Archiwa blogu

Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Reklamy

Na wyspach Bergamudach

Dziś zabieramy Was naprawdę daleko, ale unosimy się w oparach absurdu. Krokodyle, szpitale bez lekarzy i samoloty, których nie ma, czyli witajcie na Wyspach Salomona.

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

 

Ale zaczynamy jak u Hitchcocka.

Po ostatnim dwudniowym rejsie Najlepsza z Żon czuje się fatalnie. Pęka jej głowa, ciężko oddycha, bolą ją wszystkie kości, łącznie ze śródstopiem. Nie może nawet rozprostować palca. Ostatnie przeprawy z Espiritu Santo na Archipelag Banksa na Vanuatu, a następnie do wschodnich rubieży Wysp Salomona zupełnie nas nie oszczędzały. Przynajmniej kilka szkwałów każdej nocy, podczas których deszcz pada poziomo, a wiatr wieje z prędkością 30, a nawet ponad 40 węzłów. Kilkukrotne całkowite przemoczenie przez fale przelewające się przez pokład też zrobiło swoje.

Pierwszy atak choroby jakimś cudem udało się opanować przy użyciu jachtowej apteczki, ale jak się wkrótce miało okazać, to jeszcze nie koniec. Na Vanikolo – pierwszej wyspie archipelagu nie schodziliśmy nawet na ląd, a spragnieni kontaktu z cywilizacją mieszkańcy okolicznych wiosek przez cały dzień przepływali kilometry swoimi czółnami, aby z nami handlować. Wypakowani kilogramami papai, batatów, ananasów i wszelkiego innego dobra, a lżejsi o kilka worków ryżu, cukru, a także szpulek igieł i nici, które specjalnie w tym celu nabyliśmy na Vanuatu, następnego dnia udaliśmy się więc prosto do Laty – stolicy prowincji Temotu na Wyspach Salomona.

Na Vanikolo nie snorklowaliśmy nawet jakoś specjalnie w zatoce, bo choć jak twierdzą miejscowi, okoliczne krokodyle zazwyczaj nie są większe niż półtora metra, to jakoś brakowało nam śmiałości, żeby popluskać się tu dłużej niż pół minuty.

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

 

Szpitale bez lekarzy

Kilka dni później choroba wraca. Tragedii nie ma, myślę, bo w Lacie jest nawet szpital. Przeciskam się pomiędzy czekającymi pacjentami, a plakaty informacyjne na ścianach ostrzegają mieszkańców przed chorobami, które w świecie zachodnim już dawno wyginęły – prym wiodą gruźlica i malaria.

Szpital okazuje się blaszanym barakiem z jedną salą bez drzwi i parawanem, za którym lekarz ogląda pacjentów, a tłum w korytarzu bynajmniej nie dyskretnie zapuszcza żurawia do środka.

Mimo że generalnie podczas podróży zdrowie wyjątkowo nam sprzyja, to jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to w mniejszych bądź większych kwestiach lokalne szpitale odwiedziliśmy już w Indiach, Hong Kongu, na Celebesie, Floresie, na Fidżi i na Vanuatu. I za każdym razem procedury były inne.

Próbuje więc ustalić jak tu wygląda ta kwestia, ale jakoś dziwnie nie mogę dojść do ładu z lekarzem, który mówi, że wizyta będzie tania, ale w zasadzie nie wie, ile będzie kosztować, a najlepiej by było, gdybym w sklepiku obok kupił zeszyt w kratkę, to założy żonie kartę pacjenta.

Kartę Pacjenta?? „Czy ty jesteś człowieku zdrowy?”, myślę sobie i daję mu czystą kartkę z plecaka, którą zawsze na wszelki wypadek noszę przy sobie. Tu załóż kartę pacjenta i kiedy możesz nas przyjąć.

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

 

Po kilku minutach Najlepsza z Żon siedzi na krzesełku, śledzona kilkoma tuzinami melanezyjskich oczu wyglądających zza futryny.

Diagnoza – zapalenie płuc. Przyznam, że słowa doktora zabrzmiały jak wyrok, a gdyby był prawdziwym lekarzem pewnie zrobiłyby jeszcze większe wrażenie.

