Podróż za jeden uśmiech

Zachęceni autostopowymi przygodami w Birmie i przejechaniem w ten sposób połowy Tajlandii, postanowiliśmy na dobre przywrócić do łask podróże za jeden uśmiech. Prawdę mówiąc, kraj na autostopową rezurekcję wybraliśmy sobie raczej średni, bo Laos z pewnością nie jest samochodowym rajem.

Niemniej jednak na stopa udało nam się przejechać calutki kraj, od Pakse aż po Huay Xai. Udało się ku naszemu własnemu zaskoczeniu, bo w górskich rejonach prowincji Luang Prabang czy Udomxai, a w szczególności na odcinku do Luang Nam Tha niemal nic nie jeździ.

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Śmieszna sprawa, ale w Laosie trudno złapać stopa, dopóki nie wyjdzie się poza obręb cywilizacji. Instytucja autostopu jest tu niemal nieznana, ale po oddaleniu się od ostatnich wioskowych chałup szybko ktoś się zatrzymuje – najczęściej z ciekawości lub pchany buddyjską chęcią niesienia pomocy.

Przejechanie ponad 1600 km zajęło nam łącznie 6 dni, czyli raptem o jeden-dwa dni dłużej niż pokonanie tej trasy autobusem. Oczywiście jak zwykle największym atutem podróżowania na stopa okazali się ludzie. Jechaliśmy m.in. z brytyjskim saperem, który rozbraja amerykańskie bomby sprzed 40 lat czy laotańskim katolickim księdzem – jednym z zaledwie kilkunastu w tym buddyjskim kraju. Rozładowywaliśmy ananasy i przyglądaliśmy się uzyskiwaniu zezwoleń na prowadzenie plantacji kauczuku w tym komunistycznym kraju.

Na pace z ananasami

Na pace z ananasami

A teraz zapraszamy na krótką relację z dwóch całkiem ciekawych przejazdów.

Powypadkowe Luang Prabang

Na początek autostopowo bezowocna czterokilometrowa przebieżka za miasto, gdzie zabudowania się przerzedzają i jest szansa na złapanie jakiegoś kierowcy na litość. Niestety nie tym razem. Ruch pojazdów nietraktorowych jest znikomy i przez pierwsze pól godziny na drodze udało nam się zatrzymać jedynie kilka płatnych busów.

Jak zwykle w takich przypadkach zaczynamy więc odprawiać szamańskie praktyki, telepatycznie rozmawiać z kierowcami, a następnie już otwartym tekstem z ich matkami oraz bliższą i dalszą rodziną do trzeciego pokolenia wstecz.

W końcu jest! Laotański rozklekotany TIR, którego kierowca po angielsku nie zna co prawda nawet słowa „hello”, ale uśmiechem jak arabski półksiężyc gotów połączyć sobie uszy. Zainstalowawszy się w kabinie, po piwnych naklejkach szybko rozpoznajemy, że to swojak i łączą nas wspólne zainteresowania. Udaje nam się także ustalić, że wiezie BeerLao prosto do Luang Prabang. Sytuacja wydawać by się mogło idealna. Raptem 200 km, czyli ok. 6 godzin jazdy.

Co tym razem, szefuniu?

Co tym razem, szefuniu?

Przez pierwsze kilka godzin kilometry połykamy jednak zaskakująco wolno, co pół godziny przystając a to na dolanie wody do chłodnicy, płynu hamulcowego do świecącego czystością zbiorniczka czy załatanie nieodgadnionej rury kawałkiem aluminium wyciętym z puszki.

Laotański rwący uszy pop i upały pory suchej działają jednak usypiająco, więc z trudem zwalczamy sen, łapiąc co chwila dziesięciosekundówki.

Nagle ze słodkiego letargu wyrywa nas jednak potężny huk, trzask zbijanego szkła i szarpnięcie kabiną. To chińska ciężarówka, która zahaczyła nas, próbując wyminąć na górskich serpentynach. Całe szczęście kierowca świetnie dał sobie w tej sytuacji radę, opanował naszego wraka i zatrzymał się przy krawędzi drogi, skutecznie blokując jeden pas ruchu na drodze nad przepaścią.

Szkody nie były duże, ale i tak przyszło nam czekać ponad 2 godziny na przyjazd przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej. W tym czasie mijały nas dziesiątki tirów i autobusów z przeraźliwym trąbieniem, a my przynajmniej w połowie przypadków byliśmy pewni, że ten już z pewnością zepchnie nas w przepaść.

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

Byliśmy gdzieś na zboczu góry, lało, wiało i nagle laotańskie lato okazało się wyjątkowo zimne. Od razu skreśliliśmy ewentualność łapania kolejnego stopa. Zresztą poczuliśmy się jedną drużyną z naszym kierowcą, przeciwko trójce Chińczyków, z których jeden był sprawcą wypadku. Atmosfera gęstniała, a my byliśmy gotowi do obrony sprawiedliwości przed chińskim okupantem.

