Category Archives: Vanuatu

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.

Mania nawracania

Jak to się dzieje, że w wiosce, w której mieszka kilkaset osób, są trzy kościoły? Jak wygląda chrześcijańska rywalizacja o rząd pogańskich dusz w Azji i na Pacyfiku? Co naprawdę skłania ludzi do porzucania tradycyjnych wierzeń na rzecz chrześcijańskiego bądź muzułmańskiego Boga?

Wieś Kamarora – północny Celebes, Indonezja. 200 osób. Kościół metodystyczny, katolicki i luterański. Baptystyczny w budowie.

Wyspa Ureparapara – Archipelag Banksa, Vanuatu. 300 osób. I trzy kościoły – jehowici, anglikanie i zielonoświątkowcy. Anglikanie w nowo zakładanych ogrodach zabronili zakopywać w ziemi tzw. kamieni żywnościowych, które według tradycyjnych wierzeń zapewniają obfitość plonów przez dziesięciolecia. Część mieszkańców nadal po kryjomu zakopuje kamienie, ale nie przyzna się do tego nawet wodzowi wioski.

Region Langsi i Batutumonga – Tana Toraja, Indonezja. Więcej kościołów niż wiosek, choć rzadko która liczy więcej niż 30-40 osób.

Oprócz kalejdoskopu chrześcijańskich kościołów miejsca te łączy jeszcze jedna rzecz. Trzydzieści, czterdzieści albo pięćdziesiąt lat temu wszystkie one miały własne tradycyjne wierzenia. Najczęściej animistyczne. Ich mieszkańcy wierzyli w potęgę lasu, majestat morza, moc wulkanu.

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

"Gereja" to po indonezyjsku kościół

W Zatoce Marau na Wyspach Salomona misjonarze stwierdzili, że tradycyjne miejsca kultu, gdzie przez stulecia w podmorskiej grocie chowano zasłużonych wodzów wioski, nie mogą być dłużej czczone, więc wszystkie są dziś Tabu.

Gdy nałożyć na siebie współczesną mapę wyznaniową Indonezji z tą sprzed 100 lat, okaże się, że wszystkie animistyczne religie zostały wymazane przez chrześcijańskich misjonarzy.

Misja

Sumatra – jedyna chrześcijańska społeczność na tej ponad 40-milionowej wyspie to 100 000 Bataków w regionie Jeziora Toba. Borneo – Dayakowie, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty kanibale. Celebes – lud Tana Toraja, który przez wieki chował przodków w grotach wykutych w skale. Papuasi na Nowej Gwinei, którzy pierwszy kontakt z białym człowiekiem często mieli dopiero w ostatnim półwieczu. I Flores – kultura Bajawa i inne animistyczne religie od Labuanbajo aż po Moni.

Żeby zapełnić katolickie, jehowickie, anglikańskie i luterańskie nieba, chrześcijańscy misjonarze pracują bez wytchnienia. Dziś misjonarze na Borneo i Papui mają własne linie lotnicze, w których za kosmiczne pieniądze można nawet wykupić miejsce w samolocie i raz na kilka tygodni lecieć awionetką ramię w ramię z księdzem czy pastorem wprost do serca dżungli, gdzie nadal trwa walka o dusze Dayaków i Papuasów z animistycznym diabłem.

Ciekawie przebiega również nawracanie w Chinach. Żaden z odwiedzonych przez nas narodów nie jest tak merkantylnie nastawiony do życia jak Chińczycy. Tu wszystko obraca się wokół pieniądza. Nawet wiara. Mimo że grunt to oporny, bo kultura wielu tysiącleci, dziś chrześcijańscy misjonarze pomagają zacząć nowe życie Chińczykom, którzy się nawrócą. A że wyznawców mamony jest tu znacznie więcej niż naśladowców Konfucjusza, chrześcijańskie dukaty przyciągają coraz liczniejsze rzesze nowowierców. Neofici odbierają należne im talary, raz na kilka tygodni przyjdą do kościoła, a poza tym nadal robią swoje.

A u nas tylko godzina

Na Fidżi poznaliśmy Józefa. Józef, podobnie jak setki Janów, Marii i Jakubów nosi tradycyjne imię, jakie spotkamy wszędzie na Vanuatu, Wyspach Salomona czy Floresie, a które wbiło się w te tereny wraz z krzyżem chrystusowym. Józef jest katolikiem. Od niedawna. Wiarę zmienił w zeszłym roku. Jeszcze kilka miesięcy temu był protestantem. Na pytanie co skłoniło go do tak ważnej życiowo decyzji, nie potrafi jasno odpowiedzieć. Gdy poznajemy się nieco lepiej, wyznaje jednak:

– Lubię katolickiego misjonarza. No i msza trwa tylko godzinę, a u protestantów przynajmniej półtorej. Teraz mam więcej czasu dla siebie.

No i to jest argument. Wreszcie zaczynamy do czegoś dochodzić.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

Względnie młody Kościół Melanezji utworzony na Vanuatu to jedyne wyznanie próbujące łączyć tradycyjne wierzenia z nauką chrześcijańską. Tu akurat biskup wycina hołubce na uroczystościach wyświęcania księdza na wyspie Vanua Lava.

