Category Archives: Kambodża

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu

Reklamy

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Z życia mnicha

To nie będzie zwykły artykuł o buddyjskich mnichach. Chciałem napisać o porannych modłach, chodzeniu po jałmużnę o świcie, medytacji i kosmicznym spokoju, którym emanują mnisi niemal podczas każdej rozmowy. Ale zamiast tego będzie to artykuł o tym, dlaczego w Birmie to właśnie mnisi poprowadzili rewolucję przeciwko dyktaturze i jak to się dzieje, że w Tajlandii obcy nam ludzie notorycznie zostawiali zapalony samochód z kluczykami wewnątrz pod naszą opieką.

Klasztorny spokój

Klasztorny spokój

Zacznijmy od tego, że w buddyjskim kręgu kulturowym każdy mężczyzna musi choć raz w życiu zostać mnichem. W zasadzie nie ma oficjalnego przymusu i nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma, a wszyscy przywdziewają pomarańczowe szaty z niekłamaną dumą. Mężczyźni, a raczej młodzi chłopcy chętnie wstępują do zakonu na krótki czas, gdzie znajdują wyciszenie, zapoznają się z naukami Buddy i przygotowują do wkroczenia w dorosłe życie. Większość z nich wstępuje do Nowicjatu na kilka tygodni, ewentualnie kilka miesięcy. Dziś rzadko kto zostaje mnichem na dłużej niż rok. Oczywiście poza tymi, którzy po Nowicjacie wybierają drogę profesjonalisty.

W poszukiwaniu nirwany

Co ciekawe buddyjskie klasztory są pewnego rodzaju instytucją otwartą. Wstąpić w szeregi mnichów można kilkakrotnie i wcale nie jest to rzadka praktyka.

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Często po latach już dorośli mężczyźni odnawiają śluby Nowicjatu, po raz kolejny przywdziewając pomarańczowe szaty. Nasz znajomy 30-letni Taj, w zakonie był już 3 razy. Najpierw 8 tygodni, po kilku latach 4, a ostatnio podczas urlopu w pracy wstąpił znowu na 15 dni. Wynika to też po części z szacunku, jakim cieszą się mnisi w buddyjskich krajach. Ich życie zawsze jest skromne, nie robią nic na pokaz, wyrzekają się wszelkiego dobytku, a utrzymują wyłącznie z jałmużny.

W rejonach wiejskich oraz małych miasteczkach nawet w dzisiejszych czasach codziennie o świcie mnisi wyruszają ze swoim jedynym dobytkiem, czarną porcelanową misą, na obchód po okolicy. W Tajlandii, Laosie, Kambodży, a w szczególności Birmie ludzie masowo wylegają wówczas przed domy i sklepiki, ofiarowując mnichom ryż i prostą strawę w zamian za błogosławieństwo. Często nawet dla postronnych laików ma to niemal mistyczny wymiar.

Karma, czyli budowanie przeznaczenia

Buddyzm w zasadzie nie jest religią. Jest raczej jak droga, którą jej wyznawca podąża przez życie. Ma być filozofią życiową, a nie zbiorem gestów, które zapewniają gładkie przejście do wieczności. Czasem doprawdy ciężko w to uwierzyć, obserwując, z jaką czołobitnością buddyści biją pokłony przez posągiem Buddy. Sęk w tym, że Budda zabronił swoim uczniom czcić kogokolwiek, z sobą w szczególności. Na szczęście niektórzy wyznawcy faktycznie traktują pokłony wyłącznie jako rytuał, który pozwala im się skupić.

Karmazynowy myśliciel

Karmazynowy myśliciel

Tak czy inaczej buddystów cechuje niespotykany wręcz spokój. Jednym z najważniejszych założeń tej religii-filozofii jest karma. Tu nie ma odpuszczania grzechów, rozgrzeszania ani podobnych wymówek. Postępujesz źle, a zło wróci do ciebie. Prawdopodobnie ze zdwojoną siłą. Zabijasz zwierzęta? W następnym wcieleniu będziesz jednym z nich. Kradniesz? Czeka cię nieszczęście. Jeśli nie za chwilę, to w kolejnym życiu. „Zła karma” nigdy nie zostanie ci odpuszczona. Ewentualnie możesz ją odkupić zdwojonymi wysiłkami na rzecz „dobrej karmy”, ale nie jest to łatwe i zajmuje lata.

Jak to obrazowo ujął jeden z mnichów w Laosie, gdy uderzasz stół, stół uderza też Ciebie. Karma zawsze wraca.

