Archiwa blogu

Trudna sprawa

Gdy w Polsce wprowadzano stan wojenny, w Paragwaju można było jeszcze podziwiać największe wodospady świata. Saltos del Guairá położone na rzece Parana – drugiej po Amazonce najpotężniejszej rzece Ameryki Południowej były ponoć wyjątkowo imponujące.

I choć trudno to sobie dziś wyobrazić, szczególnie zobaczywszy Iguazú na własne oczy, ilość wody przepływająca przez wodospady Guairá była przynajmniej 8-krotnie większa niż w Iguazú. W miejscu, gdzie Parana wciśnięta w wąski wąwóz zwęża swój bieg z niemal 400 do zaledwie 60 metrów, jeszcze 30 lat temu istniały zdecydowanie największe wodospady na świecie.

Wodospady Saltos del Guairá - jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Wodospady Saltos del Guairá – jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Więc czemu już ich nie ma?

Pochłonął je sztuczny zbiornik wodny stworzony dla największej hydroelektrowni na świecie. Zapora Itaipu została wybudowana na paragwajsko-brazylijskiej granicy kosztem 20 mld dolarów, co czyni ją jedną z najdroższych inwestycji w historii. Pieniędzy nie wyłożył oczywiście biedny Paragwaj, ale głównie Brazylia, dla której ta zapora jest chyba jeszcze ważniejsza niż dla Paragwaju. Pomogły też pożyczki z USA.

Największa elektrownia na świecie produkuje nawet do 95 terawatogodzin prądu rocznie. Co to znaczy? Znaczy to na przykład, że ilość produkowanej tu rocznie energii elektrycznej wystarczyłaby, by pokryć całe światowe zapotrzebowanie na prąd przez dwa dni. Dzięki Itaipu liczący zaledwie 7 mln ludzi Paragwaj pokrywa 95% swojego rocznego zapotrzebowania na elektryczność, a nadwyżki odsprzedaje Brazylii. Tym samym Itaipu dostarcza także aż 20% całej rocznej energii dla niemal 200-milionowej Brazylii.

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Jak twierdzi naprawdę świetnie funkcjonujące służby PR spółki obsługującej Itaipu, elektrownia kosztująca 20 mld dolarów zwróciła się po 11 latach. Ale czego nie mówi dział PR?

Nie mówi chociażby, że kontrakt na sprzedaż nadwyżek energii wynegocjowany jeszcze przed rozpoczęciem budowy elektrowni jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych kontraktów na świecie. Paragwaj zużywający zaledwie 5% do 8% produkowanej przez Itaipu energii nadwyżki sprzedaje Brazylii po stałej cenie – 3 dolarów za megawatogodzinę (MWh). Dziś Brazylia odsprzedaje tę energię u siebie w kraju za ok. 150 USD za MWh. Ale co jeszcze ciekawsze kontrakt został podpisany w 1973 roku na 50 lat. Zatem jeszcze przynajmniej przez 10 lat Brazylia będzie otrzymywała jedną piątą całej zużywanej przez siebie energii niemal za darmo, co zapewne jeszcze bardziej przyczyni się do jej gwałtownego rozwoju. Autorem kontraktu po stronie paragwajskiej był wieloletni dyktator wojskowy – Alfredo Stroessner. Po obaleniu jego 35-letniej dyktatury w 1989 roku, udał się on do… owszem, Brazylii, gdzie zmarł przed kilkoma laty.

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Niemniej jednak zapora Itaipu jest kluczowym skarbem Paragwaju.  Drugi najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, otoczony przez wiecznie zaborcze Argentynę i Brazylię ma zapewnione bezpieczeństwo energetyczne w nieskończoność i stałe wpływy do budżetu. Przy odrobinie szczęścia i wyzwoleniu się z okowów łapówkarstwa za dziesięć lat być może uda się renegocjować umowę i zyskać nieco więcej dla kraju.

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Itaipu nie jest piękne. Piękne były zapewne wodospady Saltos del Guairá. Dziś rejon Itaipu przypomina raczej osady zdewastowanej przyszłości rodem z Mad Maxa niż piękno dzikiej przyrody. Niedaleko mu do obrzydliwych argentyńskich roponośnych miast środkowej Patagonii, takich jak Las Heras czy Pico Truncado – prawdopodobnie najbrzydszych miast na świecie. Rozlega się tu ciągły, jednostajny, świdrujący umysł dźwięk generatorów, a po horyzont ciągną się wysokie na kilkadziesiąt metrów transformatory przetwarzające największą ilość prądu na świecie.

Nie wiem, co o tym myśleć. Trudna sprawa.

.

——————————————

Dla poprawy nastroju nieco ładnego Paragwaju można zobaczyć tutaj:

Paragwaj wschodni

.

Reklamy

Na mokradłach

Przychodzi kajman do lekarza, a w poczekalni siedzi kapibara.

No i za nic w świecie nie mogę wymyślić ciągu dalszego…

"Mnie tu nie ma"

„Mnie tu nie ma”

W zaistniałej sytuacji dziś przemawiają obrazy.

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

kapibara myśli

kapibara myśli

Kajman przez miejscowych zwany "yacare" zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Kajman przez miejscowych zwany „yacare” zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Wyjec wyje

Wyjec wyje

Mokradła Esteros del Ibera

Mokradła Esteros del Ibera to obok brazylijskiego Pantanalu jedyne takie miejsce na Ziemi

Doktor Quinn i Lucky Luke na dzikim zachodzie

Doktor Quinn i Lucky Luke na Dzikim Zachodzie

.

