Category Archives: Australia

Przychodzi demon do lekarza

Dawno dawno temu, gdzieś w północnej Australii, w jednej z aborygeńskich wiosek grasował demon. Demon był to potworny, co porywał bezbronnych mieszkańców. Nie szczędził kobiet ni dzieci, które zjadał okrutnie i krwawo.

Wieś wzięła się jednak na sposób, ustawiwszy warty złożone z najdzielniejszych wojowników. Najmężniejsi z mężów czuwali dzień i noc, czatując na strasznego demona. Pewnej bezksiężycowej nocy niczego niespodziewający się zły duch zakradał się skrycie, ukradkiem i chyłkiem, w poszukiwaniu niewiasty do schrupania. Przybywszy do chaty, natychmiast został przydybany przez dzielnych wojowników, co zrazu wszczęli alarm.

Gwałtu rety, cała wioska się zleciała, większość w ogóle bez piżam, po czym poczęła ciskać w demona kamieniami. Pewnie skończyłby duch marnie, ale zapędzon pod wielki eukaliptus i postawion w tak trudnej sytuacji, zdecydował się na brawurowy ruch.

Spanikowany demon chycił w dwie dłonie swojego demoniego członka, spojrzawszy skonsternowany. Długi, centkowany, kręty. Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął… I zagrał.

Począł grać na niem, czem zupełnie zbitych z pantałyku Aborygenów całkowicie tem graniem zahipnotyzował.

Demon skórę uratował, a Aborygeni ostali się z jednym z najstarszych instrumentów świata – didgeridoo.

****

Przychodzi demon do lekarza

Kilka tysięcy lat później, w skłocie Przychodnia w Warszawie zebrali się przybysze z najodleglejszych zakątków świata. Przybyło afrykańskie djembe i latynoskie bongo. Przyszedł szwajcarski hang drum, tudzież grillem, aliści i wokiem nazywany. Przywędrowało wreszcie i australijskie didgeridoo.

I zagrali.

A do Przychodni demony z najodleglejszych światów przybywały.

.

.

Reklamy

Życie w dobrobycie

Historia pierwsza lotnicza

Po 10 miesiącach w Azji lądujemy wreszcie na nowym kontynencie. Perth wita nas ciepłą zimową pogodą, w której śmiało można hasać na krótki rękaw i w sandałach, więc od razu wpadamy sobie w oko. Gorzej z lotniskiem. Najtańsza opcja dotarcia do miasta to 15 dolarów od osoby za autobus. Niedoczekanie ich, potomków klanu przestępców.

Jeszcze nim udaje nam się ujść 200 metrów od terminala, zatrzymuje się taksówka. Oczami wyobraźni widzę już indonezyjskich taksówkarzy towarzyszących nam w nieskończoność z nadzieją, że jednak weźmiemy ten kurs. Na końcu języka mam już, że dziękuję za fatygę, ale damy sobie radę. Tymczasem zaskakująco pada pytanie czy wszystko w porządku i dokąd to chcemy się wybrać. Ballajura – przedmieście, na które zmierzamy, nie jest nawet po drodze do centrum, więc strzał jest daleki, ale mimo wszystko rzucam nazwę od niechcenia. Nagły uśmiech rozświetla twarz taksówkarza i już pakujemy plecory do bagażnika.

Zima trzyma

Zima trzyma

 

Mknąc darmową taksówką, delektujemy się rozmową w prawdziwym angielskim, po raz pierwszy od dawna o imponderabiliach. Nie dość, że rozmowa znacząco odbiega od utartych schematów, to nasz autostopowy taksówkarz, zagorzały fan muzyki klasycznej, zapoznaje nas z Piotrem Tomaszewskim, jak się okazuje, niesamowitym polskim wirtuozem gitary.

Ani razu nie przekraczamy dozwolonej prędkości, a mimo to szerokimi autostradami kilometry łykamy w okamgnieniu i już po pół godzinie GPS wskazuje nasz nowy dom.

Historia druga surferska

Lądujemy na CouchSurfingu i niemal przez tydzień mieszkamy z przeciętną, a jednak niezwykłą, rodziną z Australii Zachodniej. Wyprowadzamy psa, gotujemy obiady i tego typu sprawy.

Australia czy Ameryka?

Australia czy Ameryka?

 

Ballajura – jedno z przedmieść północnego Perth – wypisz wymaluj Wisteria Lane czy jakakolwiek inna sielanka z amerykańskich seriali. Szerokie ulice, którymi nie chodzi nikt oprócz nas, dzieciaki rzucające rowery na nieogrodzonych trawnikach przed wejściem i basen w co drugim domu.

