Archiwa blogu

tuż tuż

Juz od wielu dni na tej stronie probujemy zamiescic wpis podsumowujacy poltora roku w drodze. Probujemy, probujemy, ale najpierw musimy go napisac. A nieustannie przeszakadzaja nam w tym czynniki zewnetrzne.

Przykladowo dwa dni temu zamieszkalismy na Couchsurfie w Buenos Aires z pewnym Polakiem, zyjacym w Ameryce Poludniowej juz 6 lat w ciaglej podrozy. Przegadalismy caly dzien, pol nocy, a gdy spalismy, nie obudzila nas nawet argentynska policja, ktora przyszla do mieszkania nad ranem zakonczyc awanture i wyrzucic jednego z lokatorow.

A dlaczego nas nie obudzila? Prawdopodobnie dlatego, ze poprzedniego dnia dotarlismy do Buenos Aires z prowincji Rio Negro z pewnym TIRowcem. Jak sie okazuje niewatpliwym kokainistą, bo przejechalismy z nim na stopa 1000 km w 20 godzin non-stop wylacznie pijac mate i przerwy na „siku”.

O tym ze w Wielka Sobote ogladalismy, jak orki wyrywaly z plazy mlode lwy morskie przy komentarzu Ingrid Vissen, ktora spotkalismy na plazy, a Niedziele rozpoczelismy w namiocie na stacji benzynowej YPF mowilem juz na fejsie, prawda?

Myslalem, ze uda sie dzisiaj, ale jest juz czwarta nad ranem, a o 7 wyjezdzamy do delty Parany, gdzie pewien znajomy mieszka na wyspie bez elektrycznosci wsrod setek odnog rzeki, gdzie mozna dostac sie wylacznie kajakiem. Wiec pewnie zostaniemy tam przez kilka dni.

A to zebyscie sie nie nudzili

.

.

Reklamy

Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Na huśtawce

Nie oszukujmy się. Dobra dziewczyna, a w szczególności żona musi umieć pewne rzeczy, a w innych powinna być przynajmniej dobra. Niewątpliwie jedną z obowiązkowych umiejętności musi być zdolność popadania w emocjonalne skrajności, aby było ją można stale pocieszać.

Moja żona na przykład, jako że jest nie tylko dobra, ale Najlepsza, także i poruszanie się na huśtawce nastrojów opanowała do perfekcji i od skrajnej euforii do rozpaczy bez większych trudności potrafi wywahnąć się w 16 sekund. Ale przychodzą takie momenty, że emocjonalna karuzela rozkręca się na tyle, że zgarnia nawet skały wulkaniczne.

Piątek, godz. 18, euforia – zmierzamy do Auckland. Żuk pędzi po autostradzie 76 na godzinę, szyby furkoczą, wycieraczki z trudem rozmazują roztrzaskane komary, a my rozpamiętujemy wczorajsze przejście w Parku Narodowym Tongariro – dla nas z pewnością jedne z najpiękniejszych widoków całej Nowej Zelandii.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Myślami wybiegamy już do Ameryki Południowej, do której lecimy w najbliższą środę. Chilijskie pustynie, lodowce Argentyny i co najmniej pół roku w rytmie latynoskiej maniany. Cudownie.

Powoli witamy się także z merkantylistyczną gąską i liczymy setki dolarów, które zarobimy na sprzedaży Żuka. Kupiliśmy go fartownie za 1800 dolarów, a wart jest co najmniej 3 – 3,5 tysiąca. Zdaje się, że odbijemy sobie nie tylko za benzynę, ale na przyjeździe do Nowej Zelandii możemy jeszcze zarobić. Jeszcze dziś wieczorem umawiamy się z dwoma zainteresowanymi parami.

Sobota, godz. 15, rozpacz – zaczynamy tracić nadzieję. Sezon turystyczny w lutym powoli się kończy, wyjeżdżających zatrzęsienie, a przyjeżdżających jak na lekarstwo. Z Internetu nikt nie dzwoni, pół dnia spędziliśmy na giełdzie, gdzie Żukiem za 3 400 nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą, a wczorajsi oglądający też nie są przekonani. Zresztą trudno im się dziwić. Na dzisiejszej giełdzie turystycznej vanów było ze 20, a kupujących dwóch.

Konstatacja do dalszych przemyśleń: Ludzie nie są głupi. Sprzedał się van zdecydowanie najlepszy za 4200 (wart spokojnie 5,5 tys. dolarów, sam bym go wziął, gdybym właśnie przyjechał) i zdecydowanie najtańszy totalny grat za 2300. Turystyczne vany okazują się dobrem wysoce elastycznym cenowo. Adam Smith miał rację.

