Archiwa blogu

Przychodzi demon do lekarza

Dawno dawno temu, gdzieś w północnej Australii, w jednej z aborygeńskich wiosek grasował demon. Demon był to potworny, co porywał bezbronnych mieszkańców. Nie szczędził kobiet ni dzieci, które zjadał okrutnie i krwawo.

Wieś wzięła się jednak na sposób, ustawiwszy warty złożone z najdzielniejszych wojowników. Najmężniejsi z mężów czuwali dzień i noc, czatując na strasznego demona. Pewnej bezksiężycowej nocy niczego niespodziewający się zły duch zakradał się skrycie, ukradkiem i chyłkiem, w poszukiwaniu niewiasty do schrupania. Przybywszy do chaty, natychmiast został przydybany przez dzielnych wojowników, co zrazu wszczęli alarm.

Gwałtu rety, cała wioska się zleciała, większość w ogóle bez piżam, po czym poczęła ciskać w demona kamieniami. Pewnie skończyłby duch marnie, ale zapędzon pod wielki eukaliptus i postawion w tak trudnej sytuacji, zdecydował się na brawurowy ruch.

Spanikowany demon chycił w dwie dłonie swojego demoniego członka, spojrzawszy skonsternowany. Długi, centkowany, kręty. Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął… I zagrał.

Począł grać na niem, czem zupełnie zbitych z pantałyku Aborygenów całkowicie tem graniem zahipnotyzował.

Demon skórę uratował, a Aborygeni ostali się z jednym z najstarszych instrumentów świata – didgeridoo.

****

Przychodzi demon do lekarza

Kilka tysięcy lat później, w skłocie Przychodnia w Warszawie zebrali się przybysze z najodleglejszych zakątków świata. Przybyło afrykańskie djembe i latynoskie bongo. Przyszedł szwajcarski hang drum, tudzież grillem, aliści i wokiem nazywany. Przywędrowało wreszcie i australijskie didgeridoo.

I zagrali.

A do Przychodni demony z najodleglejszych światów przybywały.

.

.

Reklamy

Jaja na mrozie

Lubię zimę. Tęskniliśmy nawet za nią przez te dwa lata w tropikach, a śnieg nie raz się marzył w kambodżańskim pyle i amazońskim skwarze.

Tak, lubię zimę. Najbardziej przez dwa tygodnie. Góra trzy!

Kilka dni temu wychodzę wieczorem z psem na spacer, a tu mróz trzaska tak, że gile zmieniają się w śmiercionośne sople. Pierwszy dzień wiosny już zapomniał kiedy był, kwiecień nadciąga wielkimi wełnianymi onucami, a o tej porze już dawno powinienem chodzić w sandałach.

Tymczasem spotykam sąsiadkę, psom wąsy szronem oblazły i jak nic można sobie tylko ponarzekać. Wtem jednym zgrabnym zdaniem ujęła ona całą naszą frustrację. „Choinka bez śniegu, a jaja na mrozie. W mordę.”

I gdzie logika? Pytam.

Ofiara walki o globalne ocieplenie

Ofiara walki o globalne ocieplenie

Dlatego wielkie dzięki tamtaramom za ich starania na rzecz ocieplenia klimatu i stosunków międzyludzkich. Jak już ofiara dla Pachamamy nie pomoże, to już nie wiem kto. Sam Bóg chyba. Albo Al Gore.

.

Jeszcze nie tak dawno

Jeszcze nie tak dawno chcieliśmy przeprawić się z Kolumbii do Panamy. A kalendarz był napięty.

Jachtostop niestety został tu już dawno zamordowany, więc zostały rejsy komercyjne lub samolot. Padło na to pierwsze.

Archipelag San Blas - fajne czy niefajne?

Archipelag San Blas – fajne czy niefajne?

Jeszcze nie tak dawno zaokrętowaliśmy się na turecki bryg z kapitanem jak z Czarnej Perły. Orli nos, piracka opaska i błękitno-biały marynarski t-shirt oraz głos degustatora tysiąca butelek rumu. Archetyp żeglarza.

I cóż to była za łódź! Przerdzewiałe relingi naderwane w trzech miejscach. Brak elektryczności. Grot naderwany u nasady. Światła nawigacyjne przyklejone taśmą klejącą. Nawet turecka bandera była dziurawa.

– O kurczę. Tego nie widziałem. Musiało pęknąć podczas ostatniego rejsu – tłumaczył kapitan, z uwagą oglądając skorodowany reling, na którym rdza musiała najwidoczniej narosnąć poprzedniej nocy.

