Category Archives: Laos

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Reklamy

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Narkotyki Złotego Trójkąta

Czasy gdy karawany opium przemierzały pogranicze Laosu, Tajlandii i Birmy już dawno minęły. Dziś jedynie nie uważana za narkotyk, rosnąca w każdej laotańskiej wiosce marihuana przypomina o historycznym dziedzictwie. Ale prawdziwie uzależniające właściwości w tym regionie ma co innego.

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południoowo-Wschodniej

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południowo-Wschodniej

Jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych Złoty Trójkąt był najważniejszym ośrodkiem produkcji opium i jego pochodnej – heroiny na świecie. Do niedawna Birma była globalnym liderem i w 1996 r. produkowała ponad 2,5 tys. ton tego narkotyku. Jeszcze 30 lat temu Laos, Tajlandia i Birma odpowiadały łącznie za 70% wyprodukowanej na świecie heroiny. Od tamtego czasu wiele jednak się zmieniło, udział Złotego Trójkąta w światowej produkcji heroiny zmniejszył się do 5% i w głównej mierze został zastąpiony przez Złoty Półksiężyc z Afganistanem na czele.

Chiny na ratunek

Z narkotykowego biznesu jako pierwsza wyszła Tajlandia, stawiając na przemysł turystyczny. Z kolei Laosowi i Birmie w głównej mierze pomogły Chiny. Przemierzając Laos i Birmę, niemal na każdym kroku widać, że Chińczycy wykupują je na potęgę. Między innymi inwestują miliony dolarów w plantacje kauczukowców, zapewniając tym samym jako taki zarobek lokalnym mieszkańcom. Ale spyta ktoś, dlaczego Chinom tak bardzo zależało na wytępieniu opium, które przecież w głównej mierze trafiało do Stanów i Europy?

Myśląc o Chinach, zawsze trzeba mieć na uwadze jedno. Przy wszystkich swoich wadach, naród ten jest niesłychanie wprost dalekowzroczny. Chińczycy niemal niczego nie robią w perspektywie krótszej niż 20 lat. Zapewne mając na uwadze bogacące się na potęgę chińskie społeczeństwo, władze bały się powtórki z historii.

Brytyjscy handlarze śmiercią

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy mieli nie lada problem. Sprowadzając z Azji Południowo-Wschodniej i Chin przyprawy, herbatę czy jedwab, przywozili do Orientu wyroby bawełniane i parę innych towarów. Mimo wszystko w handlu zagranicznym powstawała coraz większa luka, więc kilku wybitnych generałów wpadło na świetny pomysł. W chińskich portach Anglicy zaczęli rozdawać, a następnie sprzedawać próbki narkotyków, uprawianych od wieków w Indiach. Zanim Chińczycy połapali się w czym rzecz, mieli u siebie miliony uzależnionych. W 1830 roku było ich już 12 milionów. Licząc, że wciąż nie jest za późno, Chiny nałożyły wysokie cła na wszystkie sprowadzane towary i rozpoczęły walkę z narkotykami.

Niestety było już za późno. Brytyjczycy pod byle pretekstami rozpoczęli Pierwszą a następnie Drugą Wojnę Opiumową. W ciągu niespełna 20 lat wymusili na Chińczykach przekazanie Hong Kongu, otwarcie większości chińskich portów na zachodnie towary i przede wszystkim zalegalizowanie handlu opium. Śladem Brytyjczyków poszli Francuzi, Amerykanie i Rosjanie, wkrótce doprowadzając Imperium Chińskie do bankructwa i w znacznej mierze czyniąc podwaliny pod późniejszą rewolucję Mao Zedonga.

Summa summarum Brytyjczycy zalali Chiny opium, ostatecznie uzyskując nadwyżki w bilateralnym handlu z Chinami, a w Państwie Środka w 1880 roku było ok. 30-40 mln uzależnionych.

Swoją drogą to ciekawe, że opium, które w XIX w. Brytyjczycy na masową skalę rozprzestrzenili w Złotym Trójkącie, aby móc sprzedawać je do Chin, po niemal 100 latach obróciło się przeciw Cywilizacji Zachodu, zalewając Europę i Stany.