By żyło się lepiej – w imię Boga

Przed kilkoma miesiącami na Floresie w Indonezji odwiedziliśmy polskiego misjonarza. Ksiądz Stanisław przyjechał tu ponad 40 lat temu i był jednym z pierwszych misjonarzy w tym kraju. Na animistycznym albo jako kto woli pogańskim zachodnim Floresie, było wówczas tylko kilka tysięcy chrześcijan. Dziś na niemal dwumilionowej wyspie stanowią oni ponad 90% i są najliczniejszą katolicką grupą w tym 250-milionowym kraju.

Pader Stanis, jak nazywają go okoliczni mieszkańcy, ma dziś ponad 80 lat, ale nadal tryska energią. Podczas swojej długiej misjonarskiej kariery zbudował na Floresie już 25 kościołów i niezliczoną ilość kaplic. To niewątpliwie ciepły i uroczy człowiek, który zawsze chętnie ugości przybyszów z Polski.

Nie zmienia to jednak faktu, że podczas naszej rozmowy i od czasu do czasu dyskretnie przemycanych trudnych kwestii, nie był w stanie odpowiedzieć na żaden z kontrowersyjnych tematów…

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Skopię Ci dupę w imię Pana, czyli Kochaj bliźniego jak siebie samego w wydaniu katolickim na Floresie

Czy tradycyjne animistyczne wierzenia środkowego Floresu opierające się na siłach natury są tak niewiele warte w porównaniu z majestatem chrześcijańskiego Boga, że trzeba je zniszczyć?

Jaką realną korzyść otrzymują mieszkańcy nawracanych terenów z pracy misjonarzy, którzy budują kościoły, a nawet sale zgromadzeń dla lokalnej społeczności, z których mogą jednak korzystać wyłącznie Ci mieszkańcy, którzy nawrócą się na katolicyzm?

Czy misyjne szkoły podstawowe (powtarzam – PODSTAWOWE), muszą pobierać takie same, a zazwyczaj nawet wyższe opłaty za naukę niż indonezyjskie szkoły prywatne i państwowe?

Na froncie walki o rząd dusz

Walka o rząd dusz trwa tu nadal. Na Floresie, podobnie jak w całej Indonezji, islamizacja postępuje szybko. W Labuanbajo codziennie o piątej rano rozbrzmiewa głos muezina z górującego nad osadą minaretu. Na północnej Sumatrze, w półautonomicznym rygorystycznie islamskim stanie Banda Aceh od dawna obowiązuje prawo koraniczne.

Obecnie w 250-milionowej Indonezji, będącej czwartym najludniejszym krajem świata, muzułmanie stanowią już 88% społeczeństwa. Tradycyjnie islamski rząd kraju w Dżakarcie stara się obecnie wymusić na coraz mniej wielokulturowym społeczeństwie nakaz noszenia burek przez kobiety. Do islamizacji kraju droga jednak jeszcze daleka.

Dzięki wytężonej pracy ojca Stanisława oraz tysięcy innych misjonarzy dziś niemal wszystkie wioski na Floresie są już chrześcijańskie. Tradycyjne wierzenia na centralnym Floresie i w barwnym niegdyś regionie Bajawa są już w zasadzie jedynie zasłoną dymną dla turystów. Za kilkanaście dolarów ktoś nadal chętnie odtańczy tradycyjny taniec za pomyślność plonów, ale nawracanie na wielkie religie na masową skalę uczyniło z lokalnych wierzeń jednolitą chrześcijańską i muzułmańską papkę.

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Podziękowania dla pary białasów od najbardziej natchnionej z pastorów po najciekawszej mszy, w jakiej w życiu uczestniczyliśmy - Efate, Vanuatu

Oczywiście misjonarze nie czynią zła. Trzeba przyznać, że zdarza się, że czynią bezinteresowne dobro. Budują systemy irygacyjne, szkoły, prowadzą działania zapobiegające szerzeniu się AIDS. Czasem bezpłatnie wyślą jakieś dziecko do misyjnej szkoły. Właśnie w tej chwili metodyści w rejonie Zatoki Mele na Vanuatu prowadzą projekt dostarczenia bieżącej wody do okolicznych wiosek.

Ale czy ofiarą za rozwój cywilizacyjny i duchowy musi być rząd dusz, zakazy zakopywania kamieni żywnościowych, odwiedzania miejsc kultu i de facto niszczenie tradycyjnych wierzeń? To pytanie, które z pewnością zadaje sobie zbyt mała grupa misjonarzy.

.

P.S. A na koniec galeria z Wysp Russella na Salomonach. Wyspy Russella to bastion adwentystów dnia siódmego. Religię traktują oni wyjątkowo poważnie. W sabat przypadający w sobotę nie wykonują oni żadnej pracy. Nie chodzą do ogrodu, a nawet nie przyrządzają jedzenia. Gdy w piątkową noc jakiś mniej ortodoksyjny wierny buchnął nam z łodzi kilka drobiazgów, w sobotę rano udaliśmy się do wodza wioski. Ten jednak do religii podchodził bardzo serio i oświadczył, że w sobotę nie ściga złodziei.