Skończyło się jednak pokojowo, a dalsza podróż przebiegła już bez większych przygód, nie licząc mgły, podczas której widoczność z rzadka przekraczało 5 metrów. Nasza ciężarówka tocząc się 5 km na godzinę, niemal jak Costner w Bodyguardzie poruszała się raczej na słuch niż wzrok, co chwila budząc wszystkich mieszkańców efektownym klaksonem.

Do Luang Prabang dotarliśmy po 12 godzinach jazdy.

Wymagające (nie tylko lingwistycznie) Luang Nam Tha

Dziś poprzeczka postawiona naprawdę wysoko. 340 km z Luang Prabang do Luang Nam Tha minibusy pokonują w 10 godzin (za horrendalne 15 USD od osoby!!), a po tej górskiej trasie niemal nic nie jeździ. My jednak, zachęceni naszymi dotychczasowymi autostopowymi sukcesami, a także pchani chorobliwą myślą domknięcia autostopowej pętli przez cały Laos, postanowiliśmy zaryzykować.

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

W pewnym momencie, na opustoszałej górskiej drodze musieliśmy imać się już naprawdę desperackich trików. Po ponad godzinie oczekiwania, podczas której minęły nas może ze 3 pojazdy, porzuciliśmy tradycyjnie wyciągniętą rękę. Chińskich biznesmenów udało mi się zatrzymać, już z daleka wybiegając na drogę i wykonując widowiskowe pajacyki.

Przejechaliśmy z nimi ponad połowę drogi i była to przejażdżka jedna z ciekawszych jak do tej pory. Porozumiewaliśmy się wyłącznie po chińsku i polsku, więc wziąwszy pod uwagę tradycyjną chińską domyślność i bystrość umysłu, dobre pół godziny zajęło nam wytłumaczenie, skąd jesteśmy i dowiedzenie się, że oni pochodzą z Yunnanu. Ale za to po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na przepyszny chiński obiad, podczas którego jak zwykle nie zabrakło niecodziennych przysmaków Państwa Środka. Dziś dominowały smażone wieprzowe jelita z warzywami. Dodatkowo jeden z Chińczyków autentycznie szedł po rekord ciepłowni EC Siekierki, podczas 4 godzin jazdy wypalając ponad 2 paczki fajek. A wszystkie je upychał do wyjątkowo fantazyjnej cygaretki, której nie powstydziłby się Hans Landa.

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Druga połowa drogi też bardzo ciekawa, ale o tym innym razem, bo Word już dawno sygnalizował osiągnięcie limitu znaków.

Na zachętę tylko próbka:

Jedziemy z Laotańczykiem, który zaciekawił się parą obcokrajowców przy drodze. Po ustaleniu skąd i dokąd zmierzamy, a także liczby dzieci i żon, od pół godziny pielęgnujemy spokój wewnętrzny. Widząc mijany słupek drogowy, postanawiam przełamać ciszę:

Luang Nam Tha, saam hałi sip kilo – uderzam w gadkę. Luang Nam Tha, 310 km.

– Dobrze! Ty mówić po laotańsku. Daleka droga.

Rytualna wymiana uśmiechów i jedziemy dalej.

Luang Nam Tha, song hałi dżet sip kilo – zagajam znowu godzinę później, ale na zbyt wiele mnie nie stać. Luang Nam Tha, 270 km.

Daleka droga, to już wiem.

Czekając długie godziny na stopa, myśl nasza zazwyczaj hasa swobodnie i zwykła wybiegać daleko. Dziś na przykład wymyśliliśmy imiona dla naszego przyszłego psa i kota. Będą to Piksel i Hmong.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

A jakby dzisiejszych autostopowych przygód było mało, wieczorem w Luang Nam Tha natknęliśmy się na Martę i Maćka. To pierwsza para Polaków podróżujących dookoła świata, jakich spotykamy. Są w sytuacji niemal identycznej jak nasza, tylko że właśnie wkraczają do Azji po pół roku w Ameryce Południowej i Nowej Zelandii. Wymianie spostrzeżeń, poradom i śmiechom nie było końca do późnej nocy.

P.S. Co do kota (Hmong – przyp. autora) nie mamy jeszcze stuprocentowej pewności, bo w grę ciągle wchodzi Fudżi.

P.P.S. Jeżdżenie stopem ma jedną wadę. Brak czasu spędzonego w autobusach sprawia, że nie mam kiedy pisać i napoczęte wpisy oraz luźne zdania zaczynają mi już rozsadzać głowę.

.

—————————————

Na zakończenie zapraszamy do galerii z Vientiane i Luang Prabang. A tam  m.in. Mekong w porze suchej, mnisi, kwiat bananowca i pomarańczowy w modzie.

Vientiane i Luang Prabang, Laos

.

Advertisements

Posted on 29 kwietnia 2011, in Laos and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s