Życie w dobrobycie

Historia pierwsza lotnicza

Po 10 miesiącach w Azji lądujemy wreszcie na nowym kontynencie. Perth wita nas ciepłą zimową pogodą, w której śmiało można hasać na krótki rękaw i w sandałach, więc od razu wpadamy sobie w oko. Gorzej z lotniskiem. Najtańsza opcja dotarcia do miasta to 15 dolarów od osoby za autobus. Niedoczekanie ich, potomków klanu przestępców.

Jeszcze nim udaje nam się ujść 200 metrów od terminala, zatrzymuje się taksówka. Oczami wyobraźni widzę już indonezyjskich taksówkarzy towarzyszących nam w nieskończoność z nadzieją, że jednak weźmiemy ten kurs. Na końcu języka mam już, że dziękuję za fatygę, ale damy sobie radę. Tymczasem zaskakująco pada pytanie czy wszystko w porządku i dokąd to chcemy się wybrać. Ballajura – przedmieście, na które zmierzamy, nie jest nawet po drodze do centrum, więc strzał jest daleki, ale mimo wszystko rzucam nazwę od niechcenia. Nagły uśmiech rozświetla twarz taksówkarza i już pakujemy plecory do bagażnika.

Zima trzyma

Zima trzyma

 

Mknąc darmową taksówką, delektujemy się rozmową w prawdziwym angielskim, po raz pierwszy od dawna o imponderabiliach. Nie dość, że rozmowa znacząco odbiega od utartych schematów, to nasz autostopowy taksówkarz, zagorzały fan muzyki klasycznej, zapoznaje nas z Piotrem Tomaszewskim, jak się okazuje, niesamowitym polskim wirtuozem gitary.

Ani razu nie przekraczamy dozwolonej prędkości, a mimo to szerokimi autostradami kilometry łykamy w okamgnieniu i już po pół godzinie GPS wskazuje nasz nowy dom.

Historia druga surferska

Lądujemy na CouchSurfingu i niemal przez tydzień mieszkamy z przeciętną, a jednak niezwykłą, rodziną z Australii Zachodniej. Wyprowadzamy psa, gotujemy obiady i tego typu sprawy.

Australia czy Ameryka?

Australia czy Ameryka?

 

Ballajura – jedno z przedmieść północnego Perth – wypisz wymaluj Wisteria Lane czy jakakolwiek inna sielanka z amerykańskich seriali. Szerokie ulice, którymi nie chodzi nikt oprócz nas, dzieciaki rzucające rowery na nieogrodzonych trawnikach przed wejściem i basen w co drugim domu.

Naszymi gospodarzami jest rodzina robotnicza. On technik w firmie wydobywczej, ona korepetytorka na pół etatu. I czworo dzieci, z których troje wyleciało już z rodzinnego gniazda. Jeden syn elektryk, drugi górnik, trzeci pracuje na platformie wiertniczej, a córka na farmie owiec.

W domu tyle elektroniki i sprzętu, że rodzice nie mają pojęcia, do czego połowa z nich służy. W kuchni dwudrzwiowa lodówka Jeszcze jedna w spiżarni. Za domem basen.

W garażu  dwa wielkie motory crossowe gotowe do szaleństwa w terenie. Oprócz tego deska surfingowa, czasza i sprzęt do kite-surfingu, narty, grill wielkości stołu do ping-ponga i kilka innych rzeczy niezbędnych do życia w Australii.

Przed domem trzy samochody. Luksusowy sedan do jeżdżenia, sportowa Celica dla odreagowania i pick-up w razie gdyby trzeba było coś przewieźć.

I rozjeżdżony trawnik przed domem. Gdy idą święta, przed posesją stoi do ośmiu aut. Każde z dzieci przyjeżdża swoim, a mąż służbowym.

Ot, przeciętna australijska rodzina robotnicza.

Historia trzecia autostopowa

Perth to najpiękniejsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy. Któregoś dnia wybieramy się na plażę. Sierpień, zima dobiega końca, więc w wodzie zatrzęsienie surferów i pasjonatów na skuterach wodnych.

Spędzamy tu kilka uroczych godzin i postanawiamy wracać. Do centrum jakieś 12 km. Kursuje co prawda autobus miejski, ale 3,6 dolara od osoby to mniej więcej tyle ile jeszcze kilka dni wcześniej wydawaliśmy na wystawną kolację dla dwojga w Indonezji. Krótka piłka – będziemy wracać stopem albo piechotą.

