Serce tańczy

Nie tak miało być. W zasadzie w ogóle miało nas tu nie być. Już dwa tygodnie temu mieliśmy obserwować orki i słonie morskie na Półwyspie Valdez. Ale wystarczyła minuta i los znów zagrał nam na nosie. Czy my w ogóle opuścimy kiedyś Patagonię?

A zaczęło się od tego, że zasnęliśmy na podłodze w barze. I była to piękna noc. A następnego dnia zasnęliśmy tu znowu. I jeszcze raz. I jeszcze.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Ale to był wyjątkowy czas. Miesiąc temu w El Chalten spotkaliśmy przemiłego Couchsurfera tak bardzo chcącego pomagać innym podróżnikom, że przyjmuje gości nawet, gdy nie ma ich gdzie ugościć. Więc spaliśmy po godzinach w barze, który funkcjonuje tylko kilka dni w tygodniu. A El Chalten zaszło nam za skórę. Początkowo wydawało nam się, że to dlatego, że przyjechaliśmy tu z Fernandem i poznaliśmy to miejsce jego oczami.

I gdy wracaliśmy z południowych krańców kontynentu, nieco zdegustowani marketingową sieczką „Końca Świata” w Ushuaii oraz „zaledwie ładnego” Torres del Paine, nasze kroki kierowaliśmy 2000 km wprost na północ. I pewnie wylądowalibyśmy w Puerto Madryn i na Półwyspie Valdez ze dwa czy trzy dni później. Ale jeżdżąc stopem takich rzeczy się nie zaplanuje.

Zresztą realnie rzecz biorąc, w 40-milionowym kraju wielkości Indii, jakie są szanse złapania na stopa kogoś z miejscowości liczącej 2 tys. mieszkańców? I to dwa razy w przeciągu miesiąca! Więc z Rio Gallegos pojechaliśmy ponownie do Esperanzy, tym razem mając nadzieję, że dotarłszy do naszego El Chalten, zatrzemy nieco niesmak Ziemi Ognistej i Torres del Paine.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

„Ale tylko na dwa, trzy dni”, mówiliśmy do siebie, porozumiewawczo machając łebkami niczym pluszowe psiaki spod samochodowej szyby. I minęło półtora tygodnia, a magia El Chalten za nic w świecie nie chciała nas wypuścić.

Zresztą nie tylko nas. Miesiąc temu podłogę w barze dzieliliśmy z pewną Amerykanką i Niemką. Jedna wyruszała nazajutrz na północ w kierunku Bariloche i dalej do Boliwii. Druga zbierała się wkrótce do Chile. Nie uprzedziwszy nikogo o niespodziewanym przyjeździe, maszerując do naszego baru, zastanawialiśmy, jak wygląda sytuacja niemal po sezonie, gdy nawet nasz CouchSurfingowy gospodarz, pracujący tu jedynie sezonowo, wrócił już do Buenos Aires. Czy manager baru nas jeszcze pamięta? Gdzie też włóczą się po świecie Elizabeth i Daniela?

I cóż się okazuje? Elizabeth mieszka w barze już od ponad miesiąca. Pod nieobecność pracowników sezonowych, ma nawet własny pokój, a weekendami serwuje drinki za barem. Dwa dni później, włócząc się po okolicy, spotkaliśmy Danielę. Zamieszkała z pewnym Argentyńczykiem, ale „teraz to już naprawdę zaraz wyjeżdża do Bariloche”. I tak kiwaliśmy sobie wszyscy główkami, jak samochodowe psiaki.

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Prawy do lewego

I znów zamieszkaliśmy w barze. Dostaliśmy własny pokój, pomagaliśmy ogarnąć huragan po imprezach, zrobiliśmy nawet pierwsze w życiu pierogi.

Manager lokalu – Herman, z zamiłowania jest komunistą. W barze wiszą plakaty uśmiechniętego Che Guevary, a wszystko jest tu wspólne. Bar jest tak genialnie urządzony, że gdyby Herman chciał, zmiótłby konkurencję. Zresztą i on o tym doskonale wie. Ale nie chce. Impreza weekendowa jest tylko w piątki, bo „trzeba się dzielić weekendem z innymi lokalami”. Jeśli on otworzy, to inni nic nie zarobią. Właściciel lokalu chce zatrzymać Hermana za wszelką cenę, więc zgadza się na jego absurdalne warunki.