W międzyczasie to tu tam, od słowa do słowa udaje nam się ustalić, że przyjmujący pacjentów lekarz wcale nie jest lekarzem a „pomocnikiem lekarza”. Chyba stażystą, być może pielęgniarzem, a może recepcjonistą, w zasadzie nikt nie jest pewien. Lekarz in spe wyjechał do stolicy i nie może wrócić, bo od miesiąca do Laty nie latają cywilne samoloty.

Samoloty, których nie ma

Nie latają, bo samolot linii z Papui Nowej Gwinei, która użycza narodowym liniom Wysp Salomona samolotów, rozbił się ostatnio w Papui (lub miał awarię silnika – w zależności od źródła) i w chwili obecnej nie ma co już latać do wschodniej prowincji Salomonów.

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

 

Lokalne lotnisko w Lacie to prawie ubity pas ziemny niemal bez dziur, na którym raz w tygodniu ląduje samolot z Honiary. Ląduje zazwyczaj, bo ostatnio nie wylądował już od 4 tygodni. Podczas naszej wizyty na wyspie Santa Cruz uwięzionych było zatem czterech turystów, którzy przybyli tu w różnym czasie na wakacje, a wkrótce zostali odcięci od świata. Bankomat na wyspie o dziwo jest, ale od ponad roku nie ma w nim gotówki. Bank jest jeden, ale nie wymienia pieniędzy, a statek przypływa, kiedy akurat przypływa, czyli raz na miesiąc albo pół roku.

Z tradycyjnymi czółnami wydłubywanymi ręcznie z pnia drzewa i wioskami z liści bananowca Vanuatu wydawało nam się relatywnie biednym krajem. Okazuje się jednak, że dla Wysp Salomona Vanuatu to bogaty wujek. W położonej daleko na wschodzie kraju porzuconej przez Boga i cywilizację prowincji Temotu ostatnio nikt nie mówi o niczym innym, jak o nowym porozumieniu rządów Salomonów i Vanuatu, które być może już w przyszłym roku otworzy połączenie lotnicze z miejscowej stolicy na wyspie Santa Cruz do Espiritu Santo na Vanuatu.

Miejscowi liczą, że wraz z nowym połączeniem lotniczym zaleją ich zachodni turyści. I kto wie, być może mają rację, liczba turystów się potroi i zamiast trzech przyjedzie dziewięć osób miesięcznie.

Wioska na wyspie Santa Ana

Wioska na wyspie Santa Ana

 

Jeszcze Polska..

I jeszcze polski akcent na zakończenie. Jednym z trójki białych uwięzionych na Santa Cruz okazał się Jacek – niesamowity 60-letni radioamator z Warszawy, który w wolnych chwilach podróżuje po świecie z ponad 70 kilogramami sprzętu radiowego, by z najbardziej niedostępnych miejsc na Pacyfiku łączyć się z radioamatorami z całego świata.

Z takimi ludźmi można przedyskutować nie jeden dzień, a nawet kilka tygodni bez cienia nudy.

.

P.S. Zaczęło się jak u Hitchcocka, a skończyło jak u Disneya. Po czterech dniach zapalenie płuc minęło jak ręką odjął, więc albo lekarz, który nie był lekarzem wyleczył Najlepszą z Żon pięciodniową kuracją albo walnął się z diagnozą.

Tuż po wizycie w szpitalu, która okazała się darmowa, wyszło na jaw, że zeszyt, o który prosił lekarz, miał w przyszłości posłużyć za kartę dla innych pacjentów. Gdy kilka godzin później wręczyliśmy lekarzowi naręcze zeszytów do rozdysponowania dla potrzebujących pacjentów, aż zaszkliły mu się oczy.

Witajcie na Salomonach!

Witajcie na Salomonach!

 

Morze też uspokoiło się aż zanadto. Dwudniowa przeprawa z prowincji wschodniej do centralnej była na tyle spokojna, że świętując odchodzące w niepamięć zapalenie płuc, po raz pierwszy mogliśmy wykąpać się na otwartym oceanie. Temperatura powietrza 35, temperatura wody 31, żadnego lądu w promieniu ponad 100 mil morskich i przejrzystość wody, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy – 50-60 metrów spokojnie.

