Archiwa blogu

Jaka piękna katastrofa!

Z mozołem budowany wyciąg wali się w okamgnieniu, główni bohaterowie tracą cały majątek, a kilka osób ledwo uchodzi z życiem. W obliczu zaistniałych okoliczności przyrody Anthony Quinn wykrzykuje „Jaka piękna katastrofa!” i z werwą tańczy nieśmiertelny taniec Greka Zorby w kluczowej scenie jednego z najlepszych filmów w historii kina.

Gdy patrzę na koralowe atole na Pacyfiku i ich lazurowe laguny, słowa Zorby zawsze dźwięczą mi w uszach. W zasadzie wszystkie atole od Tuamotu w Polinezji Francuskiej aż po Wyspy Salomona są jednym wielkim geologicznym cmentarzyskiem. Pływając w przejrzystej lagunie czasem trudno sobie uświadomić, że właśnie jesteśmy świadkami umierania kolejnej wyspy.

Jaka piękna katastrofa!

Jaka piękna katastrofa!

Starość jest piękna

Ale weźmy na języki jakiegoś geologicznego młokosa, dajmy na to Vanuatu. Białych piaszczystych plaż prawie się tu nie uświadczy, o rafy koralowe równie trudno, a połowa wysp to jedynie wierzchołki podmorskich wulkanów, co i rusz groźnie plujące ogniem. Nie żebym był przeciwny geograficznym młodzikom. Wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko. Vanuatu jest piękne, od ryb na stromych zboczach podmorskich wulkanów aż gęsto, a tyle żółwi morskich co w tym kraju nie widzieliśmy ani na Salomonach, ani w Indonezji.

Ale wracając do naszej starości. Młoda wyspa musi się wyszumieć, lecz z czasem wulkany dogasają. Po 10 tysiącach lat ląd otacza szczelny wianuszek koralowców z mozołem budujących rafę, a wyspa zaczyna marnieć od środka. Wysoki ląd na środku morza usprawnia kondensację chmur, wokół równika lubi popadać, a deszcz stopniowo wymywa ziemię z powoli starzejącej się wyspy. Dodatkowo wyspa uformowana początkowo przez wulkan zapada się w głębiny pod własnym ciężarem.

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

W imieniu Boga i królowej tę bezludną wyspę biorę w posiadanie ja!

Tymczasem dzielne koralowce coraz wyżej obudowują ląd dookoła, a na ich powierzchni gromadzi się zerodowana ziemia i co tam jeszcze przyniesie ocean. 20-30 milionów lat i zanim się obejrzymy, wyspa znika zupełnie. Jej miejsce zajmuje lazurowa laguna, a nad wodę wystają jedynie motu – piękne podłużne łachy białego piasku porośnięte palmami kokosowymi. I pomyśleć, że to tylko geologiczne kikuty, koralowy pomnik na grobie zupełnie zerodowanej wyspy.

Przechadzając się po Bora-Bora w Polinezji Francuskiej, atolu Bikini na Marshallach czy Wyspach Rafowych na Vanuatu może trudno to sobie wyobrazić, ale zadeptujemy właśnie miejsce kaźni kolejnej wyspy.

A dlaczego w tak piękny grudniowy dzień, gdy zarówno temperatura powietrza jak i wody mają po 31 stopni Celsjusza, zanudzamy Was jakimś geograficznym pogrzebem? Wszystko przez Lagunę Marovo, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży.

Licząca ponad 45 kilometrów szerokości Laguna Marovo, uważana jest za największą na świecie. Słusznie czy nie, to nie w wielkości jej siła. Spędziliśmy tu ponad dwa tygodnie, kotwicząc łącznie w 8 miejscach. Czasem niezwykłych wioskach rozsianych po okolicznych wyspach, a czasem na niezamieszkałych zewnętrznych rafach, gdzie brataliśmy się z najbardziej bujnym życiem morskim na świecie.

Mar Pacifico

Gdy jacht przekracza wąską cieśninę między domykającymi się rafami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trasnportujemy się z rozszalałego oceanu na morze spokoju. W okamgnieniu jesteś w raju. Spokój to chyba najważniejsza cecha wszystkich lagun.

O szóstej rano potrafi być tak cicho, że może obudzić cię plusk skrzydeł manty pływającej koło łodzi. W cieśninach lubią pławić się delfiny, a silne prądy omiatające motu od zewnątrz przyciągają ławice tuńczyków, barakud, rekiny i wszelkie inne wielkie ryby otwartego oceanu.

Ale to co wyróżnia Lagunę Marovo spośród wszystkich innych odwiedzonych przez nas atoli, a nawet wszystkich innych Wysp Salomona, to ludzie. Jeszcze 100 lat temu w większości mieszkali tu kanibale. Wojny plemienne zbierały krwawe żniwo, a co kilka lat wodzowie okolicznych wiosek zarządzali zemstę i wyprawy wojenne na sąsiednie wyspy Choiseul i Santa Isabel. I tak zemsta za zemstę po kilku latach prowokowała kolejną zemstę ze strony Choiseul. Pewnie ciągnęłoby się to w nieskończoność, ale sytuację zaczęło odmieniać przybycie i osiedlanie się kolonizatorów z Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku XX wieku nabrał znaczenia fach, który po dziś dzień wybija Marovańczyków ponad przeciętność. Początkowo w celach sakralnych, a następnie w ramach przechowywania tradycji i wierzeń, zaczęli oni rzeźbić małe drewniane figurki. Strugali boga rybołówstwa Kesoko, miniaturowe kanu wojenne, a z czasem zaczęli utrwalać w drewnie miejscowe legendy.

