Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Reklamy

Posted on 24 marca 2012, in Chile and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 2 komentarze.

  1. Ciekawe miejsce 😉

  2. Hej Rafał. W zdjęciu, gdzie w żółtej kurtce wskazujesz na niewidzialne szczyty przypominasz mi którąś postać z Hobbita albo z Władcy Pierścieni:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s