I miejmy nadzieję, że to są Salomony, które będą bawić nas przez najbliższe tygodnie.

.

P.S. Kilka galerii z Vanuatu wciąż na Was czeka, ale póki co wrzucamy pierwsze coś dla oka z Salomonów.

.

Marau Sound, Wyspy Salomona

.

Santa Ana, Wyspy Salomona

.

Tanna znaczy ziemia

Gdy ekspedycja Jamesa Cooka dotarla do poludniowych rubiezy Nowych Hebrydow, Johann Forster – Niemiec i pokladowy botanik okretu na migi prowal porozumiec sie z lokalnymi mieszkancami. Chcac dowiedziec sie, jak nazywa sie wyspa, kta wlasnie odkryto, wskazal na ziemie. Ci, rozumujac, ze pyta o grunt, natychmiast odpowiedzili „Tanna”.

Nie deliberujac zbyt dlugo, blyskotliwy jak germanski kamasz Forster przyswoil sobie nazwe, ktorej nic nie bylo juz w stanie wybic mu z glowy. W rzeczywistosci wyspa nazywala sie Ipari, ale dzis nikt juz o tym nie pamieta.

Zycie w barterze

Na wyspe dotarlismy w piatek o swicie, a do zakurzonej osady na drugim krancu wyspy, hucznie nazywanej miastem, wybralismy sie dopiero w poniedzialek, aby zglosic swoje przybycie niczego nieswiadomym sluzbom imigracyjnym. Przez 4 dni cieszylismy sie jednak wszystkimi urokami wyspy, zyjac w barterze. Jak dawni zeglarze.

Juz w kilka minut po zakotwiczeniu, nie mogliamy wyjsc z podziwu, gdy dostrzeglismy dlubanke z dwoma wioslarzami zmierzajacymi w nasza strone. Vanuatu to pierwsze miejsce podczas tej podrozy, gdzie mieszkancy na co dzien posluguja sie czolnami recznie wydlubywanymi z pnia drzewa. W tym kraju jestesmy juz ponad 3 tygodnie, a miejscowe czolna na kolejnych wyspach nadal wzbudzaja w nas zachwyt.
Wioslarze, ktorzy przybyli nam na powitanie, ofiarowali nam kokosy. Wiedzac, ze dysponujemy panelami slonecznymi, poprosili o doladowanie komorek. Fakt, ze na wyspie, na ktorej poza jedna osada nie ma pradu, wcale nie przeszkadza, zeby podobnie jak wszedzie na Pacyfiku dzialala siec komorkowa. Trzeba przyznac, ze Vanuatanczycy (Vanuatanie? Vanuasi??) o typowo melanezyjskich rysach, dziarsko prezacy gole torsy w wydlubanym czolnie i dzierzacy w dloniach kokosy i komorki to bajeczny widok.

Drugiego dnia w pobliskiej wiosce naprawilismy stara gitare w zamian otrzymujac kilka kilogram taro, yam, papai, a takze kilku innych warzyw i owocow, ktore po raz pierwszy widzielismy na oczy.
W niedziele zostalismy zaproszeni na kave, czyli popoludniowy lekko odurzajacy napitek z przezutego korzenia.

Gdy ktoregos dnia do naszej lodzi podlynal mezczyzna z lukiem, ktorym polowal na ryby, myslalem, ze z wrazenia spadne z pokladu. Ten jegomosc nie mial do nas zadnego interesu i podplynal jedynie zagaic o pogodzie i stanie ducha. Na pozegnanie podarowal nam jeszcze kisc bananow tak wielka, ze jedlismy ja przez tydzien.

Najbardziej zaluje, ze nie dokonalem transakcji stulecia i nie kupilem od niego tego pieknego poltorametrowego luku za jakas koszulke. To dopiero bylaby piekna ozdoba kolecji lokalnych broni, ktora powoli zostaje ukuta podczas tej podrozy.

