Archiwa blogu

A tymczasem w Polsce…

No i co?Po długiej nieobecności w kraju, w miejscu takim jak Polska, rzuca się w oczy, że dyskusja historyczna toczy się już na ulicach.

Reklamy

Na placu

Ławeczka bywa różna. Czasem jest wygodna. Drewniana, z profilowanym oparciem. Ukryta w cieniu platana lub pod wielką palmą. Z obowiązkową plakietką darczyńcy, boliwijskiego biznesmena lub polityka, szukającego poklasku. Ale bywa też niespecjalna, z wyłamaną deską, która ze wszelką cenę będzie próbowała doprowadzić do zwyrodnienia kości ogonowej. Często z lokalnym kolorytem, Pablo kocha Juanitę, a politycy to świnie. A czasami wszystkie ławeczki są zajęte i zostaje zwykły murek.

Reszta jest już podobna. Chłop na rogu sprzedaje sok ze świeżych pomarańczy i greifrutów. Złoty pięćdziesiąt za wielką szklanę z dolewką. Ten zawsze jest naszym faworytem.

Tuż obok jakiś sześcio- czy ośmiolatek opiekuje się się młodszą siostrą. Matka ubija śmietanę do galaretek. Po całym dniu na ulicy śmietana pokrywa się delikatną mgiełką całego dobra, jakie wydobywa się z czterdziestoletnich busików kursujących po mieście. Ale to zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Jedzą inni, zjem i ja.

Jest i baba Aymara, która po hiszpańsku mówi gorzej niż ja. W tradycyjnej chuście przerzuconej przez plecy trzyma chyba ziemniaki. Albo niemowlaka, ciężko stwierdzić, póki dzieciak nie zacznie płakać albo baba nie chuknie workiem o ścianę. Ta z kolei na ulicy sprzedaje banany. Lub chirimoyę.

Po przeciwległej stronie kilku pucybutów walczy o klientów. Ich wzrok, jak u Fisza, błądzi nie wyżej niż 30 centymetrów ponad chodnikami. Najmłodszy z nich może mieć 10 lat, najstarszy z 60. Zawód na pokolenia.

Bezrobocie w Boliwii czy Peru teoretycznie wynosi od 8 do 10%. A ilu jest samozatrudnionych? To już nawet nie jest przedsiębiorczość. To chęć przeżycia.

———————————–

A teraz zapraszamy na fotograficzną wycieczkę po Sucre i jego cudach:

.

Sucre, Boliwia

.

Odkrycie

– Landrynka! Landrynka z malinami! – wykrzyknęła Najlepsza z Żon, dokonując jednego z największych odkryć podczas podróży.

Baba spojrzała na nas niewzruszona, nie za bardzo znajdując uzasadnienie dla uniesienia, które ogarnęło nas po zjedzeniu jednego z najpopularniejszych tutaj owoców. Chirimoya – zupełna nowość dla Europejczyka, to w kulturze andyjskiej standard. Peruwiańczycy rzeźbili wazy wyobrażające chirimoyę już przed naszą erą.

- Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita? - Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk. - ??!!!

– Dzień dobry. A po ile te pomarańcze, mamita?
– Witam, kochaniutki. A po 2 zł za 25 sztuk.
– ??!!!

– To może być najlepszy owoc świata. On bije nawet indonezyjskiego salaka – dodała żona, wyraźnie już rozentuzjazmowana. Powoływanie się na świętość salaka to nie przelewki.

Paula nie zdawała sobie nawet sprawy, ale w tym momencie była prawdopodobnie najbliżej wielkiej literatury w swoim życiu. Mark Twain zwykł nazywać chirimoyę „najsmaczniejszym owocem znanym ludzkości”.

Chirimoya faktycznie jest niezła. Ale tak naprawdę to nie ona okazała się naszym największym boliwijskim odkryciem. Prawdziwym szałem jest owocowo-ziołowy raj, który się przed nami rozpostarł.

- Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

– Do mnie, kochaniutka, do mnie! Najlepsze soczki tylko u mnie. Bananowy? Tumbo? Ananasowy? A może sałateczka?