Rekonesans w Internecie pozwolił ustalić plan awaryjny. W Nowej Zelandii zatrzęsienie firm oferujących odkupienie samochodu turystom postawionym pod ścianą terminala odlotów, tzw. „cars for cash”. „Hinduscy biznesmeni”, nazywani przez nas poufale „siniakami” chętnie odkupią naszą zajefurę za 400-1000 dolarów.

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Sobota, godz. 23, euforia – na pocieszenie dwa wina. Świat od razu nabiera rumieńców. Van i srebrniki tracą na znaczeniu, a nasze głowy zaprzątają inne myśli. Ach, jak cudownie byłoby znów pożeglować. Wypatrywać Obłoku Magellana, wsłuchiwać się w szum wiatru zuchwale nadymającego się na żaglach i pływać z delfinami.

Wieczorem otwieram maila w oczekiwaniu na szczęśliwego nabywcę Żuka, a tymczasem wita mnie codzienny newsletter z Find a Crew. Patrzę i co widzę? Ziomek w Brazylii na gwałt poszukuje dwójki chętnych do pomocy w przeprowadzeniu jachtu przez Atlantyk do RPA. Ciekawe…

Niedziela, godz. 10, rozpacz – Strach poważnie zaczyna mościć się w nogawkach i zagląda w najczarniejsze zakamarki duszy. Od ponad dwóch godzin wyczekujemy na zbawienie na największej giełdzie w kraju i powoli przygotowujemy się do wprowadzenia oferty specjalnej na Żuka. Ruch zdecydowanie większy niż wczoraj, ale i vanów ze czterdzieści.

Co gorsza ostatnio Żuk zaczął wydawać koszmarne dźwięki przy zmianie biegów. Myśleliśmy, że powoli kończy się sprzęgło (jakbym wiedział, o czym mówię…), ale jeden mądrala na giełdzie obejrzał furę i stwierdził, że drive-shaft jest do wymiany. Drive-shaft czyli podłużna rurka pod samochodem, która zdaję się, sprawia, że auto jedzie. Czy to źle? Na pewno nam to nie pomoże…

W międzyczasie udaje nam się „naprawić drzwi”. Przez ostatnie 6 tygodni drzwi pasażera przy otwieraniu wyły nieznośnie jak zarzynana świnia na Vanuatu. Po tym, gdy odstraszyło to parę poważnie zainteresowanych Francuzek, poszliśmy po rozum do głowy i każdy z zawiasów otrzymał łyżkę pożywnego oleju do sałatek. Drzwi chodzą jak nowe. Zaskakujące jak człowiek potrafi być potwornie głupi.

Niedziela, godz. 14, euforia – Żuk sprzedany! Poszedł w dobre ręce. Będzie cieszył parę Brytyjczyków za jedyne 2800 dolarów. Nieźle, tysiak do przodu. Wychodzi na to, że 5 tys. km po Nowej Zelandii przejechaliśmy własnym samochodem zupełnie za darmo, albo jak kto woli 3/4 biletu do Chile mamy gratis.

W nagrodę wino i szejk truskawkowy w Macu.

I już nie będzie placków ziemniaczanych

I już nie będzie placków ziemniaczanych

Niedziela, godz. 17, euforia forte – Brytyjczyk w Brazylii wysyła wiadomość „Replied maybe”. Pora ustalić szczegóły. Szkopuł w tym, że chce opuścić brazylijskie wody 10 lutego. Pytania (w większości retoryczne).

a)   Czy chcemy spędzić Walentynki na rajskich brazylijskich wyspach Ilha Grande i Ilhabela, a następnie przemierzyć Atlantyk na szerokościach geograficznych, gdzie nie wieją już tropikalne pasaty, a zakrada się coraz więcej podmuchów znad Antarktydy?

b)   Czy odpuszczamy Amerykę Południową na rzecz 6 miesięcy wśród małych Murzyniątek i dzikich lwów?

c)   Czy uda nam się przejechać stopem z Santiago do Sao Paulo w nieco ponad tydzień?

d)   Czy warto?

—————————————-

P.S. A jeśli Najlepsza z Żon nie uskutecznia akurat sportu na huśtawce, to z pewnością robi zdjęcia. Na przykład w Mordorze.

.

Tongariro Crossing, Wyspa Północna, Nowa Zelandia

.

Z pamiętnika podróżnika – manta i rzeźbiarz

Sobota – Wyspy Russella

Wczoraj napisalismy w pamietniku, ze Wyspy Russella to urocze miejsce. Piekne wyspy, lazurowe rafy, a przez caly dzien przyplywaja dziesiatki czolen, zeby nam potowarzyszyc. Kreca sie wokol, czasem ktos zagadnie jednym zdaniem, ale w zasadzie wystarcza im przebywanie w naszym towarzystwie i patrzenie na nas.