Ale Wyspy Russella i tak okazały się jednym z piękniejszych miejsc.

Wyspy Russella, Wyspy Salomona

.

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Jak smakuje kava

Po 51 dniach spedzonych na Vanuatu, opuszczamy ten niesamowity kraj. Sposrod wielu pasjonujacych kwestii, ktorymi nie zdazylismy sie z Wami podzielic, jedna zajmuje miejsce szczegolne. Ta rzecz to kava.

Ten artykul mial powstac juz poltora miesiaca temu po spedzeniu tygodnia na Tanie. To tam po raz pierwszy pilismy kave, a jak mielismy sie wkrotce przekonac, nigdzie indziej rytual spozywania tego napoju nie jest tak niezwykly i niezmieniony od wiekow.

Mistycyzm i slina

Dawno dawno temu kava zarezerwowana byla wylacznie dla wodza i starszyzny wioskowej. Z biegiem czasu, starszyzna uznala jednak, ze kava, jako srodek rozluzniajacy i uspokojajacy, moze lagodzic obyczaje. Decyzje o puszczeniu kavy w wioskowy obieg przyspieszylo zapewne pojawienie sie alkoholu wraz z europejskimi odkrywcami. Alkohol powodowal zwady i potegowal agresje.

Kava, podobnie jak wiele innych dobrze znanych acz nieslusznie zabronionych substancji, wyzwala stan beztroski, poskramiajac jednoczesnie sklonnosc do agresji. U jednych wyzwala euforie i pobudza elokwencje, u innych wzmaga sennosc. Z doswiadczenia dodam, ze po 7-8 czarkach sennosc wzmaga raczej u wszystkich.

Dzis na calym Vanuatu kave pija wszyscy. Ale nie na Tanie.

Tu kava zarezerwowana jest wylacznie dla mezczyzn, a jej spozywanie to mistyczny rytual. Korzenie kavy najpierw trafiaja do dzieci. Te starannie zuja obrane pedy az do uzyskania jednolitej papki zapychajacej cale usta.

Zucie kavy to najlepszy sposob na wyzwolenie kawalakton odpowiedzialnych za lekkie dzialanie psychotropowe. Korzen kavy w smaku przypomina nieco zucie imbiru z pieprzem, a w zasadzie nawet bardziej galezi wierzbowych z odrobina imbiru i pieprzu. Po kilku minutach zucia usta, jezyk i cale gardlo zupelnie dretwieja i kavowa papke nalezy wypluc na specjalnie w tym celu przygotowana szmate. Tak przygotowana papka zalewana jest miarka wody, ktora po ustaniu sie i przecedzeniu przez szmate trafia do kokosowej czarki i jest gotowa do serwowania.

Na Tanie kave pija sie wylacznie w Nakamalu. Nakamal to z lokalnego jezyka „Miejsce calkowitego Spokoju”. Dla zapewnienia takowego, wstep do Nakamalu maja wylacznie dorosli mezczyzni. Tu po kolei kazdy z uczestnikow wieczoru otrzymuje polowke kokosa napelniona kavowym ekstraktem i udaje sie kilka krokow na strone na chwile zadumy. Szepcze kilka slow do przodkow i wychyla cala czarke w kilku lykach.
Ziemisty napoj rozchodzi sie po trzewiach, juz na poczatku powodujac odretwienie jezyka i krtani. Po kilku sekundach sytuacja wraca do normy, a przyspiesza to rytual odchrzakiwania i plucia calym dobrem nagromadzonym w zatokach.

Trzeba przyznac, ze kava na Tanie jest mocna. Nawet jak na Vanuatu. Podobnie jak na innych wyspach, najlepiej spozywac ja na pusty zoladek. Po dwoch czy trzech czarkach takiego napoju, nogi placza sie jak prezydentom w Charkowie i zupelnie nie reaguja na sygnaly z bazy.

Po kilku pierwszych kolejkach przychodzi pora na wspolny posilek. Zazwyczaj gotowany yam i maniok, grillowane taro, jakas zielenia w zalewie kokosowej.

Rozwazna i romantyczna

Gdy wodz jednej z wiosek na Tanie zapraszal mnie i kapitana na kave, w jego oczach malowala sie pewna niezrecznosc. Jak zaprosic przybyszow na wieczorny rytual, nie urazajac kobiety?

Aby zadoscuczynic choc w jakis sposob zachodniej emancypacji, zaproponowal czarke kavy na wynos, do posmakowania dla Najlepszej z Zon. Ta jednak, swiadoma specyficznego ceremonialu na najbardziej tradycyjnej z vanuatanskich wysp, pospiesznie zrezygnowala z tego zaszczytu.

W jej oczach rowniez malowala sie pewna niejednoznacznosc. Wrodzony bunt przeciw nierownosciom jakby ulegal spokojowi ducha wobec slinotoku miejscowych dzieci. Najlepszej z Zon oszczedzono zatem mistycznej kavy na Tanie.