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Standard może i turecki, ale atmosfera jak malowanie

Po wypłynięciu na otwarte morze pojawiło się więcej niedoróbek. Głębokościomierz nie działa. GPSa nie ma. Wiatromierz nie działa. Silnik trzeba uruchamiać co osiem godzin, bo przegrzewa się, nawet gdy nie chodzi. To ponoć kwestia układu wydechowego, który wymieniono „przed ostatnim rejsem” i najpewniej coś musiało zostać nieszczelnie zamontowane. W nocy wszystko tak skrzypi, że mamy wrażenie, że zderzyliśmy się z rafą. To też sprawka wydechu, jak się dowiaduję.

Już na morzu, silnik wysiadł zupełnie, więc na San Blas dysponowaliśmy już tylko siłą wiatru. Niespecjalny pomysł wśród wysp koralowych. Ale przygoda jak malowanie.

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

O Indianach Kuna z San Blas słów kilka jeszcze padnie innym razem, bo to arcyciekawy wątek

Gdy trzeciego dnia rejsu wysiadł silnik do wciągania kotwicy i we czterech chłopa przez godzinę próbowaliśmy wciągnąć kilkaset kilo żelastwa na pokład, gdy tymczasem turecka gospodyni pontonem na pełnych obrotach napierała w burtę statku, żeby odepchnąć nas od rafy, nie wiedzieliśmy czy bardziej śmiać się czy płakać.

Jeszcze nie tak dawno…

Kalendarz był napięty, a samolot już czekał. A potem koła ze świstem potoczyły się po płycie lotniska i rozległy się brawa. Kilka miesięcy minęło jak z bicza strzelił i wkrótce po raz pierwszy od dwóch lat znów zobaczyliśmy śnieg. Tropikalna opalenizna odeszła jeszcze przed pierwszą odwilżą i obecnie jedyny ślad, jaki pozostał po Kolumbii, to imię naszego nowego psiaka, który wabi się Kali.

My z trudem wracamy do normalności nad Wisłą, a Wam życzymy wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

to my

.

Gród Inków

To surrealizm, jak Salvador Dali.

Miasto żywcem wyjęte ze średniowiecza. Domy zbudowane z kamiennych bloków, z których wiele waży po kilkaset kilo.

Brukowane dukty między domami szerokie na tyle, aby zmieściło się w nich dwóch piechurów i osioł lub lama. Wzdłuż głównych alejek maleńkie akwedukty, którymi bez przerwy płynie woda z podziemnych źródeł. Często nieprzerwanie od ponad 500 lat.

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego...

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego…

A z drugiej strony XXI wiek. Położone w Świętej Dolinie Inków Ollantaytambo to przedpole największej atrakcji turystycznej Ameryki – Machu Picchu. Internet na każdym rogu. W co trzecim kamiennym domu mini restauracja serwująca pizzę i wino. Bary karaoke na przemian z hostelami z obowiązkowym wi-fi.

Rynek – jak zwykle serce miasta, poza faktem, że dziś odbywa się w murowanym budynku krytym blachą, nie zmienił się od kilku stuleci.

OllantaytamboPewnym znakiem nowoczesności są też chyba klapki z opony, w których obecnie chodzi większość niezurbanizowanych mieszkańców Altiplano od południowej Boliwii po środkowe Peru. Na ulicach i rynku słyszy się quechua. Dla wielu osób hiszpański wciąż jest językiem obcym.

Ollantaytambo oznacza „gród Ollantay”. Z kolei Ollantay to jeden z największych wojowników Inków, bohater wojen rodowych i początków inkaskiej historii.

Żyjemy sobie w grodzie Ollantaya już pewien czas, Machu Picchu już za nami, a wracając z łazienki któregoś wieczoru Najlepsza z Żon uderza do mnie w te słowa:

– Zauważyłeś, że jak nie bierzemy dużych plecaków i wyjeżdżamy tylko na tydzień, to z kosmetyków i przyborów toaletowych bierzemy wyłącznie szczoteczkę do zębów i pastę?

– A po co mielibyśmy brać coś więcej?

– No moglibyśmy wziąć chociaż grzebień w zasadzie.

– Za ciężko. Dobrze się podróżuje bez grzebienia przez tydzień.

– Ale moglibyśmy go czasem zabrać, żebym nie wyglądała jak dziecko specjalnej troski.

I toczymy takie jałowe dyskusje w tak pięknych okolicznościach przyrody. I niepowtarzalnych.

Klapki z opony - krzyk mody na Altiplano

Klapki z opony – krzyk mody na Altiplano

.

Parę zdjęć z okolic Ollantaytambo i Świętej Doliny Inków.