Mieszkańcy Laguny Marovo rzeźbią tylko ręcznie, a takiego kunsztu nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie na świecie. Bez problemu ich rzeźby można rozpoznać w całym kraju. Ba, z braku turystów na Salomonach, sprzedają oni swoje dzieła za grosze za granicę, a sklepy na Fidżi i Vanuatu wystawiają je jako własne narodowe rękodzieło.

Gdzie barter jest wszystkim

Podobnie jak na Vanuatu, większość mieszkańców nie pracuje w ogóle i żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczają na edukację dzieci, która, tak jak niemal wszędzie w Azji i na Pacyfiku jest płatna już od najmłodszych lat.

A i z pieniędzmi niespecjalnie jest co zrobić. Kraj opanowany jest przez Chińczyków, którzy są właścicielami WSZYSTKICH sklepów w Honiarze i Gizo. Po cenach 3 razy droższych niż w Europie czy Australii sprzedają oni jednorazowe badziewie z rodzinnych stron, z każdym dniem pogrążając kraj w jeszcze większym niedorozwoju. Za pen-drive’a żądają ponad 200 zł, mały netbook przynajmniej 3000 zł, paczkę makaronu 10 zł, słoiczek majonezu 20 zł, a jedno jajko 2 zł.

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce... "Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?"

Bierzesz łódź i ruszasz w górę rzeki. Płyniesz godzinę wgłąb dżungli i Twoim oczom ukazuje się plantacja. I to wcale nie młode bananowce… „Może lepiej zawijajmy się, zanim wrócą właściciele?”

Chińska jakość towarów powoduje, że zarówno Marovańczycy jak i wszyscy inni mieszkańcy Wysp Salomona niczego innego bardziej nie pragną niż towarów z Zachodu. Rzeźbiarze zawsze pytają czy mamy może dłuto na wymianę. Albo piłę. Czy pilnik. Swoje drewniane arcydzieła inkrustowane muszlami oddaliby za pen-drive’a, baterie odnawialne czy odtwarzacz mp3.

W oczach płonie im nadzieja, gdy obracają w rękach papier ścierny, na którym widnieje „made in USA”. Za szlifierkę kątową, wyrzynarkę albo inne elektryczne narzędzia gotowi by oddać swoje żony i córki.

Oprócz elektroniki i narzędzi handlować można tutaj w zasadzie niemal wszystkim – ubraniami, okularami słonecznymi, ręcznikami, klejami wszelkiego rodzaju, paliwem, latarkami czy magazynami kolorowymi.

Z rzeźbiarzami przehandlowaliśmy niemal wszystko co mieliśmy, ale jak to zwykle bywa, w Lagunie Marovo najbardziej zapadły nam w pamięć te miejsca, w których zżyliśmy się z jej mieszkańcami. Po przełamaniu początkowej ciekawości pękają pierwsze lody, a zaczynają się poważniejsze znajomości i rozmowy. Po kilku dniach kotwicowania w Sasaganie, jeden z dwudziestolatków rozbroił nas pytaniem czy nie mamy jakiejś książki po angielsku.

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Pozostałości po nieszczęśliwcach z Choiseul, którzy żywcem wpadli w ręce Marovańczyków i skończyli na ofiarnym stole

Co z tego, że lubi czytać, skoro w promieniu 200 km nie ma żadnej książki? Na poczekaniu oddaliśmy mu Dana Browna, a jego przyjacielowi – fanatykowi muzyki wszystkie nasze baterie odnawialne. Chłopak o jakże trafnym imieniu Charleton słucha swojego mp3 od rana do nocy, a przesłuchanie 2 GB od Boba Marleya przez Franka Sinatrę aż po Nirvanę, którymi go zasypaliśmy, zajęło mu raptem 2 dni.

Z wdzięczności przez kolejne 2 dni oprowadzali nas po wszystkich okolicznych miejscach Tabu, gdzie na kamiennych ołtarzach ofiarnych wciąż leżą czaszki nieszczęśliwców z Choiseul poświęcanych żywcem po udanych wyprawach wojennych.

.

I jeszcze więcej zdjęć z Laguny Marovo:

Laguna Marovo, Wyspy Salomona

.

Reklamy

Z pamiętnika podróżnika – manta i rzeźbiarz

Sobota – Wyspy Russella

Wczoraj napisalismy w pamietniku, ze Wyspy Russella to urocze miejsce. Piekne wyspy, lazurowe rafy, a przez caly dzien przyplywaja dziesiatki czolen, zeby nam potowarzyszyc. Kreca sie wokol, czasem ktos zagadnie jednym zdaniem, ale w zasadzie wystarcza im przebywanie w naszym towarzystwie i patrzenie na nas.

Dzis miejsce nadal jest urocze, ale pojawil sie zgrzyt. W nocy, juz po raz drugi na Salomonach, zostalismy okradzeni. Tym razem zniknal recznik i kilka drobiazgow suszacych sie na relingach. Najbardziej dotkliwa jest jednak kradziez jachtowych poduszek pokladowych, ktore zdecydowanie uprzyjemnialy siedzenie na twardym pokladzie podczas kilkudniowych przepraw oceanicznych.