Na pozostalych wyspach dawala jednak czadu jak najlepszych ogrodnik kopry. Trzeba przyznac, ze mimo ze moga, kobiety rzadko korzystaja z urok delikatnie otumaniajacych wlasciwosci kavy. W ciagu niemal dwoch miesiecy spedzonych na Vanuatu spotkalismy raptem kilka z nich w miejscowych kava-barach.

Kava-bary na wszystkich innych wyspach poza Tana zajely miejsce Nakamali. Tu kave przyrzadza sie wspolnie w duzych, 10-, 15-litrowych wiadrach. Korzenie kavy najpierw mieli sie w maszynce do miesa, zamontowanej na stale w kava-barze. Dalej procedura jest taka sama.

Kava popularna jest niemal na wszystkich wyspach Pacyfiku, a szczegolne znaczenie ma takze na Fidzi. Tam jednak kave najpierw sie suszy, proszkuje i dopiero miesza z woda. Tak przygotowany napoj, mimo ze higieniczny, nie ma nawet polowy uroku i mocy z Vanuatu.

P.S. A tu mozecie obejrzec kilka zdjec z przygotowywania i picia kavy, zobaczyc jak lapie sie tradycyjne czolno na stopa, a takze podpatrzec miejscowych rzezbiarzy przy pracy. Zapraszamy do galerii z Ambrym – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/AmbrymIMalakulaVanuatu?authuser=0&feat=directlink

P.P.S. Na mocy ustawy z 2009 r. o przeciwdzialaniu narkomanii, posiadanie roslin zywych, suszu, nasion, wyci?g oraz ekstrakt z kavy jest w Polsce nielegalne. O tyle to dziwne, ze Vanuatu, Fiji i polowa Pacyfiku eksportuje kave na przyklad do Niemiec czy USA w ilosciach hurtowych. W Stanach, w szczegolnosci na Florydzie miejscowe „Nakamale” szybko zyskuja popularnosc i powstal juz nawet jeden Nakamal sieciowy.

Rzecz w sumie zaskakujaca, bo ziemisty napoj o mocno korzennym smaku da sie przelknac, gdy saczy sie go z wodzem przy ognisku lub pod stzecha w dzungli, ale czy napilbym sie go z wlasnej nieprzymuszonej woli, paradujac w kwiecistej koszuli w Miami?

Zdaje sie, ze bedziemy musieli to sprawdzic…

.

Raz, dwa, trzy – Jezus!!

Gitarzysta coraz delikatniej glaszcze struny, klawiszowiec stopniowo wycisza kolejne uderzenia i oszalamiajaca do tej pory melodia gospel powoli staje sie juz tylko tlem. Tlum nadal spiewa jednym glosem, ale taneczna i skoczna dotychczas muzyka nabiera bardziej kolyszacego charakteru.

Spiewajaca kobieta za oltarzem ustepuje miejsca mezczyznie w srednim wieku. W zadnej z okolicznych wiosek nie ma tu ksiedza ani pastora, a mieszkancy sami prowadza msze. Mezczyzna za oltarzem to Joseph, miejscowy niby-mechanik, ktemu dzien wczesniej pod przewodnictwem naszego kapitana pomoglismy naprawic generator.

Joseph wstepuje za oltarz i powoli sie rozgrzewa. „Niech Was Bog blogoslawi” – krzyczy kilkakrotnie. „Amen” – odpowiada mu chor gardel za kazdym razem. Co jakis czas ponawia blogoslawienstwo, a nastepnie serwuje danie glowne.

„RAZ, DWA, TRZY” – krzyczy niespodziewanie w trakcie krotkiej przemowy, ze jestemy rodzina. Tlum nie daje sie jednak zaskoczyc i w okamgnieniu wykrzykuje „JEZUS!!!”, podnoszac jednoczesnie w gore zacisnieta piesc. Krzyk ogluszajacy niczym tropikalny grzmot przeszywa duszne tropikalne powietrze tak, ze ciarki dziarsko hasaja nawet po niewierzacych.

Spiewajacy „tlum” w kosciele to niemal wszyscy mieszkancy wioski, ale wcale nie przytlaczajacy legion, a jakies 25 osob. Kosciol z kolei to cztery filary ustawione w niewielkim kwadracie, podtrzymujace cienki blaszany dach. Wewnatrz 3 rzedy lawek i kilka plastikowych krzesel z przodu, a pomiedzy filarami murek wysoki moze na metr.

Msza na Vanuatu to w dwoch trzecich wspolne spiewy. W przerwach wstaje ktos ze starszyzny i mowi, ze mlodzi powinni sluchac rad rodziny i starszych. Ze maz powinien dbac o zone i dzieci. Potem znowu wspolne spiewy przez kilkanascie minut. Wstaje ktos inny i wyglasza krotkie przemowienie na temat prawidlowych relacji miedzy sasiadami w wiosce. Znowu spiewy.

