Archiwa blogu

A tymczasem w Polsce…

No i co?Po długiej nieobecności w kraju, w miejscu takim jak Polska, rzuca się w oczy, że dyskusja historyczna toczy się już na ulicach.

Reklamy

U nas w Kolumbii

Urząd Gminy nawiązał stosunki dyplomatyczne z władzami kolumbijskimi

Urząd Gminy Warszawa Żoliborz nawiązał stosunki dyplomatyczne z władzami kolumbijskimi

Impresje po powrocie:

Na wybrzeżu Kolumbii po raz pierwszy od 1300 lat spadł śnieg.

Synoptycy przewidują, że pomost śnieżny między Morzem Karaibskim a warszawskim Żoliborzem może utrzymać się do 2017 roku. Obecnie do Kolumbii można dojechać saniami.

.

.

.

.

.

.

.

Za rok, na obchody czwartej rocznicy katastrofy smoleńskiej premier Tusk planuje wybrać się do Kolumbii.

Za rok, na obchody czwartej rocznicy katastrofy smoleńskiej premier Tusk planuje wybrać się do Kolumbii. Urzędnicy podobno już rychtują sanie.

Trudna sprawa

Gdy w Polsce wprowadzano stan wojenny, w Paragwaju można było jeszcze podziwiać największe wodospady świata. Saltos del Guairá położone na rzece Parana – drugiej po Amazonce najpotężniejszej rzece Ameryki Południowej były ponoć wyjątkowo imponujące.

I choć trudno to sobie dziś wyobrazić, szczególnie zobaczywszy Iguazú na własne oczy, ilość wody przepływająca przez wodospady Guairá była przynajmniej 8-krotnie większa niż w Iguazú. W miejscu, gdzie Parana wciśnięta w wąski wąwóz zwęża swój bieg z niemal 400 do zaledwie 60 metrów, jeszcze 30 lat temu istniały zdecydowanie największe wodospady na świecie.

Wodospady Saltos del Guairá - jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Wodospady Saltos del Guairá – jeszcze 30 lat temu bezkonkurencyjnie największe wodospady na świecie

Więc czemu już ich nie ma?

Pochłonął je sztuczny zbiornik wodny stworzony dla największej hydroelektrowni na świecie. Zapora Itaipu została wybudowana na paragwajsko-brazylijskiej granicy kosztem 20 mld dolarów, co czyni ją jedną z najdroższych inwestycji w historii. Pieniędzy nie wyłożył oczywiście biedny Paragwaj, ale głównie Brazylia, dla której ta zapora jest chyba jeszcze ważniejsza niż dla Paragwaju. Pomogły też pożyczki z USA.

Największa elektrownia na świecie produkuje nawet do 95 terawatogodzin prądu rocznie. Co to znaczy? Znaczy to na przykład, że ilość produkowanej tu rocznie energii elektrycznej wystarczyłaby, by pokryć całe światowe zapotrzebowanie na prąd przez dwa dni. Dzięki Itaipu liczący zaledwie 7 mln ludzi Paragwaj pokrywa 95% swojego rocznego zapotrzebowania na elektryczność, a nadwyżki odsprzedaje Brazylii. Tym samym Itaipu dostarcza także aż 20% całej rocznej energii dla niemal 200-milionowej Brazylii.

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Zapora Itaipu ładnie prezentuje się wyłącznie w nocy

Jak twierdzi naprawdę świetnie funkcjonujące służby PR spółki obsługującej Itaipu, elektrownia kosztująca 20 mld dolarów zwróciła się po 11 latach. Ale czego nie mówi dział PR?

Nie mówi chociażby, że kontrakt na sprzedaż nadwyżek energii wynegocjowany jeszcze przed rozpoczęciem budowy elektrowni jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych kontraktów na świecie. Paragwaj zużywający zaledwie 5% do 8% produkowanej przez Itaipu energii nadwyżki sprzedaje Brazylii po stałej cenie – 3 dolarów za megawatogodzinę (MWh). Dziś Brazylia odsprzedaje tę energię u siebie w kraju za ok. 150 USD za MWh. Ale co jeszcze ciekawsze kontrakt został podpisany w 1973 roku na 50 lat. Zatem jeszcze przynajmniej przez 10 lat Brazylia będzie otrzymywała jedną piątą całej zużywanej przez siebie energii niemal za darmo, co zapewne jeszcze bardziej przyczyni się do jej gwałtownego rozwoju. Autorem kontraktu po stronie paragwajskiej był wieloletni dyktator wojskowy – Alfredo Stroessner. Po obaleniu jego 35-letniej dyktatury w 1989 roku, udał się on do… owszem, Brazylii, gdzie zmarł przed kilkoma laty.