Obyczaje w stylu kastom

Niejakim rozczarowaniem okazaly sie natomiast slynne tradycyjne wioski „kastom”, kte sa skansenem dla turyst. W kilku wioskach za jedyne 10 dolarow od osoby miejscowi gotowi sa przebrac sie w spodniczki z trawy i rurki na penisa, a nastepnie odtanczyc tradycyjny taniec ludowy. Jest co prawda wioska Yakel, ktorej mieszkancy faktycznie zyja i ubieraja sie jak przed wiekami. Miejsce to z wierzchu faktycznie wyglada autentycznie, ale trudno oprzec sie wrazeniu zywego zoo, gdy wszyscy licznie przybywajacy turysci placa po 20 dolarow za wejscie, a ekipy telewizyjne po 1000.

Trudno zreszta sie dziwic Vanuatanczykom, ze chca sobie dorobic do barterowego zycia. Litr benzyny w tym kraju kosztuje 7 zl, kilogram sera 120, a lokalne male piwo w sklepie 8 zl. Paczka papierosow to koszt ok. 35 zl (w Indonezji niecale 2 zl), a surowe jajka w sklepikach na mniejszych wyspach kosztuja po 2 zl za sztuke.

Kraj ludzi szczesliwych

Tym bardziej dziwic moze, jak niezwykle otwarci i przyjazni sa to ludzie.

My do wioski Yakel sie nie wybralismy, za to dosc dobrze poznalismy poludniowo-wschodnie wybrzeze wyspy. Okolice Port Resolution to zyzne ziemie wulkaniczne i bogate lowiska, wiec codziennie rano odprowadzalismy wzrokiem rybakow w czolnach i rodziny wyruszajace do sadow warzywnych.

Przechadzajac sie po wyspie 3-krotnie zostalismy zaproszeni na noc do kogos do domu, codziennie otrzymywalismy przynajmniej dwa zaproszenia na kave, a otrzymane pomidory i papaje mimo naszych nieustajacych wysilkow, nadal zalegaja nam na lodzi.

.

Z pamiętnika podróżnika – Birma cz. 1

10.02 – Yangon

W Birmie faceci chodzą w spódnicach, wszyscy noszą maseczki na twarzy, a kraj ten cywilizacyjnie leży zdecydowanie bliżej Indii niż Tajlandii i Chin.

Po wczorajszym rozpoznaniu terenu, dziś pierwsze akcje z wymianą pieniędzy na ulicy. Birma objęta jest ścisłym embargiem handlowym, więc nie ma tu m.in. ani międzynarodowych banków, ani żadnych bankomatów. Walutę wymieniać trzeba na czarnym rynku, bo oficjalny kurs państwowy to 7 kyatów za 1 dolara. Tymczasem realny kurs czarnorynkowy to obecnie 820-850 kyatów za 1 dolara – oczywiście w momencie wymiany nieskazitelnych banknotów 100-dolarowych. Mniejsze nominały i banknoty choćby lekko zagniecione to kurs rzędu 800-840 kyatów. Co ciekawe, miejscowe kyaty w większości wyglądają jak przerzuta makulatura i nikomu to nie przeszkadza.

Psu z gardła, czyli birmańskie kyaty w dobrym stanie

Psu z gardła, czyli birmańskie kyaty w dobrym stanie

W Yangonie we wszystkich turystycznych miejscach kręcą się cinkciarze i oszuści, z daleka wypatrujący turystów. Ustalenie aktualnego kursu nie jest łatwe (jeszcze w zeszłym roku wynosił on np. 1000 kyatów za 1 dolara) i zajęło nam dobrą godzinę. W międzyczasie mieliśmy kilka przejść z ulicznymi cinkciarzami, którzy oferując kursy 900 kyatów za 1 dolara próbowali na nas wszystkich sztuczek rodem ze Sztosu. Przetrzymaliśmy próby podmiany pliku przeliczonych kyatów, kwestionowania numerów seryjnych dolarów w celu przechwycenia i podmiany banknotu (zapewne na fałszywy) czy sztuczny tłok. Jak się okazuje, dolary najlepiej wymienić na Bogyoke Market w centrum miasta, gdzie operują rzetelni detaliści i hurtownicy. Do hurtowników ciężko trafić, a można ich znaleźć na piętrze, gdzie oficjalnie zajmują się handlem kamieniami szlachetnymi (aktualny kurs u hurtowników to 870 kyatów za dobre 100-dolarówki i 860-850 za lekko zagniecione).

