Archiwa blogu

Między tapirem a tygrysem

Osad coraz mniej. Po horyzont ciągnie się jedna jedyna droga, która setkami kilometrów oddala się w kierunku Boliwii. Upał każe wyszukiwać cienia najmniejszego nawet krzaka w oczekiwaniu na nienadjeżdżający samochód. I tylko myśl, gdy uda jej się odkleić od czaszki, wybiega czasem w to piekło, zastanawiając się, jaki skwar musi tu panować w paragwajskie lato.

Vagabunda na sjescie w Chaco

Vagabunda na sjescie w Chaco

Chaco przemierzamy żabimi skokami, rozsiadając się w wypasionych i nieskazitelnie czystych furach niemieckich osadników. Mennonici już przed stu lat opanowali zachodni Paragwaj, ciężką pracą wyrywając nieprzystępną, choć doskonałą ziemię. Niemcy, jak to Niemcy, w gruncie rzeczy mili, ale przecież i tak wojnę wywołali. No i ten Klose. Swoją drogą Paragwaj to jeden z krajów, które nigdy nie udzielały informacji na temat zbrodniarzy hitlerowskich, ukrywających się w kraju. Na Liście Wiesethala figuruje wciąż jako kraj odmawiający współpracy w ściagniu zbrodniarzy hitlerowskich. Za czasów dyktatury Stroessnera w Paragwaju ukrywał się między innymi doktor Mengele.

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Ale brniemy dalej i oto jest. Przynajmniej dwudziestoletni, ufajdany błotem, prawdziwy 4×4 prosto z głuszy. Wieczorem lądujemy w paragwajskim mieszkaniu lokalnego weterynarza. Gadka się klei, skwierczący kurczak z rożna gładko odchodzi od kości, a terere jak zwykle wspomaga trawienie.

– Spieszy Wam się do tej Boliwii?

– Nam się nigdzie nie spieszy. Póki co, fajne to Chaco.

– A chcecie zobaczyć prawdziwe Chaco? Ciekawie to robi się dopiero dalej na zachód. Tam, gdzie dojedziesz tylko jeepem. Wybieramy się akurat jutro na rutynowy objazd do jednego folwarku. Dzwonili niedawno, że jeden gaucho zabił wczoraj jaguara, który ostatnio pożarł kilka krów na estancji. Może macie ochotę?

– Estancji? Jaguara?? Gaucho??? – półprzytomnie dukaliśmy słowa klucze, starając się zagłuszyć dzwoniącą już w głowach główną wygraną w tegorocznym dżekpocie.

Wyoming 1887?

Wyoming 1887?

Marzyło nam się onegdaj w Argentynie, by zostać jakiś czas na prawdziwej estancji. Poganiać krowy, pojeździć na koniu, pić mate na krzesłach z niewyprawionej skóry. Niestety w Patagonii czy na argentyńskiej pampie w XXI wieku ciężko trafić na estancję, na której nie przewidziano by już miejsca dla zbłąkanego turysty. Z amerykańskim portfelem oczywiście, bo poniżej 200 dolarów za osobę za dobę ani przystąp. Prawdziwego gaucho też łatwiej spotkać na folderze reklamowym agencji turystycznej albo w Toyocie Land Cruiser niż na koniu.

Który to tapir?

Który to tapir?


Ale Chaco to co innego. Tu po dwóch godzinach znaleźliśmy się w innej rzeczywistości. Po ulewnych deszczach, które w ubiegłym miesiącu niespodziewanie nawiedziły Paragwaj, drogi Chaco w większości stały się nieprzejezdne nawet dla największych jeepów 4×4. Teraz jednak wody już opadły i estancje znów odzyskały kontakt ze światem.

Choć trzeba przyznać, że biedy tam nie zaznają. Liczące zazwyczaj po kilka lub kilkadziesiąt tysięcy hektarów folwarki gromadzą od 500 do kilku tysięcy sztuk bydła. Pracuje na nich zaledwie 4-5 osób, a mniej więcej co dwa tygodnie przysługuje im do zabicia jedna pełnowymiarowa krowa, bo oprócz wynagrodzenia, przynajmniej kilogram mięsa na osobę dziennie to tutaj standard.

Jaguar - najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Jaguar – najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Co kilka tygodni przyjeżdża kontrolnie werterynarz, głównie po to, by pogładzić po brzuchu oswojonego tapira, który z dzikiego Chaco przyszedł za chlebem do estancji. Raz czy dwa razy do roku jakiś gaucho ustrzeli jaguara bądź pumę, wykradającą krowy czy owce.

Poczciwość i szczerość tych ludzi nie zna granic. Żyją niemal zupełnie odcięci od świata, odkłądając, by posłać dzieci do szkoły w stolicy.