Niemal na każdym rynku jak kraj długi i szeroki można sobie strzelić świeży sok owocowo-warzywny za grosze.

– A to co za owoc, proszę kochanej pani?

– A to tumbo – rzecze baba i już daje nam pół ociekającego sokiem tumbo do spróbowania.

– Pycha. Niech będzie zatem pół litra soku z tumbo, a dla żony marchewkowo-buraczkowy. A co pije ten pan?

– Alfa-Alfa. Dobrze robi na nerki i oczyszcza organizm.

Śniadanie mistrzów

Śniadanie mistrzów

Czyli już się wyjaśniło, co będzięmy pili do obiadu. W Sucre utknęliśmy na ponad tydzień. Strategicznie wybraliśmy hotelik 10 metrów od rynku głównego. Rynek czynny od świtu do 8 wieczorem, więc świeży sok lub przecier owocowy staraliśmy się wpasować przynajmniej 2-3 razy dziennie. Niby kupujesz jedną szklankę 0,3 l, ale drugą prawie pełną dostajesz tzw. „aumento”, czyli dolewki. W wszystko za 2 zł. A na śniadanie sałatka owocowa tak wielka, że wylewa się z miski.

Przechadzając się po boliwijskim rynku, a tym bardziej podchodząc do straganu z sokami, czuję się jak małe dziecko. Niby żyjemy na tym samym świecie, ale przynajmniej połowa rzeczy jest zupełnie nowa.

– A to co za owoc?

– Guineo.

– A to co?

– Maracuya.

– A to?

– Guayaba.

I tak w kółko. No i refresco. Kompot. Zwyczajny kompot sprzedawany na ulicy na szklanki po 50 groszy sztuka. Kompot morelowy, kompot ananasowy, ale też kompot z orzeszków ziemnych czy kompot z lnu. Z lnu?? Tak, tak „linaza”, czyli mielone siemię lniane przerobione na kompot – bardzo zdrowe, więc wyjątkowo popularne wśród Boliwijczyków. Smakiem nie umywa się co prawda do kompotu ananasowego, ale od czasu do czasu i my się skusimy. Ponoć dobry na trawienie. Refresco dopadnie cię wszędzie. Jest na każdej ulicy. Wyśledzi cię na dworcu, a wystarczy, by autobus zatrzymał się na minutę i od razu wejdzie baba sprzedająca refresco na wynos – w foliowym woreczku.

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Api z kukurydzy fioletowej, białej i beżowej. A który jest Twój ulubiony?

Soki, przeciery, kompoty na zimno. Ale jeszcze ciekawsze są chyba napoje na gorąco. Sok z quinuy czy nasz ulubiony api. Api to słodki sok z kukurydzy. Z tym że w Boliwii jest 7 głównych ras kukurydzy, które dzielą się na 45 typów i setki gatunków.

Api może więc być fioletowy, może być biały. Może być i brązowy, a najlepiej poprosić o mieszankę dwóch typów. Fioletowy prawie zawsze gotowany jest z goździkami i cynamonem, a brązowy z anyżkiem.

W Boliwii jesteśmy już miesiąc. W tym czasie kupiliśmy 2 butelki wody. Na co dzień poi nas ulica. I jak tu nie kochać Boliwii??

.

Trójprzymierze

Tłok. Harmider. Rwetes. Ścisk ludzkich ciał. Piętnaście minut podmiejskim autobusem od zrelaksowanego Iguazú i wkraczamy w zupełnie nowy świat.

– Telewizory! Najtańsze telewizory! Tylko dzisiaj!

– Elektronika, mister? Szukasz elektroniki. U mnie największy wybór i najlepsze oferty!

– Kokaina? Najlepsza na świecie – prosto z Boliwii. Nie? To może marihuana. Nasza – paragwajska.

Największe targowisko Ameryki Południowej. Ciudad del Este. Jak twierdzą Paragwajczycy, to czwarte największe centrum handlowe na świecie. Tu kupisz wszystko, czego nie potrzebujesz i wiele więcej. Głównie elektronikę, ubrania, samochody.