Krakersy i maliny

Joseph ponownie wstepuje za oltarz i oglasza „Modlmy sie”. I wszyscy sie modla. Glosno. Kazdy o cos innego. 25 osob jednoczesnie mowi albo i krzyczy, co lezy im na sercu. Maria obok nas modli sie za syna, ktory uczy sie w stolicy, sasiad po prawej stronie modli sie o dobry polow w przyszlym tygodniu, ktos dalej prosi o przebaczenie. Kosciol rozbrzmiewa kakofonia modlitw.

Podobnie jak wiekszosc mieszkancow, ten proszacy o przebaczenie rodziny, modli sie w jezyku Bislama („Aj askem forgiwnesia…”), ale zrozumienie modlitwy utrudnia raczej odleglosc od mowcy niz nieznajomosc tego najdziwniejszego jezyka, jaki dotychczas spotkalismy.

Komunie stanowia krakersy sniadaniowe przelamane na kilka czesci oraz dzban soku malinowego, z ktorego kazdy po kolei pociaga saznistego lyka.

Z kolei po mszy najbardziej niesamowita uczta, jakiej bylismy swiadkami. Kazda z rodzin przynosi jedno danie, a wielki stol przypomina polskie bozonarodzdeniowe zastawy. Wspolny obiad na trawie trwa co najmniej godzine, a przez kolejnych kilka wszyscy wyleguja sie w cieniu, kontemlujac wlasne jestestwo.

Abys dzien swiety swiecil

Niedziela to na Vanuatu dzień wyjątkowy. Rano większość mieszkańców spotkamy w drodze do kościoła, a po 10 wylegujacych sie na trawce przed domem lub na glównym skwerku we wsi. Od poniedzialku do soboty cale wioski pracują w przydomowych sadach, uprawiajac taro, yam, papaje czy lowiac ryby, ale w niedziele w niektorych osadach nawet plywanie w rzece czy na rafach jest niemile widziane.

No i uczty. Na 7 niedziel spedzonych na Vanuatu, piec razy zostalismy zaproszeni do wstępnego swietowania, a 3 z tych spotkan zakonczone byly prawdziwymi ucztami i biesiadowaniem calej wioski.
Kilka dni temu na wyspie Vanua Lava bylismy swiadkami wyswiecania nowego ksiedza. Na te okazje przyjechal nawet biskup w rozowej koszuli, który jak sie wkrótce mialo okazac, jest rowniez doskonalym tancerzem.

Dwugodzinna msza, która tym razem, nie wiedziec czy to przez obecnosc biskupa czy tez 8 innych okolicznych ksiezy, nie miala nawet polowy polotu i spontanicznosci typowych dla vanuatanskich wiernych, byla tylko wiernym odklepaniem formulek na nadwislanska modle.

Ale pozniej rozpoczela sie biesiada.

Homo sum humani

W miejscowosci Sola, bedacej stolica Archipelag Banksa i Torresa, mieszka ok. tysiaca os. Z okazji wyswiecania nowego ksiedza, na wspnym pikniku zgromadzila sie co najmniej polowa mieszkanc wyspy. Bylo wspne sniadanie, leniuchowanie w oczekiwaniu na lunch, przemienia biskupa, wodza, starszyzny wioskowej oraz ksiezy, a takze najwieksza uczta, w jakiej uczestniczylismy na Vanuatu.

Kurczaki w przeroznych sosach, rzadko widywane w tym kraju wolowina i swieze warzywa oraz danie glowne – Lovo – prosie pieczone w calosci w lisciach w bananowca w dole ziemnym zasypanym goracymi kamieniami.

A nastepnie czesc artystyczna i biskup w roli didzeja puszczajacy przeboje w rytmie Jammin’ Boba Marleya. Na trawiastym parkiecie pod gigantycznym drzewem banyan na zmiane a to tance, a to szesciesiecioletnie matrony prezentuja kabaret, parodiujac wspolczesne zespoly rockowe. Co jakis czas, gdy tlum przestaje juz pokladac sie ze smiechu i znow wpada w taneczny szal, porwany chwila i biskup wywija holubce.

Tak wlasnie wygladaja niedziele spedzane z niezwyklym ludem Vanuatu.

P.S. Jak zwykle z SailMaila, wizualna posucha. Jesli macie ochote obejrzec kilka zdjec z najlepszej mszy, w jakiej w zyciu uczestniczylismy, zapraszamy do galerii z Efate, ktora z wrodzona sobie zapobiegliwoscia, z mysla o Was, dodalismy za wczasu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/EfateVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Wilk z Alaski

Anarchiści, emeryci, wielkie amerykańskie samochody i niszowe studia nagraniowe. Dziś o życiu amerykańskiego budowlańca, czyli opowiemy Wam o naszym kapitanie z Alaski.

Rick ma 44 lata. Przez ponad 20 był biznesmenem. A w zasadzie budowlańcem. A w zasadzie TIRowcem.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

Jako nastolatek pracował na budowach w Anchorage i rodzinnym Kenai na Alasce. Szybko zorientował się, że zarobi znacznie więcej i do tego nie będzie musiał mieć nad sobą szefa, gdy zostanie podwykonawcą. Gdy skończył 20 lat, postawił wszystko na jedną kartę. Zapożyczył się, gdzie mógł i kupił wysłużoną ciężarówkę.