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Długa na 8 km i wysoka na niemal 200 m Itaipu to według Amerykanów jeden z siedmiu inżynieryjnych cudów nowoczesnego świata. Z pewnością nie zachwyca pięknością

Niemniej jednak zapora Itaipu jest kluczowym skarbem Paragwaju.  Drugi najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, otoczony przez wiecznie zaborcze Argentynę i Brazylię ma zapewnione bezpieczeństwo energetyczne w nieskończoność i stałe wpływy do budżetu. Przy odrobinie szczęścia i wyzwoleniu się z okowów łapówkarstwa za dziesięć lat być może uda się renegocjować umowę i zyskać nieco więcej dla kraju.

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Pico Truncado w argentyńskiej Patagonii przyciąga wyłącznie wysokimi płacami w przemyśle roponośnym

Itaipu nie jest piękne. Piękne były zapewne wodospady Saltos del Guairá. Dziś rejon Itaipu przypomina raczej osady zdewastowanej przyszłości rodem z Mad Maxa niż piękno dzikiej przyrody. Niedaleko mu do obrzydliwych argentyńskich roponośnych miast środkowej Patagonii, takich jak Las Heras czy Pico Truncado – prawdopodobnie najbrzydszych miast na świecie. Rozlega się tu ciągły, jednostajny, świdrujący umysł dźwięk generatorów, a po horyzont ciągną się wysokie na kilkadziesiąt metrów transformatory przetwarzające największą ilość prądu na świecie.

Nie wiem, co o tym myśleć. Trudna sprawa.

.

——————————————

Dla poprawy nastroju nieco ładnego Paragwaju można zobaczyć tutaj:

Paragwaj wschodni

.

W sidłach

Krajem co kilka lat wstrząsa kryzys finansowy, doprowadzający państwo niemal do bankructwa. Obywateli z dnia na dzień zaskakują podwyżki o 100 czy 200%. Kobieta wybrana na prezydenta w świetle jupiterów kradnie miliony dolarów z kieszeni podatników i w ciągu jednej kadencji zwiększa swój majątek ponad tysiąckrotnie. A następnie wygrywa wybory i zostaje wybrana na drugą kadencję, deklasując politycznych rywali. To jest właśnie Argentyna.

Argentyna była kiedyś potęgą. Eksportowała surowce, zaopatrywała ćwierć świata w żywność i była dziesiątą gospodarką świata. Do dziś zresztą należy do G20, co w obecnej sytuacji jest już tylko śmieszne.

Na łasce mafii

Obecnie krajem rządzą syndykaty biznesowe. Syndykat producentów soi, firm transportowych, producentów yerba mate, właścicieli autobusów.

Policja jest tak skorumpowana i wszechwładna, że może okradać obywateli w białych rękawiczkach. Do domu naszego znajomego włamali się przestępcy. Ukradli dwa rowery, laptopa, ipody i mnóstwo elektroniki. Mieli pecha, bo tej nocy nie poprzestali na jednym napadzie, a sąsiedni dom zatrudniał prywatną ochronę. Wpadli. Przyjechała policja, zawinęła kolesi i skradzione rzeczy jako dowód przestępstwa. I co okazało się następnego dnia rano? Na komisariacie połowa fantów „zaginęła”, a policja niedwuznacznie daje do zrozumienia, że lepiej za bardzo nie doszukiwać się brakujących kosztowności, bo przecież „wszyscy wiemy, gdzie kto mieszka, ponieważ policja strzeże bezpieczeństwa obywateli”.

Cristina Kirchner jest urzędującym prezydentem od 5 lat. Za jej kadencji trwa największy projekt asfaltyzacji dróg w Patagonii oraz modernizacji tras ekspresowych w całym kraju. Tysiące kilometrów i miliardy dolarów. Kto buduje Rutę 40 i połowę innych tras w tym kraju? Prywatna firma pani prezydent. Rządowa lewa ręka daje, prywatna prawa chowa do kieszeni. Czy kogoś to bulwersuje?

Na pewno nie Argentyńczyków. Oni mają swoje igrzyska. Rząd wykupił prawa do transmisji ligi argentyńskiej, którą żyje cały kraj i pokazuje wszystkie mecze, 24 godziny na dobę w ogólnodostępnym kanale pod hasłem „Futbol para todos” – futbol dla wszystkich. W Buenos Aires, skupiającym ok. 1/3 populacji tego 40-milionowego kraju jest także kino pod hasłem „Cine para todos” z biletami za pół darmo, a raz na jakiś czas kraj objeżdżają ciężarówki z dotowanym mięsem, również „dla wszystkich”.

