Archiwa blogu

On

Różnie mówią. Niektórzy twierdzą, że jest najstarszy na świecie.  Inni, że najpotężniejszy. Jeszcze inni powiadają, że pojawił się na tych ziemiach dużo wcześniej niż przybyli tu pierwsi ludzie. Dziś, w czasach satelitów, badań DNA i biogenetyki , gdy wszystko można zmierzyć co do nanometra, jedno jest pewne – jest największy na świecie. I przynajmniej przez kolejny tysiąc lat nikt Go nie pokona.

Tak naprawdę nikt nie wie, ile dokładnie ma lat, a On sam też nic nie chce nikomu ujawnić. Mimo to wielu ciekawskich wciąż próbuje z Nim rozmawiać, by zgłębić choć ułamek jego wielowiekowej mądrości. My również ulegliśmy tej magii, cały dzień kontemplując, co też takiego ciekawego mógłby nam powiedzieć, gdyby tylko chciał. Gdy wiatr szumi w Jego ramionach, wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć jak przemawiają przez Niego wieki.

Choć On nie mógł tego widzieć, bo był zdecydowanie za daleko, to gdy po drugiej stronie oceanu Chrystus nauczał, jeżdżąc na osiołku i kąpiąc się w Jordanie, On już dawno stał tu, gdzie stoi i dziś. Natomiast jeśli chodzi o wielkie cywilizacje Ameryki, to wszystkie je oglądał z bardzo bliska, już jako dojrzały chłopiec.

Piramida Słońca - Teotihuacán

Piramida Słońca – Teotihuacán

Pierwszy, a zarazem największy organizm państwowy, zupełnie nieopodal, stworzyli tu mieszkańcy Teotihuacán, zamieszkujący dolinę współczesnego miasta Meksyk. To oni zbudowali drugą największą piramidę na tym kontynencie, ustępującą jedynie piramidzie Cheopsa w Gizie i piramidzie w Choluli, rzut kamieniem stąd. W tym czasie, czyli ok. roku 300 naszej ery Imperium Teotihuacán rozrastało się na Jego oczach, obejmując swoim zasięgiem kolejne tereny aż po współczesną Gwatemalę, a samo miasto zamieszkiwało ponad 120 tysięcy osób.

Mniej więcej w tym samym czasie, tuż pod Jego nosem wyrosła kolejna wielka cywilizacja – Zapotekowie, którzy zbudowali swoją stolicę dosłownie 10 km od Niego, na Białym Wzgórzu – Monte Albán.

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Gdy na Jukatanie pojawili się pierwsi wielcy astronomowie – Majowie, On był już zupełnie dojrzały, a niektórzy twierdzą, że mógł wówczas liczyć nawet tysiąc lat. Gdy Majowie opracowywali doskonały kalendarz i z niesłychanym pietyzmem i maestrią budowali swe miasta, orientując piramidy wobec ruchów słońca podczas równonocy i przesileń, On musiał już wyróżniać się wzrostem. Czy jest jedynym świadkiem historii, który potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, z którym naukowcy zmagają się od stuleci – dlaczego Majowie zniknęli? Jak to się stało, że tak wielka cywilizacja przestała istnieć tysiąc lat temu? Prosimy Cię, powiedz!

Gdy na terenach współczesnego Meksyku nastali Aztekowie, On był nie tyle wiekowy i majestatyczny, co po prostu wszechpotężny. Wszechpotężny na tyle, że jedna z legend powiada, że to właśnie kapłan azteckiego boga wiatru – Ehécatla nadał Mu życie jakieś 1500 lat temu. Niestety bolesna prawda jest taka, że On stał tu na długo zanim narodzili się nie tylko azteccy kapłani, ale zapewne i sam Ehécatl.

Gdy Kolumb odkrył Amerykę, On był już dziadkiem. Nauczony doświadczeniem, ze stoickim spokojem obserwował, jak Hernán Cortéz i konkwistadorzy przystąpili do metodycznej, acz pracochłonnej i zapewne męczącej wieloletniej rzezi miejsowych Indian. Zresztą cóż On mógł zrobić?