Batman forever

Batman forever

Taka filozofia towarzyszy ludziom przez całe życie, więc w buddyjskich krajach raczej nie trzeba obawiać się o bezpieczeństwo. W Tajlandii niemal 2,5 tys. km przejechaliśmy stopem. Podczas licznych podróży standardem było, że kierowca wychodził do sklepu na stacji, zostawiając włączony samochód pod naszą opieką, a na koniec przynosił jeszcze colę i bułki. Któregoś razu, gdy oprócz kluczyków kobieta zostawiła także kilkaset złotych wetknięte przy skrzyni biegów, poczuliśmy, jak napełnia się dobra karma ludzkości.

Pomarańczowy w modzie

Dlaczego buddyjscy mnisi w Tajlandii, Laosie i Kambodży chodzą w pomarańczowych szatach, a w Birmie w czerwonych?

Pomarańczowy w modzie

Pomarańczowy w modzie

Ustalenie tego faktu okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i zajęło nam kilka miesięcy. Wielu mnichów ma własne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że pomarańczowy to kolor oświecenia, który Budda przywdział po Przebudzeniu.

Ale co z czerwonym? Zarówno w Tajlandii jak i Birmie rozpowszechniony jest przecież ten sam rodzaj buddyzmu – Theravada, więc nie powinno być różnicy. Okazuje się jednak, że czerwone szaty wywodzą się z Kaszmiru i Tybetu, gdzie kolor ten był najtańszy w uzyskaniu. Budda zawsze był zwolennikiem prostych rozwiązań i chciał, żeby mnisi byli blisko zwykłych ludzi, więc nakazał ubieranie się w najbardziej pospolity i najtańszy kolor – właśnie czerwony. A w Azji Południowo-Wschodniej tańszy był pomarańczowy.

W szarej Polsce pospolitość bordowej czerwieni i pomarańczu może nieco dziwić, ale po wizycie w kolorowych Indiach, gdzie Budda spędził większość życia, łatwiej to zrozumieć.

Birmański uśmiech mnicha

Buddyjscy mnisi niemal zawsze są skorzy do rozmowy. Wyłączając turystyczne enklawy, jak Bangkok, Luang Prabang w Laosie czy Siem Reap w Kambodży, gdzie naprawdę jest przesyt obcokrajowców, w co drugim klasztorze możemy liczyć na bardzo ciekawą rozmowę.

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

W szczególności dotyczy to Birmy, gdzie mnisi stanowią intelektualną elitę, a przyklasztorne szkoły zapewniają niezłą edukację i komunikatywny angielski. Przechadzając się po buddyjskich klasztorach w Mandalay czy prowincji Shan, ciężko wykręcić się od zaproszenia na klasztorną herbatę i pogawędki o religii i świecie.

W Birmie, w której za najmniejsze słowo sprzeciwu wobec władz, można dostać kulkę w łeb, 3 lata temu buddyjscy mnisi masowo wyszli na ulice protestować przeciwko reżimowi, który rujnuje kraj. Reżim jak zwykle odpowiedział ostro, zabijając co najmniej kilkuset mnichów i zamykając klasztory. Jeden z mnichów, którego poznaliśmy w Mandalay stracił dwóch najbliższych przyjaciół z klasztoru w zamieszkach. Dziś birmańscy ubecy często kręcą się w pobliżu świątyń, złowrogo zerkając na każdą konwersację obcokrajowców z mnichami.

Odnajdź swoją drogę

Co ciekawe, buddyjscy mnisi, tak w Birmie jak i wszędzie indziej, nigdy nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii.

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas podróży bardzo często musimy tłumaczyć się z naszego ateizmu, szczególnie w katolickim Borneo. W drodze do Cameron Highlands pewien Malaj też nie potrafił nas zrozumieć i za wszelką cenę chciał nawrócić nas na Allacha. Tymczasem buddyści nigdy nie mają takiej presji. A gdy już stwierdzamy, że wierzymy w rozum i ludzi, to uznają nas niemal za swoich.

Jeden z mnichów stwierdził wręcz, że brak religii nie jest zły. Najważniejsze, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. A żyjąc bez religii, zawsze mamy czas na studiowanie przekonań innych ludzi i odnalezienie swojej drogi.

I za to właśnie uwielbiamy buddystów.

.

—————————————————————-

Ciekawostki, które nijak nie pasują do artykułu:

Tajski mnich, którego spotkaliśmy w Angkorze, nie był pewien czy ma 45 czy 46 lat. Wspólnie sprawdziliśmy w paszporcie i wyszło, że pomylił się o 4.