Święta Dolina Inków, Peru

.

Powrót słońca

Zaczęło się fatalnie. Jak zwykle, gdy musimy wstać przed wschodem słońca. Muszę przyznać, że zawsze, gdy tylko pojawia się pomysł, że gdzieś trzeba wybrać się w środku nocy, przez kilka dni toczymy walkę wewnętrzną godną Wallenroda.

Tym razem jednak zdecydowaliśmy się wyrwać o 5 rano. I wdrapać na wzgórze dominujące nad Copacabaną nad Jeziorem Titicaca. To właśnie tu znajduje Horca del Inca, czyli Szubienica Inków – starożytne obserwatorium astronomiczne wybudowane przez kulturę Chiripa, jeszcze długo przed czasami inkaskimi. Nazwane Szubienicą przez hiszpańskich konkwistadorów, którzy w poszukiwaniu ukrytego złota zniszczyli starożytne obserwatorium, zapewne przez przypadek zostawiając jedynie kilka megalitów i pełną ignoracji nazwę.

święty ogień pochłania kolejne artefakty, aby zapewnić pomyślność w Nowym Roku

Święty ogień pochłania kolejne artefakty, aby zapewnić pomyślność w Nowym Roku

Lokalni indianie Aymara nie mieli takich problemów ze wstaniem jak my, bo dobre 2 godziny przed świtem góra płonęła już szeregiem ognisk.

Właśnie tak Aymara witają Nowy Rok. Wilka Kuti oznacza Powrót Słońca. Czerwcowe przesilenie słoneczne to na półkuli południowej moment, w którym słońce jest najdalej na północ. Właśnie dzisiaj zawraca ono na Zwrotniku Raka i zaczyna swoją wędrówkę w kierunku równika. Świetny moment na wyznaczenie Nowego Roku.

Szaman Aymara

Szaman Aymara

Setki ludzi gromadzą się w świętych miejscach, by witać powracające słońce i otrzymać błogosławieństwo na najbliższy rok. Szamani Aymara palą ogniska na wzgórzu, w których odbywa się symbolicznie palenie zeszłorocznych artefaktów. Palone ubrania, chleb czy materiały szkolne mają zapewnić dobrobyt w nadchodzącym roku.

Dziesiątki osób proszą szamana o osobiste błogosławieństwo. Ten szepcząc modlitwę w języku Aymara, błogosławi każdego z osobna po czym pali specjalnie przygotowane zawiniątka. Co i rusz ktoś zrobi rundkę wokół wielkiego ogniska, wrzucając liście koki, chlapiąc piwem czy wrzucając chleb na całopalenie.

"Niech Ci się wiedzie, dużo zdrowia, powodzenia dla córki w liceum i przede wszystkim dużo dolarów"

„Niech Ci się wiedzie, dużo zdrowia, powodzenia dla córki w liceum i przede wszystkim dużo dolarów”

Ale punktem głównym jest oczekiwanie na wschód słońca. Gdy tylko pierwsze promienie słońca zwiastują tarczę słoneczną zza horyzontu, na znak szamana wszyscy zgodnie podnoszą ręce, by wykąpać się w powracającycm słońcu.

Altiplano jest wyjątkowe pod wieloma względami. Jedną z ciekawostek życia na wysokości 3800-4000 metrów są temperatury. W Boliwii jesteśmy bliżej równika niż w Egipcie, a temperatura na tej wysokości wynosi zazwyczaj 20-25 stopni Celsjusza. Ale wyłącznie jeśli świeci słońce. Gdy tylko przejdziesz na drugą stronę ulicy i okryje Cię cień budynków lub tarcza słoneczna schowa się za chmurami, odczuwalna temperatura w ciągu kilku sekund spada o kilka a nawet kilkanaście stopni.

Działa to w obie strony. Gdy wschodzące słońce oblewa promieniami zmarzniętych czcicieli słońca, dzieje się coś niesamowitego. I ciężko powiedzieć czy to mistyczna atmosfera świętej góry, wsłuchanie się w słowa szamana czy proste zależności meteorologiczne. Niemniej jednak wraz z powracającym z dalekiej północy słońcem, w ciągu kilku sekund zebranych napełnia witalna energia. Kilkaset osób wystawia dłonie w stronę słońca, łapczywie chwytając życiodajne ciepło, by nałapać go jak najwięcej na nadchodzący Nowy Rok. Tym razem 5520.