Prawdziwe dziedzictwo Złotego Trójkąta

Ale jako się rzekło, echa narkotykowej przeszłości pogranicza Laosu, Tajlandii i Birmy dawno już przebrzmiały. Dziś serce regionu bije turystyką i poza nazbyt cywilizowaną Tajlandią oferuje prawdziwy skarb – bogactwo etniczne.

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

W samym tylko północnym Laosie żyje 39 plemion, a wioski Akha, Lahu, Yao i Hmongów ciągną się we wszystkie strony.

Trzeba jednak się spieszyć. Już dziś w uważanym przez niektórych znanych podróżników za położone w dzikiej dżungli Muang Sing, miejscowego szamana najłatwiej spotkać w kawiarence internetowej, gdzie recepty do wiosek Akha wysyła najpewniej na komórkę.

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Darmowe wi-fi w guest-housach za 20 zł za pokój jest standardem, a słynny rynek, na którym onegdaj gromadziły się kolorowe mniejszości etniczne wymieniać towary, jest już tylko cyrkiem.

Ale autentyczne wioski istnieją. Co prawda miejsca bez elektryczności nie udało nam się znaleźć, ale w bardziej odległych miejscach dumni Akha, skryci Hmongowie i Yao w szerokich czapkach wiodą życie niemal jak przed wiekami. Dotrzeć do nich nie jest jednak łatwo, bo jeśli jakaś wioska jest już zaznaczona na mapie, to raczej nie ma tam czego szukać. Trzeba po prostu wypożyczyć motor (najlepiej terenowy) i ruszyć przed siebie.

Marihuana popularna od wieków

Dziś jedynym wątłym echem narkotyków Złotego Trójkąta jest marihuana, która w szczególności w Laosie jest dostępna łatwo, tanio i prawie wszędzie. Mimo że oficjalnie, podobnie jak opium, jest zakazana, to władze niespecjalnie się nią przejmują. Do górali z mniejszości Hmong i Akha rząd puszcza wręcz oko, dając im pewien immunitet na ten specyfik popularny od wieków.

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

W niemal każdej wiosce Akha, oprócz tradycyjnych wyrobów, miejscowi oferują przyjezdnym także lokalne zioło. (Ponoć) marihuanę sprzedaje się tu jednak nie na gramy, a na garści. (Ponoć) w nieturystycznej wsi w okolicach Muang Sing taka 10-gramowa garść kosztuje ok. 3 zł. W centrum miasta, gdzie przyjezdne z okolicznych wiosek baby, przechadzają się wśród licznych turystów, oferując te same bransoletki i wyroby, taką samą garść dostaniemy (ponoć) już za 10-15 zł.

Co więcej, kupując marihuanę bezpośrednio w nieodwiedzanej wsi Akha, bez pytania o cenę wręczając babie 3 zł, (ponoć) można narazić się wręcz na śmieszność. Zdziwienie z powodu jawnego przepłacania będzie (ponoć) jeszcze większe, gdy turysta odda babie pół garści wybitnego zioła, bo i co ma zrobić z taką jego ilością…

Parcie na szkło

Parcie na szkło

Podobnie jak w Nepalu czy północnych Indiach, także w Laosie konopie indyjskie rosną w stanie dzikim i wśród miejscowych górali popularne są od wieków. Ludzie mający porównanie wyrobów z Nepalu i Laosu, twierdzą jednak, że marihuana w Laosie jest znacznie mocniejsza, ale równie lekka i naturalna.

Ponoć.

.

—————————————————————-

Ciekawostki wydłubane w Muzeum Narkotyków w Sop Ruak w północnej Tajlandii:

W 1898 r., czyli 2 lata przed wynalezieniem Aspiryny, niemiecka firma Bayer opatentowała inny lek, w którym pokładała wielkie nadzieje. Nazwała go Heroina, bo według wstępnych badań był heroiczny jak superbohater i nie powodował uzależnienia.

Legalne przychody rządu Tajlandii z handlu opium w 1944 roku sięgnęły 60 mln bahtów i stanowiły 21% budżetu.

