Category Archives: Indie

Dobre dusze

Lądujemy. Godzina 13. Temperatura – 14 stopni, zachmurzenie duże, przelotne opady. Nowa Zelandia w środku lata.

Ostatnie 14 miesięcy w tropikach sprawiło, że zupełnie zapomnieliśmy, że temperatura może spadać poniżej 30 stopni, a pogoda przybierać także inne formy poza oblepiającym upałem i dusznym skwarem.

banks peninsula new zealand bay yacht

Oj, pożeglowałoby się i w Nowej Zelandii... pożeglowało

Po raz pierwszy od sierpnia zarzucamy również 20-kilowe plecaki i ruszamy z buta. Tu z pomocą przychodzi jednak nowozelandzka autostopowa dobroduszność i gościnność. Na stopa zabierze Cię postmodernistyczny hipis, biznesmen, imigrant z Pacyfiku, a nawet uczynny policjant, który tłumacząc, że stać tu nie wolno, podrzuci Cię na najbliższy zjazd na autostradzie.

5 godzin, bezlik charakterów i 300 km później siedzimy już wygodnie w ciepłym mieszkanku przygarnięci przez Angelę, która wieczorem nie pozwoliła nam jechać dalej i zaprosiła do siebie. Angela okazała się prawdziwym aniołem, a jako że kolejnego dnia padało, nie wypuściła nas przez następną dobę. Zagadani o podróżach i życiu przez cały dzień nie ruszyliśmy się nawet z fotela, wysączając pewnie z dziesięć herbat z mlekiem.

yellow-eyed penguin new zealand

I nie trzeba jechać aż na Antarktydę

Okazuje się jednak, że nowozelandzkie lato nie takie straszne, deszcze ustały, a i temperatura zaczęła sięgać w porywach do 24 stopni. Tego dnia odżyły wspomnienia z Indii. Niemal 500 km przejechaliśmy z parą Brytyjczyków, którzy na co dzień żyją i pracują w Delhi, a święta spędzą z córką mieszkającą w Wellington.

Ostatnio ich sąsiad w Delhi wybrał się samochodem przez miasto. Wieczorem. Na autostradzie wpadł na słonia bez świateł, na którym ktoś przemierzał okolicę. Hindus zbiegł, a słoń nie dość, że bez świateł, to jeszcze nieubezpieczony. Ot, indyjskie życie codzienne.

Z kolei w fabryce Nestle w Delhi mają nie lada problem z identyfikacją pracowników. Szwajcarzy, a więc szkolenia, BHP, higiena i te sprawy, a tymczasem Hindusi używając jednego identyfikatora, rotacyjnie przysyłają całą wioskę i nigdy nie wiesz, z kim masz akurat do czynienia. Choć wszyscy zarzekają się, że już zostali przeszkoleni…

Podróże, anegdoty, dyskusje i 7 godzin jak z bicza strzelił. Nowa Zelandia to autostopowa ziemia obiecana. Z pewnością największa od czasu Tajlandii. Wystarczyły cztery dni w drodze na południową wyspę by zbudować w sobie niezłe wyobrażenie o niezwykłej uczynności Nowozelandczyków. Po drodze tylko krótkie przystanki, by spojrzeć w Tangariro, jak Frodo przemierzał Śródziemie czy w Kaikourze sprawdzić, jak foce pachnie z pyska i wio do Christchurch.

moeraki boulders new zealand

Ale przynajmniej warto było wstać przed szóstą na wschód słońca

Przemierzając przedmieścia Christchurch w poszukiwaniu samochodu, poruszaliśmy się oczywiście stopem. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wsiadając do jednego z aut, usłyszeliśmy „zrób im trochę miejsca z tyłu”. Tak trafiliśmy na Agę i Krzyśka – parę wesołych geodetów, którzy od siedmiu miesięcy przemierzają świat dookoła. Co ciekawe do Nowej Zelandii dotarli bez samolotów, a i całą podróż chcą domknąć drogą wodno-naziemną. Zaiste jak na geodetów przystało.

Usłyszawszy rodzimy język, uczepiliśmy się go jak pijany płotu, bo nic tak dobrze duszy nie robi jak poświergotać po swojemu. Po angielsku można się dogadywać, można pożartować, można i imponderabilia przedyskutować, ale nie ma to jak z Polakami podyskutować. Któż inny w mig zrozumie, że „kobieta mnie bije” i dlaczego McDonalds najlepszym przyjacielem podróżnika z netbookiem.

christchurch christmas

Święta, Święta...