„Piękny początek kariery” z ironią rzucali wszyscy dookoła, bo ciężarówkę kupił od bankrutującego podwykonawcy w średnim wieku. Woził asfalt, budując drogi w centralnej Alasce, przewoził piach i transportował kontenery.

„Kontrakty na budowach przez długie lata były spełnieniem moich marzeń” – mówi. „Nigdy indziej nie poznałbym naszego kraju tak dobrze. Brałem kontrakty w najbardziej niegościnnych rejonach Alaski, namiot, sprzęt kempingowy i jechałem odkrywać. I jeszcze mi za to płacili.”

Praca na Alasce daje spore możliwości. W większości branż pracuje się tylko przez 6-7 miesięcy, bo od października do marca biznes zamiera. Szczególnie w budownictwie. W pół roku Rick zarabiał jednak co najmniej 150 tysięcy dolarów, więc przez 6 zimowych miesięcy mógł sobie pozwolić na piwko przed telewizorem.

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Powoli realizował się jego amerykański sen. Miał 5 samochodów, skutery śnieżne, dom w mieście i nad jeziorem. Kolekcję strzelb i rewolwerów odziedziczył po ojcu, z którym chodził polować na łosie. Żył jak na amerykańskiego budowlańca przystało, więc mimo że zarabiał krocie, po 20 latach pracy nie miał żadnych oszczędności.

Zawsze pociągała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze, basie i bębnach. Któregoś roku z dnia na dzień urządził studio nagraniowe u siebie w domu. Trzy wygłuszone pomieszczenia, systemy niezależnie rejestrujące 24 ścieżki muzyczne i kilka ton elektroniki. Kilka miesięcy spędził na uczelni w Arizonie, ucząc się, jak skleić to w całość i jeszcze tej samej zimy zaczął nagrywać amatorów. Przez kilka następnych lat, głównie zimą nagrywał undergroundowych wykonawców z Alaski – od punkowych przecinaków po pianistów klasycznych. Trzeba przyznać, że kolekcji autorskich płyt na naszej niewielkiej łodzi nie powstydziłaby się niejedna wytwórnia.

Marzenie z dzieciństwa

Po kilkunastu latach w budowlance Rick stracił zapał do wyjazdów na daleką północ i przewożenia żwiru z miejsca na miejsce. Przyszedł czas, gdy i zimowe sesje nagraniowe w domowej wytwórni musiały ustąpić ambitniejszym planom.

Mając 10 lat, Rick jak co roku wyjechał z rodzicami na wakacje na Hawaje. Gdy przechadzał się po marinie w Honolulu, jego wzrok przykuł kadłub łodzi, z którego nagle wynurzył się jakiś facet. Potem jeszcze przez wiele dni, podobnie jak my przed kilkoma miesiącami, oszołomiony był faktem, że w łodzi mieści się nie tylko człowiek, ale cały pełnowymiarowy dom. Wówczas postanowił, że też będzie miał taki dom.

Po kilkudziesięciu latach pracy ni z tego ni z owego przypomniał sobie tę scenę i nagle go olśniło.

Za 30 tysięcy dolarów kupił rozlatujący się jacht z 1975 roku. Dołożył co najmniej 2 razy tyle i praktycznie zrobił go od nowa. Zbudował wielki ogrzewany namiot przed domem, w którym przez dwie zimy pracował po kilkanaście godzin dziennie, tworząc dzieło sztuki. Dziś na co drugim postoju podpływają do nas właściciele innych łodzi, z ciekawością wypytując o ten piękny jacht. „Jeśli kiedyś się ożenię, to najprawdopodobniej właśnie z tą łodzią” – mawia.

Na Alasce sprzedał wszystko. Skutery śnieżne, dom, samochody. Jego ukochanego Jeepa, po cichu odkupiła od niego matka i teraz trzyma go dla niego w garażu. Z trudem uzbierał 150 tysięcy dolarów i uznał, że powinno wystarczyć mu to na 2-3 lata na morzu.

Od początku wymyślił, że będzie pływał z załogą, bo to dwa razy więcej zabawy.

Westsail '75 - wydanie 2011

Westsail '75 - wydanie 2011

Anarchiści i emeryci

Pływanie z załogą, jak sam twierdzi, pozwoliło mu zwiedzić Europę bez opuszczania Pacyfiku. Przez ponad dwa lata na morzu miał 12 załogantów, z tego dwie pary. Z większością z nich spędził po kilka miesięcy, więc Europę zna lepiej nie tylko niż George Bush, ale pewnie i większość Sekretarzy Stanu.

Wśród jego załogantów był Tobias – 24-letni niemiecki anarchista, który chciał zlikwidować pieniądze oraz własność prywatną i wiódł życie tułacze po świecie. Do Polinezji Francuskiej przypłynął z Rickiem z San Diego. Wcześniej przez pół roku w Ameryce, przejechawszy cały kraj, wydał tylko 30 dolarów. Żył zupełnie za darmo, odbierając wieczorami resztki w restauracjach, śpiąc na trawnikach lub Couch Surfingu, uprawiając tzw. „dumpster diving” i tego typu atrakcje. 30 dolarów zainwestował oczywiście w browar.