– Ale jaguary są chyba pod ochroną? – pytamy nieśmiało.

– To prawda. Za zabicie go wysłali by mnie na 5 lat do więzienia.

Gaucho zawsze nazywają jaguary tygrysami. W Argentynie mają nawet miejscowość Tigre, gdzie prawdopodobnie ze 100 lat temu widziano jakieś jaguary.

– Ale nie szkoda zabijać takiego szlachetnego zwierzaka? Nie ma ich już wiele na świecie…

– Podobno. Chociaż u nas w Chaco ich nie brakuje. Co roku zagryzają kilka krów. A właściciel estancji płaci 100 dolarów za martwego tygrysa. A za wyprawioną skórę dostanę drugie sto od jakiegoś gringo.

Tamtararam tararam, Bonanza!

Tamtararam tararam, Bonanza!

I jak rozstrzygnąć konflikt terytorialnych jaguarów i jeszcze bardziej terytorialnych homo sapiens? Ziemię jaguara bez jego wiedzy i apelacji odebrała łapówka, tworząca estancję o powierzchni 10 tys. hektarów z tysiącem krów.

Jej właściciel nigdy nie był w Chaco. Mieszka w Zurychu. O estancji wie tyle, że co roku dostaje przelew na 200 tys. dolarów za sprzedane w tym roku jałówki.

.

—————————————-

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion - Santa Cruz postoi tak jak i my

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion – Santa Cruz postoi tak jak i my

Okazało się też, że jeszcze ciekawiej było się z Chaco wydostać. Po złapaniu boliwijskiego TIRowca raptem 200 km od granicy, już witaliśmy się z gąską. Niestety niemal gotowa już droga asfaltowa, która łączy oba kraje, była właśnie remontowana. Ponowne opady deszczu sprawiły, że gliniaste drogi Chaco zamieniły się w grzęzawisko. Tym samym podróż, która miała trwać najwyżej 15 godzin, przedłużyła się do ponad 3 dni. Przed oczami znów stanęło nam wschodnie Borneo. Było wykopywanie ciężarówek łopatami, był kulig z trzech TIRów, nocleg na indonezyjskich autobusowych siedzeniach zamieniliśmy na nieco bardziej komfortowy ciągnik siodłowy. Tym razem jednak nie było jedzenia. Ale o tym, jakie figle płata mózg po trzech dniach bez żywności, co roi się przed oczami i jak objawia się Ziemia Obiecana po trzech dniach na głodzie, może innym razem. Kiedyś w książce.

.

A jeszcze więcej tapira, gaucho, jaguara i Chaco w najnowszej galerii o tajemniczym tytule „Chaco”.

.

Chaco, Paragwaj

.

Reklamy

Mówią mi

Mówią mi, że gdy zobaczysz Iguazú, nic już nie będzie takie samo.

Mówią mi, że przy największym wodospadzie huk jest tak ogromny, że nie możesz rozmawiać, a i z myśleniem będziesz miał problemy.

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Mówią mi, że niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie siła przyrody jest tak przytłaczająca. Stoisz nad przepaścią i wiesz, że jesteś niczym. Godzinami możesz wpatrywać się w największą z katarakt i bawić się w odprowadzanie wzrokiem poszczególnych kropli wody w otchłań. Patrzeć jak hektolitry wody mijają Cię w każdym ułamku sekundy i lecą w dół jak na zwolnionym filmie. A potem nikną w białej nicości.

Mówią mi, że gdy stoisz nad krawędzią Gardzieli Diabła, czujesz się jakbyś zaglądał w czeluście piekieł. Największa z katarakt pochłania ponad połowę całego przepływu wodospadów Iguazú. Jej ułożony w podkowę kształt niemal otacza widza i każe dwa razy zastanowić się czy aby na pewno piekła nie ma. W tym miejscu ma się wrażenie, że tu kończy się ziemia, a pod spodem gigantyczne słonie podtrzymują Świat Dysku. Naukowcy wciąż nie są pewni czy sam Lucyfer nie zaprojektował Garganty del Diablo.

Garganta del Diablo

Garganta del Diablo

Mówią mi, że choć wodospad ma zaledwie 85 metrów, to nie licz na to, że zobaczysz z góry jak woda wpada do rzeki. Siła wody jest tak potworna, że już z odległości kilku kilometrów dojrzysz wysoki na kilkadziesiąt metrów komin białej piany unoszący się wysoko nad tropikalnym lasem. Raczej nie ma możliwości, żebyś nie wiedział, gdzie znajduje się Garganta del Diablo.