Najwyższy birmański nominał to 1000 kyatów, czyli około dolara, co znowu oznacza noszenie reklamówki pieniędzy

Najwyższy birmański nominał to 1000 kyatów, czyli około dolara, co znowu oznacza noszenie reklamówki pieniędzy

Oprócz cinkciarzy Birmańczycy to przemili ludzie. Zapowiada się piękna przygoda.

P.S. Jak się okazuje, męskie spódnice to „longyi” – tradycyjny birmański strój w stylu indonezyjskich sarongów, zapewniający przewiew w nogawkach latem i ciepło podczas zimowych wieczorów.

A maseczki, które non-stop nosi ponad połowa społeczeństwa to „thanakha” – sproszkowana kora drzewna, zapewniająca gładką skórę, chroniąca przed słońcem i posiadająca właściwości wybielające (podobnie jak 90% kosmetyków w Azji).

12.02 – Yangon

W drodze na dworzec naszą ciekawość wzbudziły plakaty promocyjne birmańskiej Pierwszej Ligi w piłkę nożną. Gdy studiowaliśmy billboard, zagadnął nas przemiły Birmańczyk. Przegadaliśmy z pół godziny o jego pracy w Singapurze, losie mniejszości narodowych w Birmie, wyjazdach za chlebem, nielegalnym przekraczaniu granicy do Tajlandii, itp.

Ale najsmutniejszy był fragment dotyczący piłki nożnej. Podobnie jak Tajowie, Wietnamczycy czy Khmerzy, Birmańczycy żyją footballem. Z braku sukcesów narodowych, wszyscy pasjonują się Ligą Mistrzów i europejską piłką klubową. Po raz kolejny podczas naszej podróży, padło więc pytanie o polskie drużyny i najlepszego polskiego piłkarza. Czasy, gdy nazwisko Jerzy Dudek komuś coś mówiło, a niejednokrotnie padało nawet jako niewspomagana znajomość marki, niestety dawno już minęły.

Teraz w takich sytuacjach pozostaje mi jedynie pytać: „A jak nazywa się najlepszy piłkarz Birmy/Kambodży/Wietnamu?”

Przez rozmowę z kolejnym niewybrażalnie wręcz miłym Birmańczykiem, omal nie spóźniliśmy się na 16-godzinną nocną podróż autbusem. Całe szczęście ostatecznie się udało, dzięki czemu m.in. Paula „przeczytała” pierwszą książkę podczas naszego wyjazdu. Audiobook Agathy Cristie, ale na początek dobre i to.

A oprócz tego pierwszy naprawdę smaczny posiłek birmański, a także podświetlane fontanny i piękne wille przy turystycznej drodze. To popisówa reżimu przed turystami. Stary numer, ale miło patrzeć, że się starają.

Dziś na dobre polubiłem Birmę.

Szeroki uśmiech i thanakha na twarzy - birmańska wizytówka

Szeroki uśmiech i thanakha na twarzy - birmańska wizytówka

13.02 – Kalaw

O 3 w nocy na dworcu wypatrzyła nas 10-letnia dziewczynka. Codziennie o tej porze czatuje na nielicznych turystów w nadziei namówienia ich na nocleg w jednym z hoteli, od którego otrzyma znikomą prowizję. A hotel wzięliśmy. Jak się miało okazać następnego dnia, najkorzystniejsza opcja w mieście – 5 dolarów za 2 osoby ze śniadaniem.

W ciągu kolejnych kilku dni dziewczynka będzie próbowała namówić nas na zorganizowany treking z jednym z zaprzyjaźnionych przewodników, od którego zapewne również otrzymałaby kilka groszy.

Podczas naszego 5-dniowego pobytu w Kalaw wielokrotnie z nią rozmawialiśmy, próbując ustalić m.in. czy i gdzie są jej rodzice. Ci dziwnym trafem za każdym razem albo byli na trekingu z jakimś turystą, albo w sąsiednim mieście na zakupach, albo w rozjazdach. Tymczasem jej dzień za każdym razem wygląda tak samo.