Co tu dużo pisać. W Esteros del Ibera jest niesamowicie. Kliknij i zobacz więcej.

Esteros del Ibera, Argentyna

.

P.S. A gapowiczom przypominam, że na naszym fejsie trwa KONKURS. Do wygrania niebywałe nagrody.

.

Viva mañana!

Wiecie co? Chętnie pisalibyśmy na blogu bardzo dużo. Ale codziennie zajmuje nas tyle rzeczy, że ciężko znaleźć chwilę, żeby coś dla Was naskrobać.

Ostatnie półtora tygodnia przesiedzieliśmy w delcie Parany w takich okolicznościach, że można by o tym napisać książkę, a nie wpis. Ale wczoraj udało nam się wreszcie opuścić to zaczarowane miejsce. Chcemy w końcu zacząć się ruszać na północ, w kierunku mokradeł Estero de Ibera i Iguazu – największego wodospadu na świecie. Ponoć oba miejsca magiczne.

Mieszkańcy delty budują ekodomy. Tu ściana frontowa jednego z domów zbudowana z gliny, piasku oraz siana o konstrukcji wzmocnionej butelkami.

Mieszkańcy delty budują ekodomy. Tu ściana frontowa jednego z domów zbudowana z gliny, piasku oraz siana o konstrukcji wzmocnionej butelkami.

Ale wczoraj wróciliśmy do Buenos i okazuje się, że znowu tu utkniemy. Przynajmniej na kilka dni, a kto wie czy nie na dłużej, bo poszukują statystów i statystek o europejskim wyglądzie do jakiegoś peruwiańskiego filmu kręconego w Buenos…

A dlaczego w ogóle do Was piszemy, skoro znowu nie mamy nic konkretnego do powiedzenia? A no dlatego, żeby Wam się nie nudziło.

Już dawno o tym myśleliśmy, bo muzyka i generalnie kultura Ameryki jest tak fascynująca (w szczególności w porównaniu do zazwyczaj kiczowatej, megaogłośnej i tandetnej muzycznie Azji), że kiedyś poświęcimy tej tematyce oddzielne kilka słów.

A póki co polskiej publiczności (prawdopodobnie premierowo) prezentujemy Evę Ayllon – niesamowitą i jedną z najbardziej znanych na kontynencie artystek muzyki afroperuwiańskiej. A więc „Wyciągnij ręce! Wyciągnij stopy! Wyciągnij głowę, jeśli nie chcesz jej stracić!”:

.

.

Gdzie kąpią się bogowie

Dziś w ramach przerwy w nadawaniu z najlepszego miejsca na świecie, teleportujemy Was z powrotem do Indii.

Dawno dawno temu, ktoś pytał, jak podobało nam się Varanasi. Według nas jest to takie miejsce, które raczej słabo mieści się w kategorii podoba / nie podoba. Raczej robi wrażenie.

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

No i zrobiło spore. W każdym razie na gorąco zapomnieliśmy Wam o tym napisać. Co udało nam się jednak uczynić ostatnio na łamach Rzeczpospolitej. Jak Was znam, to pewnie nie sięgnęliście po ubiegłotygodniowe piątkowe wydanie i tamtejszy dodatek Podróże. A szkoda.

W każdym razie następnym razem postaram się uprzedzić Was przed publikacją. Dziś pozostaje Wam już tylko Internet – nasz artykuł w Rzepie.

A dla leniwych przedruk. I jako bonus – kilka zdjęć z Varanasi.
.

Varanasi i Haridwar, Indie

—————————————–

Gdzie kąpią się bogowie

Waranasi to jedno z siedmiu świętych miast Indii, najważniejsze miejsce dla hinduistów. Rytualna kąpiel w Gangesie oczyszcza ciało i duszę, a kremacja w tym mieście to marzenie każdego religijnego Hindusa.

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Co roku miliony Hindusów przyjeżdżają odwiedzić Waranasi, aby zanurzyć ciało w rzece, w której kąpali się bogowie. Jak na warunki indyjskie jest to miasto średniej wielkości, liczące nieco ponad 3 mln mieszkańców, co nie daje mu nawet pozycji w pierwszej dziesiątce największych metropolii w kraju. Waranasi to również jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na świecie – osadnictwo trwa w nim nieprzerwanie od 3,5 tys. lat.

Święta rzeka

Życie duchowe koncentruje się tutaj wokół świętej rzeki, Gangesu, która pełni rolę pośrednika z hinduskimi bogami zarówno za życia, jak i po śmierci.

Hindusi wierzą w wędrówkę dusz, czyli Samsarę, która urzeczywistnia się poprzez reinkarnację. Po śmierci ich ciała muszą zostać spalone, a prochy wrzucone do rzeki, aby zapewnić zjednoczenie duszy z Paramatmą – duchem wszechświata.

Ganges, jako najbardziej święta spośród setek świętych rzek w Indiach, jest do tych obrzędów idealnym miejscem. Według hinduskich wierzeń Waranasi jest zatem najświętszym i najbardziej upragnionym miejscem, gdzie można tego dokonać.

