Archiwa blogu

Disfrutuj się życiem

Jest po hiszpańsku takie słowo. Nazywa się disfrutar.

Znaczy tyle co „cieszyć się z czegoś”, „radować”. Ale bardziej. Disfrutowanie jest podstawą egzystencji każdego Latynosa i nadrzędnym celem życiowym. Nieważne od statusu.

Disfrutuj się życiem

Disfrutuj się życiem

Disfrutują wszyscy. Disfrutują się krajobrazami, jedzeniem (nawet gdy jest niedobre), spotkaniem z rodziną i znajomymi. Disfrutują się chwilą.

Kiedyś w małym argentyńskim miasteczku, do którego nikt nie przyjeżdża, para w restauracji kupiła nam butelkę wina. Siedzieli przy stoliku obok, więc zagadnęli nas, bo ewidentnie nie wyglądaliśmy na miejscowych. A skąd, a dokąd, a czemu, a gratulujemy. I nawzajem. No to kielichy w górę i „za waszą podróż. Disfrutujcie się nią, bo jest piękna”.

Milioner Fernando, z którym przemierzyliśmy Patagonię i kilka razy wybraliśmy się razem na treking w okolicy El Chaltén, na szlaku w górach zaczepiał wszystkich Argentyńczyków. I Chilijczyków. Przystają, śmieją się, gadają. Trochę się niecierpliwimy, bo przecież przyszliśmy pochodzić po górach, prawda? Czy może jednak nie prawda, więc socjalizujmy się i disfrutujmy chwilą? Nawet w warsztacie samochodowym, Fernando skumplował się z mechanikiem podczas zmiany przebitej opony.

Gdy byliśmy w Santiago, nasz CouchSurfingowy gospodarz Agustin zwrócił nam uwagę na pewną zaskakującą rzecz. Przejechał kiedyś niemal całą Europę. I zasmucił się, że na starym kontynencie wszyscy jacyś tacy smutni. Nie odzywają się do siebie. Nie mówią „hola!” do nieznajomych. Nie dzielą uśmiechów. „I Wy jacyś tacy kolorowi… Żółte koszulki, czerwone spodnie… Na pewno jesteście z Polski? Pamiętam, że gdy byłem w Polsce, wszyscy chodzili ubrani na szaro”.

Disfrutujmy się życiem.

.

Reklamy

Dziesięć przykazań

Boliwia, Ekwador, Peru, Kolumbia, wszystko ładnie pięknie, ale jest jedna rzecz, która nie daje nam spokoju, odkąd wyjechaliśmy z Argentyny kilka miesięcy temu. I jeśli nie podzielę się nią z Wami teraz, to pęknę i zamilknę na wieki.

Ta rzecz to yerba mate. Dla przyjaciół mate.

Najpierw Dekalog:

1. Nie będziesz miał innych matejmistrzów przede mną.

2. Nie pożądaj matejki bliźniego swego w kolejce jego.

3. Bombilla jak matka – ssaj ale nie kręć i nie szarp.

4. Szanuj rozmówcę swego i odkręć bombillę w kierunku jego.

5. Gorzko, słodko, zimno, ciepło – wolnoć Tomku w swoim domku.

6. Żadna „jerba” – tylko „zierba”.

7. Słuchaj wody – przemówi do Ciebie.

8. Rozmawiaj tylko o tym, co w życiu ważne.

9. Dziękujesz – żałujesz.

10. Ciesz się chwilą.

****

Yerba mate

Yerba mate

A teraz do rzeczy.

Przemarznięty wsiadasz do długo wyczekiwanego stopa w Patagonii i niemal na wejściu dostajesz gorącą matejkę z aromatycznym wywarem. Wraz z gorzkawą, przez wielu znienawidzoną, ziołową herbatką ciepło rozchodzi się po Twoich trzewiach, a yerba mate staje się twoim ulubionym napojem.

A może siedzisz przy stole na wsi. Dym z paleniska unosi się w powietrzu, matejka krąży wokół, serwuje oczywiście dziadek – najstarszy w rodzinie. Mistrz ceremonii może być tylko jeden. Polewa mate i kolejno przekazuje szlachetny napój kolejnym „materos”. Matejka przechodzi z rąk do rąk, zawsze zwrócona bombillą (czyt. bombisią) w kierunku przyjmującego. Przekazać mate nie odwróconą w kierunku rozmówcy to nie lada potwarz. Nieobytemu turyście jeszcze ujdzie, ale latynos naraża się na poważne konsekwencje. Nie przejdzie natomiast kręcenie czy wyjmowanie bombilly, czyli „rurki do mate”. Dobrze zaparzona mate, szczególnie na sposób urugwajski, jest tak usypana, że woda dociera jedynie do tej części matejki, w której znajduje się bombilla. Z jednej porcji można spokojnie zaparzyć dwa albo i trzy termosy zanim mate się wypłucze. Oczywiście pod warunkiem, że NIKT NIE ZŁAPIE ZA BOMBILLĘ I NIE ZACZNIE NIĄ KRĘCIĆ jak szalony.