Mówią mi, że Iguazú to nie wodospad, a kraina wodospadów rozciągająca się na przestrzeni ponad dwóch i pół kilometrów. Możesz chodzić po niej cały dzień. Możesz przechadzać się wśród tropikalnej roślinności, obserwować tukany, miejscowe sępy, mrówki o ponad dwucentymetrowej długości, u których wyraźnie zobaczysz oczy, a w nich to, co chętnie by z Tobą zrobiły, gdyby tylko miały jeszcze kilka centymetrów więcej.

Tukan

Tukan

Mówią mi, że „Iguazú” w języku Indian guarani znaczy „Duża Woda”. I na to zjawisko nie znajdziesz lepszego określenia, choćbyś myślał wieki.

Mówili mi i mówili. Mówili jeszcze w Azji, mówili w Australii, mówili także w Chile i Argentynie. Tobie też będą mówić. Ale choć wszyscy będą mieli rację i tak nie zrozumiesz tego, dopóki nie zobaczysz na własne oczy.

A nie! To tukan

A nie! To tukan

.

A kto ciekaw pocztówkowego konkursu, niech szybko leci na fejsa. Tam laureaci, gale, rozdawanie nagród oraz goła baba zawinięta w dywan. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy! W nagrodę jeszcze więcej Iguazú.

Iguazú, Argentyna

.

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.

Ludzie lasu

Trzy procent. Tyle różni nasze DNA od kodu genetycznego jednego z naszych najbliższych krewnych. Dayakowie – rdzenni mieszkańcy tych terenów od zawsze traktowali go jako naszego dalekiego kuzyna i darzyli szacunkiem. Nazwali go Orang-Utan, czyli Człowiek lasu.

I na co się tak przyglądacie?

I na co się tak przyglądacie?

Gdy obserwuje się orangutany w naturalnym środowisku, nie sposób nie odnieść wrażenia, że właśnie obserwujemy praczłowieka. Zwierzęta te chodzą, jedzą, wspinają się i zachowują jak ludzie. Podobnie jak inne naczelne, bardzo szybko się uczą, a w towarzystwie ludzi podpatrują nasze zachowania. W Parku Tanjung Puting w południowym Kalimantanie na przykład lubią udawać, że piorą, młotkiem wbijają gwoździe czy pływają łodzią. Wieczorem palcem myją zęby, a w ciągu dnia podpatrują strażników i udają, że kijem piłują drzewo.

Na wolności żyją wysoko na drzewach i rzadko schodzą na ziemię. W koronach drzew budują 2-3 gniazda dziennie, w których odpoczywają i śpią. Gdy zanosi się na deszcz, szukają rozłożystych liści bananowca, żeby zadaszyć swoje domki. Ogólnie są raczej w typie Złotej Rączki i mają doskonały zmysł mechaniczny. Do wyjmowania owadów używają ponad 50 rodzajów narzędzi, do otwierania i przygotowywania owoców – ponad 20.

Baka - ciekawski psotnik

Baka - ciekawski psotnik

Chrześcijański model rodziny

Ewolucja to potęga. W przypadku orangutanów ewolucyjne podobieństwa do ludzi aż rażą w oczy. Ciąża trwa 9 miesięcy. Podobnie jak ludzie, mają przewód pokarmowy przystosowany głównie do trawienia owoców, roślin i orzechów. Zapuszczają brodę i wąsy. Samica rodzi po jednym dziecku, którym opiekuje się co najmniej 5-6 lat. W pierwszą ciążę zachodzi zazwyczaj w wieku 12-20 lat, a w ciągu całego życia zwykle rodzi dwoje lub troje potomstwa. Jak nic – chrześcijański model rodziny 2+3.

Orangutany trzymane w niewoli jeszcze bardziej upodabniają się do ludzi. Próbują chodzić w pozycji wyprostowanej i nierzadko mają nadwagę. Często znają kilkadziesiąt słów i potrafią budować zdania. Jeden z orangutanów zrobił nawet coś, co do niedawna uchodziło wyłącznie za ludzką umiejętność.

Nauczył się kłamać. Potrafił oszukać swojego opiekuna, mówiąc mu, że wykonał zadania, o które tamten go prosił. Co więcej czasem dla zabawy udawał, że dusi się pestką albo że zrobił sobie krzywdę.

Homo erectus?

Homo erectus?

Semenggoh – oaza w Sarawak

Obserwowanie orangutanów to niemal mistyczne przeżycie. W parku Semenggoh w Malezji żyją one w stanie pół-dzikim. Jest ich tu ponad 20 i niemal wszyscy są indywidualistami.

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Jest Nora. Przez pracowników parku nazywana „Hot Mama”, gdyż w ciągu 15 lat urodziła już trójkę maluchów i chyba ma ochotę na kolejne. Zwykle spokojna i milusińska, ale niech tylko ktoś spróbuje podejść bliżej do jej najmłodszego dziecka – Baki… Może huknąć kokosem albo metrową gałęzią. A trzeba wiedzieć, że orangutany są znakomitymi miotaczami.