Kup pan cegłę

Kup pan cegłę

Ciudad del Este leży w miejscu, gdzie spotykają się trzy granice – Brazylii, Argentyny i Paragwaju. W Ameryce Południowej takie miejsca są szczególne. Nie obowiązują tu żadne przepisy. Za miedzą dwa najbogatsze i najbardziej rozwinięte kraje Ameryki, a ruch przez granicę jest zupełnie otwarty. Niby stoją budki strażników, ale tysiące ludzi przekraczają granicę w tę i z powrotem bez dokumentów. Każdego dnia. Nikt ich nie sprawdza. Żadnych skanerów bagażu.

I czarny rynek. Przemyt. Zatrzęsienie narkotyków, kradzione samochody, broń i co tylko chcesz. W nocy miasto nabiera innego kolorytu. Ulice pustoszeją zupełnie. Najbezpieczniejsze z całej trójki jest argentyńskie Puerto Iguazú. Tam można jeszcze przejść się po ulicy. Ale w Paragwaju ani w Brazylii w centrum nie ma nikogo poza poza tymi, którzy w takim środowisku czują się bezpiecznie. I potrafią się obronić.

Paragwajskie Ciudad del Este, brazylijskie Foz do Iguaçu oraz Puerto Iguazú w Argentynie to państwo w państwie. W zasadzie cywilizacja na wysokim poziomie, ale jednak w tropikach, więc każde miejsce nie zajęte jeszcze przez człowieka, opanowane jest przez najprawdziwszą dżunglę.

Po lewej Paragwaj, na prawo Brazylia, a my stoimy w centrum najbardziej turystycznego miasta Argentyny

Po lewej Paragwaj, na prawo Brazylia, a my stoimy w centrum najbardziej turystycznego miasta Argentyny

Patrząc na zakole rzeki Parana – miejsce, w którym łączą się trzy granice, ma się wrażenie, że jesteśmy w Amazońskiej puszczy. Gdy wieczorem przejdziesz się na klify i popatrzysz na rzekę z góry, nie musisz długo czekać. Co kilkadziesiąt minut małe i duże motorówki przekraczają Paranę w każdym z kierunków. Co transportują? Na pewno nie olej słonecznikowy i yerba mate.

Mamy pecha. Jest akurat sobota i trwa Czarny Piątek. Handlowcy na największym targowisku próżności na kontynencie postanowili zmaksymalizować przychody. Wymyślili Czarny Piątek. Marketingowo i historycznie nazwa może niezbyt przemyślana, ale handlowy strzał w dziesiątkę. Przez ostatnie tygodnie stopniowo podnosili ceny, by w ten weekend (od czwartku do wtorku – weekend w wydaniu latynoskim) ogłosić Czarny Piątek i wyprzedaże do 70%.

Nazwa może niespecjalnie trafiona, ale w Paragwaju to marketingowy strzał w dziesiątkę

Nazwa może niespecjalnie trafiona, ale w Paragwaju to marketingowy strzał w dziesiątkę

To co normalnie jest szaleństwem, teraz przerodziło się w pandemonium. Ludzie biegają po ulicach z 50-calowymi plazmami pod pachą. Ktoś wiezie ponad metrowe kolumny i zestaw kina domowego 5+1 na taczce. Tragarze donoszą tysiące odtwarzaczy mp3. Na każdym rogu ze straganów wylewają się pirackie płyty, podrabiane torebki Chanel, obuwie Nike i skórzane kurtki.

Argentyńczycy przyjeżdżają tu po wszystko. W kraju, w którym Kirchner wprowadziła kosmiczne podatki importowe, przyda się wszystko. Tydzień temu jechaliśmy na stopa z kolesiem, który do Ciudad del Este przyjeżdża po wielofunkcyjne scyzoryki dla wędkarzy. Brazylijczycy dużo kupują, ale jeszcze więcej sprzedają. Brazylia ma szmal. Przynajmniej w połowie sklepów w Ciudad del Este właściciele mówią po portugalsku. Biednych Paragwajczyków rzadko kiedy stać na inwestycję w sklep z elektroniką.