Ale kremacja tutaj jest też dlatego wyjątkowo droga i stać na nią wyłącznie wybranych. W przeciwnym wypadku w Waranasi nie byłoby nic oprócz krematoriów.

Garstka popiołu

W najbardziej prestiżowym krematorium Manikarnika Ghat, w pobliżu którego bóg Sziwa wyłowił ponoć złoty kolczyk bogini Parwati, pali się nawet 150 ciał dziennie. O każdej porze dnia i nocy płonie tutaj kilkanaście kilkumetrowych ognisk, a na każde z nich potrzeba ok. 400 kg drzewa. Przed podpaleniem zwłok bliscy zmarłego dekorują jego ciało kwiatami i przenoszą w uroczystej procesji przez stare miasto, a następnie kilkakrotnie zanurzają je w Gangesie, by opłukać brud doczesnego świata.

Tuż obok znajduje się targ drzewny, gdzie można zaopatrzyć się w najlepszej jakości drewno. Każda kłoda jest dokładnie ważona, a poszczególne gatunki drewna znacznie różnią się ceną. Najcenniejsze jest drzewo sandałowe.

Ciało płonie na stosie ok. trzech – czterech godzin. W połowie uroczystości mistrz ceremonii – którym może być najstarszy syn, brat lub zięć zmarłego – rozbija kijem czaszkę, aby ułatwić jej spopielenie. Po wygaszeniu ognia prochy rozrzucane są nad brzegiem Gangesu.

Ceremonię palenia zwłok mogą obserwować nawet turyści, ale obowiązuje ich rygorystyczny zakaz robienia zdjęć.

Oczyści duszę, nie ciało

Nad rzeką nieustannie trwają też rytualne kąpiele. Wzdłuż nabrzeża Gangesu znajduje się ponad 80 ghatów, czyli szerokich schodów, którymi można zejść do rzeki. Przez większą część roku stan wody jest tak niski, że ghaty tworzą ponadsiedmiokilometrową promenadę, na której obserwować można, jak życie duchowe wpływa na zachowania doczesne. Cały ten odcinek można przejść mniej więcej od listopada do czerwca. W trakcie pory monsunowej, a także we wrześniu i październiku do wezbranej rzeki prowadzą jedynie kolejne schody kilkumetrowej szerokości.

Szczególnie dużo ludzi pojawia się tu o świcie. Nim zanurzą się w wodzie, modlą się i medytują. Codziennie w rzece zażywa kąpieli ok. 60 tys. osób. Tymczasem w samym tylko Waranasi znajduje się 30 dużych odpływów ściekowych.

Do Gangesu trafiają też ciała owinięte w płótno z przywiązanymi doń kamieniami. To zwłoki, których zgodnie z obyczajem nie wolno palić, na przykład zmarłych kobiet w ciąży albo dzieci do ósmego roku życia. Z nurtem rzeki płyną też ciała tych, którzy zmarli po ukąszeniu kobry.

Z tych wszystkich powodów woda w Gangesie na wysokości Waranasi zawiera ok. 1,5 mln jednostek bakterii coli na 100 ml. Dla porównania: kąpieliska w Bałtyku są zamykane, gdy stężenie bakterii coli przekracza 1000 jednostek. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu więc dopuszczalne normy 1,5 tys. razy.

Zakończyć krąg cierpienia

Waranasi jest szczególne z jeszcze jednego powodu. Jako święte miasto leżące nad rzeką odkupienia oferuje tzw. mokshę. Moksha to wyzwolenie z wędrówki dusz, czyli przerwanie kręgu reinkarnacji. Hindusi wierzą, że jedynie zakończenie życia w Waranasi zapewnia wyrwanie się z wiecznego cyklu narodzin i śmierci.

Choć moksha nie powinna być celem samym w sobie, daje możliwość pójścia na skróty w wyzwoleniu się od cierpień doczesnych. W kraju, w którym miliony żyją za mniej niż dwa dolary dziennie, jest to nie lada pokusa.

Oprócz pielgrzymów miasto przyciąga więc również ludzi zmęczonych życiem. Tych, którzy stracili wiarę, że uda im się odwrócić swój los. Do takich osób należy Salim, którego poznaliśmy w hostelu. Przyjechał do Waranasi z odległych rubieży stanu Uttar Pradesh i dorabia jako przewodnik, za grosze oprowadzając zachodnich turystów po zaułkach starego miasta. Do końca życia pragnie zostać w świętym mieście, aby mieć pewność, że już nigdy nie powróci do cierpień tego świata.

Ludzi takich jak Salim jest tu dużo więcej, a na obrzeżach Waranasi znajdują się nawet przytułki, w których można doczekać swoich ostatnich dni i upragnionej mokshy.

Uliczki Varanasi

Gwarno i tłoczno

Mimo że nieco mroczna i zdecydowanie niehigieniczna duchowa aura Waranasi Europejczykowi może się wydawać przytłaczająca, na Hindusach nie robi onieśmielającego wrażenia. Uliczki starego miasta tętnią życiem, przekupnie oferują setki towarów dziękczynnych, które można ofiarować bogom. Choć wydaje się to niemożliwe, miasto jest jeszcze bardziej gwarne i chaotyczne niż Delhi lub Kalkuta.