Postanowilismy interwieniowac w pobliskiej wiosce, bo wiemy, ze takie przypadki na Salomonach sa dosc powszechne i czesto udaje sie udzyskac skradzione rzeczy. Niestety wodz wioski nie mogl zajac sie naszymi poduszkami, bo jako adwentysta dnia siodmego dzisiaj ma sabat i nie walczy wowczas ze zlodziejami. Moze od jutra uda mu sie cos zdzialac. Poinformowal nas, ze oglosi problem w kosciolach i okolicznych wioskach i byc moze uda mu sie odzyskac skradzione dobra po naszym wyjezdzie, gdy zlodziej nie bedzie sie ukrywal.

W ramach relaksu podjelismy tez pierwsze proby plywania na lokalnych czolnach krecacych sie wokol lodzi. Nie jest to sprawa prosta, bo w przeciwienstwie do Vanuatu, nie maja one bocznych stabilizatorow i o wywrotke latwiej niz o przedwyborcze obietnice. Niemniej jednak po kilku radosnych probach potrafimy juz uratowac kanu przed zatonieciem, wdrapac sie na nie z wody, a nawet okazjonalnie utrzymac rownowage na stojaco.

Najlepsza z Zon zaatakowal tez dzisiaj rekin. I jakkolwiek naprawde bylo strasznie, to na szczescie ostatecznie rekin nie zdecydowal sie na ugryzienie. Niestety jak bym sie nie staral, to nie da sie tej sytuacji opisac w kilku zdaniach, zeby nie zabrzmiala bunczucznie, groteskowo ani falszywie. Pokrotce powiem, ze ponad dwumetrowe rekiny szare sa wyjatkowo terytorialne, maja niebywale sprawnie dopracowana grupowa taktyke polowania, a gdy ofiara zaczyna uciekac, tak jak we wszystkich drapieznikach wlacza sie w nich instynkt zabojcy. Nauka na przyszlosc – w obecnosci rekinow szarych NIE ODDALAC SIE OD RAFY.

Ale poza tym snorklowanie na Wyspach Russella zapiera dech w piersiach nie tylko ze wzgledu na rekiny szare, ktore skadinad podczas snorklowania widzielismy po raz pierwszy w zyciu.

Wtorek – Mbili, Laguna Marovo

Dzis uzmyslowilismy sobie nasze podroznicze podwojne standardy. W Zachodniej Prowincji niemal wszyscy mieszkancy tworza fantastyczne rzezby z drewna i kamienia, robia przepiekna bizuterie z muszelek, a pozostali przywoza kosze warzyw i owocow w nadziei na wymiane za dobra z zachodniego swiata. Jest to zatem dokladnie to, czego oczekiwalismy po zebrakach w Azji, ktorzy notorycznie chodza za turystami z haslem „Hello! Money?” na ustach.

Poczatkowo rzezby, rzadko kiedy kosztujace mniej niz 100 – 200 zl, wydaly nam sie zdecydowanie zbyt drogie na nasza podroznicza kieszen, szczegolnie w porownaniu z fantastycznymi metrowymi maskami w Indonezji, ktore kupowalismy zupelnie niedawno za 15-20 zl. Rzecz w tym, ze salomonskie rzezby inkrustowane macica lokalnych muszli sa prawdopodobnie najbardziej misterne na swiecie, a ich wykonanie, wylacznie przy uzyciu prostych recznych narzedzi, zajmuje zazwyczaj ok. tygodnia.

Dzis, na dobra sprawe w pierwszym kotwicowisku w Lagunie Marovo, odwiedzilo nas okolo 6-7 rzezbiarzy, ktorzy przyplywaja do naszej lodzi na swoich dlubanych recznie czolnach, uginajacych sie od zapierajacych dech w piersiach rzezb. Juz po kilku pierwszych odwiedzinach stalo sie dla nas jasne, ze wiosluja oni z najbardziej odleglych wiosek, jesli tylko dotrze do nich informacja, ze w lagunie zakotwiczyl nowy jacht.

Takie kraje jak Wyspy Salomona odwiedza moze 30-50 prywatnych lodzi rocznie i zadnego z rzezbiarzy nie stac na przepuszczenie okazji zaprezentowania swoich wyrobow. Ostatniego goscia, ktorego wiesc o naszej obecnosci doszla az we wsi Seghiro oddalonej o 15 km, pozegnalismy dopiero o 21.

Od kazdego z rzezbiarzy staramy sie kupic chocby najmniejsza pamiatke i blogoslawimy nasza decyzje sprzed kilku dni, ze jednak postanowilismy nie nurkowac na Salomonach. Przedwczoraj udalo nam sie co prawda stargowac kosmiczne salomonskie kwoty za nurkowanie do 250 zl za nura, ale ostatecznie i tak uznalismy te kwote za zbyt niebotyczna. Jak sie okazuje snorklowanie tez daje sporo radosci, a 600 zl przeznaczone poczatkowo na nurkowanie trafi do miejscowych rzezbiarzy, ktorych praca z kazdym dniem coraz bardziej nas zdumiewa.

Z innej beczki – kilka dni temu w Honiarze nie znalazlszy nic godnego uwagi do naszej globalnej kolekcji magnesikow lodowkowych, zrobilem wlasny. Dzisiaj zainspirowany pierwszym 10-centymetrowym sukcesem i artystycznym klimatem Laguny Marovo rozpoczalem rzezbienie prawdziwego miniaturowego czolna.