Co nasze to nasze

Wodę z mózgu w Argentynie, pięknie robi się też Malwinami. W całym kraju nie ma chyba miasta, gdzie nie byłoby pomnika poświęconego wojnie o Malwiny i wszechobecnych instytucji domagających się odebrania Brytyjczykom Falklandów. Lud zjednoczony wokół wspólnej sprawy łatwiej przymyka oko na skandale korupcyjne zapełniające dalsze strony gazet.

Ostatnio Argentyna przebiła się nawet do polskich nagłówków prasowych. Chodzi oczywiście o nacjonalizację YPF, czyli lokalnego giganta paliwowego, który w ramach prywatyzacji lat 90. sprzedany został hiszpańskiemu Repsolowi. Dzika prywatyzacja z czasów prezydenta Menema to jeszcze większe skandale finansowe niż obecnie. Szwajcarskie konta argentyńskich polityków puchły od milionów dolarów, a strategiczne sektory wypływały w obce ręce. Na ironię zakrawa fakt, że Cristina Kirchner sama głosowała za sprzedażą YPF Hiszpanom przed kilkunastoma laty, gdy zasiadała w parlamencie.

Robimy pranie! Pranie mózgu

Robimy pranie! Pranie mózgu

A jeśli chodzi o YPF, to naprawdę trudno dziwić się argentyńskiej opinii publicznej w 80 albo i 100% procentach popierającej nacjonalizację YPF. Argentyna siedzi na jednych z największych rezerw ropy w obu Amerykach, a co roku wydaje 10 mld USD na import tego surowca.

Inflacja, której nie ma

Jak w tym wszystkim odnajdują się Argentyńczycy? Żyją. Piją mate, chodzą do pracy, jeżdżą na plażę do Urugwaju.

Oszczędzanie nie istnieje, a system bankowy jest kpiną. Banki nie przyznają kredytów, a wszystko, włącznie z mieszkaniami trzeba kupować za gotówkę. Tylko jak kupić mieszkanie w Buenos Aires za 100 czy 200 tys. dolarów gotówką?

Oczywiście tylko za dolary, bo to jedyna stabilna tutaj waluta. Inflacja wynosi przynajmniej 30%, ale to tylko szacunki. Rząd na arenie międzynarodowej zaniża inflację, jak może, a prawdy nie jest w stanie ustalić nawet The Economist, który od niedawna w ogóle postanowił nie publikować informacji na temat inflacji w Argentynie.

Powiedzcie kochani, czego Wam jeszcze brakuje w tym kraju mlekiem, miodem i złodziejami płynącym??

Powiedzcie kochani, czego Wam jeszcze brakuje w tym kraju mlekiem, miodem i złodziejami płynącym??

Aby nie drażnić zbytnio obywateli i utrudnić spekulację, wzrost cen odbywa się skokowo i nierównomiernie. Nie wiem czy ze względu na zmowę syndykatów czy też z powodu jakiś innych trudnych do określenia przyczyn, ale ceny poszczególnych produktów rosną niezależnie od siebie raz na kilkanaście miesięcy. Przykładowo tydzień temu kluczowa do życia w Argentynie yerba mate podrożała z 6-10 peso do 15-25 peso za kilogram.

Tymczasem od kilku tygodni pani prezydent zaklejała niemal całą stolicę plakatami zachęcającymi do spotkania z nią na stadionie jednej z najważniejszych drużyn piłkarskich. „Spotkajmy się i powiedzcie mi, czego jeszcze Wam brakuje w naszym kraju”. Czego brakuje, chciałoby się zapytać? Zacznijmy może od brakujących miliardów dolarów publicznych pieniędzy.

.

Science-fiction

Dawno dawno temu była sobie Nibylandia. Jeszcze 100 lat temu Nibylandia była zamieszkana niemal wyłącznie przez rdzennych Niblandczyków. Ale świat rozszerza się znacznie szybciej niż wszechświat i do Nibylandii zaczęli napływać imigranci. Początkowo głównie słynący z zaangażowania robotnicy z Indii sprowadzani do pracy na farmach. Z czasem Hindusi zaczęli sprowadzać rodziny. Jednocześnie w Indiach powoli zaczęła roznosić się wieść o rajskiej, niezatłoczonej Nibylandii, gdzie każdy może zrealizować swój obywatelski sen.