Druga połowa października upływa tu w szczególnie gorączkowym rytmie. Hindusi właśnie szykują się do jednego z największych świąt religijnych w roku: Durga Puja ku czci bogini-wojowniczki o dziesięciu ramionach. Przygotowania sprawiają, że wieczorami na niektórych ulicach tworzą się gigantyczne piesze korki i nie sposób ruszyć z miejsca przez dobrych kilka minut, dopóki nie uda się czmychnąć w niekończący się labirynt zaułków.
.

4000 Wysp – Laos, Nielaos

Si Phan Don, czyli „4000 Wysp” to wyjątkowo osobliwy twór. Jeszcze kilka lat temu ten zagubiony na końcu świata zakątek Laosu zamieszkany był niemal wyłącznie przez rybaków. Trafiali tu nieliczni backpackerzy, którzy zauroczeni niespiesznym tempem laotańskiego życia szybko i daleko sławili w świat to piękne miejsce.

Mekong w Si Phan Don o dziwo kusi pięknym błękitem. Możliwości samooczyszczania się wody są doprawdy zdumiewające

Mekong w Si Phan Don o dziwo kusi pięknym błękitem. Możliwości samooczyszczania się wody są doprawdy zdumiewające

Tam gdzie jeszcze 5 albo nawet 2 lata temu nie było prądu, dziś nawet Internet jest 24 h na dobę (co prawda za kosmiczne pieniądze – 9 zł za godzinę). Obecnie wszystkie 3 główne wyspy archipelagu są gęsto zabudowane zbitymi z bambusa domkami, a codziennie przybywają setki turystów.

Hamak, książka i BeerLao. I tak dzień za dniem

Hamak, książka i BeerLao. I tak dzień za dniem

Domki na wyspach są niebywale klimatyczne, bo przeważnie mieści się w nich jedynie łóżko i plecak. Oczywiście nikomu to nie przeszkadza, bo po pierwsze kosztują 4-5 dolarów za dobę, a większość czasu i tak spędza się na hamaku dyndającym na werandzie.

Turystyczna oaza spokoju

Tak czy owak choć Si Phan Don nadal oferuje autentyczny urok życia w tempie wolno płynącego Mekongu, to nie jest to już nieodwiedzana oaza na końcu świata. Dziś jest to raczej miejsce wypoczynku tysięcy backpackerów przebijających się przez Azję Południowo-Wschodnią. Niemal wszyscy oni urządzają sobie tutaj relaksujący przystanek podczas niezliczonych 2-, 3-, albo i 6-miesięcznych podróży.

Ma to swoje dobre i złe strony. Jest to świetne miejsce, żeby porozmawiać z ciekawymi podróżnikami z całego świata. Jednak liczba odwiedzających 4000 Wysp szybko rośnie, więc i interesujący podróżnicy czasami giną wśród angielsko-francusko-holenderskich hord zalegających bary i restauracje.

Tubing, czyli wygrzewanie europejskich oponek w słońcu

Tubing, czyli wygrzewanie europejskich oponek w słońcu

Niestety nadmierna obfitość post-hipisowskich turystów owocuje także wyjątkowo niecodziennymi widokami. Na samym Don Det jest chyba z 5 restauracji, zapraszających eko-frajerów na „eko-posiłki” z przydomowych Organicznych Farm. Rzecz niebywała w Azji.

Boże, błogosław Laotańczyków

Mimo że turyści w Si Phan Don są w większości, w wielu wioskach życie biegnie zwyczajnym rybackim torem

Mimo że turyści w Si Phan Don są w większości, w wielu wioskach życie biegnie zwyczajnym rybackim torem

Co ciekawe w całym tym cyrku, urok 4000 Wysp nadal nie zginął i pewnie przetrwa jeszcze długie lata. Wyjątkowa w tym zasługa prawdziwie wyluzowanych Laotańczyków, którzy niewiele robiąc sobie z obecności turystów, żyją swoim niespiesznym życiem. Większość z nich pozbijała parę chat z bambusa i oferuje je po 10-15 zł za dobę, co z nawiązką wystarcza im na ryż, ryby, piwko i miejscową whiskey – Lao Lao.

W restauracji czasem można siedzieć pół godziny albo i dłużej, zanim uda się zwrócić uwagę zamyślonego właściciela i doprosić menu. A potem oczywiście co najmniej drugie tyle w oczekiwaniu aż ryż wyrośnie w polu. Już choćby dlatego miejsce to nadal oferuje bardzo przyjemny odpoczynek od azjatyckiego zgiełku, a miejscowi Laotańczycy są kwintesencją wyspiarskiego życia.

W dalszych zakątkach Don Det albo Don Khon życie toczy się zupełnie normalnie – rybacy szyją i naprawiają sieci, kobiety piorą w rzece, a dzieciaki wyławiają małże.

.

——————————————————–

A na koniec zapraszamy do lektury pamiętnika z Si Phan Don i okolic. Będzie m.in. o delfinach, Clincie Eastwoodzie i przekraczaniu granicy z Laosem, gdzie przytrafiła nam się naprawdę niezwykła rzecz…

13.03 – Ubon Ratchathani (Tajlandia), Pakse (Laos)

Ubon z pewnością nie ujmuje urokiem. Duże, duszne, zindustrializowane miasto, którego jedynym atutem jest pobliskie mało uczęszczane przejście graniczne z Laosem. Mimo braku większych atrakcji, kuchnia, jak to w Tajlandii, wyśmienita. Straganowe Pad Thai jedno ze smaczniejszych do tej pory.