Dzis miejsce nadal jest urocze, ale pojawil sie zgrzyt. W nocy, juz po raz drugi na Salomonach, zostalismy okradzeni. Tym razem zniknal recznik i kilka drobiazgow suszacych sie na relingach. Najbardziej dotkliwa jest jednak kradziez jachtowych poduszek pokladowych, ktore zdecydowanie uprzyjemnialy siedzenie na twardym pokladzie podczas kilkudniowych przepraw oceanicznych.

Postanowilismy interwieniowac w pobliskiej wiosce, bo wiemy, ze takie przypadki na Salomonach sa dosc powszechne i czesto udaje sie udzyskac skradzione rzeczy. Niestety wodz wioski nie mogl zajac sie naszymi poduszkami, bo jako adwentysta dnia siodmego dzisiaj ma sabat i nie walczy wowczas ze zlodziejami. Moze od jutra uda mu sie cos zdzialac. Poinformowal nas, ze oglosi problem w kosciolach i okolicznych wioskach i byc moze uda mu sie odzyskac skradzione dobra po naszym wyjezdzie, gdy zlodziej nie bedzie sie ukrywal.

W ramach relaksu podjelismy tez pierwsze proby plywania na lokalnych czolnach krecacych sie wokol lodzi. Nie jest to sprawa prosta, bo w przeciwienstwie do Vanuatu, nie maja one bocznych stabilizatorow i o wywrotke latwiej niz o przedwyborcze obietnice. Niemniej jednak po kilku radosnych probach potrafimy juz uratowac kanu przed zatonieciem, wdrapac sie na nie z wody, a nawet okazjonalnie utrzymac rownowage na stojaco.

Najlepsza z Zon zaatakowal tez dzisiaj rekin. I jakkolwiek naprawde bylo strasznie, to na szczescie ostatecznie rekin nie zdecydowal sie na ugryzienie. Niestety jak bym sie nie staral, to nie da sie tej sytuacji opisac w kilku zdaniach, zeby nie zabrzmiala bunczucznie, groteskowo ani falszywie. Pokrotce powiem, ze ponad dwumetrowe rekiny szare sa wyjatkowo terytorialne, maja niebywale sprawnie dopracowana grupowa taktyke polowania, a gdy ofiara zaczyna uciekac, tak jak we wszystkich drapieznikach wlacza sie w nich instynkt zabojcy. Nauka na przyszlosc – w obecnosci rekinow szarych NIE ODDALAC SIE OD RAFY.

Ale poza tym snorklowanie na Wyspach Russella zapiera dech w piersiach nie tylko ze wzgledu na rekiny szare, ktore skadinad podczas snorklowania widzielismy po raz pierwszy w zyciu.

Wtorek – Mbili, Laguna Marovo

Dzis uzmyslowilismy sobie nasze podroznicze podwojne standardy. W Zachodniej Prowincji niemal wszyscy mieszkancy tworza fantastyczne rzezby z drewna i kamienia, robia przepiekna bizuterie z muszelek, a pozostali przywoza kosze warzyw i owocow w nadziei na wymiane za dobra z zachodniego swiata. Jest to zatem dokladnie to, czego oczekiwalismy po zebrakach w Azji, ktorzy notorycznie chodza za turystami z haslem „Hello! Money?” na ustach.

Poczatkowo rzezby, rzadko kiedy kosztujace mniej niz 100 – 200 zl, wydaly nam sie zdecydowanie zbyt drogie na nasza podroznicza kieszen, szczegolnie w porownaniu z fantastycznymi metrowymi maskami w Indonezji, ktore kupowalismy zupelnie niedawno za 15-20 zl. Rzecz w tym, ze salomonskie rzezby inkrustowane macica lokalnych muszli sa prawdopodobnie najbardziej misterne na swiecie, a ich wykonanie, wylacznie przy uzyciu prostych recznych narzedzi, zajmuje zazwyczaj ok. tygodnia.

Dzis, na dobra sprawe w pierwszym kotwicowisku w Lagunie Marovo, odwiedzilo nas okolo 6-7 rzezbiarzy, ktorzy przyplywaja do naszej lodzi na swoich dlubanych recznie czolnach, uginajacych sie od zapierajacych dech w piersiach rzezb. Juz po kilku pierwszych odwiedzinach stalo sie dla nas jasne, ze wiosluja oni z najbardziej odleglych wiosek, jesli tylko dotrze do nich informacja, ze w lagunie zakotwiczyl nowy jacht.

