Na wyspach Bergamudach

Dziś zabieramy Was naprawdę daleko, ale unosimy się w oparach absurdu. Krokodyle, szpitale bez lekarzy i samoloty, których nie ma, czyli witajcie na Wyspach Salomona.

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

 

Ale zaczynamy jak u Hitchcocka.

Po ostatnim dwudniowym rejsie Najlepsza z Żon czuje się fatalnie. Pęka jej głowa, ciężko oddycha, bolą ją wszystkie kości, łącznie ze śródstopiem. Nie może nawet rozprostować palca. Ostatnie przeprawy z Espiritu Santo na Archipelag Banksa na Vanuatu, a następnie do wschodnich rubieży Wysp Salomona zupełnie nas nie oszczędzały. Przynajmniej kilka szkwałów każdej nocy, podczas których deszcz pada poziomo, a wiatr wieje z prędkością 30, a nawet ponad 40 węzłów. Kilkukrotne całkowite przemoczenie przez fale przelewające się przez pokład też zrobiło swoje.

Pierwszy atak choroby jakimś cudem udało się opanować przy użyciu jachtowej apteczki, ale jak się wkrótce miało okazać, to jeszcze nie koniec. Na Vanikolo – pierwszej wyspie archipelagu nie schodziliśmy nawet na ląd, a spragnieni kontaktu z cywilizacją mieszkańcy okolicznych wiosek przez cały dzień przepływali kilometry swoimi czółnami, aby z nami handlować. Wypakowani kilogramami papai, batatów, ananasów i wszelkiego innego dobra, a lżejsi o kilka worków ryżu, cukru, a także szpulek igieł i nici, które specjalnie w tym celu nabyliśmy na Vanuatu, następnego dnia udaliśmy się więc prosto do Laty – stolicy prowincji Temotu na Wyspach Salomona.

Na Vanikolo nie snorklowaliśmy nawet jakoś specjalnie w zatoce, bo choć jak twierdzą miejscowi, okoliczne krokodyle zazwyczaj nie są większe niż półtora metra, to jakoś brakowało nam śmiałości, żeby popluskać się tu dłużej niż pół minuty.

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

 

Szpitale bez lekarzy

Kilka dni później choroba wraca. Tragedii nie ma, myślę, bo w Lacie jest nawet szpital. Przeciskam się pomiędzy czekającymi pacjentami, a plakaty informacyjne na ścianach ostrzegają mieszkańców przed chorobami, które w świecie zachodnim już dawno wyginęły – prym wiodą gruźlica i malaria.

Szpital okazuje się blaszanym barakiem z jedną salą bez drzwi i parawanem, za którym lekarz ogląda pacjentów, a tłum w korytarzu bynajmniej nie dyskretnie zapuszcza żurawia do środka.

Mimo że generalnie podczas podróży zdrowie wyjątkowo nam sprzyja, to jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to w mniejszych bądź większych kwestiach lokalne szpitale odwiedziliśmy już w Indiach, Hong Kongu, na Celebesie, Floresie, na Fidżi i na Vanuatu. I za każdym razem procedury były inne.

Próbuje więc ustalić jak tu wygląda ta kwestia, ale jakoś dziwnie nie mogę dojść do ładu z lekarzem, który mówi, że wizyta będzie tania, ale w zasadzie nie wie, ile będzie kosztować, a najlepiej by było, gdybym w sklepiku obok kupił zeszyt w kratkę, to założy żonie kartę pacjenta.

Kartę Pacjenta?? „Czy ty jesteś człowieku zdrowy?”, myślę sobie i daję mu czystą kartkę z plecaka, którą zawsze na wszelki wypadek noszę przy sobie. Tu załóż kartę pacjenta i kiedy możesz nas przyjąć.

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

 

Po kilku minutach Najlepsza z Żon siedzi na krzesełku, śledzona kilkoma tuzinami melanezyjskich oczu wyglądających zza futryny.

Diagnoza – zapalenie płuc. Przyznam, że słowa doktora zabrzmiały jak wyrok, a gdyby był prawdziwym lekarzem pewnie zrobiłyby jeszcze większe wrażenie.

W międzyczasie to tu tam, od słowa do słowa udaje nam się ustalić, że przyjmujący pacjentów lekarz wcale nie jest lekarzem a „pomocnikiem lekarza”. Chyba stażystą, być może pielęgniarzem, a może recepcjonistą, w zasadzie nikt nie jest pewien. Lekarz in spe wyjechał do stolicy i nie może wrócić, bo od miesiąca do Laty nie latają cywilne samoloty.