Naszymi gospodarzami jest rodzina robotnicza. On technik w firmie wydobywczej, ona korepetytorka na pół etatu. I czworo dzieci, z których troje wyleciało już z rodzinnego gniazda. Jeden syn elektryk, drugi górnik, trzeci pracuje na platformie wiertniczej, a córka na farmie owiec.

W domu tyle elektroniki i sprzętu, że rodzice nie mają pojęcia, do czego połowa z nich służy. W kuchni dwudrzwiowa lodówka Jeszcze jedna w spiżarni. Za domem basen.

W garażu  dwa wielkie motory crossowe gotowe do szaleństwa w terenie. Oprócz tego deska surfingowa, czasza i sprzęt do kite-surfingu, narty, grill wielkości stołu do ping-ponga i kilka innych rzeczy niezbędnych do życia w Australii.

Przed domem trzy samochody. Luksusowy sedan do jeżdżenia, sportowa Celica dla odreagowania i pick-up w razie gdyby trzeba było coś przewieźć.

I rozjeżdżony trawnik przed domem. Gdy idą święta, przed posesją stoi do ośmiu aut. Każde z dzieci przyjeżdża swoim, a mąż służbowym.

Ot, przeciętna australijska rodzina robotnicza.

Historia trzecia autostopowa

Perth to najpiękniejsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy. Któregoś dnia wybieramy się na plażę. Sierpień, zima dobiega końca, więc w wodzie zatrzęsienie surferów i pasjonatów na skuterach wodnych.

Spędzamy tu kilka uroczych godzin i postanawiamy wracać. Do centrum jakieś 12 km. Kursuje co prawda autobus miejski, ale 3,6 dolara od osoby to mniej więcej tyle ile jeszcze kilka dni wcześniej wydawaliśmy na wystawną kolację dla dwojga w Indonezji. Krótka piłka – będziemy wracać stopem albo piechotą.

Piętnaście minut później jedziemy już z Kate – szaloną Australijką, kursującą jak opętana po mieście i dopinającą ostatnie formalności. Dzieli majątek z chłopakiem, z którym rozstała się po kilku latach, wypowiada wynajem mieszkania, sprzedaje samochód. Zaczyna nowe życie.

I „zmienia karierę”. Postanowiła zostać sprzątaczką.

Pochodzi z Queensland na wschodnim wybrzeżu, gdzie przez kilka lat pracowała jako instruktorka nurkowania na Wielkiej Rafie Koralowej. Mieszkała też w Adelajdzie na dalekim południu, ale teraz przyjechała po konkretne pieniądze do Australii Zachodniej.

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

 

Australia Zachodnia to górnicze zagłębie kraju. Wydobywa się tu ropę, nikiel, cynk, ołów, węgiel, opale i mnóstwo innych złóż. We wszystkich tych kopalniach można zarobić 2-3 razy więcej niż w naprawdę dobrej pracy w innych częściach kraju.

Kate załapała się na nowo otwieraną platformę wiertniczą jako pomoc sprzątająca. Zarobi 150-180 tys. dolarów rocznie. Na początek oczywiście, a co roku indeksacja. Platforma znajduje się jakieś 300-400 km na północ od Perth, kilkanaście kilometrów od wybrzeża. Dwa razy w miesiącu firmowy helikopter zawiezie ją na weekend do miasta.

Chce popracować tu 2-3 lata. Po dwóch za 300 tys., które wyłoży gotówką, kupi dom na przedmieściach w jakimś uroczym mieście i pomyśli, co dalej. Może wróci do nurkowania. A może znowu zmieni karierę.

.

Do Życia w dobrobycie jak ulał pasowałaby nam historia Ricka – naszego kapitana, kierowcy ciężarówki, pochodzącego z Alaski, z którym już od 3 tygodni przemierzamy Pacyfik. Ale Rick to wynalazek, który zasłużył sobie na cały tekst.

.

A tu możecie rzucić okiem na naszą krótką wizytę w Australii.

.

Perth, Australia
Sydney, Australia

.

Navigare necesse est

Było piękne sierpniowe popołudnie, gdy oczyma wyobraźni widzieliśmy już bezkresne równiny Australii. Palące słońce pustyni, zielone łąki i miliony owiec. Dzikie krokodyle i pyszne lokalne wino sączone z uroczymi mieszkańcami.