Mnisi jedzą dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz tuż po świcie, po zebraniu jałmużny, a drugi około 11 rano. Potem post do następnego świtu. W niektórych klasztorach jada się tylko raz dziennie.

Za to większość czasu w ciągu dnia przypada na recytację Sutr, nazywaną przez mnichów potocznie Pali. Przez ponad 2000 lat nauka wszystkich kazań Buddy na pamięć była jedynym sposobem przekazywania kanonu tej filozofii. Nawet dziś mnisi pozostają żyjącą księgą.

Ze względu na szacunek dla mnichów, nie powinno wywyższać się ponad nich. Dotyczy to także sytuacji bardzo prozaicznych. Gdy kelnerka serwuje posiłek w ulicznej restauracji, do stolika, przy którym siedzi mnich, podejdzie zgięta wpół lub kucając, aby nie przewyższyć go głową.

.

—————————————————————–

W obleganym Luang Prabang, uśmiechnęło się do nas pomarańczowe szczęście. Wybrawszy się o świcie w poszukiwaniu mnichów mimochodem trafiliśmy na doroczne święto jednej ze świątyń. Ponad 2 godziny obserwowaliśmy rytuały i modlitwy, które zgromadziły z pół dzielnicy, ale zaledwie troje turystów (łącznie z nami). Niezwykłe przeżycie.

Starając się unikać typowej w Luang Prabang fotonachalności i ładowania obiektywu mnichom w twarz, raczej bardziej uczestniczyliśmy niż rejestrowaliśmy, ale mimo wszystko coś tam udało się pstryknąć i nakręcić. Zapraszamy na film.

.

.

I kilka fotek w czerwieni i pomarańczu.

.

Z życia mnicha, Birma, Laos, Tajlandia, Kambodża

.

Nieusuwalne piętno

Zaledwie trzyletnie rządy Czerwonych Khmerów zakończyły się ponad 30 lat temu. Wydawać by się mogło, że tak długi czas pozwoli wyjść Kambodży z traumy. Tymczasem Czerwoni Khmerzy odcisnęli na tym kraju tak makabryczne piętno, że efekty ich rządów do dzisiaj widoczne są niemal we wszystkich aspektach życia.

Świątynia Bayon w kompleksie Angkoru to jedna z najbardziej imponujących budowli średniowiecznego Imperium Khmerów

Świątynia Bayon w kompleksie Angkoru to jedna z najbardziej imponujących budowli średniowiecznego Imperium Khmerów

dzień buddyjskich mnichów rozpoczyna się zbieraniem jałmużny w postaci jedzenia

Dzień buddyjskich mnichów rozpoczyna się zbieraniem jałmużny w postaci jedzenia wśród okolicznych mieszkańców

Kambodża powinna być jak Tajlandia. A w zasadzie lepsza. Khmerzy z natury są bardziej otwarci niż Tajowie i co najmniej równie uczynni. Kompleks świątynny Angkor Wat przyćmiewa nie tylko wszystkie inne ruiny w Azji Południowo-Wschodniej, ale przez wielu słusznie uważany jest za najbardziej majestatyczną wizytówkę starożytnej cywilizacji na świecie (wkrótce galeria na naszej stronce).

Kambodżańskie wybrzeże Zatoki Tajlandzkiej oferuje niemal identyczne atrakcje, co pocztówkowe wyspy Tajlandii, z tym że jest niemal zupełnie nieodkryte i przynajmniej 3 razy tańsze. Na północnym wschodzie mieszkają prawdziwie tradycyjne plemiona, których obyczaje nie zmieniły się od setek lat.

Co więcej po odzyskaniu niepodległości od Francji w 1953 roku Kambodża była na najlepszej drodze do zostania turystyczno-kulturalną mekką regionu. Na zdjęciach z lat 60-tych Phnom Penh kwitnie, a szerokimi ulicami śmigają nowoczesne samochody. Ale potem przyszli Oni.