Centra handlowe wypchane elektroniką wyrastają bezpośrednio na granicy

Centra handlowe wypchane elektroniką wyrastają bezpośrednio na granicy

Szybki tour przez miasto z wywalonymi gałami i uciekamy stąd jeszcze tego samego dnia. Ale przed Ciudad del Este nie tak łatwo umknąć. Dwa dni później i kilkadziesiąt kilometrów dalej zagaduje nas młody człowiek, który przyjechał zwiedzić największą tamę na świecie. Jest z Ciudad del Este.

– Z Polski? Łaał! Patrzcie jaką świetną bransoletkę Nike sobie kupiłem. Niezła, co?

Patrzę na połączenie gumy i metalu z wielką łyżwą i nie wiem, co powiedzieć.

– Macie Facebooka, może się wymienimy kontaktami? Naprawdę nie używacie fejsbuka? Co z Wami? A jakiej marki nosisz buty?

I to w zasadzie wyczerpuje temat.

.

Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Życie w dobrobycie

Historia pierwsza lotnicza

Po 10 miesiącach w Azji lądujemy wreszcie na nowym kontynencie. Perth wita nas ciepłą zimową pogodą, w której śmiało można hasać na krótki rękaw i w sandałach, więc od razu wpadamy sobie w oko. Gorzej z lotniskiem. Najtańsza opcja dotarcia do miasta to 15 dolarów od osoby za autobus. Niedoczekanie ich, potomków klanu przestępców.

Jeszcze nim udaje nam się ujść 200 metrów od terminala, zatrzymuje się taksówka. Oczami wyobraźni widzę już indonezyjskich taksówkarzy towarzyszących nam w nieskończoność z nadzieją, że jednak weźmiemy ten kurs. Na końcu języka mam już, że dziękuję za fatygę, ale damy sobie radę. Tymczasem zaskakująco pada pytanie czy wszystko w porządku i dokąd to chcemy się wybrać. Ballajura – przedmieście, na które zmierzamy, nie jest nawet po drodze do centrum, więc strzał jest daleki, ale mimo wszystko rzucam nazwę od niechcenia. Nagły uśmiech rozświetla twarz taksówkarza i już pakujemy plecory do bagażnika.

Zima trzyma

Zima trzyma

 

Mknąc darmową taksówką, delektujemy się rozmową w prawdziwym angielskim, po raz pierwszy od dawna o imponderabiliach. Nie dość, że rozmowa znacząco odbiega od utartych schematów, to nasz autostopowy taksówkarz, zagorzały fan muzyki klasycznej, zapoznaje nas z Piotrem Tomaszewskim, jak się okazuje, niesamowitym polskim wirtuozem gitary.

Ani razu nie przekraczamy dozwolonej prędkości, a mimo to szerokimi autostradami kilometry łykamy w okamgnieniu i już po pół godzinie GPS wskazuje nasz nowy dom.

Historia druga surferska

Lądujemy na CouchSurfingu i niemal przez tydzień mieszkamy z przeciętną, a jednak niezwykłą, rodziną z Australii Zachodniej. Wyprowadzamy psa, gotujemy obiady i tego typu sprawy.

Australia czy Ameryka?

Australia czy Ameryka?

 

Ballajura – jedno z przedmieść północnego Perth – wypisz wymaluj Wisteria Lane czy jakakolwiek inna sielanka z amerykańskich seriali. Szerokie ulice, którymi nie chodzi nikt oprócz nas, dzieciaki rzucające rowery na nieogrodzonych trawnikach przed wejściem i basen w co drugim domu.

Naszymi gospodarzami jest rodzina robotnicza. On technik w firmie wydobywczej, ona korepetytorka na pół etatu. I czworo dzieci, z których troje wyleciało już z rodzinnego gniazda. Jeden syn elektryk, drugi górnik, trzeci pracuje na platformie wiertniczej, a córka na farmie owiec.