Przybyło jeszcze więcej Hindusów. Z czasem hinduscy imigranci zaczęli odchodzić od pracy na farmach i zajęli się tym, w czym – obok Chińczyków – są chyba najlepsi na świecie. Zaczęli otwierać małe biznesy – sklepy, sklepiki, pralnie, apteki. Mając niewątpliwą smykałkę do interesów, zaczęli także skupować i dzierżawić ziemię. W przeciwieństwie do rodowitych Niblandczyków, których myśl rzadko wybiega dalej niż za jutrzejszy obiad. W pierwszej połowie XX wieku za grosze, a często po prostu za skrzynkę piwa albo hinduskie fatałaszki imigranci wykupili lub wydzierżawili na kilkadziesiąt lat ziemię aż po horyzont.

Po wielu latach spędzonych w Nibylandii doczekali się także obywatelstwa. I prawa wyborczego.

W międzyczasie, niemal niepostrzeżenie, pielęgnując tradycyjny model rodziny 2+12 Hindusi stali się większością obywateli.

I nadszedł wreszcie rok zerowy. Głosami mniejszości, która nie wiedzieć kiedy stała się większością po raz pierwszy wybrano rząd, w którym przeważali Hindusi. I choć premierem został Dr Dobroduszny – rodowity Niblandczyk, to jasne było, że opowiadał się on za zwiększeniem przywilejów dla nowej większości.

To przepełniło kielich, a mleko wylało się wraz z kąpielą. Generał Surowy w okamgnieniu zwołał amię i wyrzucił Dr Dobrodusznego oraz cały jego hinduski rząd na pysk. Świat protestuje, Australia rwie włosy z głowy, Indie grożą bombardowaniem Niblandczyków łajnem wszystkich świętych krów, ONZ wydaje rezolucje 512 przecinek 16, a Brytyjska Wspólnota Narodów zastanawia się czy nie zawiesić niesfornego członka w prawach członka. Ale czy można wyrzucić tak ważne państwo jak Nibylandia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów? Przecież oni tak kochają rugby!

Generał Surowy nie jest jednak Generałem Samo Zło i chce tylko dobra Niblandczyków, więc wkrótce ustępuje i przechodzi na mniej eksponowane stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych, trzymając odbezpieczony pistolet w kaburze. Tysiące Hindusów sprzedają swoje sklepiki i majątki i emigrują do Australii (Nibylandia 2030??).

Tymczasem nowy rząd sporządza konstytucję gwarantującą większość w parlamencie Niblandczykom, a po kilku latach premierem w uczciwych wyborach zostaje Generał Surowy. Ale lata lecą i po niemal dekadzie premierem po raz pierwszy zostaje Hindus – Pan Szanowany. Pan Szanowany szybko kończy jak Dr Dobroduszny, a władzę znów przejmuje wojsko, dzierżąc ją twardo po sądny dzień.

Koniec.

———   * * *  ————   * * *  ————   * * *  ————–

Fikcja na żywo

Jak bardzo fikcyjna jest Nibylandia i rok zerowy?

Czy to Stany Zjednoczone 2020? Holandia 2018? Wielka Brytania 2016?

Niezupełnie. To Fidżi 2011.

Dyktatura pod palmami

Dyktatura pod palmami

W ciągu ostatnich 20 lat turystyczny raj na Pacyfiku przeżył 5 wojskowych zamachów stanu oraz kilka pomniejszych nadszarpnięć demokracji. Pierwszy przewrót odbył się już w 1987 roku. Hindusi stali się wówczas większością obywateli, a Dr Dobroduszny, a w zasadzie Dr Bavadra wyleciał ze stanowiska szybciej niż zdążył uformować hinduski rząd.

Od tamtego czasu władzę w kraju co kilka lat przejmuje wojsko, grożąc palcem, prostując sytuację i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. Co ciekawe w międzyczasie demokracja działa w miarę normalnie, więc premierzy wyrzucani na pysk skarżą się do Sądów Najwyższych i Apelacyjnych, które na zmianę przyznają im rację bądź gnają, gdzie pieprz rośnie.

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Dwa lata temu sprawy zaszły jednak za daleko, a Sąd Apelacyjny wzorem dobrze nam znanych Sądów Lusterkowych i innych Trybunałów uznał, że „wojskowy zamach stanu z 2006 roku był niekonstytucyjny”, w związku z czym trzeba jednak odwołać urzędującego wojskowego premiera.

I co? I Sąd Apelacyjny wyleciał na zbity pysk raz na zawsze, a wraz z nim WSZYSTKIE INNE SĄDY I SĘDZIOWIE. Od 2009 roku wojskowi rządzą na dobre, niczym się nie przejmując i de facto pilnując porządku.