Czwartek – Mbili, Laguna Marovo

Po raz pierwszy od miesiaca Najbardziej Nieustepliwe z Nieustepliwych wreszcie poprawily swoja mocno nadwyrezona opinie. Wyjatkowo mizerne piarowo salomonskie muchy obudzily nas jak zwykle o 6:30, ale na ich szczescie tym razem okazalo sie, ze tuz przy lodzi zeruje kilkumetrowa manta. Po ponad godzinie plywania puste zoladki wygnaly nas wreszcie z wody, a z manta udalo nam sie jeszcze spotkac po obiedzie na pobliskiej rafie.

Rafa okazala sie na tyle niesamowita, ze mozecie tylko zalowac, ze za pomoca Sailmaila nie mozemy zamiescic zdjec. Polujace rekiny czarno- i bialopletwe, korale koloru koralowego, przebijanie sie przez lawice karanksow czy napoleony pchajace sie w kadrze przed rekiny. Szczytem wszystkiego okazala sie lawica okolo 50 delfinow, ktora zainteresowala sie naszym pontonem, gdy wracalismy ze snorklowania.

Rzezbiarze nadal nadciagaja tlumnie, nam powoli koncza sie pieniadze, a przybywa kilogramow do wyslania w paczce. Dzis jednemu z artystow, Natanielowi, prawdopodbnie pomoglismy wejsc w zupelnie nowy biznes magnesikow na lodowki. Zainteresowany moim mini-czolnem tak podekscytowal sie naszym pomyslem, ze juz zaczal szkicowac.

Zdaje sie, ze na dobre wplynelismy wlasnie do Laguny Marovo. I cos czuje, ze spedzimy tu przynajmniej dwa tygodnie.

Z pamiętnika podróżnika – Tour de Flores

Dziś ewenement. Autorski pamiętnik w wykonaniu Pauli. Odkąd 3 miesiące temu zmęczyło mnie prowadzenie zapisków naszych codziennych ciekawostek i wrażeń, to jakże ciekawe i wartościowe zajęcie przejęła najlepsza z żon.

W związku z żywymi reakcjami na Fejsie, jakie wywołały nasze zdjęcia z Komodo i nurkowania, poniżej prezentujemy krótki wybór z ostatnich dni. Jednak żeby nie było tak słodko, z naciskiem na dni w drodze, których ostatnio nie brakowało.

No i te manty…

19.07 – Bali, droga do Labuanbajo

Nie najlepszy start na Bali. Męcząco, gorąco i potwornie kantują. Wszyscy są twoimi przyjaciółmi i nie daj boże dowiedzą się, gdzie jedziesz, już biegną, żeby ci „pomóc”, czyt. zedrzeć z ciebie kilkadziesiąt tysięcy.

Ale za to Bali ma najpiękniejsze pamiątki w całej Azji.

Poznaliśmy też dwóch nowych ciekawych podróżników – 52 letnią Brytyjkę, która sprzedała dom w Londynie, żeby założyć biznes w mniejszym mieście, a póki co wyruszyła w podróż na kilka miesięcy do Azji. Kilka lat wcześniej 2 lata podróżowała po Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Druga to Francuzka – lat 27, inżynier zajmujący się konstruowaniem robotów w kosmosie, podróżuje dookoła świata. Obie mówią, że Kolumbia jest niezwykła.

To samo twierdził Roni na Palawanie i kilka innych osób. Źle nam to wróży.

Stoisko Inglota w Indonezji?

Stoisko Inglota w Indonezji?

21.07 – Labuanbajo

W Labuanbajo wylądowaliśmy około 3:30 w nocy. W samą porę na pierwszego porannego muezina. 48 godzin ciągłej jazdy i szczątkowego snu okazuje się być górną granicą mojej wytrzymałości. Rafał naładowany adrenaliną po rekonesansie wynalazł razem z Francuzką zamiast jednego dnia nurkowania 3-dniowy Liveaboard – pobyt na łodzi z nielimitowanym nurkowaniem w prawie rozsądnej cenie.

22.07 – Labuanbajo

Warany na Rincy (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. „rinczy”). Miało być jak w Jurrasic Parku z dzikimi smokami pożerającymi bawoły, a skończyło się na leniwych jaszczurach wylegujących się wokół kuchni. Trzeba przyznać, że są dość duże i z oczu patrzy im dzikość, ale najbardziej imponujące są 5-centymetrowe pazury.

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Niby tylko jaszczurka, a prawie jak smok

Snorklowanie zapowiada całkiem przyzwoite nurkowanie.

25.07 – Park Narodowy Komodo – Liveaboard

Fantastyczne nurkowania i rewelacyjny klimat mieszkania na łodzi. Nurkowanie, wylegiwanie się na pokładzie, wieczorem zimne piwko i pogaduchy.

Pierwszy raz nurkowaliśmy po ciemku. Ma się uczucie, że cały świat to tylko Ty i skrawek korala oświetlony latarką. Wszędzie dziesiątki krewetkowych oczu, śpiące ryby, maszerujące nudibranche, nieśmiałe krewetki mantis.