W domu tyle elektroniki i sprzętu, że rodzice nie mają pojęcia, do czego połowa z nich służy. W kuchni dwudrzwiowa lodówka Jeszcze jedna w spiżarni. Za domem basen.

W garażu  dwa wielkie motory crossowe gotowe do szaleństwa w terenie. Oprócz tego deska surfingowa, czasza i sprzęt do kite-surfingu, narty, grill wielkości stołu do ping-ponga i kilka innych rzeczy niezbędnych do życia w Australii.

Przed domem trzy samochody. Luksusowy sedan do jeżdżenia, sportowa Celica dla odreagowania i pick-up w razie gdyby trzeba było coś przewieźć.

I rozjeżdżony trawnik przed domem. Gdy idą święta, przed posesją stoi do ośmiu aut. Każde z dzieci przyjeżdża swoim, a mąż służbowym.

Ot, przeciętna australijska rodzina robotnicza.

Historia trzecia autostopowa

Perth to najpiękniejsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy. Któregoś dnia wybieramy się na plażę. Sierpień, zima dobiega końca, więc w wodzie zatrzęsienie surferów i pasjonatów na skuterach wodnych.

Spędzamy tu kilka uroczych godzin i postanawiamy wracać. Do centrum jakieś 12 km. Kursuje co prawda autobus miejski, ale 3,6 dolara od osoby to mniej więcej tyle ile jeszcze kilka dni wcześniej wydawaliśmy na wystawną kolację dla dwojga w Indonezji. Krótka piłka – będziemy wracać stopem albo piechotą.

Piętnaście minut później jedziemy już z Kate – szaloną Australijką, kursującą jak opętana po mieście i dopinającą ostatnie formalności. Dzieli majątek z chłopakiem, z którym rozstała się po kilku latach, wypowiada wynajem mieszkania, sprzedaje samochód. Zaczyna nowe życie.

I „zmienia karierę”. Postanowiła zostać sprzątaczką.

Pochodzi z Queensland na wschodnim wybrzeżu, gdzie przez kilka lat pracowała jako instruktorka nurkowania na Wielkiej Rafie Koralowej. Mieszkała też w Adelajdzie na dalekim południu, ale teraz przyjechała po konkretne pieniądze do Australii Zachodniej.

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

Środa, godz. 12:30, ścisłe centrum Perth

 

Australia Zachodnia to górnicze zagłębie kraju. Wydobywa się tu ropę, nikiel, cynk, ołów, węgiel, opale i mnóstwo innych złóż. We wszystkich tych kopalniach można zarobić 2-3 razy więcej niż w naprawdę dobrej pracy w innych częściach kraju.

Kate załapała się na nowo otwieraną platformę wiertniczą jako pomoc sprzątająca. Zarobi 150-180 tys. dolarów rocznie. Na początek oczywiście, a co roku indeksacja. Platforma znajduje się jakieś 300-400 km na północ od Perth, kilkanaście kilometrów od wybrzeża. Dwa razy w miesiącu firmowy helikopter zawiezie ją na weekend do miasta.

Chce popracować tu 2-3 lata. Po dwóch za 300 tys., które wyłoży gotówką, kupi dom na przedmieściach w jakimś uroczym mieście i pomyśli, co dalej. Może wróci do nurkowania. A może znowu zmieni karierę.

.

Do Życia w dobrobycie jak ulał pasowałaby nam historia Ricka – naszego kapitana, kierowcy ciężarówki, pochodzącego z Alaski, z którym już od 3 tygodni przemierzamy Pacyfik. Ale Rick to wynalazek, który zasłużył sobie na cały tekst.

.

A tu możecie rzucić okiem na naszą krótką wizytę w Australii.

.

Perth, Australia
Sydney, Australia

.

Gdzie kąpią się bogowie

Dziś w ramach przerwy w nadawaniu z najlepszego miejsca na świecie, teleportujemy Was z powrotem do Indii.

Dawno dawno temu, ktoś pytał, jak podobało nam się Varanasi. Według nas jest to takie miejsce, które raczej słabo mieści się w kategorii podoba / nie podoba. Raczej robi wrażenie.