Jest Ritchie – samiec alfa, przywódca klanu. Ma 29 lat, jest o połowę większy od innych orangutanów i ma własny kodeks, którego wizytujący muszą przestrzegać. Nie lubi jak się do niego czymś celuje – statywem, kijem, a nawet palcem. Nie trawi lampy błyskowej. Nie lubi, gdy ktoś się śmieje, kiedy zrobi coś śmiesznego. I nie zna się na żartach.

Zresztą nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, żeby nie łamał kodeksu Ritchiego. Przeciętne orangutany są 4 razy silniejsze od dorosłych ludzi i bez problemu mogą nam wyrwać rękę. Rozeźlony Ritchie potrafi wyrywać drzewa. Tak ogromna siła pozwala orangutanom, godzinami wisieć na jednej ręce czy nodze, zajadając owoce. Jednocześnie może jednak w okamgnieniu zmienić je w bestie, przy których Spiderman czy Hulk z bohaterów komiksów przeistaczają się w komików.

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

I stała się jasność

Do niedawna w Semenggoh był także Aman. Ciekawski nonkonformista. Gdy podrósł, zaczął nawet kwestionować pozycję Ritchiego, czym kilka razy rozpętali tu takie piekło, że trzęsła się cała dżungla.

Kilka lat temu z ciekawości zapuścil się daleko poza granice parku i ugryzł przewód wysokiego napięcia. Prąd porządnie pokiereszował mu twarz, a w ciągu kolejnych dwóch lat całkowicie stracił wzrok. Z żalu popadł w apatię, przestał jeść i wydawało się, że nie ma dla niego ratunku.

Jego historią zainteresowało się jednak dwóch amerykańskich weterynarzy pracujących w Afryce i postanowili mu pomóc. Przeprowadzili pierwszą operację wzroku u orangutanów i przywrócili mu wzrok. Aby zażegnać narastający konflikt o przywództwo, Aman został przeniesiony do pobliskiego centrum, gdzie orangutany uratowane z niewoli przechodzą wstępną rehabilitację. Tam jest samcem alfa i został rozpłodowcem. Dziś żyje jak pączek w maśle.

.

Zobacz, jak żyliśmy zanim zeszliśmy z drzew.

.

.

I obejrzyj więcej zdjęć orangutanów.

Orangutany Borneo, Semeggoh, Malezja

.

————————————————————

Informacje praktyczne

Semenggoh Wildlife Centre to najlepsze miejsce w całej malezyjskiej części Borneo, aby obserwować orangutany. Żyją tu one w stanie pół-dzikim i przychodzą tylko na dokarmienie 2 razy dziennie – o 9 i 15.

Większość turystów przyjeżdża właśnie w tych godzinach i zostaje na jedną sesję. Nas orangutany zauroczyły do tego stopnia, że przyjechaliśmy 2 dni z rzędu, obserwować je 4 razy. I każdy raz był inny. Orangutany przychodzą codziennie, ale często różne.

Niektóre, tak jak Arnorma nazywany „Księciem dzikich orangutanów” pojawiają się raz na kilka tygodni. Aby spotkać Ritchiego też trzeba mieć wiele szczęścia. Nam raz ono dopisało.

orangutan borneo semenggoh malaysia female

Między 10 a 14 w parku nie ma nikogo oprócz pracowników, a ci chętnie służą wszelkimi informacjami. Mimo że tak fantastyczne, Semenggoh nie jest w ogóle nawiedzane przez tłumy. W przeciwieństwie do Centrum Sepilok w Sabah, do którego przyjeżdża ok. 1000 osób dziennie i które nie ma nic z mistycznej atmosfery obserwowania orangutanów w stanie dzikim. Sepilok jest jak turystyczne zoo położone we wschodnim Borneo, gdzie bilet kosztuje 30 zł (bilet do Semenggoh kosztuje 3 zł).

Do Semenggoh odległego od Kuching o 20 km można dojechać autobusem miejskim nr K6 z centrum miasta. Wrócić bez problemu można stopem.

.

Dżungla dla początkujących

W Borneo zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Przez dwa tygodnie widzieliśmy tu więcej dzikich zwierząt niż przez całą dotychczasową podróż.  Dzikie orangutany, małpy długonose, ryby chodzące po plaży, rekiny, olbrzymie żółwie, ławice dwumetrowych barakud czy owadożerne rośliny.

Charakterystyczny nos oraz duze brzuchy sprawily, ze nosacze sundajskie przez miejscowych od wiekow nazywane sa "Orang belanda" czyli "Holendrami"

Charakterystyczny nos oraz duży brzuch sprawiły, że nosacze sundajskie przez miejscowych od wieków nazywane są "Orang belanda" czyli "Holendrami"

O orangutanach zachodniego Borneo i nurkowaniu na Sipadanie – uchodzącym za najlepsze nurkowisko na świecie postaramy się napisać kilka słów ekstra, bo obie te rzeczy okazały się jednymi z największych atrakcji jak do tej pory.