Był Jon – dumny i roześmiany Bask, który przez 6 miesięcy przeżeglował z Rickiem pół Pacyfiku od Tahiti po Nową Zelandię. Hiszpanii nie tolerował do tego stopnia, że w finale Mistrzostw Świata kibicował Holendrom, a w Urzędach Imigracyjnych w odwiedzanych krajach z trudem powstrzymywał się przed podarciem własnego paszportu. Jon podróżował dookoła świata, ale dość nietypową trasą. Jachtostopem przeżeglował z Wysp Kanaryjskich przez całe Karaiby, Panamę, aż do Nowej Zelandii i dalej zmierzał na zachód.

Była i Delfine – 62-letnia (słownie: sześćdziesięciodwuletnia) Brytyjka, która wcześniej przeżeglowała jachtostopem niemal cały świat. Żeglarskie rzemiosło znała jak mało kto, a po pokładzie uwijała się jak fryga. W jej rękach żagle tylko furczały, a lokalnym mieszkańcom Pacyfiku piekła ciasta i nawiązywała z nimi kontakt jak typowa polska babcia.

Było także siedmiu innych typów od Finlandii, przez Paryż aż po Seattle, z których każdy mógłby zapełnić nie tylko skromny akapit, ale konkretny reportaż.

Strachy na lachy

Przed zaokrętowaniem się na Freestyle mieliśmy pewne obawy co do tak długiego pobytu we troje na ograniczonej przestrzeni. Kilka miesięcy w jednej kabinie, a najdalsze miejsce, w którym można poszukać samotności, to dziób statku oddalony o parę metrów.

A co jeśli koleś okaże się ciężkostrawnym typem, z którym nie będzie o czym rozmawiać? Albo pogada się miło przez kilka dni, a później notorycznie będzie zapadać martwa cisza?

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Tymczasem okazało się, że codzienne wieczorne rozmowy nie są nawet odrobinę mniej wciągające niż 2 miesiące temu, a moje plany, że na łodzi będę miał więcej czasu na pisanie i czytanie szybko rozwiały się jako sen złoty.

Kończąc ten tekst przed kilkoma minutami, zagaiłem do Ricka:

– Nie zgadniesz, jaki artykuł właśnie napisałem…

– Dajesz.

– To historia twardego faceta z Alaski. Przez wiele lat był budowlańcem. Miał 5 samochodów, w wolnych chwilach nagrywał punkowe kapele, ale potem sprzedał wszystko, zbudował łódź i od 2 lat pływa po Pacyfiku, żywiąc się głównie rumem i kokosami.

– Piękna historia. A przynajmniej obiecująco się rozpoczyna.

I to jest właśnie Rick.

.

———————————————————–

P.S. Nasz kapitan, jak każdy szanujący się podróżnik, również prowadzi bloga. Jest to w zasadzie Dziennik Podróży, w którym przeczytać możecie, w jakiej wiosce kto i dlaczego znów zaprosił nas na obiad, co widzieliśmy, snorklując na kolejnych rafach czy jakie mamy problemy na obecnym odcinku rejsu.

Blog ten ma zatem zupełnie inny charakter niż nasz i zawsze na bieżąco możecie dowiedzieć się, co tam u nas aktualnie słychać (a kapitan – tak jak każdy autor bloga – wielce ceni sobie komentarze i opinie niezależnych ekspertów z Polski, więc jeśli tylko macie ochotę, w klawisze walcie śmiało).

.

Szczęśliwego Nowego Roku

Rok, nie wyrok, jak zapewne pomyślała Aleksandra Jakubowska, wysłuchawszy werdyktu w sprawie Afery Rywina (której przecież nie było).

Rok, dwa, a może pięć?

Rok, dwa, a może pięć?

My też lecimy tym tropem i po roku podróży jesteśmy jeszcze w szczerym polu błękitnego oceanu. Nie dość, że nie udało nam się nawet dotrzeć do linii zmiany daty, to od kilku tygodni wręcz zaczęliśmy się cofać.

Po sześciu tygodniach oceanicznej przygody dobrnęliśmy do Espiritu Santo – największej wyspy Vanuatu. Tym samym zbliżamy się do północnych peryferii kraju, a przed nami już za kilka dni na horyzoncie powinny ukazać się najbardziej niedostępne archipelagi Banksa i Torresa.

Bezkresnego przestwór oceanu

Tymczasem przemierzamy kolejne wyspy, a żeglowanie spodobało nam się znacznie bardziej niż się spodziewaliśmy. Kilka dni temu snorklowaliśmy z dugongami na Epi, przedwczoraj naszej łodzi na oceanie znów towarzyszyły delfiny, a jutro wybieramy się na Million Dollar Point – zatokę, w której po II Wojnie Światowej Amerykanie zatopili setki pojazdów opancerzonych i tony sprzętu wojskowego, którego nikt nie chciał od nich kupić.