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

No i zrobiło spore. W każdym razie na gorąco zapomnieliśmy Wam o tym napisać. Co udało nam się jednak uczynić ostatnio na łamach Rzeczpospolitej. Jak Was znam, to pewnie nie sięgnęliście po ubiegłotygodniowe piątkowe wydanie i tamtejszy dodatek Podróże. A szkoda.

W każdym razie następnym razem postaram się uprzedzić Was przed publikacją. Dziś pozostaje Wam już tylko Internet – nasz artykuł w Rzepie.

A dla leniwych przedruk. I jako bonus – kilka zdjęć z Varanasi.
.

Varanasi i Haridwar, Indie

—————————————–

Gdzie kąpią się bogowie

Waranasi to jedno z siedmiu świętych miast Indii, najważniejsze miejsce dla hinduistów. Rytualna kąpiel w Gangesie oczyszcza ciało i duszę, a kremacja w tym mieście to marzenie każdego religijnego Hindusa.

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Co roku miliony Hindusów przyjeżdżają odwiedzić Waranasi, aby zanurzyć ciało w rzece, w której kąpali się bogowie. Jak na warunki indyjskie jest to miasto średniej wielkości, liczące nieco ponad 3 mln mieszkańców, co nie daje mu nawet pozycji w pierwszej dziesiątce największych metropolii w kraju. Waranasi to również jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na świecie – osadnictwo trwa w nim nieprzerwanie od 3,5 tys. lat.

Święta rzeka

Życie duchowe koncentruje się tutaj wokół świętej rzeki, Gangesu, która pełni rolę pośrednika z hinduskimi bogami zarówno za życia, jak i po śmierci.

Hindusi wierzą w wędrówkę dusz, czyli Samsarę, która urzeczywistnia się poprzez reinkarnację. Po śmierci ich ciała muszą zostać spalone, a prochy wrzucone do rzeki, aby zapewnić zjednoczenie duszy z Paramatmą – duchem wszechświata.

Ganges, jako najbardziej święta spośród setek świętych rzek w Indiach, jest do tych obrzędów idealnym miejscem. Według hinduskich wierzeń Waranasi jest zatem najświętszym i najbardziej upragnionym miejscem, gdzie można tego dokonać.

Ale kremacja tutaj jest też dlatego wyjątkowo droga i stać na nią wyłącznie wybranych. W przeciwnym wypadku w Waranasi nie byłoby nic oprócz krematoriów.

Garstka popiołu

W najbardziej prestiżowym krematorium Manikarnika Ghat, w pobliżu którego bóg Sziwa wyłowił ponoć złoty kolczyk bogini Parwati, pali się nawet 150 ciał dziennie. O każdej porze dnia i nocy płonie tutaj kilkanaście kilkumetrowych ognisk, a na każde z nich potrzeba ok. 400 kg drzewa. Przed podpaleniem zwłok bliscy zmarłego dekorują jego ciało kwiatami i przenoszą w uroczystej procesji przez stare miasto, a następnie kilkakrotnie zanurzają je w Gangesie, by opłukać brud doczesnego świata.

Tuż obok znajduje się targ drzewny, gdzie można zaopatrzyć się w najlepszej jakości drewno. Każda kłoda jest dokładnie ważona, a poszczególne gatunki drewna znacznie różnią się ceną. Najcenniejsze jest drzewo sandałowe.

Ciało płonie na stosie ok. trzech – czterech godzin. W połowie uroczystości mistrz ceremonii – którym może być najstarszy syn, brat lub zięć zmarłego – rozbija kijem czaszkę, aby ułatwić jej spopielenie. Po wygaszeniu ognia prochy rozrzucane są nad brzegiem Gangesu.

Ceremonię palenia zwłok mogą obserwować nawet turyści, ale obowiązuje ich rygorystyczny zakaz robienia zdjęć.