Ogólnie według nas Hall of Opium, czyli Muzeum Narkotyków w Sop Ruak to jedna z najciekawszych atrakcji, jakie widzieliśmy w Tajlandii. W całości wykute we wnętrzu góry, gromadzi fantastyczne informacje o narkotykach od starożytnej Mezopotamii po wojny z kartelami i najnowocześniejsze fortele przemytników. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają naprawdę przenieść się w czasie i zrozumieć historię narkotyków.

.

A na koniec jeszcze więcej (naprawdę autentycznych) Akha.

Wioski Akha, Muang Sing, Laos

.

Z życia mnicha

To nie będzie zwykły artykuł o buddyjskich mnichach. Chciałem napisać o porannych modłach, chodzeniu po jałmużnę o świcie, medytacji i kosmicznym spokoju, którym emanują mnisi niemal podczas każdej rozmowy. Ale zamiast tego będzie to artykuł o tym, dlaczego w Birmie to właśnie mnisi poprowadzili rewolucję przeciwko dyktaturze i jak to się dzieje, że w Tajlandii obcy nam ludzie notorycznie zostawiali zapalony samochód z kluczykami wewnątrz pod naszą opieką.

Klasztorny spokój

Klasztorny spokój

Zacznijmy od tego, że w buddyjskim kręgu kulturowym każdy mężczyzna musi choć raz w życiu zostać mnichem. W zasadzie nie ma oficjalnego przymusu i nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma, a wszyscy przywdziewają pomarańczowe szaty z niekłamaną dumą. Mężczyźni, a raczej młodzi chłopcy chętnie wstępują do zakonu na krótki czas, gdzie znajdują wyciszenie, zapoznają się z naukami Buddy i przygotowują do wkroczenia w dorosłe życie. Większość z nich wstępuje do Nowicjatu na kilka tygodni, ewentualnie kilka miesięcy. Dziś rzadko kto zostaje mnichem na dłużej niż rok. Oczywiście poza tymi, którzy po Nowicjacie wybierają drogę profesjonalisty.

W poszukiwaniu nirwany

Co ciekawe buddyjskie klasztory są pewnego rodzaju instytucją otwartą. Wstąpić w szeregi mnichów można kilkakrotnie i wcale nie jest to rzadka praktyka.

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Często po latach już dorośli mężczyźni odnawiają śluby Nowicjatu, po raz kolejny przywdziewając pomarańczowe szaty. Nasz znajomy 30-letni Taj, w zakonie był już 3 razy. Najpierw 8 tygodni, po kilku latach 4, a ostatnio podczas urlopu w pracy wstąpił znowu na 15 dni. Wynika to też po części z szacunku, jakim cieszą się mnisi w buddyjskich krajach. Ich życie zawsze jest skromne, nie robią nic na pokaz, wyrzekają się wszelkiego dobytku, a utrzymują wyłącznie z jałmużny.

W rejonach wiejskich oraz małych miasteczkach nawet w dzisiejszych czasach codziennie o świcie mnisi wyruszają ze swoim jedynym dobytkiem, czarną porcelanową misą, na obchód po okolicy. W Tajlandii, Laosie, Kambodży, a w szczególności Birmie ludzie masowo wylegają wówczas przed domy i sklepiki, ofiarowując mnichom ryż i prostą strawę w zamian za błogosławieństwo. Często nawet dla postronnych laików ma to niemal mistyczny wymiar.

Karma, czyli budowanie przeznaczenia

Buddyzm w zasadzie nie jest religią. Jest raczej jak droga, którą jej wyznawca podąża przez życie. Ma być filozofią życiową, a nie zbiorem gestów, które zapewniają gładkie przejście do wieczności. Czasem doprawdy ciężko w to uwierzyć, obserwując, z jaką czołobitnością buddyści biją pokłony przez posągiem Buddy. Sęk w tym, że Budda zabronił swoim uczniom czcić kogokolwiek, z sobą w szczególności. Na szczęście niektórzy wyznawcy faktycznie traktują pokłony wyłącznie jako rytuał, który pozwala im się skupić.