Matejka bywa różna, w zależności od stopnia hipsterstwa jej właściciela. Zdarzają się nawet metalowe czy plastikowe wraz z termosem. Ale nie ma jak oryginalna zdrewniała mate z kalabasy. Wydrążona z miejscowej odmiany dyni ma piękny głuchy dźwięk, w środku jest poszarpana i niechlujna jak na Amerykę Łacińską przystało, a mate z niej sączona zawsze smakuje najlepiej.

Byle wodę gotował...

Byle wodę gotował…

Na południu, w Patagonii, najpewniej dostaniesz mate gorzką. Choć i tu zdarzają się fani yerby słodzonej. Juan – nasz znajomy gaucho spod Mendozy zdradził nam kiedyś, że prawdziwy macho pije tylko gorzką mate. A że każdy Argentyńczyk jest macho (albo przynajmniej chciałby być), to słodką częściej poczęstują Cię w Chile.

Jak sypać i parzyć mate, też moglibyśmy Wam zdradzić, ale nic nie zastąpi radości poznawania tego rytuału na własne oczy w jakimś argentyńskim domu. Wyznamy jedynie, że mate należy zalewać wodą nie doprowadzoną jeszcze do wrzenia, ale niemal gorącą. Naukowo pewnie jakieś 70-80 stopni, ale przecież żaden Argentyńczyk nie będzie nadskakiwał czajnikowi z termometrem. Za to prawie każdy położy dłoń na uchwycie i rozmawiając z Tobą o przyszłości ludzkości bądź pochodzeniu cywilizacji, będzie wsłuchiwał się w wodę, wyczekując delikatnego drżenia czajnika, gdy pod pokrywką pierwsze bąbelki zaczną wydobywać się na powierzchnię.

Zestaw do terere - matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą - niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Zestaw do terere – matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą – niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Chyba że to terere. Wywodząca się z gorącego Paragwaju terere to zwykła mate zalewana wodą lodowatą. Co ciekawe, też z termosu. Dyskusje o wyższości mate nad terere są równie powszechne i równie jałowe, co dialogi o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. A ich wynik zależy głównie od szerokości geograficznej. W upalnych argentyńskich prowincjach Corrientes czy Missiones często spotkasz już fanów terere. Ale prawdziwy ziołowy zawrót głowy przeżyjesz dopiero w Paragwaju. Ten kraj opiera się głównie na terere i ręcznie spawanym fotelu bujanym wystawionym na ganku.

No i dwa przykazania najważniejsze. Jeśli jesteś prawdziwym „matero”, nigdy nie odmawiasz mate. To jasne, że jedną musisz wypić choćby grzecznościowo, żeby nie wyrwać w pysk. Jeśli po kilku kolejkach jesteś już jednak zmatowiały, wystarczy, że oddając matejkę matejmistrzowi, powiesz „dziękuję”. Niestety, jeśli się zamyślisz i podziękujesz z grzeczności, w kolejnych rundach będziesz gapił się jak sroka w gnat, gdy mate będzie krążyła wśród pozostałych, Ciebie omijając. Waż słowa.

A reszta? Reszta to już tylko przyjemność. Po prostu ciesz się chwilą i celebruj ten moment, gdy bez radia ni telewizji siedzisz z przyjaciółmi i sączycie mate.

****

Ciekawostka lingwistyczna. „Yerba” dosłownie znaczy „zioło” albo „trawa”. Po argentyńsku wszelkie „y” i „ll” wymawia się jak „zi”, więc mamy „zierba”. „Yerba” wymawiane po normalnemu hiszpańsku, jako „jerba” to prawdziwe zioło, czyli marijuana. Należy uważać, o co się prosi.

.

Szczęki

Ciszę i radość z obserwowania orek patrolujących przybrzeżne wody zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas zakłócały jedynie komunikaty wydawane przez zakapturzoną kobietę do krótkofalówki.

Podejdę bliżej i posłucham, co tam się nadaje.

– Antu wpływa do zatoki. Zdaje się,  że Maga z trójką młodych przygotowują się do ataku w kanale brzegowym. J.C. trzyma się na razie z dala i patroluje wody w drugiej linii. Włącznie z Antu jest ich zatem już 9.

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo "naszego" jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo „naszego” jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

– Dziewięć orek? Myślałem, że co najwyżej 4-5 – zagaiłem, udając, że kumam bazę.

– Nie, nie, dziewięć. Pływają w dwóch grupach i J.C. osobno, ale myślę, że jeszcze ze dwie czy trzy powinny dziś przypłynąć. Macie szczęście. Kwiecień to najlepsza pora na obserwowanie orek. W tym miesiącu są tu prawie codziennie.