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Niblandzka dyktatura wojskowa przeciętnemu obywatelowi w niczym nie przypomina jednak stereotypowej dyktatury. Nikomu nie dzieje się krzywda, w zamachach nikt nie ginie, Hindusi emigrują, jeśli chcą, a ci, którzy nie chcą, nadal dzierżą ok. 90% gospodarki, której to własności nikt im nie odbiera. Fidżyjczycy polityką raczej się nie interesują i spotkaliśmy tylko jednego, który miał sprecyzowane zdanie i orientował się w bieżących wydarzeniach. Skądinąd popierał on opcję wojskową, która „trzyma kraj żelazną ręką i nie pozwala imigrantom przejąć władzy w nie swoim kraju”. Wielu z nich pamięta jednak, że Hindusi wydzierżawiali setki hektarów na długie lata za naręcze ciuchów czy lampę naftową.

Jeśli chodzi o turystów, to większość nawet nie wie, że krajem rządzi wojsko. Biznes turystyczny jednoczy miejscowych chrześcijan, hindusów i muzułmanów, a pieniądz nie zna religii. Wszyscy jednogłośnie krzyczą Bula!

Ale dyktatura to jednak dyktatura. Prawda? I do tego konstytucyjne ograniczenie praw wyborczych gwarantujące jednej nacji parytet większościowy w parlamencie. Jawna dyskryminacja ze względu na rasę.

Ale czy można się Fidżyjczykom dziwić? To nie oni sprowadzili tu pierwszych Hindusów, a Brytyjczycy, którzy skolonizowawszy kraj ponad 100 lat temu zaczęli sprowadzać tanią siłę roboczą do pracy na farmach. Doprawdy trudno turyście rozstrzygać takie dylematy.

A ryby polityką się nie interesują

A ryby polityką się nie interesują

Po zamachu sprzed dwóch lat Komandor Groźny, a w zasadzie komandor Bainimarama zapowiedział, że demokratyczne wybory odbędą się „najpóźniej w 2014 roku”. Ostatnio stwierdził jednak, że w kraju panuje ład i chyba nie będzie takiej potrzeby.

Brytyjska Wspólnota Narodów ostatecznie zdecydowała się zawiesić Fidżi w prawach członka, więc najbliższy kongres nie na Pacyfiku, a najpewniej na Malediwach.

.

Dyktatura doskonała

Dziś politologiczna ciekawostka.

W Singapurze panuje demokracja. Nominalnie. Faktycznie jednak kraj ten jest w zasadzie systemem autorytarnym. Rządząca partia kontroluje wszystkie media, a wolna prasa i telewizja nie istnieją. Mimo że kraj teoretycznie jest wolny, krytyka władzy szybko kończy się w sprawnie działających sądach, gdzie opozycjoniści kolejno bankrutują po orzeczeniu horrendalnych odszkodowań pod zarzutem zniesławienia.

Sąd Najwyższy w Singapurze - tu kończą nadgorliwi opozycjoniści

Sąd Najwyższy w Singapurze - tu kończą nadgorliwi opozycjoniści

Rządźcie się sami

A zaczęło się skromnie. Po odzyskaniu niepodległości w 1963 r. Singapur przyłączył się do niedawno powstałej Federacji Malezji, obejmującej oprócz Malezji, także autonomiczne prowincje Borneo – Sarawak i Sabah. Jednak już 2 lata później Singapur wyleciał z Federacji z wielkim hukiem, wyrzucony przez ówczesnego premiera Malezji, po wnoszeniu oskarżeń o dyskryminację Chińczyków, którzy w tym kraju stanowią większość.

Od tamtej pory, nieprzerwanie przez ponad 40 lat, zarządzany jest żelazną ręką przez jedną partię – Partię Akcji Ludowej. Pod jej przywództwem Singapur przeszedł niesamowitą metamorfozę i z przeciętnego miasta i zwykłego portu stał się drugim najbardziej rozwiniętym państwem Azji, po Japonii i jednym z największych portów świata.

W Singapurze nawet Chinatown świeci czystością. Niestety również całkowitym brakiem ducha.

W Singapurze nawet Chinatown świeci czystością. Niestety również całkowitym brakiem ducha.

Chińczycy mieszkający w Malezji, która jest znacznie bardziej demokratyczna i zarządzana głównie przez Malajów, po cichu lubią mówić, że gdyby Chińczycy rządzili także Malezją, to byłoby tu jak w Singapurze.