Dzieci Birmy

Wstaje o 2:30, by czatować na autobus z Yangon, który przyjeżdża zazwyczaj między 3 a 5 i czasem ktoś z niego wysiada. Następnie wraca do łóżka, by na 8 wstać do szkoły. Kończy lekcje w sam raz, żeby biegiem zdążyć na drugi autobus, przejeżdżający przez miasto ok. 14-15. Potem obiad, organizacja ewentualnego trekingu, itp. A w tym wszystkim jest jeszcze jej młodszy, 6-letni brat, który włóczy się za nią w dzień.

W ciągu tych kilku dni, które spędzimy w Kalaw, wielokrotnie będziemy zastanawiać się nad jej losem i niby nie-pracą, kwestionując korzystanie z jej usług. Lecz z drugiej strony, co byłoby, jeśli nikt przez kilka kolejnych dni nie weźmie poleconego pokoju ani nie pójdzie na treking?

Azjatyckie błędne koło.

.

Roztrzaskani o Mur Chiński

Witamy w Chinach. Dość dawno się nie odzywaliśmy i w międzyczasie zdążyliśmy już zabawić dobrych kilka dni w Hong Kongu i przeskoczyć do Chin.

Obecnie już od dwóch dni poznajemy Szanghaj zjeżdżając go wzdłuż i wszerz na rowerach, ale jak pisaliśmy wcześniej, mamy pewne zaległości jeszcze z Nepalu i Hong Kongu. O obu tych miejscach będzie jeszcze kilka słów, ale póki co mlekiem i miodem płynąca komunistyczna ziemia obiecana roztrzaskała nasze internetowe marzenia o Wielki Mur Chiński. Konkretnie – Wielki Chiński Firewall.

Roztrzaskani o Mur Chiński

W tym kraju, gdzie wszyscy obywatele boją się nawet podnieść głowy, w trosce o ich nieustające dobro, uczynny reżim komunistyczny blokuje dostęp m.in. do WordPressu, Facebooka, Picasy i YouTube. Tak się akurat nieszczęśliwie składa, że tym samym Komunistyczna Partia Chin bije w nas osobiście, skutecznie uniemożliwiając nam publikowanie wpisów na naszej stronie, zamieszczanie zdjęć oraz filmów, a także dawanie znaków życia na fejsie.

Skoro to czytanie, można się domyślać, że WordPress najlepiej z całej czwórki radzi sobie z działalnością antyobywatelską Chińczyków i umożliwia zamieszczanie wpisów przez email, co jednak wiąże się z brakiem edycji tekstu, a także zdjęć, linków i filmików. Tymczasowym brakiem, dodam, który załatamy, jak tylko przedostaniemy się do wolnego świata (czyli najprawdopodobniej Filipin, bo ciągnie nas już trochę do raju).

Zatem Kapitaliści całego świata – łączcie się! I nasłuchujcie. Póki co będziemy nadawać połowicznie.

.

Prawdy ogólne – Indie

Po odwiedzeniu kilku krajów arabskich w naszej naiwności pozwoliliśmy sobie sądzić, że w kwestii ruchu ulicznego niewiele jest już w stanie nas zadziwić. Jednak, jak się rychło okazało, Indie nie poddają się zwyczajowym klasyfikacjom. Abstrahując już od krów, które ni stąd ni zowąd lubią sobie przycupnąć na środku jezdni, ruch uliczny przynosi wiele niespodzianek. Światła występują jedynie w wersji dla zmotoryzowanych, a piesi nie widząc, jaka wyświetla się akurat sygnalizacja, mogą (a raczej muszą) przechodzić przez ulicę ruchem jednostajnie przyspieszonym, a najlepiej przerywanym.

Ryksza towarowa

Koko dżambo i do przodu

Kierowcy z kolei, na arabską modłę, zajmują każdy dostępny fragment jezdni, tworząc niezwykle ciekawe wzory geometryczne. W nawet najmniejsze wolne miejsca wpasowują się natomiast kierowcy ryksz, motoryksz oraz ryksz towarowych, skutecznie wykorzystyjąc przestrzeń jezdną do maksimum. W zaistniałej sytuacji niewiele pozostaje miejsca dla pieszych, a już z pewnością nigdy nikomu nie uda się przekroczenie jezdni w linii prostej bez przyspieszania bądź zatrzymywania.