– Tak słyszeliśmy. A ten J.C. czemu pływa osobno?

– To dominujący samiec. Nigdy nie poluje. Pilnuje tylko terenu.

W tym momencie J.C. ostentacyjnie wystawił swoją płetwę grzbietową wielkości deski surfingowej nad wodę i buńczucznie parsknął, tworząc widowiskową fontannę.

– Ale co to za imię J.C? Niczym z amerykańskiego filmu.

– Nazywa się Juan Carlos?

– Jak król Hiszpanii?

– Hiszpanii? Zwariowałeś? Lepiej nie powtarzaj tego głośno. J.C. to imię po pierwszym argentyńskim badaczu orek.

– A Ty? Pracujesz tutaj?

– Tak jakby.

– Od dawna?

– Trochę. Będzie z piętnaście lat. Ale niestety nikt mi za to nie płaci – roześmiała się.

Popatrzyłem z ukosa, próbując dostrzec, co kryje się za ciemnymi okularami, rosyjską czapą i kołnierzem zasłaniającym pół twarzy.

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

– Zaraz, zaraz. Czy ja nie widziałem Cię w telewizji?

– Być może – odparła z uśmiechem, zdejmując okulary i czapę, spod której wypadł półmetrowy blond warkocz.

– Tak, Tak – teraz byłem już pewien. – Widziałem Cię w National Geographic. To w programach z Twoim udziałem po raz pierwszy usłyszeliśmy o Półwyspie Valdez! Gdyby nie Ty, pewnie by nas tu teraz nie było.

No i się zaczęło.

Ingrid Visser o orkach wie prawie wszystko. Co jedzą, jak szybko pływają, ile ważą, jak długo żyją. Wszystkie orki Półwyspu Valdez zna z imienia i rozpoznaje z kilkuset metrów po kształcie płetwy i ubarwieniu. Przez resztę poranka obserwowaliśmy te niesamowite zwierzęta i podpatrywaliśmy Ingrid przy pracy.

– Orki żyją do 80 lat. Ale tylko na wolności. W oceanariach około 10.

– To tak jak delfiny. Jakiś czas temu oglądaliśmy niesamowity dokument – Zatokę delfinów. Zdaje się, że to podobna sprawa.

– Dokładnie. Właśnie teraz walczymy o uwolnienie pewnej orki, całkiem niedawno schwytanej u wybrzeży Holandii. Wyłowiono ją, żeby jej pomóc, ale szybko zainteresowały się nią oceanaria i teraz ciężko będzie ją uratować.

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Ingrid opowiadała, a tuż obok orki szalały przy brzegu, grając na nosie fotografom z połowy świata, czekającym kilkaset metrów dalej na zdjęcia do tegorocznego World Press Photo.

– Nie ma się z czego śmiać. Oni koczują tu już od ponad tygodnia, a dziś już dwa razy biegali w tą i z powrotem po 3 kilometry wzdłuż plaży z kilkunastoma kilogramami sprzętu, gdy orki wybrały sobie sąsiednią zatokę na ataki.

Orki uwielbiają Półwysep Valdez. Przypływają co roku, aby polować tu na młode lwy morskie. Patrolują płytkie wody w oczekiwaniu na przypływ i w momencie, gdy jest wystarczająco dużo wody, chwytają lwy morskie z samej plaży. Lwów morskich jest tu z kolei zatrzęsienie i po narodzinach nowego miotu na początku roku, wszystkie one uczą się pływać i polować poprzez zabawę na płyciznach.

To właśnie to miejsce obrały sobie superinteligentne orki na łowy. Chwila nieuwagi ze strony młodych i wraz z kolejną nadchodzącą falą, orka chwyta w zęby młodą fokę.

– Patrz! – rzuciła Ingrid w momencie, gdy świeżo schwytany lew morski z impetem wyleciał w powietrze, wyrzucony przez jedną z orek. – Mówimy na to „szczeniakowy tenis”.

Po schwytaniu zdobyczy orka wypływa na głębsze wody, po czym wyrzuca ofiarę wysoko w powietrze. Maluch lata w prawo i w lewo, a orki chwytają go kolejno, nurkują i ponownie wyrzucają go w powietrze.

– Szczeniakowy tenis ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze teraz to młode orki uczą się polować. Maga upolowała lwiątko i rzuciła je swoim dzieciom do zabawy. One doskonalą w ten sposób sztukę polowania i jednocześnie przygotowują posiłek. I to jest właśnie ta druga sprawa. Orki są wyjątkowo inteligentne i jednocześnie wybredne. Nie chcą jeść włochatego lwa morskiego. Rzucając małym jak szmatą, przygotowują go także do obdarcia ze skóry. Zjedzą samo mięso, a skóra i resztki zostaną dla padlinożerców.