Na tym końcu świata po raz pierwszy podczas podróży spotkaliśmy również naszych czytelników. Dziwne to uczucie, gdy po chwili rozmowy w hotelu i wymianie planów podróżniczych, pada „Aha, Vagabundos! Znamy i czytamy”.

Niby piszemy do tego tajemniczego Internetu z nadzieją, że ktoś to czyta, ale żeby tak niespodziewanie spotykać się z czytelnikami pod granicą laotańską… Zdecydowanie zaskoczenie tygodnia.

A w Laosie – procedura standardowa. Nowy kraj, nowy język, nowe pieniądze. I nowe piwo. Niestety jedno wiemy już na pewno – nie będzie łatwo. BeerLao to z pewnością najlepsze piwo, jakie dotychczas piliśmy w Azji. Delikatne, gładkie, z czeską goryczką, ale 5-procentowe 0,7 l, więc kopie pierwszorzędnie. Zapowiada się interesujący kraj.

A my jutro z samego rana przykryci miesięcznym birmańskim pyłem wybieramy się do oazy spokoju – „4000 Wysp” na Mekongu.

14.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao. Udany dzień.

15.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao. Kolejny udany dzień.

16.03 – Don Det

Spacer dookoła wyspy. I od razu niespodzianka – oprócz turystów na „4 000 Wysp” żyją również Laotańczycy.

Chociaż nasi sąsiedzi – Walijczycy i Anglicy pierwsza klasa. Połączyła nas miejscowa fajka pokoju.

A wieczorkiem po raz pierwszy od 4 miesięcy obejrzeliśmy film. Z rozpędu od razu dwa – i oba świetne. „Testosteron” to wiadomo, ale „Scott Pilgrim vs the World” otrzymany od naszego CouchSurfa w Chinach to prawdziwe pozytywne zaskoczenie dnia. „Scott Pilgrim” to chyba jeden z ciekawszych i lepszych filmów o miłości, jakie widzieliśmy od czasu „W pogoni za Amy”.

P.S. Wyjątkowo fajnie w tropikach czyta się prekursorów podboju Himalajów. Nasza kolejna zdobyczna książka powinna toczyć się w Arktyce.

17.03 – Don Det

Wyprawa rowerem na sąsiednią wyspę w poszukiwaniu słodkowodnych delfinów. I o dziwo – zakończona sukcesem. Spotkanie z tymi ciekawymi ssakami nieopodal Don Khon jest niemal gwarantowane. Wystarczy wypłynąć łodzią kilkaset metrów od brzegu i spokojnie czekać. A delfiny bawią się, skaczą i prowadzą zaloty w zasięgu kilkudziesięciu metrów w co głębszych zakolach Mekongu, wydając przy tym zadziwiająco donośne wydechy i sapnięcia. Godzina mija nie wiadomo kiedy (8 USD za całą łódź dla 4-5 osób).

Zabawy miejscowych dzieciaków na Mekongu

Zabawy miejscowych dzieciaków na Mekongu

P.S. Faza filmowa. Dziś obejrzeliśmy „Invictus”. Eastwood po raz kolejny pokazuje, jak dzisiaj powinno robić się rewelacyjne i ważne dla ludzkości filmy. Podobno w tym roku Eastwood też coś popełnił. Po powrocie czeka nas nadrabianie zaległości…

Wodospady na Don Khon ujdą w tłoku, ale do prawdziwych wodogrzmotów pobliskiego Bolavenu się nie umywają

Wodospady na Don Khon ujdą w tłoku, ale do prawdziwych wodogrzmotów pobliskiego Bolavenu się nie umywają

18.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao.

P.S. Z powodu chwilowego wyczerpania słowa pisanego, przerzuciliśmy się na audiobooki.

19.03 – Don Det

Ctrl+C, Ctrl+V.

P.S. Zmiany na „4000 Wysp” autentycznie następują w okamgnieniu. Przyjeżdżając tutaj tydzień temu, przebijaliśmy się przez tumany kurzu, a ostatni kilometr do Mekongu musieliśmy przejść piechotą. Dziś budowa drogi trwała już w najlepsze. Jeszcze przed tegoroczną porą deszczową busiki po asfalcie dowiozą turystów na samą przystań, a na Don Det przyjedzie jeszcze więcej osób.

.

—————————————————————

A na koniec zapraszamy do galerii z Si Phan Don:

4000 Wysp, Laos

.

Z pamiętnika podróżnika – Birma – od stolicy do stolicy

W ramach pielęgnacji literatury epistolarnej, zapraszamy na kolejne birmańskie wynurzenia. Tym razem dowiecie się m.in. za czym najbardziej tęskniliśmy po miesiącu spędzonym w Bimie oraz o jakie cuda wzbogacił się ostatnio nasz pamiątkarski skarbiec.

28.02 – Amarapura

Wycieczka pod Mandalay do dawnej stolicy królestwa. Przez cały dzień udało nam się przejść zaledwie 1200 metrów drewnianym mostem Ubein. Wyjątkowo malowniczy, zbudowany na tekowych palach jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie.

Zachód słońca nad mostem Ubein w Amarapurze

Zachód słońca nad mostem Ubein w Amarapurze

Rano weszliśmy na most, kilka godzin później zjedliśmy przekąski po kilkuset metrach, o 15 zatrzymaliśmy się na obiad w połowie długości, a na zachód słońca dotarliśmy wreszcie na drugi brzeg.