Mając dach nad głową u lokalnego CouchSurfa wielbiącego wielokulturowość, Agę i Krzyśka sprowadziliśmy na święta. Na Polaków zawsze można liczyć, więc na wigilii zjawili się z masą pierogów i domowym barszczykiem.

Święta zaiste w doborowej obsadzie… Czworo Polaków, para Brytyjczyków przemierzająca Nową Zelandię na rowerach, biała reprezentantka Zimbabwe opiekująca się lwiątkami, Brytyjka mieszkająca na stałe u naszego CouchSurfa na podwórku w autobusie i gospodarz we własnej szalonej osobie – jeden jedyny Nowozelandczyk z trzema duracell-energetycznymi córkami.

at jasper christchurch

Zabawy do upadłego z dziewczynkami, niekończące się rozmowy z szalonym CouchSurfem, a może zamieszkasz z Brytyjką w autobusie?

12 osób, 12 potraw z każdego końca świata i pierogi na zaszczytnym miejscu. Nie było co prawda jak w domu, więc pod kołdrą z tęsknoty i łezka się co niektórym w oku zaszkliła, ale było najlepiej jak być mogło.

Ale my tu gadu gadu, a pojazd szybkobieżny, zwany Żukiem, już wystrojony, zaopatrzony i gotowy do drogi. Przemierza nowozelandzkie góry i doliny, podpatruje owce, wspina się na klify i wypatruje pingwinów. Ale o tym, drogie dzieci, w następnym odcinku sagi vagabundą zwanej.

ford econovan van new zealand

No to w drogę, Żuku!

.

Reklamy

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.

Czy dobrze być Polakiem?

Wszystkie szkoły płatne. Nawet podstawowe. W Indiach, Nepalu, Chinach, Kambodży, Laosie, Birmie, Indonezji, ba nawet Tajlandii i Malezji. Od niedawna kilka pierwszych klas państwowej szkoły podstawowej w Indonezji i Indiach jest co prawda darmowe, ale do państwowej szkoły i tak nikt nie chce chodzić.

Samozatrudnienie w Indiach

Samozatrudnienie w Indiach

Brak systemu emerytalnego. Jeśli na starość nie pomogą Ci dzieci, pracujesz do śmierci albo umierasz na ulicy. Jak rykszarze w Indiach.

Służba zdrowia tylko płatna. Generalnie niezbyt droga, bo wizyta u lekarza wraz z lekami antymalarycznymi w Indiach kosztowała nas 12 zł. W Indonezji 45 zł. Ale już operacje nawet kilkaset złotych, albo i kilka tysięcy. Zresztą w takiej na przykład Kambodży 3 lata rządów Czerwonych Khmerów doprowadziły do tego, że w kraju przy życiu zostało tylko 6 (sześciu!!) lekarzy.

Ostatnio przez tydzień mieszkaliśmy w Jogjakarcie u pewnej Indonezyjki na Couch Surfingu. Jakiś czas temu przydarzył jej się wypadek samochodowy. W jej jeepa na parkingu wjechał pijany motocyklista. Koleś zdrowo się połamał, motocykl do kasacji, ale i jej samochód poważnie oberwał. W Indonezji, podobnie jak w Tajlandii, Wietnamie, Laosie i pewnie wszędzie indziej w okolicy, nie ma ubezpieczeń AC. Ba, nie ma nawet OC dla pojazdów! Jest tylko OC dla osób prywatnych, które tu akurat nie miało zastosowania.

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Birmańskie dzieciaki w okolicach Hsipaw raczej nie mają szans na lepszą przyszłość

Zazwyczaj jeśli dochodzi do wypadku z udziałem motocykla, niezależnie od winy, to i tak bogatszy kierowca samochodu pokrywa straty. Także w tym przypadku rodzina motocyklisty próbowała wymusić na naszej koleżance pokrycie strat motocykla i leczenia, ale po długich negocjacjach ustalono, że każda ze stron pokryje własne straty i wszyscy rozejdą się w pokoju.

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Jałowe oczekiwanie na zmiany na lepsze w indonezyjskim Kalimantanie

Do tego dochodzi jeszcze policja, która standardowo w takim przypadku stara się uzyskać łapówkę od obu stron. Nasza koleżanka jako jedna z niewielu w Azji za wszelką cenę stara się walczyć z korupcją. Łapówki za zaniechanie postępowania w sprawie wypadku, w którym była ofiarą, też nie zapłaciła, przez co miała spore kłopoty.