Demokratyczna pułapka

Ale nie ma nic za darmo.

Wyjątkowo skomplikowana ordynacja wyborcza i brak wolnych mediów sprawia, że partiom opozycyjnym jeszcze nigdy nie udało zdobyć żadnego mandatu w liczącym 87 miejsc parlamencie. Kilkakrotnie władza z litości dopraszała jednego lub dwóch opozycjonistów, żeby nie było, że w parlamencie siedzi tylko PAL.

Liderem Partii Akcji Ludowej i premierem Singapuru przez ponad 30 lat był Lee Kuan Yew. Od 2004 r. najdziwniejszą demokracją świata rządzi jego najstarszy syn – Lee Hsien Loong.

Wejdziesz na trawnik i po Tobie

Wejdziesz na trawnik i po Tobie

System wyborczy w Singapurze to twardy orzech. Kilka dni zajęło mi ustalenie, jak to możliwe, że opozycja notorycznie zdobywa 30-40% głosów w wyborach, ale jeszcze nigdy nie zdobyła ani jednego miejsca w parlamencie.

Bardzo skomplikowana singapurska ordynacja wyborcza ewoluowała przez lata. W skrócie można powiedzieć, że w kraju tym obowiązuje ordynacja większościowa działająca niemal jak okręgi jednomandatowe. Kraj podzielony jest na kilkanaście okręgów, w których wybiera się nie jednego, ale całe pakiety posłów – najczęściej szóstkami. Z danego okręgu awansuje więc nie sześciu kandydatów z największą liczbą głosów, ale sześciu kandydatów z jednej partii, która zdobyła najwięcej głosów.

„Wszystko albo nic”, jak mówiono, tworząc ten system. Miało to zapobiec niesterowności państwa. A skończyło się na zapewnieniu 100-procentowej wybieralności jednej partii przez 50 lat.

Wyłom

Zresztą do osobliwej ordynacji dochodzi jeszcze szereg innych wymogów, które musi spełniać wystawiona lista sześciu kandydatów, aby w ogóle zostać zarejestrowana. Między innymi muszą oni odzwierciedlać różnorodność etniczną kraju i wywodzić się z różnych środowisk. Tak surowe wymogi często sprawiały, że w wielu okręgach wyborczych startowała Tylko Jedna Prawidłowa Szóstka. Ale to się zmieniło.

Marina Bay - finansowe centrum Singapuru

Marina Bay - finansowe centrum Singapuru

Podczas naszego pobytu w Singapurze, odbyły się akurat najbardziej przełomowe wybory w historii tego kraju. W 2011 r. opozycja dzięki Internetowi, który jako jedyne medium w Singapurze jest naprawdę wolny, zyskuje coraz silniejszą pozycję i po raz pierwszy udało jej się nawet zdobyć jedną Szóstkę w parlamencie. Nie jest to wiele, ale opozycja świętuje największy sukces w historii, a w mediach, nawet światowych, mówi się już o przełomie i wyrwie w systemie singapurskim.

A przed wyborami gazety i telewizja były po prostu pełne premiera. „Nie demontujmy świetnie działającego systemu”, „Najsprawniejsza demokracja świata” krzyczały nagłówki z każdej strony, sukces gonił sukces, a plany rosły jeszcze ambitniejsze.

Zupełnie jak w niektórych krajach europejskich.

.

———————————————–

P.S. który miał nawet być wpisem

Być może zastanawiacie się, jakim cudem po raz kolejny katujemy Was jakimś zaprzeszłym wpisem z Singapuru, skoro ostatnio niemal przez miesiąc przemierzaliśmy Borneo, a teraz już od jakiegoś czasu badamy Celebes.

Otóż spędziwszy ponad tydzień na fantastycznym Derawanie, całe dnie pławiliśmy się w rozkoszach pływania z żółwiami albo podglądając leniwie płynące rybackie życie Indonezji. Wieczorami natomiast, nie dysponując nawet piwem, mieliśmy sporo czasu. Więc w przerwach między egzystencjalnymi dywagacjami a towarzyszeniem młodym żółwikom w odnajdywaniu drogi do morza, korzystając z okazjonalnych dostaw prądu, zabijaliśmy nudę wspominkami.

I z tych oto wspominków uzbierało się parę wpisów, które w najbliższych dniach będą się ukazywać pod naszą nieobecność.

We wspominkach nie udało nam się jednak sięgnąć myślami Malezji kontynentalnej. Kraj, jak wszystkie inne, ciekawy, więc i pisać można by wiele. Może innym razem.