– Ale widzę, że młode orki muszą się jeszcze sporo uczyć – powiedziała Paula, gdy młody lew morski jakimś cudem wydostał się z oblężenia orek i z prędkością błyskawicy pomknął w stronę plaży. – Wygląda całkiem do rzeczy, zważywszy na to, co przeżył.

– To prawda, biegnie żwawo, ale ma przed sobą zaledwie kilka godzin życia. Z pewnością ma połamane żebra, strzaskaną wątrobę i inne organy wewnętrzne. Teraz przy życiu trzyma go jedynie adrenalina.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Ingrid miała rację. Następnego ranka ciało lwiątka rozrywały już na strzępy petrele i carancho – patagońskie sępy. Przez kolejne dwa dni przyjeżdżaliśmy na plażę Punta Norte. Najciekawsze w oglądaniu tych zwierząt na Półwyspie Valdez była jednak rozmowa z Ingrid Visser. Nowozelandzka badaczka rok dzieli na pobyty w Argentynie, Papui-Nowej Gwinei, Nowej Zelandii i na Antarktydzie.

Z cierpliwością św. Franciszka odpowiada wciąż na te same pytania zaciekawionych turystów. A ile jedzą, jak długo żyją, gdzie są, gdy ich nie ma? Pasja Ingrid do badania tych zwierząt jest bezgraniczna.

.

A że Półwysep Valdez to nie tylko orki, ale także mnogość guanako, pingwinów Magellana, słoni morskich, pancerników czy lwów morskich z łatwością można przekonać się, wchodząc do najnowszej galerii z Argentyny, gdzie prawie wszystkie można obejrzeć z bliska.

.

Półwysep Valdez, Patagonia, Argentyna

.

Serce tańczy

Nie tak miało być. W zasadzie w ogóle miało nas tu nie być. Już dwa tygodnie temu mieliśmy obserwować orki i słonie morskie na Półwyspie Valdez. Ale wystarczyła minuta i los znów zagrał nam na nosie. Czy my w ogóle opuścimy kiedyś Patagonię?

A zaczęło się od tego, że zasnęliśmy na podłodze w barze. I była to piękna noc. A następnego dnia zasnęliśmy tu znowu. I jeszcze raz. I jeszcze.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Ale to był wyjątkowy czas. Miesiąc temu w El Chalten spotkaliśmy przemiłego Couchsurfera tak bardzo chcącego pomagać innym podróżnikom, że przyjmuje gości nawet, gdy nie ma ich gdzie ugościć. Więc spaliśmy po godzinach w barze, który funkcjonuje tylko kilka dni w tygodniu. A El Chalten zaszło nam za skórę. Początkowo wydawało nam się, że to dlatego, że przyjechaliśmy tu z Fernandem i poznaliśmy to miejsce jego oczami.

I gdy wracaliśmy z południowych krańców kontynentu, nieco zdegustowani marketingową sieczką „Końca Świata” w Ushuaii oraz „zaledwie ładnego” Torres del Paine, nasze kroki kierowaliśmy 2000 km wprost na północ. I pewnie wylądowalibyśmy w Puerto Madryn i na Półwyspie Valdez ze dwa czy trzy dni później. Ale jeżdżąc stopem takich rzeczy się nie zaplanuje.

Zresztą realnie rzecz biorąc, w 40-milionowym kraju wielkości Indii, jakie są szanse złapania na stopa kogoś z miejscowości liczącej 2 tys. mieszkańców? I to dwa razy w przeciągu miesiąca! Więc z Rio Gallegos pojechaliśmy ponownie do Esperanzy, tym razem mając nadzieję, że dotarłszy do naszego El Chalten, zatrzemy nieco niesmak Ziemi Ognistej i Torres del Paine.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

„Ale tylko na dwa, trzy dni”, mówiliśmy do siebie, porozumiewawczo machając łebkami niczym pluszowe psiaki spod samochodowej szyby. I minęło półtora tygodnia, a magia El Chalten za nic w świecie nie chciała nas wypuścić.

Zresztą nie tylko nas. Miesiąc temu podłogę w barze dzieliliśmy z pewną Amerykanką i Niemką. Jedna wyruszała nazajutrz na północ w kierunku Bariloche i dalej do Boliwii. Druga zbierała się wkrótce do Chile. Nie uprzedziwszy nikogo o niespodziewanym przyjeździe, maszerując do naszego baru, zastanawialiśmy, jak wygląda sytuacja niemal po sezonie, gdy nawet nasz CouchSurfingowy gospodarz, pracujący tu jedynie sezonowo, wrócił już do Buenos Aires. Czy manager baru nas jeszcze pamięta? Gdzie też włóczą się po świecie Elizabeth i Daniela?

I cóż się okazuje? Elizabeth mieszka w barze już od ponad miesiąca. Pod nieobecność pracowników sezonowych, ma nawet własny pokój, a weekendami serwuje drinki za barem. Dwa dni później, włócząc się po okolicy, spotkaliśmy Danielę. Zamieszkała z pewnym Argentyńczykiem, ale „teraz to już naprawdę zaraz wyjeżdża do Bariloche”. I tak kiwaliśmy sobie wszyscy główkami, jak samochodowe psiaki.