Cieszymy się więc każdym dniem, dopływamy w zupełnie nieodwiedzane rejony i spotykamy lokalnych mieszkańców, którzy są jednymi z najbardziej otwartych i niesamowitych ludzi, jakich odwiedziliśmy.

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Właśnie dzisiaj przedłużamy 30-dniową wizę do Vanuatu, która okazała się zdecydowanie zbyt krótka dla naszego Freestyle’u. Zostaniemy tu przynajmniej jeszcze kilka tygodni, a następnie ruszamy na Wyspy Salomona, które zdają się być jeszcze bardziej rozproszone po oceanie, jeszcze bardziej oddalone od cywilizacji i jeszcze rzadziej odwiedzane. Żeglować będziemy zatem przynajmniej do połowy listopada, a kto wie, co potem.

Czas wyborów

Jak zapewne wiecie, nadchodzi czas wyborów. I to wyborów nie byle jakich.

Nasz kapitan płynie do Zjednoczonych Stanów Mikronezji, państwa, o którym nie słyszała nawet większość pasjonatów geografii. Na horyzoncie stany Pohnpei i Chuuk (zobacz na mapie), wspaniałe atole na środku Pacyfiku z dziesiątkami japońskich samolotów zestrzelonych w czasie II Wojny Światowej spoczywających w lagunach. A następnie wyspy Yap, prawdopodobnie ostatnie już miejsce na Pacyfiku, gdzie mieszkańcy nadal chodzą w spódniczkach z trawy, a kobiety dumnie odsłaniają piersi.

Entliczek, pentliczek...

Entliczek, pentliczek...

Tymczasem już namówiliśmy naszego kapitana na Filipiny, na których można by przeczekać sezon cyklonów przez 2-3 miesiące na początku przyszłego roku. Tym samym do Japonii i dalej na Alaskę zamiast przez amerykański Guam wybralibyśmy się przez nieco już nam znany raj na ziemi. Więc kto wie czy zamiast dookoła świata, za kilka miesięcy nie wrócimy znowu do Azji.

Problem tylko w tym, ze wówczas nie odwiedzilibyśmy Nowej Zelandii i Ameryki Południowej. Więc takie oto mamy obecnie dylematy – żeglować w niezbadane czy jechać dookoła świata? Wysiąść na Salomonach i próbować złapać kolejny jachtostop do Australii czy brać to co najlepsze na Pacyfiku??

Głos w tej kluczowej sprawie musimy oddać gdzieś do połowy listopada.

Pół roku w rozkroku

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, pierwsze półrocze upłynęło nam od Indii do Laosu. Już po kilku miesiącach i nieplanowanych odskokach na Filipiny czy do Birmy, plan powoli zaczął się sypać.

Fidżi inspiruje

Fidżi inspiruje

Jednak odkąd sześć miesięcy temu przejechaliśmy cały Laos stopem, nasza podróż wkroczyła w zupełnie nowy rozdział. Przez kolejne 2 miesiące pokonaliśmy stopem Tajlandię, Malezję i Borneo, wielokrotnie lądując u naszych dobroczyńców w domach. Równo trzy miesiące spędziliśmy następnie w Indonezji, wspinając się na wulkany, nurkując z mantami czy pomieszkując z morskimi cyganami Bajo, już zupełnie tracąc z oczu zakładany czas podróży. To właśnie wtedy zapadła też ostateczna decyzja, żeby kontynuować podróż bez daty powrotu przynajmniej przez kolejny rok.

Pan i Władca na krańcu świata

Pan i Władca na krańcu świata

Księżycowe krajobrazy Jawy, bezkresne plantacje herbaty Cameron Highlands, nurkowanie w zupie rybnej na Komodo, roześmiane wioski Akha, najlepsza kuchnia świata w Tajlandii, kopalnie siarki w kraterze wulkanu, sterylne miasto przyszłości w Singapurze, oko w oko z żółwiami morskimi na Derawanie, życie w dobrobycie w australijskim stylu, no i jacht. Oceaniczna przygoda, nauka żeglowania, dzikie wyspy i szum oceanu wprowadzają nas w kolejny rok podróży.

Duchowo drugie półrocze też przyniosło sporo nowości. Kupowaliśmy już niemal bilety powrotne do Polski, rozważaliśmy czy nie osiąść na indonezyjskiej wyspie, chcieliśmy przeprowadzać się do Australii, a obecnie kombinujemy, jak zorganizować kilkaset tysięcy, żeby czym prędzej nabyć piękne pływające cacko oceaniczne.

Korzystając zatem z okazji, chcieliśmy złożyć sobie najserdeczniejsze życzenia z okazji pierwszej rocznicy w podróży dookoła świata (półkuli wschodniej??).

I Szczęśliwego Nowego Roku! Amen.

.

———————————————————-

Podczas oceanicznych wieczorów udało nam się także skompilować kolejną superprodukcję pod hasłem Wyszperane z Naszego Wciąż Puchnącego Dysku, czyli materiały nigdy dotąd nie publikowane.

Czuwaj!

.

.