Ludzka czaszka, o której zdaje się nie wiedzieć nikt prócz okolicznych dzieciaków

Ludzka czaszka, o której zdaje się nie wiedzieć nikt prócz okolicznych dzieciaków

Tu wciągnąłem się w strzelanie z procy z jednym z chłopaków, a on pokazał nam m.in., gdzie nieopodal z wody wystaje ludzka czaszka, której pochodzenia nikt nie potrafił nam wyjaśnić. I tylko dziecko ma odwagę mówić o tym głośno. Dziwna sprawa…

Z Amarapury odległej od centrum Mandalay zaledwie o 15 km wróciliśmy nieplanowanym stopem. Już po zmroku, idąc piechotą na lokalny autobus, zgarnął nas pick-up z 14-osobową wiejską rodziną. Podrzucili nas pod sam hotel i choć nie mówili słowa po angielsku i wracali z jakiejś ciężkiej pracy w polu, nie chcieli od nas ani grosza.

P.S. Paula kupiła dwa ciekawe naszyjniki i bransoletkę z pestek arbuza (łącznie 5 zł), a ja na koniec za 7 zł nabyłem od chłopaczka ręcznie rzeźbioną procę z bawolego rogu. Jest to z pewnością jedna z najlepszych pamiątek z podróży jak do tej pory, porównywalna jedynie z mieczem szamana Sherpów z Nepalu i wielką muszlą wyłowioną na filipińskim Palawanie.

Testy wytrzymałościowe nowej zabawki

Testy wytrzymałościowe nowej zabawki

02.03 – prom

Pobudka o 4 rano. A potem całodzienny prom do Bagan. Wolno, gorąco, niewygodnie, ale niebywale różnorodnie. Birmańczycy za bilet płacą nieco ponad jednego dolara (obcokrajowcy 10), więc łódź jest zapakowana od podłogi po sufit. A że Irawadi o tej porze roku to jedno wielkie płytkie rozlewisko, łódź musi cały czas lawirować od brzegi do brzegu, aby nie osiąść na mieliźnie.

Urocza ekspedientka dla wygody klientów gotowa wejść do rzeki nawet po szyję

Urocza ekspedientka dla wygody klientów gotowa wejść do rzeki nawet po szyję

Najbardziej niesamowitą częścią podróży są jednak przystanki w nadbrzeżnych osadach, w których życie toczy się wokół przybijających regularnie promów.

Koncentracja i wyciszenie przed podjęciem walki o klientów

Koncentracja i wyciszenie przed podjęciem walki o klientów

Dziesiątki przekupniów, banany i kurczaki na głowach, ktoś transportuje na prowincję kilkusetkilowy wał korbowy z Mandalay, a ktoś inny wrzuca kłody drzewa na prom. Birmański folklor w pełnej krasie.

No i przyjemnie od czasu do czasu spędzić dzień na czytaniu książek, rozmowach i generalnym nicnierobieniu. Wiele mądrego można wymyślić.

04.03 – Bagan

Kolejny dzień rowerowego zwiedzania Bagan. Rewelacja. Jak do tej pory największe wrażenie zrobiła na nas świątynia Tha-Beik-Hmauk. Przepiękna, bardzo duża i można wspiąć się na jej szczyt, skąd roztacza się najlepszy jak do tej pory widok. No i przede wszystkim miejsce to w ogóle nie jest odwiedzane przez turystów i sprzedawców pamiątek. Czasem przez wiele dni nikt nie trafia do tej świątyni i tylko miejscowi pasterze kóz żyją na dziedzińcu spokojnym życiem.

W drodze powrotnej wdaliśmy się w dyskusję z miejscowym nauczycielem, a on pokazał nam swoją prowizoryczną szkołę we własnym mieszkaniu. Oczywiście na koniec poprosił o pieniądze na zeszyty i długopisy. Na razie nie mamy jednak pewności czy wszystko nie było zgrabną inscenizacją, więc jutro najdziemy go z zaskoczenia, a zamiast pieniędzy przyniesiemy zeszyty i długopisy.

W bardziej odległych częściach Bagan pasterskie życie biegnie spokojnie w cieniu majestatycznych świątyń

W bardziej odległych częściach Bagan pasterskie życie biegnie spokojnie w cieniu majestatycznych świątyń

P.S. Nie możemy nacieszyć się wiadomościami ze świata. W ciągu naszej miesięcznej podróży po Birmie Internet mieliśmy jedynie okazjonalnie, a telewizji w ogóle. Tymczasem teraz w naszym hotelu w Bagan (Shwe Na Di – 10 USD za dwójkę z łazienką ze śniadaniem) tylko przełączamy między CNN i BBC, z otwartymi ustami oglądając to, co dzieje się w Libii, Jemenie czy Omanie. No i Mubaraka też na szczęście już nie ma. Stęskniliśmy się za przemiłymi Arabami z Bliskiego Wschodu.

Po raz pierwszy w Birmie spotkaliśmy się też z darmowym, działającym Wi-Fi w przystępnej cenowo knajpce (obiad za 2 USD). Okazuje się, że w polskiej polityce jak zwykle nuda i odwracanie uwagi, a z rzeczy naprawdę ważnych Barca przegrała z Arsenalem, Małysz kończy karierę, nieustraszona Justyna Kowalczyk walczy z astmatycznymi wiatrakami, a wczoraj był Tłusty Czwartek.