Więzienie Toul Sleng utworzone na terenie zlikwidowanej szkoły w Phnom Penh stało się jednym z głównych miejsc kaźni

Więzienie Toul Sleng utworzone na terenie zlikwidowanej szkoły w Phnom Penh stało się jednym z głównych miejsc kaźni

Komunistyczna utopia

W 1975 r. po pięciu latach walk Czerwoni Khmerzy pod dowództwem Pol Pota zajęli stolicę i objęli władzę. Nie tracąc czasu, zaczęli wprowadzać nowy porządek, mając na celu utworzenie doskonałego społeczeństwa komunistycznego. Jego doskonałość miała sprowadzać się do całkowitej równości obywateli i wprowadzenia społeczeństwa agrarnego. Rok 1975 stał się Rokiem Zerowym Nowego Kalendarza i z dnia na dzień zaczęto likwidować miasta, zapędzając ludzi do pracy w polu, prowadząc przy tym masowe egzekucje. Zlikwidowano własność prywatną, zdelegalizowano pieniądze, wszystkim kazano ubierać się na czarno, a kobietom jednakowo ścięto włosy.

Trzy lata tego typu rządów doprowadziły do wymordowania ok. 25% społeczeństwa, w tym niemal całej inteligencji. Dokładna liczba zabitych i tych, którzy zginęli z głodu prawdopodobnie nigdy nie zostanie poznana i według różnych szacunków waha się między 1,5 a 2,5 mln osób.

W pobliżu Phnom Penh znajdują się Pola Śmierci, gdzie wykonywano masowe egzekucje. Jako że kule były w cenie, część więźniów mordowano z wykorzystaniem oskardów, szpikulców i innych ostrych narzędzi rolniczych wbijanych w głowę. Dzieci zabijano roztrzaskując ich ciała o drzewo.

Pod rządami Czerwonych Khmerów cała Kambodża zamieniła się w jedno wielkie Pole Śmierci

Pod rządami Czerwonych Khmerów cała Kambodża zamieniła się w jedno wielkie Pole Śmierci

Upośledzone społeczeństwo

Khmerów wyzwolili Wietnamczycy, którzy też mieli już dość podgryzania granicy przez panoszących się coraz bardziej Czerwonych Khmerów. Lata mijają, a w Kambodży gołym okiem widać, co komuniści zrobili z Kambodżańską psychiką. Mimo że inflacji nie ma w zasadzie od lat, w kraju walutą obowiązującą jest dolar. Kambodżańskie riele o wartości 4000 za 1 dolara służą w zasadzie jako waluta pomocnicza do wydawania reszty. Dla turystów to nawet wygodna sprawa – płacisz 2 dolary za obiad i dostajesz 3000 reszty.

Za dolary kupuje się wszystkie bardziej wartościowe dobra, od sprzętu elektronicznego po nieruchomości. Z nieruchomościami to też niebywała historia, bo komuniści zniszczyli niemal wszystkie dokumenty dotyczące własności sprzed Roku Zerowego, więc z początkiem lat 80-tych powracający do miast ludzie zaczęli zasiedlać wszystkie wolne domostwa. Ze względu na fakt, że wymordowano ¼ społeczeństwa, po większość budynków nie miał kto się zgłosić.

W więzieniu Toul Sleng i na pobliskich Polach Śmierci zginęło ok. 17 - 20 tys. osób

W więzieniu Toul Sleng i na pobliskich Polach Śmierci zginęło ok. 17 - 20 tys. osób

Co więcej Kambodżańczycy po dziś dzień nie ufają bankom i oszczędności lokują w nieruchomościach. W kraju, w którym nocleg w tanim hotelu kosztuje 4 dolary, ceny mieszkań są przynajmniej takie same jak w Polsce, więc ludzi w zasadzie nie stać na kupowanie domów dla siebie.

Ponadto w wyniku zniszczeń aktów urodzenia, małżeńskich itp. dokonanych przez Czerwonych Khmerów, znaczna część ludności została bez tożsamości. Pewna khmerska gospodyni, u której mieszkaliśmy na CouchSurfingu, w maju tego roku wychodzi za mąż za Australijczyka. Oprócz tego na papierze w kraju w celach podatkowo-nieruchomościowych wyszła za własnego ojca.

Szukając sprawiedliwości

Tymczasem Czerwoni Khmerzy mają się dobrze i dożywają sędziwych dni w swoich willach lub w najgorszym przypadku w aresztach domowych.

Władze twierdzą, że Pol Pot, zmarł na wygnaniu w dżungli w 1998 r. Jego śmierć nigdy nie została jednak ostatecznie potwierdzona, więc bardzo możliwe, że nadal się ukrywa. Tym bardziej, że rok 1998 stał się momentem zwrotnym dla jego współtowarzyszy, którzy masowo porzucali zużyte polityczne barwy i płynnie przyjęli nowe oblicze.

Ieng Sary - jeden z przywódców Czerwonych Khmerów został aresztowany w 2007 r. Jego proces właśnie trwa.