Karmazynowy myśliciel

Karmazynowy myśliciel

Tak czy inaczej buddystów cechuje niespotykany wręcz spokój. Jednym z najważniejszych założeń tej religii-filozofii jest karma. Tu nie ma odpuszczania grzechów, rozgrzeszania ani podobnych wymówek. Postępujesz źle, a zło wróci do ciebie. Prawdopodobnie ze zdwojoną siłą. Zabijasz zwierzęta? W następnym wcieleniu będziesz jednym z nich. Kradniesz? Czeka cię nieszczęście. Jeśli nie za chwilę, to w kolejnym życiu. „Zła karma” nigdy nie zostanie ci odpuszczona. Ewentualnie możesz ją odkupić zdwojonymi wysiłkami na rzecz „dobrej karmy”, ale nie jest to łatwe i zajmuje lata.

Jak to obrazowo ujął jeden z mnichów w Laosie, gdy uderzasz stół, stół uderza też Ciebie. Karma zawsze wraca.

Batman forever

Batman forever

Taka filozofia towarzyszy ludziom przez całe życie, więc w buddyjskich krajach raczej nie trzeba obawiać się o bezpieczeństwo. W Tajlandii niemal 2,5 tys. km przejechaliśmy stopem. Podczas licznych podróży standardem było, że kierowca wychodził do sklepu na stacji, zostawiając włączony samochód pod naszą opieką, a na koniec przynosił jeszcze colę i bułki. Któregoś razu, gdy oprócz kluczyków kobieta zostawiła także kilkaset złotych wetknięte przy skrzyni biegów, poczuliśmy, jak napełnia się dobra karma ludzkości.

Pomarańczowy w modzie

Dlaczego buddyjscy mnisi w Tajlandii, Laosie i Kambodży chodzą w pomarańczowych szatach, a w Birmie w czerwonych?

Pomarańczowy w modzie

Pomarańczowy w modzie

Ustalenie tego faktu okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i zajęło nam kilka miesięcy. Wielu mnichów ma własne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że pomarańczowy to kolor oświecenia, który Budda przywdział po Przebudzeniu.

Ale co z czerwonym? Zarówno w Tajlandii jak i Birmie rozpowszechniony jest przecież ten sam rodzaj buddyzmu – Theravada, więc nie powinno być różnicy. Okazuje się jednak, że czerwone szaty wywodzą się z Kaszmiru i Tybetu, gdzie kolor ten był najtańszy w uzyskaniu. Budda zawsze był zwolennikiem prostych rozwiązań i chciał, żeby mnisi byli blisko zwykłych ludzi, więc nakazał ubieranie się w najbardziej pospolity i najtańszy kolor – właśnie czerwony. A w Azji Południowo-Wschodniej tańszy był pomarańczowy.

W szarej Polsce pospolitość bordowej czerwieni i pomarańczu może nieco dziwić, ale po wizycie w kolorowych Indiach, gdzie Budda spędził większość życia, łatwiej to zrozumieć.

Birmański uśmiech mnicha

Buddyjscy mnisi niemal zawsze są skorzy do rozmowy. Wyłączając turystyczne enklawy, jak Bangkok, Luang Prabang w Laosie czy Siem Reap w Kambodży, gdzie naprawdę jest przesyt obcokrajowców, w co drugim klasztorze możemy liczyć na bardzo ciekawą rozmowę.

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

W szczególności dotyczy to Birmy, gdzie mnisi stanowią intelektualną elitę, a przyklasztorne szkoły zapewniają niezłą edukację i komunikatywny angielski. Przechadzając się po buddyjskich klasztorach w Mandalay czy prowincji Shan, ciężko wykręcić się od zaproszenia na klasztorną herbatę i pogawędki o religii i świecie.

W Birmie, w której za najmniejsze słowo sprzeciwu wobec władz, można dostać kulkę w łeb, 3 lata temu buddyjscy mnisi masowo wyszli na ulice protestować przeciwko reżimowi, który rujnuje kraj. Reżim jak zwykle odpowiedział ostro, zabijając co najmniej kilkuset mnichów i zamykając klasztory. Jeden z mnichów, którego poznaliśmy w Mandalay stracił dwóch najbliższych przyjaciół z klasztoru w zamieszkach. Dziś birmańscy ubecy często kręcą się w pobliżu świątyń, złowrogo zerkając na każdą konwersację obcokrajowców z mnichami.

Odnajdź swoją drogę

Co ciekawe, buddyjscy mnisi, tak w Birmie jak i wszędzie indziej, nigdy nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii.