Oczyści duszę, nie ciało

Nad rzeką nieustannie trwają też rytualne kąpiele. Wzdłuż nabrzeża Gangesu znajduje się ponad 80 ghatów, czyli szerokich schodów, którymi można zejść do rzeki. Przez większą część roku stan wody jest tak niski, że ghaty tworzą ponadsiedmiokilometrową promenadę, na której obserwować można, jak życie duchowe wpływa na zachowania doczesne. Cały ten odcinek można przejść mniej więcej od listopada do czerwca. W trakcie pory monsunowej, a także we wrześniu i październiku do wezbranej rzeki prowadzą jedynie kolejne schody kilkumetrowej szerokości.

Szczególnie dużo ludzi pojawia się tu o świcie. Nim zanurzą się w wodzie, modlą się i medytują. Codziennie w rzece zażywa kąpieli ok. 60 tys. osób. Tymczasem w samym tylko Waranasi znajduje się 30 dużych odpływów ściekowych.

Do Gangesu trafiają też ciała owinięte w płótno z przywiązanymi doń kamieniami. To zwłoki, których zgodnie z obyczajem nie wolno palić, na przykład zmarłych kobiet w ciąży albo dzieci do ósmego roku życia. Z nurtem rzeki płyną też ciała tych, którzy zmarli po ukąszeniu kobry.

Z tych wszystkich powodów woda w Gangesie na wysokości Waranasi zawiera ok. 1,5 mln jednostek bakterii coli na 100 ml. Dla porównania: kąpieliska w Bałtyku są zamykane, gdy stężenie bakterii coli przekracza 1000 jednostek. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu więc dopuszczalne normy 1,5 tys. razy.

Zakończyć krąg cierpienia

Waranasi jest szczególne z jeszcze jednego powodu. Jako święte miasto leżące nad rzeką odkupienia oferuje tzw. mokshę. Moksha to wyzwolenie z wędrówki dusz, czyli przerwanie kręgu reinkarnacji. Hindusi wierzą, że jedynie zakończenie życia w Waranasi zapewnia wyrwanie się z wiecznego cyklu narodzin i śmierci.

Choć moksha nie powinna być celem samym w sobie, daje możliwość pójścia na skróty w wyzwoleniu się od cierpień doczesnych. W kraju, w którym miliony żyją za mniej niż dwa dolary dziennie, jest to nie lada pokusa.

Oprócz pielgrzymów miasto przyciąga więc również ludzi zmęczonych życiem. Tych, którzy stracili wiarę, że uda im się odwrócić swój los. Do takich osób należy Salim, którego poznaliśmy w hostelu. Przyjechał do Waranasi z odległych rubieży stanu Uttar Pradesh i dorabia jako przewodnik, za grosze oprowadzając zachodnich turystów po zaułkach starego miasta. Do końca życia pragnie zostać w świętym mieście, aby mieć pewność, że już nigdy nie powróci do cierpień tego świata.

Ludzi takich jak Salim jest tu dużo więcej, a na obrzeżach Waranasi znajdują się nawet przytułki, w których można doczekać swoich ostatnich dni i upragnionej mokshy.

Uliczki Varanasi

Gwarno i tłoczno

Mimo że nieco mroczna i zdecydowanie niehigieniczna duchowa aura Waranasi Europejczykowi może się wydawać przytłaczająca, na Hindusach nie robi onieśmielającego wrażenia. Uliczki starego miasta tętnią życiem, przekupnie oferują setki towarów dziękczynnych, które można ofiarować bogom. Choć wydaje się to niemożliwe, miasto jest jeszcze bardziej gwarne i chaotyczne niż Delhi lub Kalkuta.

Druga połowa października upływa tu w szczególnie gorączkowym rytmie. Hindusi właśnie szykują się do jednego z największych świąt religijnych w roku: Durga Puja ku czci bogini-wojowniczki o dziesięciu ramionach. Przygotowania sprawiają, że wieczorami na niektórych ulicach tworzą się gigantyczne piesze korki i nie sposób ruszyć z miejsca przez dobrych kilka minut, dopóki nie uda się czmychnąć w niekończący się labirynt zaułków.
.