Takie kraje jak Wyspy Salomona odwiedza moze 30-50 prywatnych lodzi rocznie i zadnego z rzezbiarzy nie stac na przepuszczenie okazji zaprezentowania swoich wyrobow. Ostatniego goscia, ktorego wiesc o naszej obecnosci doszla az we wsi Seghiro oddalonej o 15 km, pozegnalismy dopiero o 21.

Od kazdego z rzezbiarzy staramy sie kupic chocby najmniejsza pamiatke i blogoslawimy nasza decyzje sprzed kilku dni, ze jednak postanowilismy nie nurkowac na Salomonach. Przedwczoraj udalo nam sie co prawda stargowac kosmiczne salomonskie kwoty za nurkowanie do 250 zl za nura, ale ostatecznie i tak uznalismy te kwote za zbyt niebotyczna. Jak sie okazuje snorklowanie tez daje sporo radosci, a 600 zl przeznaczone poczatkowo na nurkowanie trafi do miejscowych rzezbiarzy, ktorych praca z kazdym dniem coraz bardziej nas zdumiewa.

Z innej beczki – kilka dni temu w Honiarze nie znalazlszy nic godnego uwagi do naszej globalnej kolekcji magnesikow lodowkowych, zrobilem wlasny. Dzisiaj zainspirowany pierwszym 10-centymetrowym sukcesem i artystycznym klimatem Laguny Marovo rozpoczalem rzezbienie prawdziwego miniaturowego czolna.

Czwartek – Mbili, Laguna Marovo

Po raz pierwszy od miesiaca Najbardziej Nieustepliwe z Nieustepliwych wreszcie poprawily swoja mocno nadwyrezona opinie. Wyjatkowo mizerne piarowo salomonskie muchy obudzily nas jak zwykle o 6:30, ale na ich szczescie tym razem okazalo sie, ze tuz przy lodzi zeruje kilkumetrowa manta. Po ponad godzinie plywania puste zoladki wygnaly nas wreszcie z wody, a z manta udalo nam sie jeszcze spotkac po obiedzie na pobliskiej rafie.

Rafa okazala sie na tyle niesamowita, ze mozecie tylko zalowac, ze za pomoca Sailmaila nie mozemy zamiescic zdjec. Polujace rekiny czarno- i bialopletwe, korale koloru koralowego, przebijanie sie przez lawice karanksow czy napoleony pchajace sie w kadrze przed rekiny. Szczytem wszystkiego okazala sie lawica okolo 50 delfinow, ktora zainteresowala sie naszym pontonem, gdy wracalismy ze snorklowania.

Rzezbiarze nadal nadciagaja tlumnie, nam powoli koncza sie pieniadze, a przybywa kilogramow do wyslania w paczce. Dzis jednemu z artystow, Natanielowi, prawdopodbnie pomoglismy wejsc w zupelnie nowy biznes magnesikow na lodowki. Zainteresowany moim mini-czolnem tak podekscytowal sie naszym pomyslem, ze juz zaczal szkicowac.

Zdaje sie, ze na dobre wplynelismy wlasnie do Laguny Marovo. I cos czuje, ze spedzimy tu przynajmniej dwa tygodnie.

Z pamiętnika podróżnika – Tour de Flores

Dziś ewenement. Autorski pamiętnik w wykonaniu Pauli. Odkąd 3 miesiące temu zmęczyło mnie prowadzenie zapisków naszych codziennych ciekawostek i wrażeń, to jakże ciekawe i wartościowe zajęcie przejęła najlepsza z żon.

W związku z żywymi reakcjami na Fejsie, jakie wywołały nasze zdjęcia z Komodo i nurkowania, poniżej prezentujemy krótki wybór z ostatnich dni. Jednak żeby nie było tak słodko, z naciskiem na dni w drodze, których ostatnio nie brakowało.

No i te manty…

19.07 – Bali, droga do Labuanbajo

Nie najlepszy start na Bali. Męcząco, gorąco i potwornie kantują. Wszyscy są twoimi przyjaciółmi i nie daj boże dowiedzą się, gdzie jedziesz, już biegną, żeby ci „pomóc”, czyt. zedrzeć z ciebie kilkadziesiąt tysięcy.

Ale za to Bali ma najpiękniejsze pamiątki w całej Azji.

Poznaliśmy też dwóch nowych ciekawych podróżników – 52 letnią Brytyjkę, która sprzedała dom w Londynie, żeby założyć biznes w mniejszym mieście, a póki co wyruszyła w podróż na kilka miesięcy do Azji. Kilka lat wcześniej 2 lata podróżowała po Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Druga to Francuzka – lat 27, inżynier zajmujący się konstruowaniem robotów w kosmosie, podróżuje dookoła świata. Obie mówią, że Kolumbia jest niezwykła.