Przecież jest tylko drzewem. Może i największym na świecie, ale jednak tylko drzewem. Ach, gdyby to było tolkienowskie Śródziemie i mógłby On zebrać armię sobie podobnych cypryśników o obwodzie pięćdziesięciu metrów, pewnie przegoniłby i Cortéza.

On tymczasem przygląda się wszystkiemu z boku, a wiatr gra w jego bezkresnych konarach pieśń tysięcy lat.

Las konarów

Las konarów

Ostatnie stulecia to dla niego zaledwie mgnienie liścia. Gdy Napoleon III podbił na chwilę Meksyk, przysyłając Habsburga jako swoją marionetkę, On nawet nie wzruszył konarem. Dobrze wiedział, że to chwilowa francuska fanaberia, której Meksyk wkrótce pozbędzie się niczym choroby. Zdecydowanie bardziej zabolało Go, gdy w 1845 r. Stany Zjednoczone oderwały mu od kraju obszar od Kaliforni po Teksas, bezwględnie anektując meksykańskie terytoria z Wielkim Kanionem włącznie. Dlatego dziś tak cieszy liście, gdy słyszy, że kolejni Meksykanie przeskakują przez mur w Arizonie, a hiszpański jest tam już niejednokrotnie pierwszym językiem.

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Ach, gdyby jeszcze zechciał podzielić się swoim doświadczeniem. Powiedzże cokolwiek! Zdradź choćby jeden ze swoich sekretów!

Największe drzewo świata - the biggest tree in the world

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Czy Olmekowie naprawdę wynaleźli piłkę nożną? Czy Majów wybiła wieloletnia susza? Czy Teotihuacán podbił Zapoteków? A może to Toltekowie pokonali zwaśnione cywilizacje? Czy konkwistadorzy wybudowali u Twych stóp przepiękny kościół, by splendor Ziemi Świętej, na której stoisz od setek lat, wykorzystać do nawracania Indian? Czy Habsburg naprawdę był tak bardzo zafascynowany motylami, że przegrał Meksyk? Dlaczego nie mieścisz się w kadrze? Czy naprawdę muszę odejść sto metrów, by objąć Cię wzrokiem?

Czy wiesz, że miejscowi nie nadali Ci nawet imienia? Dwa albo i trzy tysiące lat i nikt nie nadał Ci nawet imienia! Nazywają Cię po prostu Drzewem. El Arbol – Drzewo. Gdy jadę do Ciebie autobusem, powiedzieli po prostu „A Drzewo rośnie tam”. Zresztą może to i lepiej. Przecież ty jesteś archetypem drzewa! Twe konary wciąż takie żywe, niezliczone ptaki w nich kolorowe, igły żywicą pachnące, w Twych włosach nie znajdziesz siwizny, gałęzie jędrne i zwinne, piętrzą się jedne na drugich, szukając złaknione słońca. Czy Ty wiesz, że mieszkasz na zwrotniku, a Twa korona tak gęsta, że u stóp Twych aż ciemno? Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że Twój pień ma ponad pięćdziesiąt metrów obwodu? Czy Ty wiesz, że jesteś wyższy od 13-piętrowych wieżowców? Pojawiły się komputery, samochody, a nadal potrzeba kilkudziesięciu sekund, żeby obejść Cię dookoła.

Niech chociaż to się nie zmienia. Po prostu bądź.

Największe drzewo świata

Największe drzewo świata

.

Mleko i łzy

Dawno dawno temu na płaskowyżu Altiplano żyła piękna kobieta. Nazywa się Tunupa i mieszkała nieopodal wielkiej pustyni, największej w całym królestwie. Działo się znacznie wcześniej niż Inkowie dotarli do Boliwii. Ba! Wcześniej nawet niż mieszkańcy Tiwanaku wybudowali swoje świątynie ku czci słońca.