Owadożerny dzbanecznik czeka na swoją ofiarę

Owadożerny dzbanecznik czeka na swoją ofiarę

A dzisiaj kilka zdjęć z niezwykłego Parku Narodowego Bako. Bako to dżungla dla początkujących. Po parku można chodzić kilka dni na własną rękę, kolorowe szlaki są równie łatwe w nawigowaniu jak w polskich Tatrach i z pewnością jest to turystycznie najlepiej oznaczone miejsce w całej Azji. Nie zmienia to jednak faktu, że park jest wyjątkowo dziki, turystów tu niezbyt wielu i nie trudno chodzić cały dzień, nie napotykając nikogo.

A po drodze lasy namorzynowe z ich niezwykłymi mieszkańcami, dżungla przechodząca wprost we wspaniałe klify i plaże oraz przede wszystkim małpy długonose. Zwierzęta te okazały się zdecydowanie najciekawszymi przedstawicielami małp, jakich dotychczas spotkaliśmy.

Komu odbiła palma

Całe malezyjskie Borneo przejechaliśmy oczywiście stopem. Zabawa ta trwała pełne 4 dni i pozwoliła nam lepiej zrozumieć ten region. Spośród wszystkich 15 czy 20 osób, z którymi się zabraliśmy, niemal wszyscy zajmowali się przemysłem olejowo-palmowym. Co drugi ma plantację palm olejowych, jeden jest strażnikiem na farmie, inny sprzedaje kombajny do zbierania owoców palmy olejowej, a jeszcze inny prowadzi szkółkę z młodymi palmami.

Lasy namorzynowe i plaze Bako

Lasy namorzynowe i plaże Bako

Przez calutkie malajskie Borneo jak okiem sięgnąć ciągną się tysiące plantacji palm. Ale nie ma się czemu dziwić. Palma ta owocuje co dwa tygodnie i pozwala na zbiory owoców 20-25 razy w roku. Malezja jest światowym liderem w produkcji oleju palmowego, a miejsce tropikalnej dżungli północnego Borneo w większości zajęły już plantacje palm.

Jedyną osobą, która zabrała nas na stopa, a nie zajmowała się przemysłem olejowo-palmowym, był pracownik platformy wiertniczej u wybrzeży Borneo. Bo właśnie ropa była do niedawna głównym źródłem przychodu dla tego regionu.

Mlody makak plazuje sie w Parku Narodowym Bako

Młody makak plażuje się w Parku Narodowym Bako

Wszystko tylko nie to

W drodze przez północne Borneo, przejechaliśmy też przez niezwykły kraik, który mocno zapadł nam w pamięć. Brunei okazało się dokładnie tym, czego się nie spodziewaliśmy. Jeden z najbogatszych krajów Azji żyje niemal wyłącznie z ropy naftowej wydobywanej z dna morza. Nie ma tu więc ciśnienia na wycinkę dżungli, a mniejsze drogi biegną niemal przez dziewicze lasy. Spodziewaliśmy się zindustrializowanego Dubaju u wybrzeży Borneo, a trafiliśmy do niewielkich wiosek, gdzie czeka się tylko na sezon owocowy.

Takie a nie inne odczucia na temat Brunei to głównie zasługa niecodziennych stopów, z którymi przejechaliśmy ten kraj. Bo Brunei to także pierwsze państwo, które oglądaliśmy wyłącznie zza samochodowej szyby i nie wydaliśmy w nim ani złotówki.

Drobne przeszkody na szlaku w dzungli

Drobne przeszkody na szlaku w dżungli

Z miejscem tym wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Przejechanie 200 km z Malezji do Malezji zapewniło nam 10 nowych pieczątek w paszporcie. Brunei to śmieszny kraik, rozerwany malajskim klinem na pół. I jakby jeszcze tych 8 pieczątek wjazdowo-wyjazdowych było mało, Malajowie też mają ciekawe przepisy.

Malezja jest krajem federacyjnym, a stany Sarawak i Sabah, które w całości zajmują malajskie Borneo, są na tyle autonomiczne, że nawet Malajom wbijają pieczątki wjazdowe i wyjazdowe. W ten oto sposób w ciągu jednego dnia ubyło nam całych 2 stron w paszporcie. A po przejechaniu kilkunastu krajów na takie rzeczy zaczynamy zwracać coraz pilniejszą uwagę…

O Sipadanie bedzie nastepnym razem, a na zachete - zolw i podwodny wagabunda

O Sipadanie będzie następnym razem, a na zachętę - żółw i podwodny wagabunda

I pomyśleć tylko, że właśnie udajemy się do indonezyjskiej części Borneo, która jest zdecydowanie bardziej dzika, zawsze trudniej dostępna i rzadziej zaludniona. Będzie się działo.