Elvina – Francuzka, z którą przejechaliśmy niemal 1000 km, nie wiedząc z kim mamy do czynienia, zmieniła nasze wyobrażenia o nurkowaniu. Z delikatnie znudzonych,  bo co może być lepsze niż Egipt, przemieniliśmy się w podekscytowanych nieskończonymi możliwościami nurkowania. Tyle jeszcze przed nami – przeróżne rekiny, delfiny, lwy morskie, wieloryby, nurkowanie w chłodnej wodzie z zupełnie nowymi zwierzętami, nurkowanie w kombinezonie suchym.

No i nasz instruktor – Willy i jego hasła przewodnie.

„Coral here is ‘mazin’!”

“It’s definitely very beautiful”

“Slowly, slowly. Enjoy your dive. Enjoy your holiday”

Słyszane kilkanaście razy dziennie, przez 3 dni.

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

SS Enterprise podchodzi do lądowania, odbiór...

Manty!!!!! Makasar Reef = Manta Point wysadza z butów. Ogromne 5-metrowe manty szybowały koło nas niczym wielkie ptaki. Prąd był tak silny, że trzeba było trzymać się obiema rękoma, żeby nie zostać porwanym.

Powoli zaprzedajemy duszę liveabordom.

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

nadęty bufon i maczeta z pomponem w pełnej krasie

30.07 – Moni

Dotarcie do Moni zajęło nam prawie 9 godzin. Wielokrotnie zdawało nam się, że jeśli dojedziemy to na pewno bez pup. Po drodze trafiliśmy na klimatyczny rynek w jednej z wiosek nieopisanych w Lonely Planet, a więc i ludzie byli przemili, i nie oczekiwali pieniędzy za każdy uśmiech. Rafał po godzinnych negocjacjach od chłopa na rynku kupił wielką maczetę z pomponem (uwaga redaktorska nadętego bufona – czyt. tradycyjny nóż ze  środkowego Floresu, używany w celach sacrum i profanum).

Wszystkie wioski tutaj są już chrześcijańskie i tradycyjne wierzenia zostają już w zasadzie tylko szopką dla turystów. Nawracanie ludzi na wielkie religie czyni z przepięknych kolorowych wierzeń jednolitą chrześcijańską czy muzułmańską papkę.

Droga niesamowicie widowiskowa z polami ryżowymi, przepięknymi górami, majestatycznymi wulkanami i ciekawymi ludźmi. A samo Moni wydaje się być uroczą wioseczką wśród pól ryżowych z masą małych hotelików i restauracji. Cenowo zdecydowanie nie najniższa półka.

Oblicza Floresu

Oblicza Floresu

Po kilku dniach ponownie spotykamy naszego Portugalczyka. Tego samego, który prowadzi notatki na setkach małych karteczek, odkąd przed kilkoma miesiącami „zamókł” mu laptop, gdy jego łódź zatonęła na pełnym morzu w Papui-Nowej Gwinei. Sam ledwo uszedł z życiem, a plecak, wraz z pół toną chrupek, które przewoziła łódź, po kilku godzinach fale wyrzuciły na brzeg. Następnych kilka godzin zajęło mu namawianie członków załogi do zabrania ważącego teraz kilkadziesiąt kilo plecaka.

01.08 – droga do Riung

Potworność!! Wyjechaliśmy o 9 rano, dojechaliśmy na 20 wieczorem. 2 ostatnie godziny jechaliśmy już po ciemku, modląc się, żeby ta męczarnia się już skończyła. Droga na północnym Floresie jest pośladkowym koszmarem, a Indonezyjczycy za grosz się nie znają na odległościach. Pytając 3 różne osoby o odległość do pobliskiego miasta otrzyma się 3 zupełnie różne szacunki – od 3 do 70 „kilo”. Po 2 godzinach trzęsawiska na tych rzekomych 3 km ma się wrażenie, że może mieli na myśli, że można stracić „3 kilo” zanim się dojedzie??

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

W przeciwieństwie do "drogi krajowej nr 2 na Floresie", gdzie najlepiej jedzie się piaszczystym duktem, tzw. "trans-Flores highway" jest nawet głównie asfaltowy

Dziwne, że dopiero dziś, ale złapaliśmy wreszcie gumę. Przesiedzieliśmy 2 godziny u wulkanizatora na wsi, delektując się indonezyjską technologią i rozmowami z miejscowymi. Urocze.

.

Na deser jeszcze kilka zdjęć z nurkowania w Parku Narodowym Komodo:

Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Enter Sandman

Tajskie wyspy leżą i kwiczą, a malajskie plaże ze wstydu zapadły się pod wodę. Enter Sandman, czyli bajki o Togeanach ciąg dalszy.

życie codzienne w wiosce BajoŚroda – dzień 9

Dziś po raz pierwszy wybraliśmy się wreszcie na drugi koniec plaży. Rzadko zdarza się, byśmy nie zeksplorowali naszego najbliższego otoczenia już pierwszego dnia, ale tu wszystko biegnie niecodziennym torem. Przynajmniej wreszcie mamy jakieś zdjęcia z naszego raju.

Okazuje się również, że wewnątrz wyspy szarżują tukany. Te piękne ptaki niedawno widzieliśmy co prawda w Parku Narodowym Lore Lindu, ale są tak imponujące, że dziś znowu wybraliśmy się, by je podglądać.

I posłuchać. Tukanie tukana przypomina raczej szczekanie psa, a ptak ten jest tak duży i ciężki, że gdy leci, słychać jak łopocze pod nim powietrze.

