeźbiarz

Sobota – Wyspy Russella

Wczoraj napisalismy w pamietniku, ze Wyspy Russella to urocze miejsce. Piekne wyspy, lazurowe rafy, a przez caly dzien przyplywaja dziesiatki czolen, zeby nam potowarzyszyc. Kreca sie wokol, czasem ktos zagadnie jednym zdaniem, ale w zasadzie wystarcza im przebywanie w naszym towarzystwie i patrzenie na nas.

Dzis miejsce nadal jest urocze, ale pojawil sie zgrzyt. W nocy, juz po raz drugi na Salomonach, zostalismy okradzeni. Tym razem zniknal recznik i kilka drobiazgow suszacych sie na relingach. Najbardziej dotkliwa jest jednak kradziez jachtowych poduszek pokladowych, ktore zdecydowanie uprzyjemnialy siedzenie na twardym pokladzie podczas kilkudniowych przepraw oceanicznych.

Postanowilismy interwieniowac w pobliskiej wiosce, bo wiemy, ze takie przypadki na Salomonach sa dosc powszechne i czesto udaje sie udzyskac skradzione rzeczy. Niestety wodz wioski nie mogl zajac sie naszymi poduszkami, bo jako adwentysta dnia siodmego dzisiaj ma sabat i nie walczy wowczas ze zlodziejami. Moze od jutra uda mu sie cos zdzialac. Poinformowal nas, ze oglosi problem w kosciolach i okolicznych wioskach i byc moze uda mu sie odzyskac skradzione dobra po naszym wyjezdzie, gdy zlodziej nie bedzie sie ukrywal.

W ramach relaksu podjelismy tez pierwsze proby plywania na lokalnych czolnach krecacych sie wokol lodzi. Nie jest to sprawa prosta, bo w przeciwienstwie do Vanuatu, nie maja one bocznych stabilizatorow i o wywrotke latwiej niz o przedwyborcze obietnice. Niemniej jednak po kilku radosnych probach potrafimy juz uratowac kanu przed zatonieciem, wdrapac sie na nie z wody, a nawet okazjonalnie utrzymac rownowage na stojaco.

Najlepsza z Zon zaatakowal tez dzisiaj rekin. I jakkolwiek naprawde bylo strasznie, to na szczescie ostatecznie rekin nie zdecydowal sie na ugryzienie. Niestety jak bym sie nie staral, to nie da sie tej sytuacji opisac w kilku zdaniach, zeby nie zabrzmiala bunczucznie, groteskowo ani falszywie. Pokrotce powiem, ze ponad dwumetrowe rekiny szare sa wyjatkowo terytorialne, maja niebywale sprawnie dopracowana grupowa taktyke polowania, a gdy ofiara zaczyna uciekac, tak jak we wszystkich drapieznikach wlacza sie w nich instynkt zabojcy. Nauka na przyszlosc – w obecnosci rekinow szarych NIE ODDALAC SIE OD RAFY.

Ale poza tym snorklowanie na Wyspach Russella zapiera dech w piersiach nie tylko ze wzgledu na rekiny szare, ktore skadinad podczas snorklowania widzielismy po raz pierwszy w zyciu.

Wtorek – Mbili, Laguna Marovo

Dzis uzmyslowilismy sobie nasze podroznicze podwojne standardy. W Zachodniej Prowincji niemal wszyscy mieszkancy tworza fantastyczne rzezby z drewna i kamienia, robia przepiekna bizuterie z muszelek, a pozostali przywoza kosze warzyw i owocow w nadziei na wymiane za dobra z zachodniego swiata. Jest to zatem dokladnie to, czego oczekiwalismy po zebrakach w Azji, ktorzy notorycznie chodza za turystami z haslem „Hello! Money?” na ustach.

Poczatkowo rzezby, rzadko kiedy kosztujace mniej niz 100 – 200 zl, wydaly nam sie zdecydowanie zbyt drogie na nasza podroznicza kieszen, szczegolnie w porownaniu z fantastycznymi metrowymi maskami w Indonezji, ktore kupowalismy zupelnie niedawno za 15-20 zl. Rzecz w tym, ze salomonskie rzezby inkrustowane macica lokalnych muszli sa prawdopodobnie najbardziej misterne na swiecie, a ich wykonanie, wylacznie przy uzyciu prostych recznych narzedzi, zajmuje zazwyczaj ok. tygodnia.