Ieng Sary - jeden z przywódców Czerwonych Khmerów został aresztowany w 2007 r. Jego proces właśnie trwa.

Premierem Kambodży jest obecnie Hun Sen, który zajmuje tę pozycję nieprzerwanie od 1985 roku, a w 1975 r. wraz z Pol Potem wyzwalał Phnom Penh. W październiku 2010 r. publicznie wezwał on do zaprzestania procesów Czerwonych Khmerów, które od 2001 roku powolnie prowadzi specjalny Trybunał ONZ. Hun Sen uważa, że postawienie przed sądem mniej istotnych oficerów reżimu może zagrozić pokojowi w Kambodży i zatruć panujące w kraju stosunki społeczne.

Zaledwie 3 miesiące wcześniej, w lipcu 2010 r. trybunał skazał wreszcie Kainga Gueka Eava na 35 lat więzienia. Eav znany pod pseudonimem Duch był naczelnikiem więzienia Toul Sleng, w którym bezpośrednio nadzorował zamordowanie 17-20 tys. osób w największym zakładzie reedukacyjnym w Demokratycznej Kambodży (swoją drogą to ciekawe, że wszystko co w nazwie ma Demokrację, używa tego słowa wyłącznie jako przykrywki).

Niemal w centrum stolicy znajduje się jezioro Boeung Kak. A w zasadzie do niedawna się znajdowało, bo kilka lat temu nabył je jeden z generałów i od kilku lat zwozi w to miejsce tysiące ciężarówek piasku. Osuszanie jeziora sprawia, że w trakcie pory deszczowej a także każdego innego większego deszczu ulice wokół centrum zamieniają się w rwące potoki głębokie na pół metra. W kraju, który w Indeksie Percepcji Korupcji Transparency International znajduje się na 154 miejscu, nikogo to jednak nie dziwi. A na terenie jeziora już wkrótce znajdzie się warta miliony dolarów największa w Phnom Penh działka budowlana.

Zdaje się, że żywot komunistycznych zbrodniarzy w postkomunistycznych czasach wszędzie jest podobny.

.

Z pamiętnika podróżnika – Kambodża

Ze względów socjalnych i logistycznych tym razem w Kambodży zabawiliśmy jedynie tydzień. Tym razem, ponieważ jasne jest, że po Tajlandii i Birmie wrócimy tu na dłużej, żeby spróbować zrozumieć ten arcyciekawy kraj. A póki co urywki z końca Wietnamu, środka Kambodży i początku Tajlandii.

rynek w Chau Doc15.01 – Can Tho, Chau Doc

Na śniadanie szczur. Trzeba przyznać, że bardzo dobry, choć nie aż tak jak wczorajszy wąż. Mięso lekkie i delikatne, ale raczej nie zagości w moim menu na dłużej, bo dłubaniny z kośćmi co nie miara. No i podobnie jak w przypadku węża trudno stwierdzić czy danie takie wyborne z powodu mięsa czy po prostu sposobu przyrządzenia. Również na słodko, z imbirem, chili, limonką i dalekowschodnią zieleniną.

Poza tym nic specjalnego. Trzy godziny dojazdu do Chau Doc i aklimatyzacja w nowym miejscu. Organizacja obozu, ryneczki, te sprawy.

18.01 – Phnom Penh

Przygnębiający dzień. Śladem zbrodni Czerwonych Khmerów. Muzeum Toul Sleng i Pola Śmierci. Poruszające.

Podczas 3 lat rządów Czerwonych Khmerów zginęło ok. 2-3 mln osób, czyli 25% ludności Kambodży

Ale za to wieczorem na głównym placu byliśmy świadkami niezwykłych pokazów tanecznych. Na skwerze gromadzą się liczne grupy od kilkunastu do ponad stu osób i z własnym wielkim nagłośnieniem ćwiczą muzyko-aerobik. Ot, takie tańce synchroniczne w środku miasta. Wiele grup jest naprawdę dobrych.

Dziś młoda Kambodża żyje czym innym niż przedłużające się w nieskończoność procesy Czerwonych Khmerów.