Na dobrą wolę policji w Azji w ogóle nie ma co liczyć. Jednego znajomemu ukradziono ostatnio samochód. O dziwo, co niemal nigdy się nie zdarza, samochód odnaleziono po kilku dniach wraz ze złodziejem. Złodziej ma przechlapane, ale dla właściciela droga przez mękę dopiero się rozpoczyna. Jego samochód stoi na policyjnym parkingu i czeka na rozwój wypadków. Do tej pory, a trwa to już kilka tygodni, właściciel zapłacił już 5 mln rupii (1500 zł) łapówek za zakończenie postępowania. Trzy dla sędziego i dwa dla policji, aby ci wreszcie wydali mu samochód. Na razie bez skutku. W przyszłym tygodniu idzie znowu negocjować na komisariat.

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Szkoła to luksus w górskich wioskach Akha w północnym Laosie

Średnia miesięczna pensja w dobrej pracy w Indonezji (pracownik w banku w 1,5-milionowym mieście, sprzedawca w Jogjakarcie) to 1 mln rupii (300 zł). Kilka lat temu nasza znajoma starała się o pracę w państwowym banku na rodzinnej Sumbie. Pracę powinna dostać bez problemu, bo skończyła ekonomię na Jawie, jako jedna z nielicznych mówi po angielsku i w ogóle dla firmy była łakomym kąskiem. Chcieli ją przyjąć, jeśli zapłaci 5 mln łapówki.

Dziś prowadzi własną firmę, stara się żyć poza systemem i sporadycznie walczy z wiatrakami. Jest ciągle na cenzurowanym, ale już się przyzwyczaiła. Nawet samochodem jeździ w pasach, chyba jako jedyna osoba w Indonezji.

Łapownictwo w Azji to standard. Indonezja jest pod tym względem niezła, ale i tak na głowę bije ją Kambodża. A oba te kraje na śniadanie zjada Kraj Środka. Chiny to z pewnością najgorszy kraj do życia, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Nawet dla obcokrajowca. W szczególności dla obcokrajowca. Ale o tym troszkę już pisaliśmy, a ten artykuł, który miał mieć tylko dwa akapity i tak jest już za długi.

.

Ale to było dobre!

Sprawy piękne i ważne, o których staramy się pisać najczęściej, przysłaniają nieco najpowszedniejszą część naszej codzienności.

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

"Protection from what? Ze Germanz?" (Hsipaw, Birma)

Chichot, śmiech, a nierzadko i rechot idą z nami krok w krok niemal od 9 miesięcy.

Odkąd na Borneo równikowa dżungla pokonała Najlepszego Sandała na Świecie, chodzę na przykład w sandałach o 2 rozmiary za małych. Największy dostępny w Indonezji rozmiar obuwia to 43. Większych się po prostu nie produkuje, bo i nie ma dla kogo.

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Ronald McDonald podbija Azję (Bangkok, Tajlandia)

Już się zresztą przyzwyczaiłem. Dopasowałem paski tak, że wystaje mi tylko trochę pięty z tyłu i już prawie nie ryję paznokciami o chodniki.

W Indonezji jesteśmy akurat na etapie „Hello, mister!”. W wielu miejscach biali nadal są tu rzadkością i w małych miejscowościach nikt nie przepuści nam okazji do wspólnej foty czy prośby o dotknięcie dziecka w ramach błogosławieństwa. „Hello, mister” to najczęściej jedyne białe słowa, jakimi posługują się miejscowi. Nierzadko nie znając zresztą ich znaczenia, więc misterem nagminnie zostaje i Paula („mister” to po indonezyjsku „linijka”, więc to akurat łatwo im zapamiętać).

Ja z kolei obmacuje prawie wszystkie brzuchy w ciąży, udzielając błogosławieństwa dzieciom w drodze, dzięki czemu matki szczerze liczą na błękitne oczy ich potomków.

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Zawsze w formie (Guangzhou, Chiny)

Tym samym powróciliśmy do etapu celebrytów rodem z Indii. Dziarsko pozdrawiamy więc tłumy gestem papieskim, który stał się już niemal naszym tikiem i wytrwale odpowiadamy wszystkim „Hello misterom”.

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

Azja dla Azjatów! Chodniki dla Malajów! (Kuala Lumpur, Malezja)

 

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Dar Boga (Legazpi, Filipiny)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Usługi Chrystusowe - naprawa komórek (Celebes, Indonezja)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

Tajemnica wyjawiona - Światowe Centrum Dowodzenia Globalną Siecią (Dalat, Wietnam)

.