W wodzie też nieprzeciętne akcje. Pełnia księżyca, więc ryby, jak zwykle w takim przypadku, się pochowały. Snorklowanie na Ścianie Taipi fantastyczne, ale ani ja ani Aka nic nie złowiliśmy. Wieczorny połów z łodzi też po raz pierwszy na pusto. Na obiad i kolację ryż z jajkiem i ogórkiem. Fantastyczne uczucie. Jestem przekonany, że jutro będziemy bardziej zdeterminowani.

Tymczasem jubilerska pasja rozwinęła się zaskakująco, a Paula wpadła wręcz w perłowy szał. Zanosi się, że wyjedzie bogatsza o 6 naszyjników i 2 bransoletki. Ja zatrzymałem się na 2+1 (wmawiam sobie, że będę miał na wymianę na Papui).

Mój skarbie...

Mój skarbie...

Czwartek – dzień 10

Mimo zakładanego skąpstwa, po 10 dniach niemal zerowych kosztów jednak się złamaliśmy i szarpnęliśmy po dwie stówy na nurkowanie.

Przed przyjazdem tutaj, usłyszeliśmy kilkakrotnie, że na Togeanach nurkuje się dla korali, a nie dla ryb. Traktowaliśmy to jako wymówkę na fakt, że nie ma tu szans na dużego zwierza i nie planowaliśmy tu nurkować. I błąd.

Koralowce są tu nawet piękniejsze niż w Egipcie, co dotychczas wydawało nam się niemożliwe. Dużego zwierza też wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Na wulkanicznej Una-Una pływaliśmy z grupami wielkich karanksów i żółwiami, a barakudy śmiało śmigały nieopodal.

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Nie wszystko jest jednak takie piękne, jak wygląda. Nawet Togeany mają smutne tajemnice. Wieczorne rozmowy przy araku – lokalnym alkoholu pędzonym z palmy, po raz pierwszy przyniosły gorzki wątek. Okazuje się, że pod koniec lat 90-tych, gdy śladowa turystyka niemal zupełnie zanikła w wyniku zamieszek na Celebesie, na wyspę ściągnęli rybaccy oportuniści.

Chińska machina, wiecznie głodna i łaknąca wszystkiego, co zagrożone wymarciem, trafiła i na Togeany. Przybyła w poszukiwaniu napoleona, rekinów i innych szlachetnych ryb, których dziś już tu prawie nie ma. Oprócz ryb, ofiarą padli również Bajo. Naturalnym nurkom, od wieków łowiącym na wstrzymanym oddechu, zaproponowano nową technikę – połowów z kompresorem.

Oczywiście nikt słowem nie wspomniał o chorobie kesonowej, niebezpieczeństwie przebywania na głębokościach i szybkim wynurzaniu. Aka przez kilka lat pracował po kilka godzin dziennie na kilkunastu, kilkudziesięciu metrach, podłączony do kompresora na łodzi. Dziś ten 38-letni mężczyzna wygląda na ponad 50 lat i cały czas ma problemy ze stawami.

Choć jak sam mówi i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego przyjaciół, których na zawsze zabrało morze. Co najmniej kilkadziesiąt osób. I to tylko z okolicznych wiosek.

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Sobota – dzień 12

Dziś obciąłem paznokcie po raz drugi odkąd jesteśmy na Kadidiri. To pierwsza taka operacja w jednym miejscu odkąd wyruszyliśmy 9 miesięcy temu. Pora się zbierać.

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Tylko jak znaleźć w sobie motywację, gdy kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. Dziś upolowałem dwie przepiękne, całkiem spore ryby na naszej Ścianie. Nadal jest to śmieszny łup przy tym, co złapał Aka, ale postępy widać gołym okiem.

Jutro znowu odpływa prom na stały ląd. Czuję, że jeśli nie wyjedziemy tym razem, zostaniemy tutaj na zawsze.

Wieczorem zapowiada się kolejna już nasza impreza pożegnalna przy ognisku. Może uda się spoić wszystkich arakiem, lecz tym razem dla odmiany wyjechać wreszcie pod przykryciem poalkoholowej mgły.

.

——————————————————

A jak wygląda podwodne polowanie w wykonaniu cyganów Bajo? Przekonaj się sam.

.

.

I jeszcze kilka zdjęć z podwodnego Celebesu:

.

Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Z pamiętnika podróżnika – Płyń morski cyganie!

Tego jeszcze nie było. Mało brakowało, a już więcej byście o nas nie usłyszeli.

Na Togeany przyjechaliśmy tylko na chwilę. Na Kadidiri – „głównej” wyspie Archipelagu planowaliśmy zabawić najwyżej 2-3 dni, a następnie udać się na mniej znane, często niezamieszkałe wysepki i ich fascynujące rafy. Niestety nic z tego nie wyszło.

Na Kadidiri zbyt mocno zżyliśmy się z miejscowymi Bajo – indonezyjskimi morskimi cyganami i utknęliśmy tu na 2 tygodnie. Jedynie resztkami woli, trzynastego dnia o świcie udało nam się wyrwać z rajskiego kręgu, nim utknęliśmy w nim na zawsze.

Będzie to powieść, a w zasadzie bajka w odcinkach. Było tak:

Czwartek – dzień 3

Brak bieżącej wody, prąd z generatora jedynie kilka godzin wieczorem, woda do mycia przynoszona co rano ze studni i bambusowy domek wyposażony jedynie w łóżko i moskitierę.