.

No ale, zgodnie z obietnicą, jeszcze więcej Bako.

Park Narodowy Bako, Borneo, Malezja

.

Z pamiętnika podróżnika – laotańska dzikość serca

Mam tego dość.

Właśnie dziś, po dwóch tygodniach pobytu w Tajlandii, wjechaliśmy wreszcie do Malezji. Tymczasem w świecie wirtualnym cały czas tkwimy w Laosie i nie zanosi się, żebyśmy szybko się stamtąd wynieśli. Wobec tego postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki.

Ilość zaprzeszłych wpisów, uznanych przez UberKomisję za niezbędne, którymi wprost musimy się z Wami podzielić, z trudem zredukowaliśmy do 7 (słownie: SIEDMIU!!!). W najbliższych dniach będziemy więc w Was naparzać jak poparzeni, przynajmniej dopóki nie dogonimy własnego cienia.

A zatem na początek kilka kartek z pamiętnika.

21.03 – Tat Lo

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Kontynuujemy motocyklową pętlę po Płaskowyżu Bolaven. Poranny wypad motorem z Tat Lo na odległy o 10 km wodospad Tat Sung z nawiązką zrehabilitował przereklamowaną atmosferę Tat Lo.

Po drodze wszyscy witają radosnym „Sabajdi”, a u szczytu pory suchej niemal całkowicie wyschnięty wodospad okazał się nie lada atrakcją. I co najważniejsze gdy przechadzaliśmy się po krawędzi „wodospadu”, obserwując przepastne wyrzeźbione przez wodę klify, dołączyli do nas mali myśliwi.

Dzieciaki z 3-metrowymi dzidami polują na cykady, których roje zalegają drzewa w tej części Azji. Trzeba przyznać, że to nie lada sztuka zakraść się do owadów i zanim odlecą, dotknąć je czubkiem kija wysmarowanego klejem. Część owadów można schrupać na surowo, ale większość trafia na patyk i na sprzedaż. Smażone na głębokim tłuszczu cykady to miejscowy przysmak.

22.03 – Paksong

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Dwa przepiękne wodospady – Tat Fan i Tat Yuang. Mimo że mamy akurat niedostatek wody, oba bardzo imponujące.

No i Dżungla. Z braku większych atrakcji postanowiliśmy podejść pod niedostępny Tat Fan jak bliżej się nam się uda.

Udało się na dwa obdrapane łokcie, trzy litry potu i ponadstumetrową przepaść. Ciekawa zapowiedź przed Borneo. Aż mi skoczyło ciśnienie.

A rano kawa z kupy. Ale o tym było poprzednim razem.

27.03 – Vang Vieng

Miasto z turystycznym klimatem. Wbrew naszym oczekiwaniom, tłumy Anglików przyjeżdżających tutaj się resetować, nie odbierają mu jednak wiele uroku. Malownicze położenie wśród krasowych ostańców nad rzeką zapewnia multum atrakcji.

W knajpach non-stop lecą stare odcinki Przyjaciół, a na straganach najlepsze naleśniki i bagietki w całej Azji (dużo lepsze niż w Bangkoku, a nawet Wietnamie).

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Niestety od kilku dni pogoda taka sobie, więc nie załapiemy się na tubing. A szkoda, bo mieliśmy nawet ochotę sprawdzić, jak spływa się rwącą rzeką na oponce wśród tłumów, co kilkaset metrów popijając Lao Lao.

28.03 – Vang Vieng

Dziś kilka jaskiń i nowy azjatycki owoc, jaki odkryliśmy towarzysząc miejscowym dzieciakom. Niestety nie udało nam się ustalić nazwy. Z wierzchu jabłko, wewnątrz niby dragon fruit, ale nieco bardziej włóknisty.

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Musimy kiedyś się zebrać i napisać osobny wpis o owocach. Przez pół roku uzbierało się już tego trochę, a to bardzo ciekawa i zupełnie nieznana w Polsce sprawa.

P.S. Vang Vieng jest bardzo urokliwe, ale na tyle turystyczne, że nawet za przejście mostem na drugą stronę rzeki trzeba płacić.

31.03 – Luang Prabang

Relaks, kamienice i obserwacja życia mnichów. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu Luang Prabang okazuje się uroczym miasteczkiem, które mimo że faktycznie nawiedzane jest przez liczne rzesze turystów, nie traci wiele ze swojego kolonialnego uroku. Dziwna sprawa w zasadzie, bo w Si Phan Don, Vang Vieng i tutaj prawie ten sam kejs.