Dzis, na dobra sprawe w pierwszym kotwicowisku w Lagunie Marovo, odwiedzilo nas okolo 6-7 rzezbiarzy, ktorzy przyplywaja do naszej lodzi na swoich dlubanych recznie czolnach, uginajacych sie od zapierajacych dech w piersiach rzezb. Juz po kilku pierwszych odwiedzinach stalo sie dla nas jasne, ze wiosluja oni z najbardziej odleglych wiosek, jesli tylko dotrze do nich informacja, ze w lagunie zakotwiczyl nowy jacht.

Takie kraje jak Wyspy Salomona odwiedza moze 30-50 prywatnych lodzi rocznie i zadnego z rzezbiarzy nie stac na przepuszczenie okazji zaprezentowania swoich wyrobow. Ostatniego goscia, ktorego wiesc o naszej obecnosci doszla az we wsi Seghiro oddalonej o 15 km, pozegnalismy dopiero o 21.

Od kazdego z rzezbiarzy staramy sie kupic chocby najmniejsza pamiatke i blogoslawimy nasza decyzje sprzed kilku dni, ze jednak postanowilismy nie nurkowac na Salomonach. Przedwczoraj udalo nam sie co prawda stargowac kosmiczne salomonskie kwoty za nurkowanie do 250 zl za nura, ale ostatecznie i tak uznalismy te kwote za zbyt niebotyczna. Jak sie okazuje snorklowanie tez daje sporo radosci, a 600 zl przeznaczone poczatkowo na nurkowanie trafi do miejscowych rzezbiarzy, ktorych praca z kazdym dniem coraz bardziej nas zdumiewa.

Z innej beczki – kilka dni temu w Honiarze nie znalazlszy nic godnego uwagi do naszej globalnej kolekcji magnesikow lodowkowych, zrobilem wlasny. Dzisiaj zainspirowany pierwszym 10-centymetrowym sukcesem i artystycznym klimatem Laguny Marovo rozpoczalem rzezbienie prawdziwego miniaturowego czolna.

Czwartek – Mbili, Laguna Marovo

Po raz pierwszy od miesiaca Najbardziej Nieustepliwe z Nieustepliwych wreszcie poprawily swoja mocno nadwyrezona opinie. Wyjatkowo mizerne piarowo salomonskie muchy obudzily nas jak zwykle o 6:30, ale na ich szczescie tym razem okazalo sie, ze tuz przy lodzi zeruje kilkumetrowa manta. Po ponad godzinie plywania puste zoladki wygnaly nas wreszcie z wody, a z manta udalo nam sie jeszcze spotkac po obiedzie na pobliskiej rafie.

Rafa okazala sie na tyle niesamowita, ze mozecie tylko zalowac, ze za pomoca Sailmaila nie mozemy zamiescic zdjec. Polujace rekiny czarno- i bialopletwe, korale koloru koralowego, przebijanie sie przez lawice karanksow czy napoleony pchajace sie w kadrze przed rekiny. Szczytem wszystkiego okazala sie lawica okolo 50 delfinow, ktora zainteresowala sie naszym pontonem, gdy wracalismy ze snorklowania.

Rzezbiarze nadal nadciagaja tlumnie, nam powoli koncza sie pieniadze, a przybywa kilogramow do wyslania w paczce. Dzis jednemu z artystow, Natanielowi, prawdopodbnie pomoglismy wejsc w zupelnie nowy biznes magnesikow na lodowki. Zainteresowany moim mini-czolnem tak podekscytowal sie naszym pomyslem, ze juz zaczal szkicowac.

Zdaje sie, ze na dobre wplynelismy wlasnie do Laguny Marovo. I cos czuje, ze spedzimy tu przynajmniej dwa tygodnie.

Jechać – nie jechać?

Alaska czy Boliwia?