Tunupa zadziwiała pięknością nie tylko okolicznych mieszkańców, ale wszystkich na Altiplano i wielu młodzieńców rywalizowało o jej względy. W oko wpadła ona szczególnie dwóm potężnym wojownikom – Cusco oraz Cosuña. Nie mogąc dojść do ładu ze sobą oraz rozbijając się o niezdecydowanie Tunupy, młodzieńcy po jakimś czasie postanowili rozwiązać konflikt po męsku.

Laguna Colorada

Laguna Colorada

O względy pięknęj kobiety stoczyli walkę tak epicką, że zarówno słońce i księżyc zatrzymały się przez chwilę na nieboskłonie, by podziwiać ich zmagania. Ich pojedynek trwał wiele godzin, niektórzy twierdzą nawet, że kilka dni. Szala zwycięstwa ważyła się do ostatnich chwil, ale ostatecznie to Cusco wyszedł z walki zwycięsko.

Ślub okazał się wydarzeniem na wielką miarę, a Cusco i Tunupa zamieszkali w żyznej oazie na obrzeżach wielkiej pustyni. Wkrótce narodził im się syn, który dla obojga stał się oczkiem w głowie. W pewne czwartkowe popołudnie, gdy Kusku siał akurat fioletową kukurydzę, a Tunupa zajęta była wyrabianiem koziego sera, młody brzdąc zaintrygowany widokiem ciągnącej się po horyzont piaskownicy ruszył na czworaka przed siebie.

Kingsajz

Kingsajz

Gdy po kilku godzinach zrospaczeni rodzice zorientowali się, że ich syn zniknął, natychmiast rozpoczęli poszukiwania. Tunupa i Kusku przez wiele tygodni przemierzali bezkresne równiny, wylewając przy tym morze łez. Mleko karmiącej jeszcze piersią Tunupy także spłynęło szerokim strumieniem na pustynię. Równina okazała się jednak zbyt ogromna, by odnaleźć na niej maleńkie dziecko. Zrospaczeni rodzice usiedli na krańcu pustyni.

Flamingi

Flamingi

Z tęsknoty i frustracji przemienili się w ogromne góry – dwa wulkany po dziś dzień wypatrujące syna zagubionego na pustyni. Z czasem łzy rodziców sprawiły, że cała pustynia stała się słona, a mleko karmiącej Tunupy zabarwiło ją zupełnie na biało. Tak powstał Salar de Uyuni – największa pustynia solna na świecie.

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

———————————————–

Salar de Uyuni i Cordiliera de Lipez – krajobrazowo prawdopodobnie najbardziej niezwykłe miejsce w Ameryce, jakie odwiedziliśmy:

.

Salar de Uyuni, Boliwia

.

P.S. Geologowie i historycy nie są zgodni co do prawdziwości legendy. Część z nich twierdzi także, że młody udał się nie na pustynię Uyuni, a do La Paz, w poszukiwaniu uroków nocnego życia.

.

Mówią mi

Mówią mi, że gdy zobaczysz Iguazú, nic już nie będzie takie samo.

Mówią mi, że przy największym wodospadzie huk jest tak ogromny, że nie możesz rozmawiać, a i z myśleniem będziesz miał problemy.

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Mówią mi, że niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie siła przyrody jest tak przytłaczająca. Stoisz nad przepaścią i wiesz, że jesteś niczym. Godzinami możesz wpatrywać się w największą z katarakt i bawić się w odprowadzanie wzrokiem poszczególnych kropli wody w otchłań. Patrzeć jak hektolitry wody mijają Cię w każdym ułamku sekundy i lecą w dół jak na zwolnionym filmie. A potem nikną w białej nicości.

Mówią mi, że gdy stoisz nad krawędzią Gardzieli Diabła, czujesz się jakbyś zaglądał w czeluście piekieł. Największa z katarakt pochłania ponad połowę całego przepływu wodospadów Iguazú. Jej ułożony w podkowę kształt niemal otacza widza i każe dwa razy zastanowić się czy aby na pewno piekła nie ma. W tym miejscu ma się wrażenie, że tu kończy się ziemia, a pod spodem gigantyczne słonie podtrzymują Świat Dysku. Naukowcy wciąż nie są pewni czy sam Lucyfer nie zaprojektował Garganty del Diablo.