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

W głównej mierze fakt ten Laos zawdzięcza niewiarygodnie wręcz zrelaksowanym mieszkańcom, którzy są prawdziwymi Grekami Azji i choć starają się zarobić parę groszy, to nic na siłę.

„Nie chcesz się targować, to szukaj gdzie indziej”. Nie chcesz jechać taksówką, idź piechotą. Nie chcesz iść na treking, idź sam. Rzecz niespotykana w Wietnamie, Indiach czy nawet Tajlandii.

P.S. Szkoda że równie zrelaksowane jak Laotańczycy nie są laotańskie koguty, z których jeden przez ostatnie 3 dni mieszkał z nami okno w okno i pierwsze próby głosowe miał o 3 w nocy, a od 5 do 8 nadawał już regularną audycję.

Dziś śniło mi się, że zastrzeliłem go z mojej birmańskiej procy, a Pauli, że na obiad był rosół.

05.04 – Muang Sing

Najciekawszy chyba dzień w Laosie. Wyruszając rano na motorze w góry, nie przypuszczaliśmy nawet do jakich niesamowitych wiosek uda nam się dojechać.

Prababcia panny młodej - lat 86

Prababcia panny młodej - lat 86. Przez całe życie żuje betel. Jej uśmiech - bezcenny.

A trafiliśmy między innymi na wesele plemienia Akha w wiosce zagubionej na wzgórzach nieopodal chińskiej granicy. Do wielu wiosek Akha nie da się dojechać samochodem, a można dotrzeć do nich jedynie pieszo lub motorem terenowym, przedzierając się wąską górską dróżką.

Zdrowo podpici górale Akha wpoili w nas z pół litra lokalnej whiskey „lao lao” i zaprosili do tradycyjnej chaty. A tam lokalne odświętne stroje, uczta i pogaduchy.

Aż szkoda było wyjeżdżać przed zachodem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało nam się dojechać na noc do odległego o 60 km Luang Nam Tha.

.

————————————————–

I film. Dziś mali myśliwi, czyli jak upolować cykadę i o tym, czego nie boi się zjeść nawet laotańskie dziecko:

.

.

I galeria z Bolavenu.

Płaskowyż Bolaven, Laos

.

Pół roku w drodze

Rocznic czas. Nam też kilka dni temu stuknęło właśnie pół roku odkąd wyruszyliśmy w podróż dookoła świata. Czy nam się podoba? Czy tęsknimy? Czy było warto?? Dziś pokrótce o tym. Ze specjalną dedykacją dla Mikiego i wszystkich innych stojących w obliczu życiowych wyborów.

Z widokiem na Manaslu i Ganesh Himal

Z widokiem na Manaslu i Ganesh Himal

Zacznijmy od tego, że w podróży każdy dzień jest inny od poprzedniego, więc czas biegnie 4 razy dłużej niż normalnie. Po pół roku dźwigamy już kilkuletni bagaż doświadczeń. Trzeba przyznać, że niedawna miesięczna odyseja po Birmie była jakimś punktem zwrotnym, a nasza podróż od tego czasu nabiera coraz spokojniejszego tempa.

5 minut wandalizmu i w chińskim parku zostaliśmy na zawsze

5 minut wandalizmu i w chińskim parku zostaliśmy na zawsze

Do biletów lotniczych, które w jakiś tam sposób nas ograniczają, mamy już całkowitą awersję i gdy pomyślimy, że za jakiś czas trzeba będzie lecieć z Kuala Lumpur na Borneo i wkrótce sprecyzować datę, to aż nas trzęsie (aczkolwiek mamy cichy plan, jak tego uniknąć – kto wie, być może się uda…).

Przed wyjazdem w tak długą podróż i podjęciem ostatecznej decyzji wszystko wydawało się takie trudne. Co będzie z pracą? A co z mieszkaniem? Wynająć czy zostawić puste? Dziś wiemy już, że wszystkie te kwestie to naprawdę sprawy dalszej wagi.

Dystans do życia, jaki dało nam obserwowanie świata w odległych zakątkach Ziemi to naprawdę jeden z największych atutów takiego wyjazdu. Podpatrywanie ludzi szczęśliwych mających nad głową jedynie bambusową strzechę oraz roześmianych bosych dzieciaków biegających po kałużach daje wiele do myślenia.

Chociaż codziennych atrakcji również nie brakuje. Tu niemal każdy dzień przynosi niezwykłe emocje. Do tej pory m.in. podziwialiśmy najwyższe góry świata podczas trekingu w Himalajach, tropiliśmy tygrysy w Indiach, eksplorowaliśmy świątynie Kambodży, w Birmie przenieśliśmy się do XIX wieku, a na Filipinach podpatrywaliśmy podwodne cuda Palawanu. W tej chwili skończyliśmy właśnie niemal miesięczną przygodę w Laosie – kraju wodospadów i jaskiń, przepysznej kawy, a przede wszystkim wieloetnicznym tyglu dziesiątków kolorowych mniejszości narodowych.