To samo twierdził Roni na Palawanie i kilka innych osób. Źle nam to wróży.

Stoisko Inglota w Indonezji?

Stoisko Inglota w Indonezji?

21.07 – Labuanbajo

W Labuanbajo wylądowaliśmy około 3:30 w nocy. W samą porę na pierwszego porannego muezina. 48 godzin ciągłej jazdy i szczątkowego snu okazuje się być górną granicą mojej wytrzymałości. Rafał naładowany adrenaliną po rekonesansie wynalazł razem z Francuzką zamiast jednego dnia nurkowania 3-dniowy Liveaboard – pobyt na łodzi z nielimitowanym nurkowaniem w prawie rozsądnej cenie.

22.07 – Labuanbajo

Warany na Rincy (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. „rinczy”). Miało być jak w Jurrasic Parku z dzikimi smokami pożerającymi bawoły, a skończyło się na leniwych jaszczurach wylegujących się wokół kuchni. Trzeba przyznać, że są dość duże i z oczu patrzy im dzikość, ale najbardziej imponujące są 5-centymetrowe pazury.

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Snorklowanie zapowiada całkiem przyzwoite nurkowanie.

25.07 – Park Narodowy Komodo – Liveaboard

Fantastyczne nurkowania i rewelacyjny klimat mieszkania na łodzi. Nurkowanie, wylegiwanie się na pokładzie, wieczorem zimne piwko i pogaduchy.

Pierwszy raz nurkowaliśmy po ciemku. Ma się uczucie, że cały świat to tylko Ty i skrawek korala oświetlony latarką. Wszędzie dziesiątki krewetkowych oczu, śpiące ryby, maszerujące nudibranche, nieśmiałe krewetki mantis.

Elvina – Francuzka, z którą przejechaliśmy niemal 1000 km, nie wiedząc z kim mamy do czynienia, zmieniła nasze wyobrażenia o nurkowaniu. Z delikatnie znudzonych,  bo co może być lepsze niż Egipt, przemieniliśmy się w podekscytowanych nieskończonymi możliwościami nurkowania. Tyle jeszcze przed nami – przeróżne rekiny, delfiny, lwy morskie, wieloryby, nurkowanie w chłodnej wodzie z zupełnie nowymi zwierzętami, nurkowanie w kombinezonie suchym.

No i nasz instruktor – Willy i jego hasła przewodnie.

„Coral here is ‘mazin’!”

“It’s definitely very beautiful”

“Slowly, slowly. Enjoy your dive. Enjoy your holiday”

Słyszane kilkanaście razy dziennie, przez 3 dni.

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

Manty!!!!! Makasar Reef = Manta Point wysadza z butów. Ogromne 5-metrowe manty szybowały koło nas niczym wielkie ptaki. Prąd był tak silny, że trzeba było trzymać się obiema rękoma, żeby nie zostać porwanym.

Powoli zaprzedajemy duszę liveabordom.

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

30.07 – Moni

Dotarcie do Moni zajęło nam prawie 9 godzin. Wielokrotnie zdawało nam się, że jeśli dojedziemy to na pewno bez pup. Po drodze trafiliśmy na klimatyczny rynek w jednej z wiosek nieopisanych w Lonely Planet, a więc i ludzie byli przemili, i nie oczekiwali pieniędzy za każdy uśmiech. Rafał po godzinnych negocjacjach od chłopa na rynku kupił wielką maczetę z pomponem (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. tradycyjny nóż ze  środkowego Floresu, używany w celach sacrum i profanum).

Wszystkie wioski tutaj są już chrześcijańskie i tradycyjne wierzenia zostają już w zasadzie tylko szopką dla turystów. Nawracanie ludzi na wielkie religie czyni z przepięknych kolorowych wierzeń jednolitą chrześcijańską czy muzułmańską papkę.

Droga niesamowicie widowiskowa z polami ryżowymi, przepięknymi górami, majestatycznymi wulkanami i ciekawymi ludźmi. A samo Moni wydaje się być uroczą wioseczką wśród pól ryżowych z masą małych hotelików i restauracji. Cenowo zdecydowanie nie najniższa półka.

Oblicza Floresu

Oblicza Floresu

Po kilku dniach ponownie spotykamy naszego Portugalczyka. Tego samego, który prowadzi notatki na setkach małych karteczek, odkąd przed kilkoma miesiącami „zamókł” mu laptop, gdy jego łódź zatonęła na pełnym morzu w Papui-Nowej Gwinei. Sam ledwo uszedł z życiem, a plecak, wraz z pół toną chrupek, które przewoziła łódź, po kilku godzinach fale wyrzuciły na brzeg. Następnych kilka godzin zajęło mu namawianie członków załogi do zabrania ważącego teraz kilkadziesiąt kilo plecaka.