19.01 – Phnom Penh, Siem Reap

W autobusie przez 6 godzin melodramatyczne, rzewne i słodkie do bólu karaoke. Azja Południowo-Wschodnia w pełnej krasie. Po trzech godzinach nawet się wciągnęliśmy. No i iPod. Nawet trudno sobie wyobrazić, jaką frajdę sprawia słuchanie polskiej muzyki podczas tak długiej nieobecności w kraju.

mnisi buddyjscy

Za to podczas postojów na prowincji pełen folklor. Karaluchy smażone na głębokim tłuszczu i pająki w typie Tarantuli. Przyznam, że smaku karaluchów prawie nie czuć. Początkowo raczej mają teksturę i chrupkość czipsów niż jakiś określony smak. Dopiero po przeżuciu pojawia się jakaś dziwna, prawdopodobnie chitynowa, nuta smakowa – zgoła nieciekawa. No i później, przez jakieś dwie godziny nieapetycznie odbijają się wysmażone pancerzyki.

Za to pająk znacznie lepszy. Na słodko, też dobrze wysmażony, drobne owłosienie na kończynach prawie niewyczuwalne (ze specjalną dedykacją dla Mikiego filmik ze spożywania:)

Obie potrawy polecane raczej dla poszukiwaczy niecodziennych doznań niż smakoszy. Smak poprawiłem świeżym ananasem.

A cały wieczór przegadaliśmy z koleżanką z liceum, która onegdaj zaginęła w Azji. Dziś uczy tutaj angielskiego, zakochana w azjatyckim tempie życia, gdzie nie musisz mieć, żeby być. Podobnie jak wielu innych, z Cywilizacji Zachodu wygnała ją gonitwa za posiadaniem. A ściągnęły świeże kokosy, hamak i szczery uśmiech dzieci bawiących się patykiem.

21.01 – Siem Reap

Jeden z najdłuższych dni do tej pory. Angkor pochłonął nas od świtu do zmierzchu i wyjątkowo zauroczył. Najciekawsze świątynie to w naszym mniemaniu – Ta Phrom, gdzie dżungla upomniała się o swoje dziedzictwo i bezwzględnie odbiera sobie należną ziemię oraz Bayon – w pełni pokazująca majestat i potęgę Imperium Khmerów, gdzie 216 kilkumetrowych twarzy Buddy dumnie patrzy na 2 miliony turystów rocznie.

Świątynia Ta Phrom dzięki Tomb Raiderowi nazywana również Świątynią Angeliny Jolie

W jednej ze świątyń zagadnął nas tajski mnich, też tutaj turystycznie i równie jak my urzeczony. Przegadaliśmy szmat czasu, zgłębiając tajniki klasztornego życia, religii i tajskiej codzienności. Doskonały prognostyk przed rozpoczynającą się już jutro tajską przygodą.

Jednak najbardziej poruszającą rozmowę przeżyliśmy wieczorem w restauracji. Okazało się, że obsługujący nas 20-letni kelner pracuje w Siem Reap, żeby zarobić na szkołę i jednocześnie utrzymuje rodzinę na wsi. Wydawać by się mogło, że historia jakich wiele, bo niemal wszędzie w Azji edukacja jest płatna i najczęściej bardzo droga. Rozmowa zaczęła się niewinnie, bo chłopak chciał się po prostu dowiedzieć, ile może kosztować niewielki laptop – taki jak nasz. W tym roku skończy liceum i chciałby uczyć się dalej. Ma jednak nikłe szanse na uzbieranie 50 USD miesięcznie na opłacenie studiów. Jego wymarzonym kierunkiem byłaby informatyka, stąd marzenia o komputerze, którego prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie miał. Póki co stara się wysyłać pieniądze rodzinie na wsi.

Problemy dnia codziennego mieszkańców Azji nie są wydumane. Szczere, radosne, lecz mimo wszystko zatroskane oczy tego chłopaka zostaną z nami chyba na zawsze.

Ile wart jest jeden dolar?

23.01 – Bangkok

Dziś Pałac Królewski i ping pong show.

Dzielnica „czerwonych latarni” Patpong stała się jednak czymś na kształt cyrku dla turystów, gdzie po zmroku ściągają setki spragnionych wrażeń obcokrajowców. Tajowie tymczasem golą ich aż miło. Prawdziwe kluby „tajskiego masażu” poprzenosiły się najprawdopodobniej w inne okolice, a na Patpongu naciąganie trwa w najlepsze. Naprawdę ciężko nie paść ofiarą jakiegoś przekrętu. Nam się nie udało.

Chętni zobaczyć ping pong show, czyli partyjkę pingla z waginą ściągają w szemrane rejony, gdzie wprawieni naciągacze zawyżają rachunki i zaciągają naiwnych turyściaków do podstawionych melin wyspecjalizowanych raczej w przekrętach niż w go-go.

A pałac jak to pałac – imponujący. Dziewczyny powalił na kolana – a mnie średnio, bo było gorąco i kazali założyć mi długie spodnie.