Typowo hinduskie kolory codzienne w stanie Madhya Pradesh

Typowo hinduskie kolory codzienne w stanie Madhya Pradesh

Niestety żaden tekst nie jest w stanie oddać smaku świeżego ananasa czy mango ani owocowych szejków, które pałaszujemy niemal codziennie, ogłuszającego odgłosu cykad, których roje oblegają drzewa Azji Południowo-Wschodniej ani widoku dzikich nosorożców czy rekinów. Jak opisać lazur tropikalnych mórz, onieśmielające odgłosy dżungli, majestat Himalajów, smak kokosa ściętego na bezludnej wyspie, birmańskie upały, bicie serca podczas tropienia lamparta, próby nawiązania rozmowy w języku jarai czy monsunowe deszcze? Nawet trudno próbować.

Uśmiechy i obserwowanie życia codziennego mieszkańców towarzyszą nam niemal cały czas

Uśmiechy i obserwowanie życia codziennego mieszkańców towarzyszą nam niemal cały czas

W ciągu 6 miesięcy, nasze plany, zarówno te najbliższe jak i życiowe zmieniały się o 180 stopni już kilkanaście razy. Ale jak tu planować dalsze życie, skoro rzadko kiedy mamy pewność, gdzie będziemy spać wieczorem.

Czy tęsknimy za Polską? Oczywiście. I to jak! Brakuje nam rodziny, znajomych, a także prostych przyjemności. Chcielibyśmy żółtego sera, dżemu truskawkowego, śniegu, ulubionej pizzy z sosem czosnkowym, filmów w zimowe wieczory, wspólnego oglądania meczów, nicnierobienia w weekend i wielu innych.

Pomijając już nawet kraj i polskie życie, to jednak przyjemnie byłoby zajrzeć komuś przez ramię do gazety, podsłuchać rozmowę w autobusie albo wiedzieć, co to za ludzie występują w telewizji. No i język! Każda możliwość rozmowy z Polakami, bez potrzeby tłumaczenia się z narodowych skojarzeń i polskich analogii jest dla nas jak miód na serce. Kontakt z krajem mamy lepszy niż się spodziewaliśmy, ale trzeba by być bez serca, żeby nie tęsknić.

Nasza droga biegnie raczej dróżką wiejską, ale okazjonalne "Miasta Świata" trafiają się na szlaku. Tu szanghajski Pudong nocą.

Nasza droga biegnie raczej dróżką wiejską, ale okazjonalne "Miasta Świata" trafiają się na szlaku. Tu szanghajski Pudong nocą.

Dlatego też o powrocie myślimy sporo, ale nieregularnie. Póki co staramy się sławić dobre imię kraju, nosimy dumnie polską maskotkę na plecaku (wzbudzając ciekawość dzieci), a ja od czasu do czasu wyjmuje z plecaka nawet flagę, żeby gdzieś nią zaświecić.

Jak do tej pory nie mamy ulubionego kraju i pewnie nie będziemy mieli. Aczkolwiek Nepal, Birma i Filipiny to chyba jednak najmocniejsze akcenty jak do tej pory. Lecz gdyby kazano nam wybierać, to i tak nie odpuścilibyśmy żadnego z odwiedzonych miejsc. I pomyśleć tylko, że do Birmy, podobnie jak na Filipiny, początkowo w ogóle nie planowaliśmy się wybrać. Miejsca te odwiedziliśmy wyłącznie ze względu na liczne rekomendacje innych podróżników, których spotkaliśmy podczas naszej podróży. Aż trudno wyobrazić sobie, gdzie jeszcze zaprowadzi nas los w innych częściach świata.

Na rajski relaks zawsze jest odpowiednia pora

Na rajski relaks zawsze jest odpowiednia pora

Choć podróżujemy dopiero pół roku, jednego już dziś jesteśmy pewni. Wyjazd dookoła świata to z pewnością jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Do tej pory spotkaliśmy już kilkanaście osób z całego świata, które zrobiły to samo i wszyscy mieli podobne zdanie.

Jak przytomnie stwierdził Martin ze Szwecji, z którym przez kilka dni podróżowaliśmy w Indiach „W życiu powinieneś robić to, co cię naprawdę interesuje. Jeśli nie robisz tego, co lubisz, to jaki wszystko ma sens?”

.

——————————————————————————-

Czy można zmieścić pół roku w 3 i pół minuty? Nie wiem, ale na pewno warto spróbować:

.

.