Ze słodkich rozmyślań wyrwało nas jedno krótkie „Masz wiadomość”. Zaproszenie od właściciela jachtu poszukującego załogantów do pomocy w żeglowaniu po Pacyfiku było dla nas równie niespodziewane co fascynujące. Decyzja o wyjeździe na Fidżi zapadła w 20 sekund, czyli mniej więcej tyle, ile zajęło przeczytanie maila, w którym nasz kapitan szkicuje orientacyjny kurs: Fidżi – Vanuatu – Wyspy Salomona. Później północne wyspy Pacyfiku, Archipelag Marshalla, prawdopodobnie Japonia i Alaska.

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Proste życie żeglarza, nieodwiedzane wyspy, połowy tuńczyka na kolację, okazjonalne rozgrywki z lokalnymi dzieciakami w nogę, snorklowanie na rafach, pływanie z delfinami – te sprawy. Miesiąc, dwa, może sześć. Zobaczymy jak bardzo spodoba się jemu i nam.

Po przeczytaniu maila odtańczyliśmy zaimprowizowany na szybko taniec maoryskiego wojownika, którego nie powstydziliby się rugbyści All Blacks ani żadne plemię łowców głów.

Śladami Jamesa Cooka

Jakiś tydzień wcześniej, na Bali w antykwariacie znalazłem piękną książkę – „Dzienniki pokładowe” z trzech okołoziemskich wypraw Jamesa Cooka, które zrealizował pod koniec XVIII w. Bez wahania pamiętniki zajęły zaszczytne miejsce Annapurny Maurice’a Herzoga, który przywlókł się z nami w to miejsce aż z Nepalu.

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Relacje pokładowe Jamesa Cooka – odkrywcy wschodnich wybrzeży Australii w założeniu miały umilać nam długie wieczory spędzane na odludnych australiskich pustkowiach w naszym ruchomym domu o napędzie 4×4.

Nic jednak z tego. Póki co, tygodniowy pobyt z australisjką rodziną w Perth, okazjonalne skoki z kangurami po Zachodniej Australii i szybki przeskok do Sydney. Tu 2 dni u Magdy i Przemka, u których raczylismy sie polskimi specjalami, a których losy podczas podobnej podrózy dookola swiata jeszcze przed wyjazdem sledzilismy z zapalem.

No i w drogę!

Rozmyślania i relacje Jamesa Cooka z pierwszego opłynięcia Nowej Zelandii, pionierskich spotkań z Melanezyjczykami na Fidżi czy odkrywania wybrzeży Vanuatu, będą nam towarzyszyć na Oceanie Spokojnym, niemal na tej samej trasie, którą kilkakrotnie pokonał ten wielki odkrywca.

Niech toczy się beret

Kilka dni temu Justyna w komentarzu zastanawiała się, gdzie rzuci nas beret. Okazuje się, że beret nie tylko przykrył wszystkie nasze dotychczasowe plany i poczynania ciepłym moherkiem, ale zaczął także toczyć się w zupełnie niespodziewanym kierunku.

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

A zatem żegnaj Australio nim na dobre otworzyłaś przed nami swoje podwoje. Witajcie odległe wyspy, nieodwiedzane laguny, lazurowe atole oraz niezbadane rafy. Ahoj James Cook!

Witaj przygodo.

.

Myślisz, że w Australii…?

– Ale bym zjadł buraczki smażone. I kotleta z ziemniakami.

– A ja kapustę babci. Mógłby być nawet kotlet do tego. A niech tam.

– Albo pizzę z kabanosami i sosem czosnkowym. Po powrocie podpiszemy kontrakt z pizzerią na miesiąc.

– A pierogi z grzybami? Tylko w przerwach od pizzy??

– I zjadłbym ciasta. Tofiowca. Albo karpatkę. Na święta w ogóle nie będę odchodził od stołu.

– Wiesz, że w tym roku święta też będą poza domem…

– No nic, zrobimy święta w lipcu. I zjem kotleta w wigilię.

– Jak wrócę do Polski, przez tydzień będę jadła chleb z serem.

– A ja przez rok nie będę jadł ryżu. A ziemniaki przeproszę za wszystkie krzywdy, które im wyrządziłem.

– Myślisz, że w Australii mają normalny chleb? Bo ser wykupie im cały.

– Na pewno. A dżem? Chyba mają jakiś ludzki dżem?

– Muszą mieć. A myślisz, że w Australii jedzą ziemniaki? Bo chyba nie ryż???

– Nie, no co ty. Kto wie, może nawet frytki.

*************************

– Więc co podać?

– Ryba z ryżem dwa razy, poproszę.

.

———————————————————-

Choć trzeba przyznać, że i tak mamy znacznie lepiej niż taki dajmy na to smok z Komodo, który zajada się głównie rozkładającym się mięsem bawoła czy jelenia. Świeże jada tylko małpy.

.

Park Narodowy Komodo, Flores, Indonezja

.