(Uwaga redaktorska – sczytanie prototypu pamiętnika przez tym razem czworo damskich oczu, zaowocowało buntem wobec niewystarczającego majestatu pałacu. A zatem:).

Pałac jest niewybrednie majestatyczny. Niemal wszystkie wieżyczki, stupy i świątynie zdobione są szczerym złotem. Ich majestat onieśmiela nawet największych laików, a majestatyczne dekoracje, skądinąd wszystkie z mozołem ręcznie wykonane, powalają swoim majestatem. No i kazały jeszcze dopisać o złocie. Złoto, złoto, złoto. Warto zabrać okulary. Naprawdę.

demony z tajskiej mitologii strzegą pałacu, a jeśli coś ukradniesz, będą Cię prześladować w nocy

Ciekawostka: Szmaragdowy Budda, znajdujący się w głównej świątyni pałacu, wykonany z jednego kawałka jadeitu (nota bene naprawdę ciekawa historia, o której warto więcej poczytać) w ciągu roku przyobdziewany jest w trzy różne ubranka – na lato, zimę i porę deszczową. Jako że obecnie trwa tajska zima i mamy zaledwie 32 st. Celsjusza, Budda obleczony jest szczerozłotym kubraczkiem, żeby nie zmarzł.

24.01 – Bangkok

Relaks. Parki, ambasada Birmy (mówiłem już, że w lutym lecimy na miesiąc do Birmy?), straganowe przysmaki, itp.

Informacja dnia – dziewczyny zakupiły niezłe bransoletki.

Z innej beczki – kubełki tajskiej whiskey z colą (25 zł) to świetny wynalazek. I pomagają pisać pamiętnik.

w ferworze walki z myślami podczas procesu twórczego

Informacja dnia 2 – w Parku Lumphini w jeziorach pływają półtorametrowe legwany, dwucentymetrowe mrówki gryzą do krwi, a Tajowie grają w takraw, czyli siatkonogę – najbardziej widowiskowy sport, jaki udało nam się do tej pory zaobserwować.

bardzo popularny w Tajlandii takraw, czyli siatkonoga (mają tu nawet mistrzostwa)

.

P.S. Zapraszamy do galerii z Angkoru.

Angkor, Kambodża

P.P.S. Udało nam się również wrzucić w eter filmik z delty Mekongu zawierający m.in. relację z farmy pangi na rzece – do obejrzenia w poprzednim wpisie.

.

Wodny świat

Delta Mekongu to plątanina niezliczonych odnóg rzecznych, tysięcy pól ryżowych, a przede wszystkim kraina ciepłych i przyjaznych mieszkańców wietnamskiego południa. Warto zostawić sobie ładnych kilka dni na dogłębne poznanie tego regionu. To tu bije serce Wietnamu.

Życie w delcie

Jest to najbardziej żyzny i życiodajny region Wietnamu. Rocznie uprawia się tu więcej ryżu niż w Japonii i Korei razem wziętych, co sprawia, że Wietnam jest drugim po Tajlandii największym eksporterem ryżu na świecie.

Pływając przez naczynia włosowate

Co ciekawe, poruszając się po delcie ma się raczej wrażenie, że jest to ogromny staw rybny albo małe państwo wyspiarskie niż wielka fabryka ryżu. Do wielu miejscowości łatwiej dopłynąć łodzią niż dojechać lądem, a do niektórych przez większość część roku można dostać się wyłącznie niewielką łodzią wiosłową.

małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Na obszarze delty Mekong dzieli się początkowo na dwie główne gałęzie, a następnie na 9, z których każda jest znacznie większa niż Wisła pod Toruniem. Ponadto wszystkie odnogi rzeczne połączone są siecią naturalnych, poprzecznych kanałów i kanalików, tworzących jeden wielki system kapilarny, rozprowadzający życie po tym wielkim organizmie.

W pobliżu wielu dużych miast, np. Can Tho, Vinh Long czy Ben Tre codziennie rano odbywają się targi na rzece, gdzie hurtownicy wszelkiego rodzaju produktów, od ananasów po cement, cumują swoje wielkie łodzie w oczekiwaniu na drobnych handlarzy, którzy rozprowadzą towar po mniejszych odnogach rzeki.

dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Życie na wodzie

Trudno to sobie wyobrazić, ale pierwsi Wietnamczycy zaczęli pojawiać się w delcie Mekongu dopiero 300 lat temu, a region został na dobre przejęty przez Wietnam dopiero 200 lat temu. Wcześniej delta należała do Imperium Khmerów i do dzisiaj przez część Kambodżańczyków określana jest mianem Dolnej Kambodży. Dziś po Imperium Khmerów nie ma już śladu, a o wielkiej przeszłości przypomina tylko niewielka mniejszość etniczna Khmerów Krom.