Piętnaście minut później jedziemy już z Kate – szaloną Australijką, kursującą jak opętana po mieście i dopinającą ostatnie formalności. Dzieli majątek z chłopakiem, z którym rozstała się po kilku latach, wypowiada wynajem mieszkania, sprzedaje samochód. Zaczyna nowe życie.

I „zmienia karierę”. Postanowiła zostać sprzątaczką.

Pochodzi z Queensland na wschodnim wybrzeżu, gdzie przez kilka lat pracowała jako instruktorka nurkowania na Wielkiej Rafie Koralowej. Mieszkała też w Adelajdzie na dalekim południu, ale teraz przyjechała po konkretne pieniądze do Australii Zachodniej.

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

 

Australia Zachodnia to górnicze zagłębie kraju. Wydobywa się tu ropę, nikiel, cynk, ołów, węgiel, opale i mnóstwo innych złóż. We wszystkich tych kopalniach można zarobić 2-3 razy więcej niż w naprawdę dobrej pracy w innych częściach kraju.

Kate załapała się na nowo otwieraną platformę wiertniczą jako pomoc sprzątająca. Zarobi 150-180 tys. dolarów rocznie. Na początek oczywiście, a co roku indeksacja. Platforma znajduje się jakieś 300-400 km na północ od Perth, kilkanaście kilometrów od wybrzeża. Dwa razy w miesiącu firmowy helikopter zawiezie ją na weekend do miasta.

Chce popracować tu 2-3 lata. Po dwóch za 300 tys., które wyłoży gotówką, kupi dom na przedmieściach w jakimś uroczym mieście i pomyśli, co dalej. Może wróci do nurkowania. A może znowu zmieni karierę.

.

Do Życia w dobrobycie jak ulał pasowałaby nam historia Ricka – naszego kapitana, kierowcy ciężarówki, pochodzącego z Alaski, z którym już od 3 tygodni przemierzamy Pacyfik. Ale Rick to wynalazek, który zasłużył sobie na cały tekst.

.

A tu możecie rzucić okiem na naszą krótką wizytę w Australii.

.

Perth, Australia
Sydney, Australia

.

Reklamy

Posted on 14 września 2011, in Australia and tagged , , , , , . Bookmark the permalink. 2 Komentarze.

  1. Przeciez to jest bzdura. Chyba cos sie komus pomylilo, albo tak widzi to turysta z Polski, ktory lubi wszystko wyolbrzymic i przedstawic w pieknych kolorach. Zapraszam do zamieszkania w Perth i zobaczymy, czy tez bedzie tak kolorowo. Od 23 lat tutaj mieszkam i mam troche odmienne zdanie, a co dzielnicy Ballajura to taka srednia dzielnica.Pozdrawiam

  2. Witam. Fajnie, że piszesz, ale co konkretnie jest bzdurą? W tekście podane są same fakty i sporo wrażeń z pierwszej ręki. Owszem wrażeń z pierwszego kraju wysokorozwiniętego, do którego trafiliśmy po 10 miesiącach w Azji, co nie zmienia faktu, że ten kraj właśnie tak wygląda. Ballajura to faktycznie taka sobie dzielnica jak na Perth. Ba, nawet włamania zdarzają się okazjonalnie! Ale przecież w co drugim garażu australijskiej rodziny robotniczej położonym przy domu o powierzchni jakichś 250 m2 mieści się tyle sprzętu sportowego, elektronicznego i mechanicznego, że w Azji można by obdzielić dwie prowincje, a w Polsce ze trzy wiejskie gminy.

    Rozumiem, że po 23 latach mieszkania w Australii można bardzo dokładnie znać plusy i minusy tego miejsca, z których istnienia doskonale zdajemy sobie sprawę. Niemniej jednak nie zmienia to istoty rzeczy, że to fakty opisują rzeczywistość. A faktem jest na przykład, że jak sama piszesz, „w średniej dzielnicy”, którą jest Ballajura basen stoi na basenie, co można łatwo dostrzec choćby na Google Earth. Pozdrawiam i zachęcam do komentowania. Ale trzymajmy się rzeczywistości. Choćby luźno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s