Przykładowy ruch uliczny w New Delhi przedstawia poniższy filmik:

Gimnastyka drogowa z pewnością bardzo dobrze wpływa na kondycję pieszych i do spółki z wszechobecną jogą zapewnia Hindusom niebywałą wręcz elastyczność. Nasz dzisiejszy kierowca motorykszy na przykład, skądinąd Sikh, umilał sobie czas, trzymając jedną nogę tak zgiętą w kolanie, że wylądowała na desce rozdzielczej za kierownicą. Standardem są również właściciele ryksz rowerowych, łapiący w wolnych chwilach drzemki w pozycji embrionalnej, szczelnie wpasowani w siedzenie.

Lingwistyczne piekło

10 rupii - w 16 głównych alfabetachInteresująco zapowiadają się także kwestie językowe. W Indiach mówi się w kilkuset językach, z których aż 25 uznanych jest za oficjalne. Samych alfabetów jest kilkanaście, z czego większość z twarzy podobna zupełnie do nikogo. Przykładowo, nominały na wszystkich banknotach drukowane są w 15 różnych alfabetach.

Dziś mieliśmy już przyjemność zamienić kilka słów w hindi, urdu i po sikhijsku. Niestety tak gęsta sieć językowa sprawia, że raczej nie uda nam się nauczyć zwrotów grzecznościowych, liczebników czy podstawowych rzeczowniów, jak to zazwyczaj mieliśmy w zwyczaju. A szkoda, bo to wybitnie przydatna umiejętność podczas nawiązywania kontaktów.

5000 lat tradycji

Mimo że Polacy, obok Włochów, mogą uchodzić za cwaniaków Europy, to na arenie międzykontynentalnej nie opuściliśmy jeszcze mentalnej piaskownicy. Jak przystało na pierwszy kontakt z kulturą liczącą ponad 5 000 lat, daliśmy się kilka razy widowiskowo oszukać.

Najpierw na pierwszym śniadaniu, za które koleś z niewzruszoną miną zgarnął 350 rupii (27 zł), czyli przynajmniej trzy razy więcej niż normalnie. Podczas kolacji ulegliśmy z kolei słodkiemu czarowi przygodnej dziewczyny, która naciągnęła Paulę na hennę, której niemalże nie widać i dzięki temu wygląda jak siniak, znajdujący się obok. Ale to jeszcze nic.

Nagroda za najlepszy kant dnia bezapelacyjnie trafia do młodego chłopca, który z pokerową wręcz twarzą kazał nam zapłacić po 200 rupii (15 zł) od łebka za wejście do meczetu Jama Masjid.  A my, jak cielęta zapłaciliśmy. Zmylił nas wydrukowanymi biletami, które wyglądały zupełnie profesjonalnie. Już po wejściu wyczytaliśmy, żeby uważać na naciągaczy, bo wejście jest darmowe, a płaci się jedynie za aparat.

Akcja zupełnie w stylu fachowców, którzy podobno przed niektórymi światyniami każą sobie oddawać aparaty i kamery na przechowanie pod pretekstem zakazu robienia zdjęć. Nie trzeba chyba dodawać, że po chwili znikają jako sen jaki złoty.

The real Top Model

Mamy również za sobą naszą pierwszą sesję zdjęciową. A w zasadzie 4 sesje. Myślałem, że takie rzeczy będą spotykać nas dopiero na prowincji, a okazuje się, że wystarczy zboczyć z turystycznego szlaku choćby w stolicy. Ludzie proszą o zrobienie sobie zdjęć z nami na skrzyżowaniach, w parkach czy przy mniej znanych meczetach.

Prawdziwy Top Model

Generalnie szok kulturowy jest nawet większy niż się spodziewaliśmy. Zapowiada się wybitnie interesujący wyjazd.

————————————–

Pierwsze zdjęcia z Indii możecie zobaczyć  w galerii.

Delhi, Indie

.