Większość osad w delcie zbudowana jest na wałach rzecznych, które zapobiegają przelewaniu się rzeki i wlewaniu nanosów błotnych. Są jednak i takie wsie, które po prostu unoszą się na wodzie. Ze względu na znaczne wahania poziomu rzeki w ciągu roku, poszczególne domy budowane są na pływających platformach, zacumowanych po prostu w jednym miejscu. Na takiej platformie często znajdzie się miejsce zarówno na niewielki kurnik, jak i mały ogródek.

pieskie życie na wodzie

Z kolei pod podłogą znajdują się wielkie klatki, w których hoduje się ryby na eksport. Sum rekini, w Polsce lepiej znany jako panga, idealnie spełnia tutejsze wymagania. Szybko rośnie i karmiony przemysłową paszą niewiadomego pochodzenia o bliżej nieznanym składzie, w ciągu 6 miesięcy osiąga rozmiary pozwalające na sprzedaż. W jednej farmie znajduje się ok. 50 000 ryb.

pływająca wioska

Co tam, panie, w polityce?

Chińczyki trzymają się nad wyraz mocno, można by rzec. I powoli wyciągają rękę po cały region Azji Południowo-Wschodniej. Mekong wypływa z Tybetu i na ok. połowie długości płynie przez terytorium Chin.

Państwo Środka wiecznie głodne, zarówno energii, jak i ryżu, zamierza bezwzględnie wykorzystać te zasoby. Do tej pory powstało już 10 elektrowni wodnych w górnym biegu rzeki, a kolejnych 12 jest właśnie w budowie. Co to oznacza dla Wietnamu, Kambodży czy Laosu?

W 2010 r. Mekong prawie w ogóle nie wylał. Przy granicy z Kambodżą, w okolicach Chau Doc, znajduje się niewielka wioska mniejszości Chamów, którzy przybyli tu wiele wieków temu z Indonezji. Wieś zbudowana jest na szczudłach, bo wylewający w porze deszczowej Mekong, w tym miejscu podnosi poziom wody o ok. 3-5 metrów. Jej mieszkańcy na jednym z pali co roku zaznaczają poziom powodzi. W tym roku woda nie zalała nawet wioskowego klepiska i była niższa niż rok temu o ponad 2 metry.

Petrovietnam - i wszystko jasne

Płynąc przez deltę w Wietnamie, najczęstszy słyszany dźwięk to odgłos pomp wodnych, nieustannie pompujących wodę na pola uprawne.

Podobnie jest w Kambodży. Wielu mieszkańców Phnom Penh w tym roku musiało wrócić na wieś, żeby po prostu pilnować pomp wodnych, uzupełniać w nich paliwo i zajmować się ich konserwacją. Jezioro Tonle Sap w środkowej Kambodży, największy zbiornik słodkiej wody w Azji Południowo-Wschodniej to źródło ryb dla 1/3 mieszkańców tego kraju. Połączone jest ono z Mekongiem rzeką, która w porze suchej wypływa z jeziora i zasila Mekong, a w porze deszczowej zmienia swój bieg i płynie do jeziora podnosząc jego poziom o 3 metry. W tym roku rzeka płynie tylko w jedną stronę. Zapewne podobne problemy występują w Laosie, czego nie omieszkamy sprawdzić.

sram na Chińczyków i wielką politykę

"Sram na Chińczyków i wielką politykę"

Chińczycy często pogardliwie odnoszą się do Wietnamczyków mianem „Ci, którzy się wywinęli”, mając na myśli tysiącletnią kolonizację tego kraju, a następnie niefortunne wybicie się Wietnamu na niepodległość.

Za 30-50 lat Wietnam, Kambodża i Laos będą prawdopodobnie zupełnie uzależnione od Chin. O ile wcześniej nie staną się po prostu kolejną prowincją Wielkiego Smoka. Wystarczy zakręcić kurek Mekongu.

.

P.S. Zdjęcia z delty Mekongu dostępne są już w naszej galerii.

Delta Mekongu, Wietnam

P.P.S. A na koniec krótki filmik z życia codziennego w delcie oraz relacja z farmy rybnej, czyli dlaczego nie należy jeść pangi.

.

.