01.08 – droga do Riung

Potworność!! Wyjechaliśmy o 9 rano, dojechaliśmy na 20 wieczorem. 2 ostatnie godziny jechaliśmy już po ciemku, modląc się, żeby ta męczarnia się już skończyła. Droga na północnym Floresie jest pośladkowym koszmarem, a Indonezyjczycy za grosz się nie znają na odległościach. Pytając 3 różne osoby o odległość do pobliskiego miasta otrzyma się 3 zupełnie różne szacunki – od 3 do 70 „kilo”. Po 2 godzinach trzęsawiska na tych rzekomych 3 km ma się wrażenie, że może mieli na myśli, że można stracić „3 kilo” zanim się dojedzie??

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

Dziwne, że dopiero dziś, ale złapaliśmy wreszcie gumę. Przesiedzieliśmy 2 godziny u wulkanizatora na wsi, delektując się indonezyjską technologią i rozmowami z miejscowymi. Urocze.

.

Na deser jeszcze kilka zdjęć z nurkowania w Parku Narodowym Komodo:

Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Enter Sandman

Tajskie wyspy leżą i kwiczą, a malajskie plaże ze wstydu zapadły się pod wodę. Enter Sandman, czyli bajki o Togeanach ciąg dalszy.

życie codzienne w wiosce BajoŚroda – dzień 9

Dziś po raz pierwszy wybraliśmy się wreszcie na drugi koniec plaży. Rzadko zdarza się, byśmy nie zeksplorowali naszego najbliższego otoczenia już pierwszego dnia, ale tu wszystko biegnie niecodziennym torem. Przynajmniej wreszcie mamy jakieś zdjęcia z naszego raju.

Okazuje się również, że wewnątrz wyspy szarżują tukany. Te piękne ptaki niedawno widzieliśmy co prawda w Parku Narodowym Lore Lindu, ale są tak imponujące, że dziś znowu wybraliśmy się, by je podglądać.

I posłuchać. Tukanie tukana przypomina raczej szczekanie psa, a ptak ten jest tak duży i ciężki, że gdy leci, słychać jak łopocze pod nim powietrze.

W wodzie też nieprzeciętne akcje. Pełnia księżyca, więc ryby, jak zwykle w takim przypadku, się pochowały. Snorklowanie na Ścianie Taipi fantastyczne, ale ani ja ani Aka nic nie złowiliśmy. Wieczorny połów z łodzi też po raz pierwszy na pusto. Na obiad i kolację ryż z jajkiem i ogórkiem. Fantastyczne uczucie. Jestem przekonany, że jutro będziemy bardziej zdeterminowani.

Tymczasem jubilerska pasja rozwinęła się zaskakująco, a Paula wpadła wręcz w perłowy szał. Zanosi się, że wyjedzie bogatsza o 6 naszyjników i 2 bransoletki. Ja zatrzymałem się na 2+1 (wmawiam sobie, że będę miał na wymianę na Papui).

Mój skarbie...

Mój skarbie...

Czwartek – dzień 10

Mimo zakładanego skąpstwa, po 10 dniach niemal zerowych kosztów jednak się złamaliśmy i szarpnęliśmy po dwie stówy na nurkowanie.

Przed przyjazdem tutaj, usłyszeliśmy kilkakrotnie, że na Togeanach nurkuje się dla korali, a nie dla ryb. Traktowaliśmy to jako wymówkę na fakt, że nie ma tu szans na dużego zwierza i nie planowaliśmy tu nurkować. I błąd.

Koralowce są tu nawet piękniejsze niż w Egipcie, co dotychczas wydawało nam się niemożliwe. Dużego zwierza też wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Na wulkanicznej Una-Una pływaliśmy z grupami wielkich karanksów i żółwiami, a barakudy śmiało śmigały nieopodal.

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Nie wszystko jest jednak takie piękne, jak wygląda. Nawet Togeany mają smutne tajemnice. Wieczorne rozmowy przy araku – lokalnym alkoholu pędzonym z palmy, po raz pierwszy przyniosły gorzki wątek. Okazuje się, że pod koniec lat 90-tych, gdy śladowa turystyka niemal zupełnie zanikła w wyniku zamieszek na Celebesie, na wyspę ściągnęli rybaccy oportuniści.

Chińska machina, wiecznie głodna i łaknąca wszystkiego, co zagrożone wymarciem, trafiła i na Togeany. Przybyła w poszukiwaniu napoleona, rekinów i innych szlachetnych ryb, których dziś już tu prawie nie ma. Oprócz ryb, ofiarą padli również Bajo. Naturalnym nurkom, od wieków łowiącym na wstrzymanym oddechu, zaproponowano nową technikę – połowów z kompresorem.