Garganta del Diablo

Garganta del Diablo

Mówią mi, że choć wodospad ma zaledwie 85 metrów, to nie licz na to, że zobaczysz z góry jak woda wpada do rzeki. Siła wody jest tak potworna, że już z odległości kilku kilometrów dojrzysz wysoki na kilkadziesiąt metrów komin białej piany unoszący się wysoko nad tropikalnym lasem. Raczej nie ma możliwości, żebyś nie wiedział, gdzie znajduje się Garganta del Diablo.

Mówią mi, że Iguazú to nie wodospad, a kraina wodospadów rozciągająca się na przestrzeni ponad dwóch i pół kilometrów. Możesz chodzić po niej cały dzień. Możesz przechadzać się wśród tropikalnej roślinności, obserwować tukany, miejscowe sępy, mrówki o ponad dwucentymetrowej długości, u których wyraźnie zobaczysz oczy, a w nich to, co chętnie by z Tobą zrobiły, gdyby tylko miały jeszcze kilka centymetrów więcej.

Tukan

Tukan

Mówią mi, że „Iguazú” w języku Indian guarani znaczy „Duża Woda”. I na to zjawisko nie znajdziesz lepszego określenia, choćbyś myślał wieki.

Mówili mi i mówili. Mówili jeszcze w Azji, mówili w Australii, mówili także w Chile i Argentynie. Tobie też będą mówić. Ale choć wszyscy będą mieli rację i tak nie zrozumiesz tego, dopóki nie zobaczysz na własne oczy.

A nie! To tukan

A nie! To tukan

.

A kto ciekaw pocztówkowego konkursu, niech szybko leci na fejsa. Tam laureaci, gale, rozdawanie nagród oraz goła baba zawinięta w dywan. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy! W nagrodę jeszcze więcej Iguazú.

Iguazú, Argentyna

.

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Patagonia 4×4

Po dwóch niesamowitych tygodniach przebijania się przez Carreterę Austral – miejsce prawdziwie magiczne, Chile upuszczaliśmy w mieszanych nastrojach. Gorącą euforię miejsca skutecznie gasił przenikliwy do ostatniej gumki w majtkach patagoński deszcz. Z pewnością nie pomógł też dobijający nas już nieco strajk w prowincji Aysen, który całkowicie zablokował dostawy paliwa i sprawił, że na ostatniego stopa do argentyńskiej granicy czekaliśmy bite 8 godzin. I tak staliśmy jak kołki – zziębnięci, przemoczeni, nie mający nawet sił by kląć i zastanawiać się, jaki to będzie ten kolejny pięknie brzmiący kraj – Argentyna.

Andy w okolicach Chalten

Andy w okolicach El Chalten

Przez cały dzień minęły nas trzy samochody lokalnych farmerów, bujających się po okolicznych posiadłościach. Ale jak to zwykle ze stopem bywa, wkrótce karta się odwróciła, po ośmiu godzinach dojechaliśmy wreszcie do granicy, a następnego dnia z marszu złapaliśmy Argentyńczyka z Pico Truncado. Tu plan był prosty. Jedziemy z nim 60 km, odbijamy na najsłynniejszą południowoamerykańską drogę – Rutę 40 i kontynuujemy jakieś 400 km przez patagońskie stepy aż do El Chalten. Ale w samochodzie gadu-gadu, rozjazdu nie widać i zanim się zorientowaliśmy przejechaliśmy krzyżówkę o jakieś 30 km.

– I co robimy?

– No właśnie. Wysiadamy i wracamy 30 km? Czy jedziemy z nim aż nad Atlantyk?

– Nad Atlantyk? Ale to jakieś dodatkowe 300-400 km w jedną stronę. I będziemy musieli przekroczyć Argentynę w poprzek. 2 razy!

– Raz mamy już z głowy. Koleś jedzie prawie na wybrzeże. Wieczorem będziemy na miejscu. Może los chce nam coś powiedzieć.