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Prawy do lewego

I znów zamieszkaliśmy w barze. Dostaliśmy własny pokój, pomagaliśmy ogarnąć huragan po imprezach, zrobiliśmy nawet pierwsze w życiu pierogi.

Manager lokalu – Herman, z zamiłowania jest komunistą. W barze wiszą plakaty uśmiechniętego Che Guevary, a wszystko jest tu wspólne. Bar jest tak genialnie urządzony, że gdyby Herman chciał, zmiótłby konkurencję. Zresztą i on o tym doskonale wie. Ale nie chce. Impreza weekendowa jest tylko w piątki, bo „trzeba się dzielić weekendem z innymi lokalami”. Jeśli on otworzy, to inni nic nie zarobią. Właściciel lokalu chce zatrzymać Hermana za wszelką cenę, więc zgadza się na jego absurdalne warunki.

We wtorki nauka tanga. Herman uczy kilkunastu chętnych. Za darmo, „bo tango powinno być dla wszystkich”. A alkohol sprzedaje się po kosztach kupna, bo to nie jest „prawdziwa impreza”.

Kujawiak to nie wstyd

Kujawiak to nie wstyd

W środy nauka chacarery i innych tańców folklorystycznych. Ot, takie argentyńskie kujawiaki. Sala pełna. Średnia wieku – 22-25 lat. Tańce folklorystyczne tańczą tu prawie wszyscy. Chacareca, escondido, gato, co tylko chcesz. Młodzi chętnie przychodzą uczyć się chacarery, a na imprezie escondido tańczy się równie chętnie co Shakirę. Zresztą podobnie jak w Chile, gdzie narodową cuecę umieją tańczyć absolutnie wszyscy.

Parkiet płonie

Na jedną z imprez, ktoś przyszedł z psem. Otworzyły się drzwi i za właścicielem raźnym krokiem do lokalu wmaszerował typowy, przepiękny, złotowłosy, argentyński mieszaniec, wielkością jak zwykle bardziej przypominający konia niż psa. Zszokowanemu Kanadyjczykowi, z którym akurat rozmawiałem, oczy o mały włos nie wyszły z orbit. Zdegustowany stwierdził, że w Kanadzie czy USA to niemożliwe.

Raczej, że niemożliwe. Ale i to nie jest normalny bar. Niby gra muzyka. Ludzie przychodzą tańczyć. Sprzedaje się piwo i zionący lekarstwem uwielbiany przez Argentyńczyków fernet. Ale nagle leci tango. I w sekundzie za barem nie ma żywej duszy. Herman i Elizabeth wychodzą na  parkiet i już nie liczy się nic innego. Kolejka przy barze zawija się przy schodach, ale nikt nawet słowem nie piśnie, że na piwo czeka już 15 minut.

Cerro Torre - w naszym mniemaniu Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Cerro Torre - Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Teraz jest uczta dla oczu. Gdy Herman sunie po parkiecie, parkiet płonie. On nie tańczy tanga. On jest muzyką. Stopami przestawia kroki partnerek, a subtelna erotyka spływa po tańczących kaskadą wrażeń.

Można by rzec, że „było mistrzów tanga wielu, ale żaden nie śmie tańczyć przy Jankielu”. On jest urodzony do tanga. Niepokojąco przystojny, z kilkudniowym zarostem, w powyciąganych koszulach. Możemy się nie zgadzać co do Che Guevary i dyskutować o Marksie i własności prywatnej, ale jeśli chodzi o tango, to można tylko patrzeć.

Gdy kiedyś znudzi nam się podróżowanie, kupimy Hermanowi bilet do Polski, zostanie instruktorem You Can Dance i głównym przystojniakiem w tivi, VivaNajpiękniejszym, a ja wezmę 20% jako impresario i zostanę milionerem.

Ewa Bem śpiewała kiedyś, „Wyszłam za mąż, zaraz wracam. Po angielsku wyszłam za mąż”. Mam wrażenie, że z nami i El Chalten będzie podobnie.

.

El Chalten, Argentyna

.

A wiecie, co jest najlepsze? Najlepsze jest to, że ten wpis miał być o tym, jak niesamowite jest El Chalten, jakie świetne trekingi można tu zrobić, jak wygląda Południowy Lądolód Patagoński z bliska i co czuje człowiek, czekając 7 godzin na stopa, w miejscu, gdzie kończy się droga. Ale to może innym razem…

.