Więc dzisiaj w robocie, zamiast na Joemonster i Demotywatory, wchodzicie po prostu na najnowszą galerię apatrydów spod ręki Vagabundos.

.

Ale to było dobre! (Azja Południowo-Wschodnia)

.

Gdzie kąpią się bogowie

Dziś w ramach przerwy w nadawaniu z najlepszego miejsca na świecie, teleportujemy Was z powrotem do Indii.

Dawno dawno temu, ktoś pytał, jak podobało nam się Varanasi. Według nas jest to takie miejsce, które raczej słabo mieści się w kategorii podoba / nie podoba. Raczej robi wrażenie.

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

Hinduskie miasta pędzą pełną parą i tylko krowy mają wszysto w nosie

No i zrobiło spore. W każdym razie na gorąco zapomnieliśmy Wam o tym napisać. Co udało nam się jednak uczynić ostatnio na łamach Rzeczpospolitej. Jak Was znam, to pewnie nie sięgnęliście po ubiegłotygodniowe piątkowe wydanie i tamtejszy dodatek Podróże. A szkoda.

W każdym razie następnym razem postaram się uprzedzić Was przed publikacją. Dziś pozostaje Wam już tylko Internet – nasz artykuł w Rzepie.

A dla leniwych przedruk. I jako bonus – kilka zdjęć z Varanasi.
.

Varanasi i Haridwar, Indie

—————————————–

Gdzie kąpią się bogowie

Waranasi to jedno z siedmiu świętych miast Indii, najważniejsze miejsce dla hinduistów. Rytualna kąpiel w Gangesie oczyszcza ciało i duszę, a kremacja w tym mieście to marzenie każdego religijnego Hindusa.

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Kąpiel w Gangesie może oczyści duszę, ale z pewnością nie ciało. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu dopuszczalne normy 1,5 tys. razy

Co roku miliony Hindusów przyjeżdżają odwiedzić Waranasi, aby zanurzyć ciało w rzece, w której kąpali się bogowie. Jak na warunki indyjskie jest to miasto średniej wielkości, liczące nieco ponad 3 mln mieszkańców, co nie daje mu nawet pozycji w pierwszej dziesiątce największych metropolii w kraju. Waranasi to również jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na świecie – osadnictwo trwa w nim nieprzerwanie od 3,5 tys. lat.

Święta rzeka

Życie duchowe koncentruje się tutaj wokół świętej rzeki, Gangesu, która pełni rolę pośrednika z hinduskimi bogami zarówno za życia, jak i po śmierci.

Hindusi wierzą w wędrówkę dusz, czyli Samsarę, która urzeczywistnia się poprzez reinkarnację. Po śmierci ich ciała muszą zostać spalone, a prochy wrzucone do rzeki, aby zapewnić zjednoczenie duszy z Paramatmą – duchem wszechświata.

Ganges, jako najbardziej święta spośród setek świętych rzek w Indiach, jest do tych obrzędów idealnym miejscem. Według hinduskich wierzeń Waranasi jest zatem najświętszym i najbardziej upragnionym miejscem, gdzie można tego dokonać.

Ale kremacja tutaj jest też dlatego wyjątkowo droga i stać na nią wyłącznie wybranych. W przeciwnym wypadku w Waranasi nie byłoby nic oprócz krematoriów.

Garstka popiołu

W najbardziej prestiżowym krematorium Manikarnika Ghat, w pobliżu którego bóg Sziwa wyłowił ponoć złoty kolczyk bogini Parwati, pali się nawet 150 ciał dziennie. O każdej porze dnia i nocy płonie tutaj kilkanaście kilkumetrowych ognisk, a na każde z nich potrzeba ok. 400 kg drzewa. Przed podpaleniem zwłok bliscy zmarłego dekorują jego ciało kwiatami i przenoszą w uroczystej procesji przez stare miasto, a następnie kilkakrotnie zanurzają je w Gangesie, by opłukać brud doczesnego świata.

Tuż obok znajduje się targ drzewny, gdzie można zaopatrzyć się w najlepszej jakości drewno. Każda kłoda jest dokładnie ważona, a poszczególne gatunki drewna znacznie różnią się ceną. Najcenniejsze jest drzewo sandałowe.

Ciało płonie na stosie ok. trzech – czterech godzin. W połowie uroczystości mistrz ceremonii – którym może być najstarszy syn, brat lub zięć zmarłego – rozbija kijem czaszkę, aby ułatwić jej spopielenie. Po wygaszeniu ognia prochy rozrzucane są nad brzegiem Gangesu.