Warunki bytowo-sanitarne dla niewprawnego oka mogą wydać się co najmniej dyskusyjne, a jednak mamy coraz bardziej nieodparte wrażenie, że Togeany to najlepsze miejsce, jakie dotychczas odwiedziliśmy.

"Życie to plaża", jak mawiają Anglosasi (czy coś takiego...)

"Życie to plaża", jak mawiają Anglosasi (czy coś takiego...)

Tu każdy dzień wygląda niemal identycznie. Po śniadaniu wyjazd na jedną z fantastycznych raf o bajkowych kolorach. Niby-zabawa i snorklowanie, a tymczasem nasi gospodarze – Bajo – nurkują z kuszą zrobioną ręcznie z kawałka drewna, dętki i metalowego pręta i polują na nasz obiad. Dziś po raz pierwszy spróbowałem swoich sił i ja. Na razie rezultaty mizerne, ale wiem, że kuszy długo nie wypuszczę.

Potem sjesta. Hamak, książka, względnie szachy. No i biżu.

No to wygląda na to, że dziś na kolację karanks błękitnopłetwy, a jutro przez cały dzień srebrnopłetwy...

No to wygląda na to, że dziś na kolację karanks błękitnopłetwy, a jutro przez cały dzień srebrnopłetwy...

Z Kadidiri nikt nie wyjeżdża z pustymi rękami. Każdy gość na odchodne otrzymuje (przynajmniej jeden) ręcznie zrobiony, niepowtarzalny, czasem własnoręcznie zaprojektowany naszyjnik lub bransoletkę. Może być to delfin, liść, kieł, muszelka zatopiona w kokosie albo co się komu wymarzy. Nasi Bajo wypełniają wolne chwile, przygotowując małe cudeńka i chętnie dzielą się swoją wiedzą. Mało co ich tak cieszy, jak podpatrywanie gości szlifujących Swoje Skarby. Jeśli chodzi o nas, to piły i szlifierki już dawno poszły w ruch.

Wieczorem wyprawa po kolację. Połów z łodzi – tym razem w nadziei na dużego zwierza. Czasem trafi się ponad metrowa barakuda, innym razem 5-kilowy karanks, ale czasem tylko blocie. Czas wędkarzom umilają baraszkujące w pobliżu delfiny.

Sobota – dzień 5

To co Bajo robią w wodzie z kuszą jest fascynujące. Aka schodzi na 10-12 metrów i traktuje morskie dno jak afrykańską sawannę. Najczęściej chwyta jakiś kamień, który służy mu jako balast i powolutku zakrada się do ryb i homarów, czając się za koralowcami. Spokojnie i dostojnie odbija się od dna niczym astronauta na księżycu i powoli zbliża się do celu. W jednej dłoni dzierżąc kamień, w drugiej kuszę, wstrzymuje oddech na 1 lub półtorej minuty i z mozołem przedziera się przez morską toń.

Podwodny myśliwy

Podwodny myśliwy

A przy tym jego jedynym ekwipunkiem są okulary wyciosane scyzorykiem w palmy kokosowej i kawałka szkiełka po szybie. Żadnej maski na nos, płetw ani rurki.

Imponujące i magiczne. Mógłbym z nim pływać całymi dniami.

Wtorek – dzień 8

Jakby zwykłych atrakcji na Togeanach było mało, są jeszcze ludzie. I tym razem to nie Bajo.

Miejsca do których jedzie się przynajmniej 3 dni w jedną stronę, zawsze przyciągają najbardziej wykręconych typów. Tak było na Derawanie na Borneo, podobnie w Port Barton na Filipinach, tak jest i tutaj.

Przedwczoraj wyjechała para Francuzów – Jean i Sabrina w drodze od 8 miesięcy. Połowę tego czasu spędzili na Nowej Zelandii, gdzie mieszkali w campervanie kupionym i sprzedanym za 2 tys. USD. Ich koszty życia były tam jedynie nieco wyższe niż w Azji. Oni na dobre przekonali nas do Wysp na Końcu Świata.

Wraz z nimi opuścił nas Michaił, post-hipisowski Rosjanin, który 4 lata mieszkał w małej wiosce w Indiach. Ostatnio już od wielu tygodni włóczy się po ostępach Indonezji. Na Kadidiri utknął na 2 tygodnie, doskonaląc sztukę połowu z kuszy. On jako pierwszy ostrzegał nas przed klątwą tego miejsca.

Nawet jeden jedyny „normalny” na 3-tygodniowym urlopie też jest nienormalny. Andy – Niemiec, manager sprzedaży, jak zwykle w ukochanej Indonezji, która weszła mu za skórę za czasów kilkumiesięcznych studenckich podróży. Przybył specjalnie na Togeany, choć z nieprzeciętnymi przygodami. Po drodze przez kilka dni mieszkał w rybackiej wiosce w oczekiwaniu na prom, który, jak to w Indonezji, nigdy nie nadszedł. Ostatecznie dotarł tu rybacką łodzią, zielony i z duszą na ramieniu.

Graj, cyganie, graj!

Graj, cyganie, graj!

Dziś dojechała nieprzeciętna dziewczyna z Kanady – Cyndie Bellhumeur. Zgodnie z magią nazwiska wiecznie roześmiana i roztaczająca dobrą aurę graficzka i rysowniczka z Quebecu (nie-Kanadyjka!!).