05.03 – Bagan

Ponownie mieliśmy wstać na wschód słońca, ale rano znaleźliśmy tysiąc dobrych powodów, żeby tego nie robić. Skończyło się na śniadanku przed CNN o 9 i wyjeździe na 25-kilometrową pętlę o 11. W sam raz na największy skwar. O 14 wróciliśmy wypluci przez los i do tego z przebitą oponą.

Wschód słońca nad równiną tysiąca świątyń

Wschód słońca nad równiną tysiąca świątyń

Trzeba przyznać, że Bagan robi potężne wrażenie. Tysiące świątyń na jednej równinie, niektóre jednopiętrowe, inne o korytarzach niczym europejskie katedry. W zasadzie nikt nie wie, ile świątyń tu się znajduje. 800 lat temu, u szczytu potęgi królestwa było ich ponad 4 tysiące. Po Wielkim Trzęsieniu Ziemi w 1975 r. została tylko połowa. Co ciekawe, Bagan cały czas żyje, a nowobogaccy mieszkańcy Yangonu czy Mandalay tylko w ostatnich latach wybudowali ponad 300 świątyń.

Korytarze co potężniejszych świątyń oferują odrobinę wytchnienia od niemiłosiernych upałów

Korytarze co potężniejszych świątyń oferują odrobinę wytchnienia od niemiłosiernych upałów

Jest ślicznie, ale upał niemiłosierny. Marzec i kwiecień to 2 najgorętsze miesiące w tym kraju. Nawet Birmańczycy od godziny 13 do 15 leżą bykiem.

P.S. Nauczyciel i szkoła okazały się prawdziwe, więc zostawiliśmy 20 długopisów i kilka tysięcy kyatów. Natchnieni tą sytuacją kupiliśmy kolejne 30 długopisów, które weźmiemy ze sobą do rozdania w Laosie.

06.03 – Yangon

Za nami zdecydowanie najgorsza podróż nocna w Birmie i jedna z najgorszych do tej pory. Od klimy zimno jak w lodówce, miejsca tyle, że nawet Paula nie miała szansy zmieścić nóg, a ja przeziębiłem się na dobre.

Ostatni dzień upłynął nam na relaksie, pamiątkarstwie, itp. Wymiana kyatów na dolary tym razem dla odmiany bez problemu.

Z kolei cały wieczór przegadaliśmy z panem B. – Polakiem i prawdziwym miłośnikiem Azji, który regularne wyjazdy na ten kontynent łączy ze spokojnym życiem męża i ojca dorastających dzieci. To zabawne, ale nasze drogi w Birmie skrzyżowały się już po raz trzeci. Tym razem mieszkamy w tym samym guest housie. A jutro wracamy jednym lotem do Bangkoku.

Birmańska dziewczynka

Opuszczamy Birmę zauroczeni niebywałym naturalnym pięknem Jeziora Inle, majestatem świątyń Bagan, a przede wszystkim otwartością i ciepłem Birmańczyków. I pomyśleć tylko, że do Birmy, podobnie jak na Filipiny, początkowo nawet nie planowaliśmy się wybrać. Miejsca te odwiedziliśmy wyłącznie ze względu na liczne rekomendacje innych podróżników, których spotkaliśmy podczas naszej podróży.

P.S. Wyjeżdżając z Tajlandii 4 tygodnie temu narzekaliśmy na Internet w tym kraju. Wówczas nie mogliśmy jeszcze przypuszczać, że przyjdzie nam się przeprosić z wolnym i w większości płatnym tajskim netem. Po miesiącu braku kontaktu z domem i jedynie sporadycznym dostępem do wordpressu nie możemy się doczekać, aż zabunkrujemy się na Khao San Road i przez dwa dni będziemy nadrabiać zaległości.

.

A na zakończenie ostatnia już galeria z Birmy – trochę świątyń Bagan i uśmiechniętych twarzy znad Irawadi.

Bagan i Irawadi, Birma

.

Wodny świat

Delta Mekongu to plątanina niezliczonych odnóg rzecznych, tysięcy pól ryżowych, a przede wszystkim kraina ciepłych i przyjaznych mieszkańców wietnamskiego południa. Warto zostawić sobie ładnych kilka dni na dogłębne poznanie tego regionu. To tu bije serce Wietnamu.

Życie w delcie

Jest to najbardziej żyzny i życiodajny region Wietnamu. Rocznie uprawia się tu więcej ryżu niż w Japonii i Korei razem wziętych, co sprawia, że Wietnam jest drugim po Tajlandii największym eksporterem ryżu na świecie.

Pływając przez naczynia włosowate

Co ciekawe, poruszając się po delcie ma się raczej wrażenie, że jest to ogromny staw rybny albo małe państwo wyspiarskie niż wielka fabryka ryżu. Do wielu miejscowości łatwiej dopłynąć łodzią niż dojechać lądem, a do niektórych przez większość część roku można dostać się wyłącznie niewielką łodzią wiosłową.

małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Na obszarze delty Mekong dzieli się początkowo na dwie główne gałęzie, a następnie na 9, z których każda jest znacznie większa niż Wisła pod Toruniem. Ponadto wszystkie odnogi rzeczne połączone są siecią naturalnych, poprzecznych kanałów i kanalików, tworzących jeden wielki system kapilarny, rozprowadzający życie po tym wielkim organizmie.