Ceremonię palenia zwłok mogą obserwować nawet turyści, ale obowiązuje ich rygorystyczny zakaz robienia zdjęć.

Oczyści duszę, nie ciało

Nad rzeką nieustannie trwają też rytualne kąpiele. Wzdłuż nabrzeża Gangesu znajduje się ponad 80 ghatów, czyli szerokich schodów, którymi można zejść do rzeki. Przez większą część roku stan wody jest tak niski, że ghaty tworzą ponadsiedmiokilometrową promenadę, na której obserwować można, jak życie duchowe wpływa na zachowania doczesne. Cały ten odcinek można przejść mniej więcej od listopada do czerwca. W trakcie pory monsunowej, a także we wrześniu i październiku do wezbranej rzeki prowadzą jedynie kolejne schody kilkumetrowej szerokości.

Szczególnie dużo ludzi pojawia się tu o świcie. Nim zanurzą się w wodzie, modlą się i medytują. Codziennie w rzece zażywa kąpieli ok. 60 tys. osób. Tymczasem w samym tylko Waranasi znajduje się 30 dużych odpływów ściekowych.

Do Gangesu trafiają też ciała owinięte w płótno z przywiązanymi doń kamieniami. To zwłoki, których zgodnie z obyczajem nie wolno palić, na przykład zmarłych kobiet w ciąży albo dzieci do ósmego roku życia. Z nurtem rzeki płyną też ciała tych, którzy zmarli po ukąszeniu kobry.

Z tych wszystkich powodów woda w Gangesie na wysokości Waranasi zawiera ok. 1,5 mln jednostek bakterii coli na 100 ml. Dla porównania: kąpieliska w Bałtyku są zamykane, gdy stężenie bakterii coli przekracza 1000 jednostek. Według europejskich standardów poziom zanieczyszczeń przekracza tu więc dopuszczalne normy 1,5 tys. razy.

Zakończyć krąg cierpienia

Waranasi jest szczególne z jeszcze jednego powodu. Jako święte miasto leżące nad rzeką odkupienia oferuje tzw. mokshę. Moksha to wyzwolenie z wędrówki dusz, czyli przerwanie kręgu reinkarnacji. Hindusi wierzą, że jedynie zakończenie życia w Waranasi zapewnia wyrwanie się z wiecznego cyklu narodzin i śmierci.

Choć moksha nie powinna być celem samym w sobie, daje możliwość pójścia na skróty w wyzwoleniu się od cierpień doczesnych. W kraju, w którym miliony żyją za mniej niż dwa dolary dziennie, jest to nie lada pokusa.

Oprócz pielgrzymów miasto przyciąga więc również ludzi zmęczonych życiem. Tych, którzy stracili wiarę, że uda im się odwrócić swój los. Do takich osób należy Salim, którego poznaliśmy w hostelu. Przyjechał do Waranasi z odległych rubieży stanu Uttar Pradesh i dorabia jako przewodnik, za grosze oprowadzając zachodnich turystów po zaułkach starego miasta. Do końca życia pragnie zostać w świętym mieście, aby mieć pewność, że już nigdy nie powróci do cierpień tego świata.

Ludzi takich jak Salim jest tu dużo więcej, a na obrzeżach Waranasi znajdują się nawet przytułki, w których można doczekać swoich ostatnich dni i upragnionej mokshy.

Uliczki Varanasi

Gwarno i tłoczno

Mimo że nieco mroczna i zdecydowanie niehigieniczna duchowa aura Waranasi Europejczykowi może się wydawać przytłaczająca, na Hindusach nie robi onieśmielającego wrażenia. Uliczki starego miasta tętnią życiem, przekupnie oferują setki towarów dziękczynnych, które można ofiarować bogom. Choć wydaje się to niemożliwe, miasto jest jeszcze bardziej gwarne i chaotyczne niż Delhi lub Kalkuta.

Druga połowa października upływa tu w szczególnie gorączkowym rytmie. Hindusi właśnie szykują się do jednego z największych świąt religijnych w roku: Durga Puja ku czci bogini-wojowniczki o dziesięciu ramionach. Przygotowania sprawiają, że wieczorami na niektórych ulicach tworzą się gigantyczne piesze korki i nie sposób ruszyć z miejsca przez dobrych kilka minut, dopóki nie uda się czmychnąć w niekończący się labirynt zaułków.
.