– No dobra. Przynajmniej zobaczymy, jak Patagonia wygląda od środka. 2 razy! I zrobimy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę na naszej mapie.

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

****

Wieczorem rozkładając namiot w huraganowym wietrze i deszczu padającym poziomo faktycznie zastanawialiśmy się, co też takiego mądrego chciał nam powiedzieć los.

– Może chciał nas doświadczyć. Jak Hioba.

– A może po prostu powiedzieć, że jesteśmy głupi.

****

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

– Zatrzymał się! Patrz, jaki wypasiony dżip. Żeby jechał chociaż kilkaset kilometrów… Można by trochę odtajać.

– Hej. Gdzie jedziecie?

– Na południe.

– Na południe – uśmiechnął się nieznajomy – To bardzo szerokie pojęcie.

– Bo i szeroko jedziemy. Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj jakieś 400-500 km do San Julian. A jak pójdzie jeszcze lepiej, to następnego dnia drugie tyle do El Chalten.

Tu delikatny uśmiech nieznajomego wydał mi się dziwnie podejrzany.

– Ha. No to wsiadajcie. Dziś jadę do San Julian, jutro do El Chalten, a za kilka dni do Calafate, jeśli Wam to po drodze…

No i poszło jeszcze lepiej niż mogło najlepiej, a w ten sposób zaczęła się nasza patagońska przygoda 4×4.

Nieznajomym okazał się Fernando. Pochodzący z Buenos Aires 62-letni właściciel sporej agencji reklamowej, który wybrał się na krótki tygodniowy wypad do ukochanej Patagonii. Wraz z nim i jego nową Toyotą Land Cruiser przemierzyliśmy pampę w poprzek w okamgnieniu, podpatrując pasące się guanako i szybkobieżne strusie nandu.

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Fernando przygarnął nas nie tylko na stopa, ale niemal zaadoptował jak własne dzieci, których skądinąd ma dwójkę w naszym wieku.

Rozmawialiśmy dużo. I wreszcie prawdziwie po angielsku, więc i tematyka nie była ciągle ta sama. Mówiliśmy o życiu, podróżach, krajach, marketingu, codzienności u nas i u nich, polityce, reklamie, filmie, sztuce, dzieciach i tym, co jest w życiu ważne.

W lot łapaliśmy swoje myśli i kończyliśmy rozpoczęte zdania. Godzinami poznawaliśmy argentyńską muzykę czy rozmawialiśmy o Kieślowskim. I w gruncie rzeczy powoli zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo podobni są Polacy i Argentyńczycy.

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

Jednego dnia wybraliśmy się wspólnie na treking w okolicach Chalten, w inne chodziliśmy sami, a spotykaliśmy się na kolację i wieczorne pogaduchy. Któregoś dnia Fernando obwiózł nas po okolicznych estanciach, czyli megaposiadłościach ziemskich, liczących po kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Innego pokazał niesamowitą działkę, którą kupił właśnie pod Fitz Royem.

Przez tydzień zobaczyliśmy Patagonię oczami Argentyńczyka, który chciał się pochwalić swoim krajem. Bo i ma czym.

WIG 20 czy kurs franka?

WIG 20 czy kurs franka?

Gdy się żegnaliśmy, Fernando po raz kolejny zaprosił nas do siebie.

– To że się spotkaliśmy, to magia. Moja żona i dzieci nie mogą się doczekać, żeby Was poznać. Co i rusz dopytują, co to za wynalazki wziąłem na stopa i przygarnąłem na ten niesamowity tydzień. Za miesiąc, dwa, gdy już skończycie z Patagonią i dotrzecie wreszcie do Buenos Aires, musicie do mnie przyjechać.

– No raczej – odparłem rzeczowo. A Paula się rozpłakała.

Zapowiada się boskie Buenos. Los wiedział, co robi.

Los Tres Vagabundos

Los Tres Vagabundos

.