Oczywiście nikt słowem nie wspomniał o chorobie kesonowej, niebezpieczeństwie przebywania na głębokościach i szybkim wynurzaniu. Aka przez kilka lat pracował po kilka godzin dziennie na kilkunastu, kilkudziesięciu metrach, podłączony do kompresora na łodzi. Dziś ten 38-letni mężczyzna wygląda na ponad 50 lat i cały czas ma problemy ze stawami.

Choć jak sam mówi i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego przyjaciół, których na zawsze zabrało morze. Co najmniej kilkadziesiąt osób. I to tylko z okolicznych wiosek.

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Sobota – dzień 12

Dziś obciąłem paznokcie po raz drugi odkąd jesteśmy na Kadidiri. To pierwsza taka operacja w jednym miejscu odkąd wyruszyliśmy 9 miesięcy temu. Pora się zbierać.

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Tylko jak znaleźć w sobie motywację, gdy kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. Dziś upolowałem dwie przepiękne, całkiem spore ryby na naszej Ścianie. Nadal jest to śmieszny łup przy tym, co złapał Aka, ale postępy widać gołym okiem.

Jutro znowu odpływa prom na stały ląd. Czuję, że jeśli nie wyjedziemy tym razem, zostaniemy tutaj na zawsze.

Wieczorem zapowiada się kolejna już nasza impreza pożegnalna przy ognisku. Może uda się spoić wszystkich arakiem, lecz tym razem dla odmiany wyjechać wreszcie pod przykryciem poalkoholowej mgły.

.

——————————————————

A jak wygląda podwodne polowanie w wykonaniu cyganów Bajo? Przekonaj się sam.

.

.

I jeszcze kilka zdjęć z podwodnego Celebesu:

.

Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Płyń morski cyganie!

Tego jeszcze nie było. Mało brakowało, a już więcej byście o nas nie usłyszeli.

Na Togeany przyjechaliśmy tylko na chwilę. Na Kadidiri – „głównej” wyspie Archipelagu planowaliśmy zabawić najwyżej 2-3 dni, a następnie udać się na mniej znane, często niezamieszkałe wysepki i ich fascynujące rafy. Niestety nic z tego nie wyszło.

Na Kadidiri zbyt mocno zżyliśmy się z miejscowymi Bajo – indonezyjskimi morskimi cyganami i utknęliśmy tu na 2 tygodnie. Jedynie resztkami woli, trzynastego dnia o świcie udało nam się wyrwać z rajskiego kręgu, nim utknęliśmy w nim na zawsze.

Będzie to powieść, a w zasadzie bajka w odcinkach. Było tak:

Czwartek – dzień 3

Brak bieżącej wody, prąd z generatora jedynie kilka godzin wieczorem, woda do mycia przynoszona co rano ze studni i bambusowy domek wyposażony jedynie w łóżko i moskitierę.

Warunki bytowo-sanitarne dla niewprawnego oka mogą wydać się co najmniej dyskusyjne, a jednak mamy coraz bardziej nieodparte wrażenie, że Togeany to najlepsze miejsce, jakie dotychczas odwiedziliśmy.

"Życie to plaża", jak mawiają Anglosasi (czy coś takiego...)

"Życie to plaża", jak mawiają Anglosasi (czy coś takiego...)

Tu każdy dzień wygląda niemal identycznie. Po śniadaniu wyjazd na jedną z fantastycznych raf o bajkowych kolorach. Niby-zabawa i snorklowanie, a tymczasem nasi gospodarze – Bajo – nurkują z kuszą zrobioną ręcznie z kawałka drewna, dętki i metalowego pręta i polują na nasz obiad. Dziś po raz pierwszy spróbowałem swoich sił i ja. Na razie rezultaty mizerne, ale wiem, że kuszy długo nie wypuszczę.

Potem sjesta. Hamak, książka, względnie szachy. No i biżu.

No to wygląda na to, że dziś na kolację karanks błękitnopłetwy, a jutro przez cały dzień srebrnopłetwy...

No to wygląda na to, że dziś na kolację karanks błękitnopłetwy, a jutro przez cały dzień srebrnopłetwy...

Z Kadidiri nikt nie wyjeżdża z pustymi rękami. Każdy gość na odchodne otrzymuje (przynajmniej jeden) ręcznie zrobiony, niepowtarzalny, czasem własnoręcznie zaprojektowany naszyjnik lub bransoletkę. Może być to delfin, liść, kieł, muszelka zatopiona w kokosie albo co się komu wymarzy. Nasi Bajo wypełniają wolne chwile, przygotowując małe cudeńka i chętnie dzielą się swoją wiedzą. Mało co ich tak cieszy, jak podpatrywanie gości szlifujących Swoje Skarby. Jeśli chodzi o nas, to piły i szlifierki już dawno poszły w ruch.