Dziś tylko to, co w kontynentalnej Malezji najciekawsze – zielone dywany herbacianych wzgórz Cameron Highlands. W postaci obrazkowej.

.

Cameron Highlands, Malezja

.

P.P.S. A jeśli się nie zastanawiacie, dlaczego katujemy was starzyzną, to powinniście częściej zaglądać, gdzie się aktualnie znajdujemy.

.

Narkotyki Złotego Trójkąta

Czasy gdy karawany opium przemierzały pogranicze Laosu, Tajlandii i Birmy już dawno minęły. Dziś jedynie nie uważana za narkotyk, rosnąca w każdej laotańskiej wiosce marihuana przypomina o historycznym dziedzictwie. Ale prawdziwie uzależniające właściwości w tym regionie ma co innego.

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południoowo-Wschodniej

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południowo-Wschodniej

Jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych Złoty Trójkąt był najważniejszym ośrodkiem produkcji opium i jego pochodnej – heroiny na świecie. Do niedawna Birma była globalnym liderem i w 1996 r. produkowała ponad 2,5 tys. ton tego narkotyku. Jeszcze 30 lat temu Laos, Tajlandia i Birma odpowiadały łącznie za 70% wyprodukowanej na świecie heroiny. Od tamtego czasu wiele jednak się zmieniło, udział Złotego Trójkąta w światowej produkcji heroiny zmniejszył się do 5% i w głównej mierze został zastąpiony przez Złoty Półksiężyc z Afganistanem na czele.

Chiny na ratunek

Z narkotykowego biznesu jako pierwsza wyszła Tajlandia, stawiając na przemysł turystyczny. Z kolei Laosowi i Birmie w głównej mierze pomogły Chiny. Przemierzając Laos i Birmę, niemal na każdym kroku widać, że Chińczycy wykupują je na potęgę. Między innymi inwestują miliony dolarów w plantacje kauczukowców, zapewniając tym samym jako taki zarobek lokalnym mieszkańcom. Ale spyta ktoś, dlaczego Chinom tak bardzo zależało na wytępieniu opium, które przecież w głównej mierze trafiało do Stanów i Europy?

Myśląc o Chinach, zawsze trzeba mieć na uwadze jedno. Przy wszystkich swoich wadach, naród ten jest niesłychanie wprost dalekowzroczny. Chińczycy niemal niczego nie robią w perspektywie krótszej niż 20 lat. Zapewne mając na uwadze bogacące się na potęgę chińskie społeczeństwo, władze bały się powtórki z historii.

Brytyjscy handlarze śmiercią

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy mieli nie lada problem. Sprowadzając z Azji Południowo-Wschodniej i Chin przyprawy, herbatę czy jedwab, przywozili do Orientu wyroby bawełniane i parę innych towarów. Mimo wszystko w handlu zagranicznym powstawała coraz większa luka, więc kilku wybitnych generałów wpadło na świetny pomysł. W chińskich portach Anglicy zaczęli rozdawać, a następnie sprzedawać próbki narkotyków, uprawianych od wieków w Indiach. Zanim Chińczycy połapali się w czym rzecz, mieli u siebie miliony uzależnionych. W 1830 roku było ich już 12 milionów. Licząc, że wciąż nie jest za późno, Chiny nałożyły wysokie cła na wszystkie sprowadzane towary i rozpoczęły walkę z narkotykami.

Niestety było już za późno. Brytyjczycy pod byle pretekstami rozpoczęli Pierwszą a następnie Drugą Wojnę Opiumową. W ciągu niespełna 20 lat wymusili na Chińczykach przekazanie Hong Kongu, otwarcie większości chińskich portów na zachodnie towary i przede wszystkim zalegalizowanie handlu opium. Śladem Brytyjczyków poszli Francuzi, Amerykanie i Rosjanie, wkrótce doprowadzając Imperium Chińskie do bankructwa i w znacznej mierze czyniąc podwaliny pod późniejszą rewolucję Mao Zedonga.

Summa summarum Brytyjczycy zalali Chiny opium, ostatecznie uzyskując nadwyżki w bilateralnym handlu z Chinami, a w Państwie Środka w 1880 roku było ok. 30-40 mln uzależnionych.

Swoją drogą to ciekawe, że opium, które w XIX w. Brytyjczycy na masową skalę rozprzestrzenili w Złotym Trójkącie, aby móc sprzedawać je do Chin, po niemal 100 latach obróciło się przeciw Cywilizacji Zachodu, zalewając Europę i Stany.