Czciciele słońca

Czciciele słońca

——————————-

P.S. Wilka Kuti to już szósty Nowy Rok, jaki świętujemy w ciągu ostatnich 22 miesięcy. Były wodne szaleństwa w Tajlandii, było trzydniowe święto kalendarza nepalskiego, chiński Rok Królika w Birmie czy globalny Nowy Rok na pustkowiu w Nowej Zelandii. Niewątpliwie jednak obok hinduskich świąt w Nepalu to Nowy Rok Aymara okazał się najbardziej mistyczny.

.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Więcej zdjęć możecie obejrzeć tutaj:

Nowy Rok Aymara, Copacabana, Boliwia

.

Trzeci świat

Mój brat, skądinąd zupełnie przytomnie, spytał mnie ostatnio, co to za bieda, że odkąd jesteśmy w Ameryce, nie publikujemy prawie żadnych zdjęć ludzi. Czy nie ma tu ciekawych twarzy? Jakichś Indian? Nowa Zelandia jasne, tam nie spodziewał się Maorysów, ale Ameryka Południowa, Chile, Argentyna? A Ziemia Ognista? Tu przecież muszą być Indianie.

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

W Indonezji, Wietnamie, Birmie, a w szczególności na Wyspach Salomona i Vanuatu rozpuściliśmy Was nieco fotograficzną odmiennością kulturową. Trzeba pamiętać jednak, że globalna wioska pędzi do przodu i żadna zapomniana cywilizacja nie może zostać z tyłu. A przede wszystkim nie chce.

Prawdziwych Cyganów już nie ma

Nawet w kraju tak odmiennym kulturowo jak Vanuatu plemienna dzikość to raczej nostalgia niż rzeczywistość.

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

I choć z pewnością to najbardziej tradycyjna i pierwotna z kultur jakie odwiedziliśmy, gdzie chociażby wspaniały rytuał picia kavy to codzienność, to Indianie odziani w spódniczki z trawy i zasłaniający sobie penisy liśćmi bananowca rodem z Boso przez Świat Cejrowskiego to bujda na resorach.

Bo niby istnieje jedna czy dwie społeczności pielęgnujące tę tradycję na Wyspie Tana, ale naprawdę ciężko zważyć czy z ich strony to całkowita chęć odrzucenia cywilizacji czy też raczej intratny projekt biznesowy. Zresztą jak rozstrzygnąć tę kwestię, gdy pozwalają się oni filmować ekipom telewizyjnym, takim jak oddział Cejrowskiego, inkasując przy tym 10 000 zł za wejście z kamerą do ich wioski.

Doprawdy żywe zoo birmańskich długoszyich plemion Karen w Mae Hong Son w Tajlandii, pobierające bodajże opłatę 20 czy 30 zł za wejście do swojej wioski to przy Vanuatańczykach z Tany biznesowe przedszkole.

No ale skoro „dziś prawdziwych Indianów już nie ma”, to kto jest? W takim chociażby Chile i Argentynie.

Otóż w takim Chile i Argentynie jest świat w wielu miejscach przynajmniej o dwa kroki do przodu przed Polską i innymi demoludami.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

Czy wiesz, że

Czy wiesz, że nauczyciel z kilkunastoletnim stażem w niewielkim mieście w Chile zarabia 700 tys. peso, czyli lekko licząc przynajmniej 5000 zł na rękę?

Czy wiesz, że kilo najtańszego sera w tym kraju kosztuje przynajmniej 35 zł, a pensja minimalna wynosząca 1200 zł ledwo starcza, by związać koniec z końcem?

Czy wiesz, że rząd Urugwaju zalegalizował niedawno domowe hodowle marihuany na własny użytek?

A wracając do marihuany czy wiesz, że rośnie ona w środkowym Chile i w niższych partiach gór w tym kraju? Niemal jak w Indiach i Nepalu. Także na dziko. A często, jako wciąż tutaj nielegalna, również poukrywana wśród krzewów winnych. Skądinąd, jak twierdzą zorientowani, jest równie dobra co w Laosie.

Kill Bill

Kill Bill

Czy wiesz, że wpisy o marihuanie bezapelacyjnie i nieprzerwanie są najpopularniejszymi wpisami na naszej stronie i żadne inne nie mogą się z nimi równać od ponad roku? Czyżby Prezes miał rację co do Internautów?

Czy wiesz, że układy cenowe w Chile i Argentynie są wyjątkowo nieprzewidywalne i w ogóle nie można ich porównywać do realiów europejskich? Przykładowo przy całej drożyźnie żywnościowej w Chile i Argentynie, działka budowlana w Puerto Varas w Chile, czyli bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo turystycznej miejscowości, takim miejscowym Kazimierzu nad Wisłą jest śmiesznie tania. Za 3 mln peso, czyli nieco ponad 20 tys. zł możesz kupić 5000 m2 nad samym jeziorem z widokiem na ośnieżony wulkan (tak, tak, dobrze kalkulujesz, jest to mniej więcej 4-5 miesięcy pracy przeciętnego nauczyciela).