Trzeci świat

Mój brat, skądinąd zupełnie przytomnie, spytał mnie ostatnio, co to za bieda, że odkąd jesteśmy w Ameryce, nie publikujemy prawie żadnych zdjęć ludzi. Czy nie ma tu ciekawych twarzy? Jakichś Indian? Nowa Zelandia jasne, tam nie spodziewał się Maorysów, ale Ameryka Południowa, Chile, Argentyna? A Ziemia Ognista? Tu przecież muszą być Indianie.

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

W Indonezji, Wietnamie, Birmie, a w szczególności na Wyspach Salomona i Vanuatu rozpuściliśmy Was nieco fotograficzną odmiennością kulturową. Trzeba pamiętać jednak, że globalna wioska pędzi do przodu i żadna zapomniana cywilizacja nie może zostać z tyłu. A przede wszystkim nie chce.

Prawdziwych Cyganów już nie ma

Nawet w kraju tak odmiennym kulturowo jak Vanuatu plemienna dzikość to raczej nostalgia niż rzeczywistość.

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

I choć z pewnością to najbardziej tradycyjna i pierwotna z kultur jakie odwiedziliśmy, gdzie chociażby wspaniały rytuał picia kavy to codzienność, to Indianie odziani w spódniczki z trawy i zasłaniający sobie penisy liśćmi bananowca rodem z Boso przez Świat Cejrowskiego to bujda na resorach.

Bo niby istnieje jedna czy dwie społeczności pielęgnujące tę tradycję na Wyspie Tana, ale naprawdę ciężko zważyć czy z ich strony to całkowita chęć odrzucenia cywilizacji czy też raczej intratny projekt biznesowy. Zresztą jak rozstrzygnąć tę kwestię, gdy pozwalają się oni filmować ekipom telewizyjnym, takim jak oddział Cejrowskiego, inkasując przy tym 10 000 zł za wejście z kamerą do ich wioski.

Doprawdy żywe zoo birmańskich długoszyich plemion Karen w Mae Hong Son w Tajlandii, pobierające bodajże opłatę 20 czy 30 zł za wejście do swojej wioski to przy Vanuatańczykach z Tany biznesowe przedszkole.

No ale skoro „dziś prawdziwych Indianów już nie ma”, to kto jest? W takim chociażby Chile i Argentynie.

Otóż w takim Chile i Argentynie jest świat w wielu miejscach przynajmniej o dwa kroki do przodu przed Polską i innymi demoludami.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

Czy wiesz, że

Czy wiesz, że nauczyciel z kilkunastoletnim stażem w niewielkim mieście w Chile zarabia 700 tys. peso, czyli lekko licząc przynajmniej 5000 zł na rękę?

Czy wiesz, że kilo najtańszego sera w tym kraju kosztuje przynajmniej 35 zł, a pensja minimalna wynosząca 1200 zł ledwo starcza, by związać koniec z końcem?

Czy wiesz, że rząd Urugwaju zalegalizował niedawno domowe hodowle marihuany na własny użytek?

A wracając do marihuany czy wiesz, że rośnie ona w środkowym Chile i w niższych partiach gór w tym kraju? Niemal jak w Indiach i Nepalu. Także na dziko. A często, jako wciąż tutaj nielegalna, również poukrywana wśród krzewów winnych. Skądinąd, jak twierdzą zorientowani, jest równie dobra co w Laosie.

Kill Bill

Kill Bill

Czy wiesz, że wpisy o marihuanie bezapelacyjnie i nieprzerwanie są najpopularniejszymi wpisami na naszej stronie i żadne inne nie mogą się z nimi równać od ponad roku? Czyżby Prezes miał rację co do Internautów?

Czy wiesz, że układy cenowe w Chile i Argentynie są wyjątkowo nieprzewidywalne i w ogóle nie można ich porównywać do realiów europejskich? Przykładowo przy całej drożyźnie żywnościowej w Chile i Argentynie, działka budowlana w Puerto Varas w Chile, czyli bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo turystycznej miejscowości, takim miejscowym Kazimierzu nad Wisłą jest śmiesznie tania. Za 3 mln peso, czyli nieco ponad 20 tys. zł możesz kupić 5000 m2 nad samym jeziorem z widokiem na ośnieżony wulkan (tak, tak, dobrze kalkulujesz, jest to mniej więcej 4-5 miesięcy pracy przeciętnego nauczyciela).

W Patagońskim raju

A czy wiesz, że w Patagonii, gdzie po ostatnich Indianach słuch zaginął pewnie ze sto lat temu, finansowo życie jest przynajmniej dwa razy prostsze? Zarówno rząd Chile, jak i Argentyny za wszelką cenę stara się promować osadnictwo w tych pięknych, ale jednocześnie zimnych i niedostępnych rejonach. W prowincji Aysen na południu Chile wszyscy zatrudnieni w budżetówce zarabiają 180% pensji z Santiago.

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile.

A na Ziemi Ognistej nie ma podatków. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie. Dodatkowo w Argentynie prawo zapewnia WSZYSTKIM zatrudnionym przynajmniej dwukrotne zarobki.