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas podróży bardzo często musimy tłumaczyć się z naszego ateizmu, szczególnie w katolickim Borneo. W drodze do Cameron Highlands pewien Malaj też nie potrafił nas zrozumieć i za wszelką cenę chciał nawrócić nas na Allacha. Tymczasem buddyści nigdy nie mają takiej presji. A gdy już stwierdzamy, że wierzymy w rozum i ludzi, to uznają nas niemal za swoich.

Jeden z mnichów stwierdził wręcz, że brak religii nie jest zły. Najważniejsze, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. A żyjąc bez religii, zawsze mamy czas na studiowanie przekonań innych ludzi i odnalezienie swojej drogi.

I za to właśnie uwielbiamy buddystów.

.

—————————————————————-

Ciekawostki, które nijak nie pasują do artykułu:

Tajski mnich, którego spotkaliśmy w Angkorze, nie był pewien czy ma 45 czy 46 lat. Wspólnie sprawdziliśmy w paszporcie i wyszło, że pomylił się o 4.

Mnisi jedzą dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz tuż po świcie, po zebraniu jałmużny, a drugi około 11 rano. Potem post do następnego świtu. W niektórych klasztorach jada się tylko raz dziennie.

Za to większość czasu w ciągu dnia przypada na recytację Sutr, nazywaną przez mnichów potocznie Pali. Przez ponad 2000 lat nauka wszystkich kazań Buddy na pamięć była jedynym sposobem przekazywania kanonu tej filozofii. Nawet dziś mnisi pozostają żyjącą księgą.

Ze względu na szacunek dla mnichów, nie powinno wywyższać się ponad nich. Dotyczy to także sytuacji bardzo prozaicznych. Gdy kelnerka serwuje posiłek w ulicznej restauracji, do stolika, przy którym siedzi mnich, podejdzie zgięta wpół lub kucając, aby nie przewyższyć go głową.

.

—————————————————————–

W obleganym Luang Prabang, uśmiechnęło się do nas pomarańczowe szczęście. Wybrawszy się o świcie w poszukiwaniu mnichów mimochodem trafiliśmy na doroczne święto jednej ze świątyń. Ponad 2 godziny obserwowaliśmy rytuały i modlitwy, które zgromadziły z pół dzielnicy, ale zaledwie troje turystów (łącznie z nami). Niezwykłe przeżycie.

Starając się unikać typowej w Luang Prabang fotonachalności i ładowania obiektywu mnichom w twarz, raczej bardziej uczestniczyliśmy niż rejestrowaliśmy, ale mimo wszystko coś tam udało się pstryknąć i nakręcić. Zapraszamy na film.

.

.

I kilka fotek w czerwieni i pomarańczu.

.

Z życia mnicha, Birma, Laos, Tajlandia, Kambodża

.

Podróż za jeden uśmiech

Zachęceni autostopowymi przygodami w Birmie i przejechaniem w ten sposób połowy Tajlandii, postanowiliśmy na dobre przywrócić do łask podróże za jeden uśmiech. Prawdę mówiąc, kraj na autostopową rezurekcję wybraliśmy sobie raczej średni, bo Laos z pewnością nie jest samochodowym rajem.

Niemniej jednak na stopa udało nam się przejechać calutki kraj, od Pakse aż po Huay Xai. Udało się ku naszemu własnemu zaskoczeniu, bo w górskich rejonach prowincji Luang Prabang czy Udomxai, a w szczególności na odcinku do Luang Nam Tha niemal nic nie jeździ.

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Śmieszna sprawa, ale w Laosie trudno złapać stopa, dopóki nie wyjdzie się poza obręb cywilizacji. Instytucja autostopu jest tu niemal nieznana, ale po oddaleniu się od ostatnich wioskowych chałup szybko ktoś się zatrzymuje – najczęściej z ciekawości lub pchany buddyjską chęcią niesienia pomocy.