Samoloty, których nie ma

Nie latają, bo samolot linii z Papui Nowej Gwinei, która użycza narodowym liniom Wysp Salomona samolotów, rozbił się ostatnio w Papui (lub miał awarię silnika – w zależności od źródła) i w chwili obecnej nie ma co już latać do wschodniej prowincji Salomonów.

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

 

Lokalne lotnisko w Lacie to prawie ubity pas ziemny niemal bez dziur, na którym raz w tygodniu ląduje samolot z Honiary. Ląduje zazwyczaj, bo ostatnio nie wylądował już od 4 tygodni. Podczas naszej wizyty na wyspie Santa Cruz uwięzionych było zatem czterech turystów, którzy przybyli tu w różnym czasie na wakacje, a wkrótce zostali odcięci od świata. Bankomat na wyspie o dziwo jest, ale od ponad roku nie ma w nim gotówki. Bank jest jeden, ale nie wymienia pieniędzy, a statek przypływa, kiedy akurat przypływa, czyli raz na miesiąc albo pół roku.

Z tradycyjnymi czółnami wydłubywanymi ręcznie z pnia drzewa i wioskami z liści bananowca Vanuatu wydawało nam się relatywnie biednym krajem. Okazuje się jednak, że dla Wysp Salomona Vanuatu to bogaty wujek. W położonej daleko na wschodzie kraju porzuconej przez Boga i cywilizację prowincji Temotu ostatnio nikt nie mówi o niczym innym, jak o nowym porozumieniu rządów Salomonów i Vanuatu, które być może już w przyszłym roku otworzy połączenie lotnicze z miejscowej stolicy na wyspie Santa Cruz do Espiritu Santo na Vanuatu.

Miejscowi liczą, że wraz z nowym połączeniem lotniczym zaleją ich zachodni turyści. I kto wie, być może mają rację, liczba turystów się potroi i zamiast trzech przyjedzie dziewięć osób miesięcznie.

Wioska na wyspie Santa Ana

Wioska na wyspie Santa Ana

 

Jeszcze Polska..

I jeszcze polski akcent na zakończenie. Jednym z trójki białych uwięzionych na Santa Cruz okazał się Jacek – niesamowity 60-letni radioamator z Warszawy, który w wolnych chwilach podróżuje po świecie z ponad 70 kilogramami sprzętu radiowego, by z najbardziej niedostępnych miejsc na Pacyfiku łączyć się z radioamatorami z całego świata.

Z takimi ludźmi można przedyskutować nie jeden dzień, a nawet kilka tygodni bez cienia nudy.

.

P.S. Zaczęło się jak u Hitchcocka, a skończyło jak u Disneya. Po czterech dniach zapalenie płuc minęło jak ręką odjął, więc albo lekarz, który nie był lekarzem wyleczył Najlepszą z Żon pięciodniową kuracją albo walnął się z diagnozą.

Tuż po wizycie w szpitalu, która okazała się darmowa, wyszło na jaw, że zeszyt, o który prosił lekarz, miał w przyszłości posłużyć za kartę dla innych pacjentów. Gdy kilka godzin później wręczyliśmy lekarzowi naręcze zeszytów do rozdysponowania dla potrzebujących pacjentów, aż zaszkliły mu się oczy.

Witajcie na Salomonach!

Witajcie na Salomonach!

 

Morze też uspokoiło się aż zanadto. Dwudniowa przeprawa z prowincji wschodniej do centralnej była na tyle spokojna, że świętując odchodzące w niepamięć zapalenie płuc, po raz pierwszy mogliśmy wykąpać się na otwartym oceanie. Temperatura powietrza 35, temperatura wody 31, żadnego lądu w promieniu ponad 100 mil morskich i przejrzystość wody, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy – 50-60 metrów spokojnie.

I miejmy nadzieję, że to są Salomony, które będą bawić nas przez najbliższe tygodnie.

.

P.S. Kilka galerii z Vanuatu wciąż na Was czeka, ale póki co wrzucamy pierwsze coś dla oka z Salomonów.

.

Marau Sound, Wyspy Salomona

.

Santa Ana, Wyspy Salomona

.

Reklamy

Posted on 10 listopada 2011, in Wyspy Salomona and tagged , , , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Mam nadzieję, żeście już zdrowi oboje. Czekam z niecierpliwością na następny wpis. Paweł zawsze chciał zostać lekarzem, więc widzę, że na Bergamudach nie ma ku temu przeszkód:) ściskam gorąco, Agata

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s