Wieczorem wyprawa po kolację. Połów z łodzi – tym razem w nadziei na dużego zwierza. Czasem trafi się ponad metrowa barakuda, innym razem 5-kilowy karanks, ale czasem tylko blocie. Czas wędkarzom umilają baraszkujące w pobliżu delfiny.

Sobota – dzień 5

To co Bajo robią w wodzie z kuszą jest fascynujące. Aka schodzi na 10-12 metrów i traktuje morskie dno jak afrykańską sawannę. Najczęściej chwyta jakiś kamień, który służy mu jako balast i powolutku zakrada się do ryb i homarów, czając się za koralowcami. Spokojnie i dostojnie odbija się od dna niczym astronauta na księżycu i powoli zbliża się do celu. W jednej dłoni dzierżąc kamień, w drugiej kuszę, wstrzymuje oddech na 1 lub półtorej minuty i z mozołem przedziera się przez morską toń.

Podwodny myśliwy

Podwodny myśliwy

A przy tym jego jedynym ekwipunkiem są okulary wyciosane scyzorykiem w palmy kokosowej i kawałka szkiełka po szybie. Żadnej maski na nos, płetw ani rurki.

Imponujące i magiczne. Mógłbym z nim pływać całymi dniami.

Wtorek – dzień 8

Jakby zwykłych atrakcji na Togeanach było mało, są jeszcze ludzie. I tym razem to nie Bajo.

Miejsca do których jedzie się przynajmniej 3 dni w jedną stronę, zawsze przyciągają najbardziej wykręconych typów. Tak było na Derawanie na Borneo, podobnie w Port Barton na Filipinach, tak jest i tutaj.

Przedwczoraj wyjechała para Francuzów – Jean i Sabrina w drodze od 8 miesięcy. Połowę tego czasu spędzili na Nowej Zelandii, gdzie mieszkali w campervanie kupionym i sprzedanym za 2 tys. USD. Ich koszty życia były tam jedynie nieco wyższe niż w Azji. Oni na dobre przekonali nas do Wysp na Końcu Świata.

Wraz z nimi opuścił nas Michaił, post-hipisowski Rosjanin, który 4 lata mieszkał w małej wiosce w Indiach. Ostatnio już od wielu tygodni włóczy się po ostępach Indonezji. Na Kadidiri utknął na 2 tygodnie, doskonaląc sztukę połowu z kuszy. On jako pierwszy ostrzegał nas przed klątwą tego miejsca.

Nawet jeden jedyny „normalny” na 3-tygodniowym urlopie też jest nienormalny. Andy – Niemiec, manager sprzedaży, jak zwykle w ukochanej Indonezji, która weszła mu za skórę za czasów kilkumiesięcznych studenckich podróży. Przybył specjalnie na Togeany, choć z nieprzeciętnymi przygodami. Po drodze przez kilka dni mieszkał w rybackiej wiosce w oczekiwaniu na prom, który, jak to w Indonezji, nigdy nie nadszedł. Ostatecznie dotarł tu rybacką łodzią, zielony i z duszą na ramieniu.

Graj, cyganie, graj!

Graj, cyganie, graj!

Dziś dojechała nieprzeciętna dziewczyna z Kanady – Cyndie Bellhumeur. Zgodnie z magią nazwiska wiecznie roześmiana i roztaczająca dobrą aurę graficzka i rysowniczka z Quebecu (nie-Kanadyjka!!).

Podobnie jak i nie-Hiszpan (!!!) z Hiszpanii. Luis (z Katalonii) przez ostatnie 10 miesięcy odwiedził 5 krajów – Indie, Nepal, Filipiny, Wietnam i Indonezję. Chłopak lubi wczuć się w klimat.

Są i Finowie, którzy podróżują po Azji już od 6 miesięcy i za 3 tygodnie wracają do domu. On, jak sam siebie określa, jest malarzem środowiskowym, a ona bada wodę.

W takim towarzystwie nie sposób się nudzić, więc wieczorami gra w mafię, kalambury, poker na kapsle i dyskusje po świt.

Dziś po raz kolejny nie wyjechaliśmy z wyspy. Czy w ogóle znajdziemy w sobie siłę, by ruszyć dalej?

.

———————————————————-

W oczekiwaniu na drugą część togeańskiej bajki, zapraszamy na fotograficzną wyprawę do raju:

.

Wyspy Togian, Celebes, Indonezja

.