Przejechanie ponad 1600 km zajęło nam łącznie 6 dni, czyli raptem o jeden-dwa dni dłużej niż pokonanie tej trasy autobusem. Oczywiście jak zwykle największym atutem podróżowania na stopa okazali się ludzie. Jechaliśmy m.in. z brytyjskim saperem, który rozbraja amerykańskie bomby sprzed 40 lat czy laotańskim katolickim księdzem – jednym z zaledwie kilkunastu w tym buddyjskim kraju. Rozładowywaliśmy ananasy i przyglądaliśmy się uzyskiwaniu zezwoleń na prowadzenie plantacji kauczuku w tym komunistycznym kraju.

Na pace z ananasami

Na pace z ananasami

A teraz zapraszamy na krótką relację z dwóch całkiem ciekawych przejazdów.

Powypadkowe Luang Prabang

Na początek autostopowo bezowocna czterokilometrowa przebieżka za miasto, gdzie zabudowania się przerzedzają i jest szansa na złapanie jakiegoś kierowcy na litość. Niestety nie tym razem. Ruch pojazdów nietraktorowych jest znikomy i przez pierwsze pól godziny na drodze udało nam się zatrzymać jedynie kilka płatnych busów.

Jak zwykle w takich przypadkach zaczynamy więc odprawiać szamańskie praktyki, telepatycznie rozmawiać z kierowcami, a następnie już otwartym tekstem z ich matkami oraz bliższą i dalszą rodziną do trzeciego pokolenia wstecz.

W końcu jest! Laotański rozklekotany TIR, którego kierowca po angielsku nie zna co prawda nawet słowa „hello”, ale uśmiechem jak arabski półksiężyc gotów połączyć sobie uszy. Zainstalowawszy się w kabinie, po piwnych naklejkach szybko rozpoznajemy, że to swojak i łączą nas wspólne zainteresowania. Udaje nam się także ustalić, że wiezie BeerLao prosto do Luang Prabang. Sytuacja wydawać by się mogło idealna. Raptem 200 km, czyli ok. 6 godzin jazdy.

Co tym razem, szefuniu?

Co tym razem, szefuniu?

Przez pierwsze kilka godzin kilometry połykamy jednak zaskakująco wolno, co pół godziny przystając a to na dolanie wody do chłodnicy, płynu hamulcowego do świecącego czystością zbiorniczka czy załatanie nieodgadnionej rury kawałkiem aluminium wyciętym z puszki.

Laotański rwący uszy pop i upały pory suchej działają jednak usypiająco, więc z trudem zwalczamy sen, łapiąc co chwila dziesięciosekundówki.

Nagle ze słodkiego letargu wyrywa nas jednak potężny huk, trzask zbijanego szkła i szarpnięcie kabiną. To chińska ciężarówka, która zahaczyła nas, próbując wyminąć na górskich serpentynach. Całe szczęście kierowca świetnie dał sobie w tej sytuacji radę, opanował naszego wraka i zatrzymał się przy krawędzi drogi, skutecznie blokując jeden pas ruchu na drodze nad przepaścią.

Szkody nie były duże, ale i tak przyszło nam czekać ponad 2 godziny na przyjazd przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej. W tym czasie mijały nas dziesiątki tirów i autobusów z przeraźliwym trąbieniem, a my przynajmniej w połowie przypadków byliśmy pewni, że ten już z pewnością zepchnie nas w przepaść.

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

Byliśmy gdzieś na zboczu góry, lało, wiało i nagle laotańskie lato okazało się wyjątkowo zimne. Od razu skreśliliśmy ewentualność łapania kolejnego stopa. Zresztą poczuliśmy się jedną drużyną z naszym kierowcą, przeciwko trójce Chińczyków, z których jeden był sprawcą wypadku. Atmosfera gęstniała, a my byliśmy gotowi do obrony sprawiedliwości przed chińskim okupantem.

Skończyło się jednak pokojowo, a dalsza podróż przebiegła już bez większych przygód, nie licząc mgły, podczas której widoczność z rzadka przekraczało 5 metrów. Nasza ciężarówka tocząc się 5 km na godzinę, niemal jak Costner w Bodyguardzie poruszała się raczej na słuch niż wzrok, co chwila budząc wszystkich mieszkańców efektownym klaksonem.

Do Luang Prabang dotarliśmy po 12 godzinach jazdy.