Esperar to po hiszpańsku czekać. Policjant w argentyńskiej Esperanzie zarabia 8000 peso argentyńskich miesięcznie czyli ok. 6000 zł na rękę. Esperanza liczy może ze 2 tys. osób i naprawdę jedyne co można robić, to czekać. Wydarzeniem sezonu są tu zazwyczaj wypadki z udziałem guanako, które 3-4 razy do roku wybiega na drogę i kończy rozmaślone na masce wypasionego pick-upa.

Witaj w domu

Ale pieniądze na bok. Czemu w ogóle zacząłem pisać ten wpis, a argentyńskie wino wciąż odciąga mnie od sedna? Ludzie.

Chile i Argentyna to zdecydowanie najbardziej podobne kraje do Polski, jakie odwiedziliśmy. Często bardziej rozwinięte, nieco droższe, może ludzie więcej zarabiają, ale cywilizacyjnie jesteśmy wyjątkowo podobni.

Studenci jak zwykle bez pieniędzy uwielbiają podróżować, a w szczególności chodzić po górach. W wakacje na Carreterze Austral atmosfera dzięki przyjezdnym z Santiago i Argentyny jest jak w pociągu do Włodawy. Nawet jeśli ich nie stać, to stopem, albo na rowerze wyjeżdżają na kilka tygodni do niedalekiej prowincji albo sąsiedniego kraju. W metropoliach pracownicy korporacji i lokalnych firm z niecierpliwością czekają na piątek, żeby na spokojnie napić się piwa i ewentualnie wyskoczyć nad morze do Villa del Mar albo Bahia Blanca. W lato grillowanie. Nazywają to tutaj asado, ale to przecież zwyczajny polski grill. Ale powiedz tylko jakiemuś Argentyńczykowi, że jadłeś świetne asado w Chile! Umarł w butach. W Chile? Przecież oni nic nie wiedzą o asado!

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

Na chilijskiej wsi podobieństwo jest tak uderzające, że gdyby przetransportować tu mojego dziadka, to zorientowałby się pewnie dopiero po kilku dniach. Mogą być strzeliste topole, mogą być i wierzby. Domy zupełnie identyczne.

Na podłogach linoleum albo skrzypiące deski, nad zlewem kalendarz z wyrywanymi kartkami i przepisami, których nikt nigdy nie użyje. Kredensy z czasów Pinocheta, niemal zupełnie jak od Gierka, których zdaje się tylko ideologiczne wahadło wychylone było w przeciwne strony. Nawet szklanki wewnątrz dzwonią w tym samym rytmie. Aż dziw, że wódki tu nie piją. Ale bimber pędzą. I to jaki! Z jabłek, gruszek, wiśni, czereśni i czego tylko chcesz.

Na ścianach święte obrazki, Jezus z promieniującym sercem i Ostatnia wieczerza szeroka na półtora metra. A już zupełnie rozwali Cię zapach kaflowej kuchni opalonej drewnem.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Naprawdę zupełnie jak w Polsce.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Zupełnie jak w Polsce.

I nie wiem czy to te kaflowe kuchnie, rum i pisco lejące się strumieniami w Santiago i co drugim innym mieście, polska mentalność, grillowanie czy czekanie na piątek i weekendowe plany w korporacji, ale choć nigdy byśmy tego nie przypuszczali, Chile to pierwszy kraj, jaki odwiedziliśmy podczas tej podróży, w którym moglibyśmy zamieszkać.

.

Chcecie zdjęcia rdzennych Indian z Chile? Oto one:

.

Los Lagos i Puerto Varas, Chile

.

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Patagonia 4×4

Po dwóch niesamowitych tygodniach przebijania się przez Carreterę Austral – miejsce prawdziwie magiczne, Chile upuszczaliśmy w mieszanych nastrojach. Gorącą euforię miejsca skutecznie gasił przenikliwy do ostatniej gumki w majtkach patagoński deszcz. Z pewnością nie pomógł też dobijający nas już nieco strajk w prowincji Aysen, który całkowicie zablokował dostawy paliwa i sprawił, że na ostatniego stopa do argentyńskiej granicy czekaliśmy bite 8 godzin. I tak staliśmy jak kołki – zziębnięci, przemoczeni, nie mający nawet sił by kląć i zastanawiać się, jaki to będzie ten kolejny pięknie brzmiący kraj – Argentyna.

Andy w okolicach Chalten

Andy w okolicach El Chalten

Przez cały dzień minęły nas trzy samochody lokalnych farmerów, bujających się po okolicznych posiadłościach. Ale jak to zwykle ze stopem bywa, wkrótce karta się odwróciła, po ośmiu godzinach dojechaliśmy wreszcie do granicy, a następnego dnia z marszu złapaliśmy Argentyńczyka z Pico Truncado. Tu plan był prosty. Jedziemy z nim 60 km, odbijamy na najsłynniejszą południowoamerykańską drogę – Rutę 40 i kontynuujemy jakieś 400 km przez patagońskie stepy aż do El Chalten. Ale w samochodzie gadu-gadu, rozjazdu nie widać i zanim się zorientowaliśmy przejechaliśmy krzyżówkę o jakieś 30 km.