Prawdziwe dziedzictwo Złotego Trójkąta

Ale jako się rzekło, echa narkotykowej przeszłości pogranicza Laosu, Tajlandii i Birmy dawno już przebrzmiały. Dziś serce regionu bije turystyką i poza nazbyt cywilizowaną Tajlandią oferuje prawdziwy skarb – bogactwo etniczne.

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

W samym tylko północnym Laosie żyje 39 plemion, a wioski Akha, Lahu, Yao i Hmongów ciągną się we wszystkie strony.

Trzeba jednak się spieszyć. Już dziś w uważanym przez niektórych znanych podróżników za położone w dzikiej dżungli Muang Sing, miejscowego szamana najłatwiej spotkać w kawiarence internetowej, gdzie recepty do wiosek Akha wysyła najpewniej na komórkę.

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Darmowe wi-fi w guest-housach za 20 zł za pokój jest standardem, a słynny rynek, na którym onegdaj gromadziły się kolorowe mniejszości etniczne wymieniać towary, jest już tylko cyrkiem.

Ale autentyczne wioski istnieją. Co prawda miejsca bez elektryczności nie udało nam się znaleźć, ale w bardziej odległych miejscach dumni Akha, skryci Hmongowie i Yao w szerokich czapkach wiodą życie niemal jak przed wiekami. Dotrzeć do nich nie jest jednak łatwo, bo jeśli jakaś wioska jest już zaznaczona na mapie, to raczej nie ma tam czego szukać. Trzeba po prostu wypożyczyć motor (najlepiej terenowy) i ruszyć przed siebie.

Marihuana popularna od wieków

Dziś jedynym wątłym echem narkotyków Złotego Trójkąta jest marihuana, która w szczególności w Laosie jest dostępna łatwo, tanio i prawie wszędzie. Mimo że oficjalnie, podobnie jak opium, jest zakazana, to władze niespecjalnie się nią przejmują. Do górali z mniejszości Hmong i Akha rząd puszcza wręcz oko, dając im pewien immunitet na ten specyfik popularny od wieków.

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

W niemal każdej wiosce Akha, oprócz tradycyjnych wyrobów, miejscowi oferują przyjezdnym także lokalne zioło. (Ponoć) marihuanę sprzedaje się tu jednak nie na gramy, a na garści. (Ponoć) w nieturystycznej wsi w okolicach Muang Sing taka 10-gramowa garść kosztuje ok. 3 zł. W centrum miasta, gdzie przyjezdne z okolicznych wiosek baby, przechadzają się wśród licznych turystów, oferując te same bransoletki i wyroby, taką samą garść dostaniemy (ponoć) już za 10-15 zł.

Co więcej, kupując marihuanę bezpośrednio w nieodwiedzanej wsi Akha, bez pytania o cenę wręczając babie 3 zł, (ponoć) można narazić się wręcz na śmieszność. Zdziwienie z powodu jawnego przepłacania będzie (ponoć) jeszcze większe, gdy turysta odda babie pół garści wybitnego zioła, bo i co ma zrobić z taką jego ilością…

Parcie na szkło

Parcie na szkło

Podobnie jak w Nepalu czy północnych Indiach, także w Laosie konopie indyjskie rosną w stanie dzikim i wśród miejscowych górali popularne są od wieków. Ludzie mający porównanie wyrobów z Nepalu i Laosu, twierdzą jednak, że marihuana w Laosie jest znacznie mocniejsza, ale równie lekka i naturalna.

Ponoć.

.

—————————————————————-

Ciekawostki wydłubane w Muzeum Narkotyków w Sop Ruak w północnej Tajlandii:

W 1898 r., czyli 2 lata przed wynalezieniem Aspiryny, niemiecka firma Bayer opatentowała inny lek, w którym pokładała wielkie nadzieje. Nazwała go Heroina, bo według wstępnych badań był heroiczny jak superbohater i nie powodował uzależnienia.

Legalne przychody rządu Tajlandii z handlu opium w 1944 roku sięgnęły 60 mln bahtów i stanowiły 21% budżetu.

Ogólnie według nas Hall of Opium, czyli Muzeum Narkotyków w Sop Ruak to jedna z najciekawszych atrakcji, jakie widzieliśmy w Tajlandii. W całości wykute we wnętrzu góry, gromadzi fantastyczne informacje o narkotykach od starożytnej Mezopotamii po wojny z kartelami i najnowocześniejsze fortele przemytników. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają naprawdę przenieść się w czasie i zrozumieć historię narkotyków.

.

A na koniec jeszcze więcej (naprawdę autentycznych) Akha.

Wioski Akha, Muang Sing, Laos

.