W Patagońskim raju

A czy wiesz, że w Patagonii, gdzie po ostatnich Indianach słuch zaginął pewnie ze sto lat temu, finansowo życie jest przynajmniej dwa razy prostsze? Zarówno rząd Chile, jak i Argentyny za wszelką cenę stara się promować osadnictwo w tych pięknych, ale jednocześnie zimnych i niedostępnych rejonach. W prowincji Aysen na południu Chile wszyscy zatrudnieni w budżetówce zarabiają 180% pensji z Santiago.

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile.

A na Ziemi Ognistej nie ma podatków. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie. Dodatkowo w Argentynie prawo zapewnia WSZYSTKIM zatrudnionym przynajmniej dwukrotne zarobki.

Esperar to po hiszpańsku czekać. Policjant w argentyńskiej Esperanzie zarabia 8000 peso argentyńskich miesięcznie czyli ok. 6000 zł na rękę. Esperanza liczy może ze 2 tys. osób i naprawdę jedyne co można robić, to czekać. Wydarzeniem sezonu są tu zazwyczaj wypadki z udziałem guanako, które 3-4 razy do roku wybiega na drogę i kończy rozmaślone na masce wypasionego pick-upa.

Witaj w domu

Ale pieniądze na bok. Czemu w ogóle zacząłem pisać ten wpis, a argentyńskie wino wciąż odciąga mnie od sedna? Ludzie.

Chile i Argentyna to zdecydowanie najbardziej podobne kraje do Polski, jakie odwiedziliśmy. Często bardziej rozwinięte, nieco droższe, może ludzie więcej zarabiają, ale cywilizacyjnie jesteśmy wyjątkowo podobni.

Studenci jak zwykle bez pieniędzy uwielbiają podróżować, a w szczególności chodzić po górach. W wakacje na Carreterze Austral atmosfera dzięki przyjezdnym z Santiago i Argentyny jest jak w pociągu do Włodawy. Nawet jeśli ich nie stać, to stopem, albo na rowerze wyjeżdżają na kilka tygodni do niedalekiej prowincji albo sąsiedniego kraju. W metropoliach pracownicy korporacji i lokalnych firm z niecierpliwością czekają na piątek, żeby na spokojnie napić się piwa i ewentualnie wyskoczyć nad morze do Villa del Mar albo Bahia Blanca. W lato grillowanie. Nazywają to tutaj asado, ale to przecież zwyczajny polski grill. Ale powiedz tylko jakiemuś Argentyńczykowi, że jadłeś świetne asado w Chile! Umarł w butach. W Chile? Przecież oni nic nie wiedzą o asado!

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

Na chilijskiej wsi podobieństwo jest tak uderzające, że gdyby przetransportować tu mojego dziadka, to zorientowałby się pewnie dopiero po kilku dniach. Mogą być strzeliste topole, mogą być i wierzby. Domy zupełnie identyczne.

Na podłogach linoleum albo skrzypiące deski, nad zlewem kalendarz z wyrywanymi kartkami i przepisami, których nikt nigdy nie użyje. Kredensy z czasów Pinocheta, niemal zupełnie jak od Gierka, których zdaje się tylko ideologiczne wahadło wychylone było w przeciwne strony. Nawet szklanki wewnątrz dzwonią w tym samym rytmie. Aż dziw, że wódki tu nie piją. Ale bimber pędzą. I to jaki! Z jabłek, gruszek, wiśni, czereśni i czego tylko chcesz.

Na ścianach święte obrazki, Jezus z promieniującym sercem i Ostatnia wieczerza szeroka na półtora metra. A już zupełnie rozwali Cię zapach kaflowej kuchni opalonej drewnem.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Naprawdę zupełnie jak w Polsce.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Zupełnie jak w Polsce.

I nie wiem czy to te kaflowe kuchnie, rum i pisco lejące się strumieniami w Santiago i co drugim innym mieście, polska mentalność, grillowanie czy czekanie na piątek i weekendowe plany w korporacji, ale choć nigdy byśmy tego nie przypuszczali, Chile to pierwszy kraj, jaki odwiedziliśmy podczas tej podróży, w którym moglibyśmy zamieszkać.

.

Chcecie zdjęcia rdzennych Indian z Chile? Oto one:

.

Los Lagos i Puerto Varas, Chile

.

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.