Mikronezja czy Nowa Zelandia?

Japonia czy Argentyna?

Filipiny czy Ekwador?

Czas wyborow juz dawno za nami. Przed kilkoma tygodniami postanowilismy, ze na Wyspach Salomona opuszczamy naszego kapitana i ruszamy dalej na wschod. Od tego czasu zmienialismy jednak zdanie przynajmniej trzykrotnie i juz sami nie wiemy, na czym aktualnie stoimy.

Jak stwierdził kiedyś mój nieoceniony brat, oba rozwiązania mają zarówno zady i walety.

Na jachcie jestesmy juz 3 miesiace i bedziemy zeglowac przynajmniej jeszcze kilka tygodni. Z Salomonow nasz kapitan kontynuuje podroz dookola Pacyfiku i plynie do Mikronezji. Po drodze jedne z najrzadziej odwiedzanych miejsc na swiecie – na przyklad atol Ontong Java, nalezacy nominalnie do Wysp Salomona, ale zamieszkaly przez ludnosc polinezyjska.

Dalej Mikronezja i iskrzaca sie arsenalem wojennym laguna Chuuk oraz tradycyjny region Yap, do ktorego w wiekszosci nie mozna nawet dotrzec inaczej niz prywatnym jachtem. Potem nasze ukochane Filipiny, na ktorych w zeszlym roku spedzilismy Boze Narodzenie, a teraz moglibysmy trafic tam na niezwykla filipinska Wielkanoc i sezon na plywanie z rekinami wielorybimi w Donsol.

Pozniej Okinawa i lancuch setek wysp japonskich az po Honsiu – ciekawa odmiana po Trzecim Swiecie i kulturach Pacyfiku.

A na deser Alaska. Ale nie Anchorage, Denali i dwa parki narodowe na krzyz, ale trzy miesiace przemierzania calego archipelagu Aleutow od Attu az po Zatoke Ksiecia Williama i Kenai, gdzie mieszka nasz kapitan. Alaska na pokladzie lodzi przemierzana niemal sladem Vitusa Beringa – odkrywcy tych terenow sprzed 250 lat.

A moze jednak wulkany, fiordy i kraj paralizujacy wyobraznie wiekszosci ludzkosci. Oraz ponoc jedni z najcieplejszych mieszkancow naszego globu. Cieplejsi nawet niz ich gorace zrodla – Nowozelandczycy.

A potem marzenie z dziecinstwa – Ameryka Poludniowa. Kupic motory albo jeepa i przemierzyc kontynent od Ziemi Ognistej az po Kolumbie. Przez Patagonie, chilijskie pustynie, boliwijskie salary, Machu Picchu i Andy. Przez pol roku zyc w rytmie latynoskiej maniany, saczyc pinacolade i zajadac swinki morskie.

Czy jednak dookola Pacyfiku z naszym kapitanem? Ale spedzic na lodzi jeszcze 11 miesiecy? I co potem, wyladowawszy wreszcie w Anchorage? Kupic fure w Stanach i jechac dalej? Ale czy nasza podroz w ogole sie skonczy? I, parafrazujac klasyka – co dalej z zyciem, panie premierze?

Za kazdym razem, gdy wypijemy pol butelki rumu, coraz bardziej sklaniamy sie, by jednak plynac dalej. Trzezwiejac powoli nastepnego dnia rano, zawsze cieplej myslimy o Ameryce Poludniowej i powrocie do kraju jeszcze w przyszlym roku.

I tak bijemy sie z myslami od tygodni. A moze Wy cos pomozecie… To jak – jechac? Czy nie jechac?

Na wyspach Bergamudach

Dziś zabieramy Was naprawdę daleko, ale unosimy się w oparach absurdu. Krokodyle, szpitale bez lekarzy i samoloty, których nie ma, czyli witajcie na Wyspach Salomona.

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

 

Ale zaczynamy jak u Hitchcocka.