– I co robimy?

– No właśnie. Wysiadamy i wracamy 30 km? Czy jedziemy z nim aż nad Atlantyk?

– Nad Atlantyk? Ale to jakieś dodatkowe 300-400 km w jedną stronę. I będziemy musieli przekroczyć Argentynę w poprzek. 2 razy!

– Raz mamy już z głowy. Koleś jedzie prawie na wybrzeże. Wieczorem będziemy na miejscu. Może los chce nam coś powiedzieć.

– No dobra. Przynajmniej zobaczymy, jak Patagonia wygląda od środka. 2 razy! I zrobimy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę na naszej mapie.

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

****

Wieczorem rozkładając namiot w huraganowym wietrze i deszczu padającym poziomo faktycznie zastanawialiśmy się, co też takiego mądrego chciał nam powiedzieć los.

– Może chciał nas doświadczyć. Jak Hioba.

– A może po prostu powiedzieć, że jesteśmy głupi.

****

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

– Zatrzymał się! Patrz, jaki wypasiony dżip. Żeby jechał chociaż kilkaset kilometrów… Można by trochę odtajać.

– Hej. Gdzie jedziecie?

– Na południe.

– Na południe – uśmiechnął się nieznajomy – To bardzo szerokie pojęcie.

– Bo i szeroko jedziemy. Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj jakieś 400-500 km do San Julian. A jak pójdzie jeszcze lepiej, to następnego dnia drugie tyle do El Chalten.

Tu delikatny uśmiech nieznajomego wydał mi się dziwnie podejrzany.

– Ha. No to wsiadajcie. Dziś jadę do San Julian, jutro do El Chalten, a za kilka dni do Calafate, jeśli Wam to po drodze…

No i poszło jeszcze lepiej niż mogło najlepiej, a w ten sposób zaczęła się nasza patagońska przygoda 4×4.

Nieznajomym okazał się Fernando. Pochodzący z Buenos Aires 62-letni właściciel sporej agencji reklamowej, który wybrał się na krótki tygodniowy wypad do ukochanej Patagonii. Wraz z nim i jego nową Toyotą Land Cruiser przemierzyliśmy pampę w poprzek w okamgnieniu, podpatrując pasące się guanako i szybkobieżne strusie nandu.

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Fernando przygarnął nas nie tylko na stopa, ale niemal zaadoptował jak własne dzieci, których skądinąd ma dwójkę w naszym wieku.

Rozmawialiśmy dużo. I wreszcie prawdziwie po angielsku, więc i tematyka nie była ciągle ta sama. Mówiliśmy o życiu, podróżach, krajach, marketingu, codzienności u nas i u nich, polityce, reklamie, filmie, sztuce, dzieciach i tym, co jest w życiu ważne.

W lot łapaliśmy swoje myśli i kończyliśmy rozpoczęte zdania. Godzinami poznawaliśmy argentyńską muzykę czy rozmawialiśmy o Kieślowskim. I w gruncie rzeczy powoli zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo podobni są Polacy i Argentyńczycy.

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

Jednego dnia wybraliśmy się wspólnie na treking w okolicach Chalten, w inne chodziliśmy sami, a spotykaliśmy się na kolację i wieczorne pogaduchy. Któregoś dnia Fernando obwiózł nas po okolicznych estanciach, czyli megaposiadłościach ziemskich, liczących po kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Innego pokazał niesamowitą działkę, którą kupił właśnie pod Fitz Royem.

Przez tydzień zobaczyliśmy Patagonię oczami Argentyńczyka, który chciał się pochwalić swoim krajem. Bo i ma czym.

WIG 20 czy kurs franka?

WIG 20 czy kurs franka?

Gdy się żegnaliśmy, Fernando po raz kolejny zaprosił nas do siebie.

– To że się spotkaliśmy, to magia. Moja żona i dzieci nie mogą się doczekać, żeby Was poznać. Co i rusz dopytują, co to za wynalazki wziąłem na stopa i przygarnąłem na ten niesamowity tydzień. Za miesiąc, dwa, gdy już skończycie z Patagonią i dotrzecie wreszcie do Buenos Aires, musicie do mnie przyjechać.

– No raczej – odparłem rzeczowo. A Paula się rozpłakała.

Zapowiada się boskie Buenos. Los wiedział, co robi.

Los Tres Vagabundos

Los Tres Vagabundos

.

UWAGA! Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Zdjęcia z argentyńskiej Patagonii są zabójczo piękne. Kto je raz zobaczy, będzie musiał tu przyjechać.

.

Patagonia, Argentyna

.