We wtorki nauka tanga. Herman uczy kilkunastu chętnych. Za darmo, „bo tango powinno być dla wszystkich”. A alkohol sprzedaje się po kosztach kupna, bo to nie jest „prawdziwa impreza”.

Kujawiak to nie wstyd

Kujawiak to nie wstyd

W środy nauka chacarery i innych tańców folklorystycznych. Ot, takie argentyńskie kujawiaki. Sala pełna. Średnia wieku – 22-25 lat. Tańce folklorystyczne tańczą tu prawie wszyscy. Chacareca, escondido, gato, co tylko chcesz. Młodzi chętnie przychodzą uczyć się chacarery, a na imprezie escondido tańczy się równie chętnie co Shakirę. Zresztą podobnie jak w Chile, gdzie narodową cuecę umieją tańczyć absolutnie wszyscy.

Parkiet płonie

Na jedną z imprez, ktoś przyszedł z psem. Otworzyły się drzwi i za właścicielem raźnym krokiem do lokalu wmaszerował typowy, przepiękny, złotowłosy, argentyński mieszaniec, wielkością jak zwykle bardziej przypominający konia niż psa. Zszokowanemu Kanadyjczykowi, z którym akurat rozmawiałem, oczy o mały włos nie wyszły z orbit. Zdegustowany stwierdził, że w Kanadzie czy USA to niemożliwe.

Raczej, że niemożliwe. Ale i to nie jest normalny bar. Niby gra muzyka. Ludzie przychodzą tańczyć. Sprzedaje się piwo i zionący lekarstwem uwielbiany przez Argentyńczyków fernet. Ale nagle leci tango. I w sekundzie za barem nie ma żywej duszy. Herman i Elizabeth wychodzą na  parkiet i już nie liczy się nic innego. Kolejka przy barze zawija się przy schodach, ale nikt nawet słowem nie piśnie, że na piwo czeka już 15 minut.

Cerro Torre - w naszym mniemaniu Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Cerro Torre - Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Teraz jest uczta dla oczu. Gdy Herman sunie po parkiecie, parkiet płonie. On nie tańczy tanga. On jest muzyką. Stopami przestawia kroki partnerek, a subtelna erotyka spływa po tańczących kaskadą wrażeń.

Można by rzec, że „było mistrzów tanga wielu, ale żaden nie śmie tańczyć przy Jankielu”. On jest urodzony do tanga. Niepokojąco przystojny, z kilkudniowym zarostem, w powyciąganych koszulach. Możemy się nie zgadzać co do Che Guevary i dyskutować o Marksie i własności prywatnej, ale jeśli chodzi o tango, to można tylko patrzeć.

Gdy kiedyś znudzi nam się podróżowanie, kupimy Hermanowi bilet do Polski, zostanie instruktorem You Can Dance i głównym przystojniakiem w tivi, VivaNajpiękniejszym, a ja wezmę 20% jako impresario i zostanę milionerem.

Ewa Bem śpiewała kiedyś, „Wyszłam za mąż, zaraz wracam. Po angielsku wyszłam za mąż”. Mam wrażenie, że z nami i El Chalten będzie podobnie.

.

El Chalten, Argentyna

.

A wiecie, co jest najlepsze? Najlepsze jest to, że ten wpis miał być o tym, jak niesamowite jest El Chalten, jakie świetne trekingi można tu zrobić, jak wygląda Południowy Lądolód Patagoński z bliska i co czuje człowiek, czekając 7 godzin na stopa, w miejscu, gdzie kończy się droga. Ale to może innym razem…

.

Advertisements

Posted on 4 kwietnia 2012, in Argentyna and tagged , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. ta, z tych wpisów powstanie książka..
    to już chyba nieuniknione.. !

    Michał

    Pozdrawiam z łóżka z kostką spuchniętą do rozmiarów arbuza i kulami opartymi o ramę..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s