Po ostatnim dwudniowym rejsie Najlepsza z Żon czuje się fatalnie. Pęka jej głowa, ciężko oddycha, bolą ją wszystkie kości, łącznie ze śródstopiem. Nie może nawet rozprostować palca. Ostatnie przeprawy z Espiritu Santo na Archipelag Banksa na Vanuatu, a następnie do wschodnich rubieży Wysp Salomona zupełnie nas nie oszczędzały. Przynajmniej kilka szkwałów każdej nocy, podczas których deszcz pada poziomo, a wiatr wieje z prędkością 30, a nawet ponad 40 węzłów. Kilkukrotne całkowite przemoczenie przez fale przelewające się przez pokład też zrobiło swoje.

Pierwszy atak choroby jakimś cudem udało się opanować przy użyciu jachtowej apteczki, ale jak się wkrótce miało okazać, to jeszcze nie koniec. Na Vanikolo – pierwszej wyspie archipelagu nie schodziliśmy nawet na ląd, a spragnieni kontaktu z cywilizacją mieszkańcy okolicznych wiosek przez cały dzień przepływali kilometry swoimi czółnami, aby z nami handlować. Wypakowani kilogramami papai, batatów, ananasów i wszelkiego innego dobra, a lżejsi o kilka worków ryżu, cukru, a także szpulek igieł i nici, które specjalnie w tym celu nabyliśmy na Vanuatu, następnego dnia udaliśmy się więc prosto do Laty – stolicy prowincji Temotu na Wyspach Salomona.

Na Vanikolo nie snorklowaliśmy nawet jakoś specjalnie w zatoce, bo choć jak twierdzą miejscowi, okoliczne krokodyle zazwyczaj nie są większe niż półtora metra, to jakoś brakowało nam śmiałości, żeby popluskać się tu dłużej niż pół minuty.

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

 

Szpitale bez lekarzy

Kilka dni później choroba wraca. Tragedii nie ma, myślę, bo w Lacie jest nawet szpital. Przeciskam się pomiędzy czekającymi pacjentami, a plakaty informacyjne na ścianach ostrzegają mieszkańców przed chorobami, które w świecie zachodnim już dawno wyginęły – prym wiodą gruźlica i malaria.

Szpital okazuje się blaszanym barakiem z jedną salą bez drzwi i parawanem, za którym lekarz ogląda pacjentów, a tłum w korytarzu bynajmniej nie dyskretnie zapuszcza żurawia do środka.

Mimo że generalnie podczas podróży zdrowie wyjątkowo nam sprzyja, to jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to w mniejszych bądź większych kwestiach lokalne szpitale odwiedziliśmy już w Indiach, Hong Kongu, na Celebesie, Floresie, na Fidżi i na Vanuatu. I za każdym razem procedury były inne.

Próbuje więc ustalić jak tu wygląda ta kwestia, ale jakoś dziwnie nie mogę dojść do ładu z lekarzem, który mówi, że wizyta będzie tania, ale w zasadzie nie wie, ile będzie kosztować, a najlepiej by było, gdybym w sklepiku obok kupił zeszyt w kratkę, to założy żonie kartę pacjenta.

Kartę Pacjenta?? „Czy ty jesteś człowieku zdrowy?”, myślę sobie i daję mu czystą kartkę z plecaka, którą zawsze na wszelki wypadek noszę przy sobie. Tu załóż kartę pacjenta i kiedy możesz nas przyjąć.

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

 

Po kilku minutach Najlepsza z Żon siedzi na krzesełku, śledzona kilkoma tuzinami melanezyjskich oczu wyglądających zza futryny.

Diagnoza – zapalenie płuc. Przyznam, że słowa doktora zabrzmiały jak wyrok, a gdyby był prawdziwym lekarzem pewnie zrobiłyby jeszcze większe wrażenie.

W międzyczasie to tu tam, od słowa do słowa udaje nam się ustalić, że przyjmujący pacjentów lekarz wcale nie jest lekarzem a „pomocnikiem lekarza”. Chyba stażystą, być może pielęgniarzem, a może recepcjonistą, w zasadzie nikt nie jest pewien. Lekarz in spe wyjechał do stolicy i nie może wrócić, bo od miesiąca do Laty nie latają cywilne samoloty.