Wymagające (nie tylko lingwistycznie) Luang Nam Tha

Dziś poprzeczka postawiona naprawdę wysoko. 340 km z Luang Prabang do Luang Nam Tha minibusy pokonują w 10 godzin (za horrendalne 15 USD od osoby!!), a po tej górskiej trasie niemal nic nie jeździ. My jednak, zachęceni naszymi dotychczasowymi autostopowymi sukcesami, a także pchani chorobliwą myślą domknięcia autostopowej pętli przez cały Laos, postanowiliśmy zaryzykować.

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

W pewnym momencie, na opustoszałej górskiej drodze musieliśmy imać się już naprawdę desperackich trików. Po ponad godzinie oczekiwania, podczas której minęły nas może ze 3 pojazdy, porzuciliśmy tradycyjnie wyciągniętą rękę. Chińskich biznesmenów udało mi się zatrzymać, już z daleka wybiegając na drogę i wykonując widowiskowe pajacyki.

Przejechaliśmy z nimi ponad połowę drogi i była to przejażdżka jedna z ciekawszych jak do tej pory. Porozumiewaliśmy się wyłącznie po chińsku i polsku, więc wziąwszy pod uwagę tradycyjną chińską domyślność i bystrość umysłu, dobre pół godziny zajęło nam wytłumaczenie, skąd jesteśmy i dowiedzenie się, że oni pochodzą z Yunnanu. Ale za to po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na przepyszny chiński obiad, podczas którego jak zwykle nie zabrakło niecodziennych przysmaków Państwa Środka. Dziś dominowały smażone wieprzowe jelita z warzywami. Dodatkowo jeden z Chińczyków autentycznie szedł po rekord ciepłowni EC Siekierki, podczas 4 godzin jazdy wypalając ponad 2 paczki fajek. A wszystkie je upychał do wyjątkowo fantazyjnej cygaretki, której nie powstydziłby się Hans Landa.

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Druga połowa drogi też bardzo ciekawa, ale o tym innym razem, bo Word już dawno sygnalizował osiągnięcie limitu znaków.

Na zachętę tylko próbka:

Jedziemy z Laotańczykiem, który zaciekawił się parą obcokrajowców przy drodze. Po ustaleniu skąd i dokąd zmierzamy, a także liczby dzieci i żon, od pół godziny pielęgnujemy spokój wewnętrzny. Widząc mijany słupek drogowy, postanawiam przełamać ciszę:

Luang Nam Tha, saam hałi sip kilo – uderzam w gadkę. Luang Nam Tha, 310 km.

– Dobrze! Ty mówić po laotańsku. Daleka droga.

Rytualna wymiana uśmiechów i jedziemy dalej.

Luang Nam Tha, song hałi dżet sip kilo – zagajam znowu godzinę później, ale na zbyt wiele mnie nie stać. Luang Nam Tha, 270 km.

Daleka droga, to już wiem.

Czekając długie godziny na stopa, myśl nasza zazwyczaj hasa swobodnie i zwykła wybiegać daleko. Dziś na przykład wymyśliliśmy imiona dla naszego przyszłego psa i kota. Będą to Piksel i Hmong.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

A jakby dzisiejszych autostopowych przygód było mało, wieczorem w Luang Nam Tha natknęliśmy się na Martę i Maćka. To pierwsza para Polaków podróżujących dookoła świata, jakich spotykamy. Są w sytuacji niemal identycznej jak nasza, tylko że właśnie wkraczają do Azji po pół roku w Ameryce Południowej i Nowej Zelandii. Wymianie spostrzeżeń, poradom i śmiechom nie było końca do późnej nocy.

P.S. Co do kota (Hmong – przyp. autora) nie mamy jeszcze stuprocentowej pewności, bo w grę ciągle wchodzi Fudżi.

P.P.S. Jeżdżenie stopem ma jedną wadę. Brak czasu spędzonego w autobusach sprawia, że nie mam kiedy pisać i napoczęte wpisy oraz luźne zdania zaczynają mi już rozsadzać głowę.

.

—————————————

Na zakończenie zapraszamy do galerii z Vientiane i Luang Prabang. A tam  m.in. Mekong w porze suchej, mnisi, kwiat bananowca i pomarańczowy w modzie.

Vientiane i Luang Prabang, Laos

.