UWAGA! Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Zdjęcia z argentyńskiej Patagonii są zabójczo piękne. Kto je raz zobaczy, będzie musiał tu przyjechać.

.

Patagonia, Argentyna

.

Pług boży

Są rzeczy piękne. Są zjawiska imponujące. Ale są cuda natury tak majestatyczne, że nie sposób sensownie ich opisać, nie gubiąc się w przesadnej emfazie. Taki właśnie jest lodowiec Perito Moreno.

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno onieśmiela swoim ogromem. Spływa z południowych Andów 30-kilometrowym jęzorem lodowcowym wprost na czatujących na niego turystów. Bo Perito Moreno jest jakby zaprojektowany by być megaatrakcją. Lodowiec większy niż cała Warszawa od Białołęki po Powsin schodzi z gór do Jeziora Argentino póki nie oprze się o przeciwległe wzgórza, na których z odległości kilkudziesięciu metrów gawiedź podziwia jego ogrom.

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

I wbrew temu, czego chciałby Al Gore, Perito Moreno nie tylko się nie kurczy, ale cały czas prze naprzód. Z ponadprzeciętną prędkością warto dodać. Średnio 2 metry dziennie. Te 2 metry pozwalają mu czołgać się powoli po dnie i z każdą minutą żłobić mozolnie krajobraz argentyńskiej Patagonii. Przy okazji, co kilka godzin, lodowiec ustępuje napierającej na niego wodzie i urywa sobie od czoła kilkudziesięciometrowe góry lodowe, które z hukiem godnym lepszej sprawy walą się do wody.

Raz na cztery, pięć lat lodowiec dochodzi do ściany. Dosłownie dopełza do przeciwległego Półwyspu Magellana i tym samym odcina część Jeziora Argentino, którego dno żłobi na co dzień. Poziom wody w odciętej części jeziora szybko się podnosi, a tysiące ton wody coraz silniej napierają na lodowiec. Godzina po godzinie woda kruszy lód od spodu. Po kilku dniach udaje jej się wyżłobić tunel. Mija kolejnych kilka dni i lód wreszcie ustępuje. Cała konstrukcja wali się w kilka sekund, a jezioro wyrównuje poziom. Tymczasem lodowiec od nowa z mozołem zaczyna pełzać w stronę Półwyspu Magellana. W XX wieku cykl ten odbył się 17 razy.

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

A czemu lodowiec jest tak imponujący? Może dlatego, że jego czoło jest szerokie na pięć kilometrów, czyli dajmy na to przesuwając się przez Warszawę, każdego dnia miażdżyłoby obszar od Marszałkowskiej do Prymasa Tysiąclecia. Metr po metrze.

Ale urwał!

Ale urwał!

A może dlatego, że ściana frontowa ma ponad 70 metrów wysokości, czyli więcej niż 20-piętrowy wieżowiec. A w zasadzie tylko tyle wystaje jej nad wodę. Bo pod wodą szoruje dno na głębokości ponad 100 metrów, co oznacza, że przykryłby Marriott i Intercontinental w minutę.

Niemal 200 lat temu Louis Agassiz wysnuwając rewolucyjną teorię o globalnych zlodowaceniach obejmujących większość naszej planety, porównał wolno poruszające się lodowce do pługów bożych, które zmieniają oblicze ziemi. Tej ziemi.

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Żyjąc we współczesnym świecie, często mamy wrażenie, że historia, geografia czy przyroda to obecnie procesy skończone. Wojny to przeszłość, granice się ustabilizowały, góry są tam gdzie są góry, a jeziora na Mazurach. Dzieląc doroczny wypoczynek na narty w Cortinie d’Ampezzo, łódki w Mikołajkach i kite-surfing w Jastarni, umyka nam chwilowość cudów natury, z którymi stykamy się na co dzień. A tymczasem wojna między ziemią i wodą trwa w najlepsze. Zawsze jest jakiś pług.

.

Więcej zdjęć z południowej Patagonii i naszej najnowszej przygody 4×4 znajdziecie tutaj:
.

Perito Moreno, Calafate i okolice, Argentyna

.

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.