Samoloty, których nie ma

Nie latają, bo samolot linii z Papui Nowej Gwinei, która użycza narodowym liniom Wysp Salomona samolotów, rozbił się ostatnio w Papui (lub miał awarię silnika – w zależności od źródła) i w chwili obecnej nie ma co już latać do wschodniej prowincji Salomonów.

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

 

Lokalne lotnisko w Lacie to prawie ubity pas ziemny niemal bez dziur, na którym raz w tygodniu ląduje samolot z Honiary. Ląduje zazwyczaj, bo ostatnio nie wylądował już od 4 tygodni. Podczas naszej wizyty na wyspie Santa Cruz uwięzionych było zatem czterech turystów, którzy przybyli tu w różnym czasie na wakacje, a wkrótce zostali odcięci od świata. Bankomat na wyspie o dziwo jest, ale od ponad roku nie ma w nim gotówki. Bank jest jeden, ale nie wymienia pieniędzy, a statek przypływa, kiedy akurat przypływa, czyli raz na miesiąc albo pół roku.

Z tradycyjnymi czółnami wydłubywanymi ręcznie z pnia drzewa i wioskami z liści bananowca Vanuatu wydawało nam się relatywnie biednym krajem. Okazuje się jednak, że dla Wysp Salomona Vanuatu to bogaty wujek. W położonej daleko na wschodzie kraju porzuconej przez Boga i cywilizację prowincji Temotu ostatnio nikt nie mówi o niczym innym, jak o nowym porozumieniu rządów Salomonów i Vanuatu, które być może już w przyszłym roku otworzy połączenie lotnicze z miejscowej stolicy na wyspie Santa Cruz do Espiritu Santo na Vanuatu.

Miejscowi liczą, że wraz z nowym połączeniem lotniczym zaleją ich zachodni turyści. I kto wie, być może mają rację, liczba turystów się potroi i zamiast trzech przyjedzie dziewięć osób miesięcznie.

Wioska na wyspie Santa Ana

Wioska na wyspie Santa Ana

 

Jeszcze Polska..

I jeszcze polski akcent na zakończenie. Jednym z trójki białych uwięzionych na Santa Cruz okazał się Jacek – niesamowity 60-letni radioamator z Warszawy, który w wolnych chwilach podróżuje po świecie z ponad 70 kilogramami sprzętu radiowego, by z najbardziej niedostępnych miejsc na Pacyfiku łączyć się z radioamatorami z całego świata.

Z takimi ludźmi można przedyskutować nie jeden dzień, a nawet kilka tygodni bez cienia nudy.

.

P.S. Zaczęło się jak u Hitchcocka, a skończyło jak u Disneya. Po czterech dniach zapalenie płuc minęło jak ręką odjął, więc albo lekarz, który nie był lekarzem wyleczył Najlepszą z Żon pięciodniową kuracją albo walnął się z diagnozą.

Tuż po wizycie w szpitalu, która okazała się darmowa, wyszło na jaw, że zeszyt, o który prosił lekarz, miał w przyszłości posłużyć za kartę dla innych pacjentów. Gdy kilka godzin później wręczyliśmy lekarzowi naręcze zeszytów do rozdysponowania dla potrzebujących pacjentów, aż zaszkliły mu się oczy.

Witajcie na Salomonach!

Witajcie na Salomonach!

 

Morze też uspokoiło się aż zanadto. Dwudniowa przeprawa z prowincji wschodniej do centralnej była na tyle spokojna, że świętując odchodzące w niepamięć zapalenie płuc, po raz pierwszy mogliśmy wykąpać się na otwartym oceanie. Temperatura powietrza 35, temperatura wody 31, żadnego lądu w promieniu ponad 100 mil morskich i przejrzystość wody, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy – 50-60 metrów spokojnie.

I miejmy nadzieję, że to są Salomony, które będą bawić nas przez najbliższe tygodnie.

.

P.S. Kilka galerii z Vanuatu wciąż na Was czeka, ale póki co wrzucamy pierwsze coś dla oka z Salomonów.

.

Marau Sound, Wyspy Salomona

.

Santa Ana, Wyspy Salomona

.