W pobliżu wielu dużych miast, np. Can Tho, Vinh Long czy Ben Tre codziennie rano odbywają się targi na rzece, gdzie hurtownicy wszelkiego rodzaju produktów, od ananasów po cement, cumują swoje wielkie łodzie w oczekiwaniu na drobnych handlarzy, którzy rozprowadzą towar po mniejszych odnogach rzeki.

dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Życie na wodzie

Trudno to sobie wyobrazić, ale pierwsi Wietnamczycy zaczęli pojawiać się w delcie Mekongu dopiero 300 lat temu, a region został na dobre przejęty przez Wietnam dopiero 200 lat temu. Wcześniej delta należała do Imperium Khmerów i do dzisiaj przez część Kambodżańczyków określana jest mianem Dolnej Kambodży. Dziś po Imperium Khmerów nie ma już śladu, a o wielkiej przeszłości przypomina tylko niewielka mniejszość etniczna Khmerów Krom.

Większość osad w delcie zbudowana jest na wałach rzecznych, które zapobiegają przelewaniu się rzeki i wlewaniu nanosów błotnych. Są jednak i takie wsie, które po prostu unoszą się na wodzie. Ze względu na znaczne wahania poziomu rzeki w ciągu roku, poszczególne domy budowane są na pływających platformach, zacumowanych po prostu w jednym miejscu. Na takiej platformie często znajdzie się miejsce zarówno na niewielki kurnik, jak i mały ogródek.

pieskie życie na wodzie

Z kolei pod podłogą znajdują się wielkie klatki, w których hoduje się ryby na eksport. Sum rekini, w Polsce lepiej znany jako panga, idealnie spełnia tutejsze wymagania. Szybko rośnie i karmiony przemysłową paszą niewiadomego pochodzenia o bliżej nieznanym składzie, w ciągu 6 miesięcy osiąga rozmiary pozwalające na sprzedaż. W jednej farmie znajduje się ok. 50 000 ryb.

pływająca wioska

Co tam, panie, w polityce?

Chińczyki trzymają się nad wyraz mocno, można by rzec. I powoli wyciągają rękę po cały region Azji Południowo-Wschodniej. Mekong wypływa z Tybetu i na ok. połowie długości płynie przez terytorium Chin.

Państwo Środka wiecznie głodne, zarówno energii, jak i ryżu, zamierza bezwzględnie wykorzystać te zasoby. Do tej pory powstało już 10 elektrowni wodnych w górnym biegu rzeki, a kolejnych 12 jest właśnie w budowie. Co to oznacza dla Wietnamu, Kambodży czy Laosu?

W 2010 r. Mekong prawie w ogóle nie wylał. Przy granicy z Kambodżą, w okolicach Chau Doc, znajduje się niewielka wioska mniejszości Chamów, którzy przybyli tu wiele wieków temu z Indonezji. Wieś zbudowana jest na szczudłach, bo wylewający w porze deszczowej Mekong, w tym miejscu podnosi poziom wody o ok. 3-5 metrów. Jej mieszkańcy na jednym z pali co roku zaznaczają poziom powodzi. W tym roku woda nie zalała nawet wioskowego klepiska i była niższa niż rok temu o ponad 2 metry.

Petrovietnam - i wszystko jasne

Płynąc przez deltę w Wietnamie, najczęstszy słyszany dźwięk to odgłos pomp wodnych, nieustannie pompujących wodę na pola uprawne.

Podobnie jest w Kambodży. Wielu mieszkańców Phnom Penh w tym roku musiało wrócić na wieś, żeby po prostu pilnować pomp wodnych, uzupełniać w nich paliwo i zajmować się ich konserwacją. Jezioro Tonle Sap w środkowej Kambodży, największy zbiornik słodkiej wody w Azji Południowo-Wschodniej to źródło ryb dla 1/3 mieszkańców tego kraju. Połączone jest ono z Mekongiem rzeką, która w porze suchej wypływa z jeziora i zasila Mekong, a w porze deszczowej zmienia swój bieg i płynie do jeziora podnosząc jego poziom o 3 metry. W tym roku rzeka płynie tylko w jedną stronę. Zapewne podobne problemy występują w Laosie, czego nie omieszkamy sprawdzić.

sram na Chińczyków i wielką politykę

"Sram na Chińczyków i wielką politykę"

Chińczycy często pogardliwie odnoszą się do Wietnamczyków mianem „Ci, którzy się wywinęli”, mając na myśli tysiącletnią kolonizację tego kraju, a następnie niefortunne wybicie się Wietnamu na niepodległość.

Za 30-50 lat Wietnam, Kambodża i Laos będą prawdopodobnie zupełnie uzależnione od Chin. O ile wcześniej nie staną się po prostu kolejną prowincją Wielkiego Smoka. Wystarczy zakręcić kurek Mekongu.

.

P.S. Zdjęcia z delty Mekongu dostępne są już w naszej galerii.

Delta Mekongu, Wietnam

P.P.S. A na koniec krótki filmik z życia codziennego w delcie oraz relacja z farmy rybnej, czyli dlaczego nie należy jeść pangi.

.

.