Podobnie jak i nie-Hiszpan (!!!) z Hiszpanii. Luis (z Katalonii) przez ostatnie 10 miesięcy odwiedził 5 krajów – Indie, Nepal, Filipiny, Wietnam i Indonezję. Chłopak lubi wczuć się w klimat.

Są i Finowie, którzy podróżują po Azji już od 6 miesięcy i za 3 tygodnie wracają do domu. On, jak sam siebie określa, jest malarzem środowiskowym, a ona bada wodę.

W takim towarzystwie nie sposób się nudzić, więc wieczorami gra w mafię, kalambury, poker na kapsle i dyskusje po świt.

Dziś po raz kolejny nie wyjechaliśmy z wyspy. Czy w ogóle znajdziemy w sobie siłę, by ruszyć dalej?

.

———————————————————-

W oczekiwaniu na drugą część togeańskiej bajki, zapraszamy na fotograficzną wyprawę do raju:

.

Wyspy Togian, Celebes, Indonezja

.

Z orbity w mikrokosmos

Dziś krótka piłka. Niewiele słów, dużo treści i obrazu. Nieopodal magicznego Derawanu znajduje się kolejny cud natury, który może przyprawić o zawrót głowy. To miejsce to Kakaban – jezioro meduz.

Jezioro to, żywcem wyjęte z National Geographic, zajmuje niemal całą wysepkę oceaniczną, gdzie w skutek niebywałego odcięcia od świata i braku drapieżników, meduzy utraciły parzydełka i beztrosko hasają po słonych wodach jeziora. Można się z nimi bawić, podpatrywać i do woli podziwiać dostojne ruchy. Widok niesamowity przywodzący na myśl satelity orbitujące w kosmicznej próżni.

Zresztą niech przemówią obrazy.

.

.

I pomyśleć tylko, że nasza wycieczka na Kakaban była tylko w połowie udana. Tuż obok znajduje się inna Tajemnicza Wyspa, rodem z Juliusa Verne’a. To Sangalaki, gdzie niemal co drugi dzień ławice kilkumetrowych mant olbrzymich przypływają na płytkie wody jak do myjni, dać się czyścić miejscowym rybom.

My na nieszczęście trafiliśmy na ten Co Drugi Dzień, ale choć po mantach nie było śladu, snorklowanie wokół kolejnej Wyspy Żółwiej i Jezioro Meduz były wystarczającą nagrodą.

A więcej zdjęć z jeziora meduz możecie obejrzeć tutaj.

.

Kakaban, Borneo, Indonezja

.

—————————————————-

Równik po raz pierwszy

Borneo, szczególnie indonezyjskie, zauroczyło nas nieprzeciętnie. W mdłej, zindustrializowanej i zbytnio cywilizowanej Malezji kontynentalnej nierzadko nachodziły nas myśli o powrocie do kraju. Borneo trafiło jednak w czuły punkt, bez pardonu wdzierając się do czołówki naszych ulubionych miejsc i na trwałe moszcząc sobie miejsce gdzieś pomiędzy Nepalem a Filipinami.

Oprócz orangutanów, żółwi, rekinów, małp długonosych, niezapomnianych przejazdów stopem czy pierwszego podczas tej podróży przekraczania równika, najsilniej wryło nam się w pamięć przedzieranie przez indonezyjską część wyspy – Kalimantan. Przejazd z Berau do Samarindy to historia na pół książki, a nie wpis. Autobus, którym mieliśmy jechać 18 godzin, stał się naszym domem na 3 dni i 2 noce.

Równikowe deszcze rozmoczyły leśne dukty udające drogi, tworząc metrowe rowy i koleiny, w których kolejno utykaliśmy. Wyciąganie autobusu za linę w środku nocy, gotowanie jajek w ognisku pod ciężarówkami czy dwie noce spędzone w rowie mocno zżyły nas z okoliczną ludnością i indonezyjskimi tirowcami, z którymi związał nas los.

Jednym słowem – Borneo, o jakim marzyliśmy.

A niektórzy naiwni wierzą, że Indonezyjczycy z Borneo są niezbyt mili...

A niektórzy naiwni wierzą, że Indonezyjczycy z Borneo są niezbyt mili...

Zatem mimo przejściowych rozważań o powrocie, ku rozpaczy rodziny, jedynie spod uśmiechniętego wąsa okazjonalnie śledzącej nasze poczynania, kontynuujemy eskapadę. Co więcej, przygody takie jak rzeczony przejazd autobusem i nocowanie w borneańskich rowach natchnęły nas kolejną genialną myślą.

Jedziemy na Papuę – etnicznie jedno z najbardziej różnorodnych miejsc na Ziemi, same w sobie będące mikrokosmosem. To tu w części nowo-gwinejskiej mówi się w ponad 800 językach. Z kolei w części indonezyjskiej niektóre doliny górskie zostały odkryte przez białych ludzi dopiero w latach 40-tych i 50-tych, a ich mieszkańcy posługiwali się wówczas narzędziami z epoki kamienia łupanego. Tam nas potrzeba.

.

W żółwim tempie

Rajska plaża, setki żółwi gniazdujących na wyspie i żerujących w okolicznych wodach, ulica rodem z Dzikiego Zachodu oraz jedna jedyna wioska rybacka, w której życie płynie niemal jak przed wiekami. A wszystko to na wyspie, którą można obejść dookoła w niecałą godzinę.

Kilka drobnych skaleczen, zastrzyk adrenaliny na 8 metrach i oto jest - pierwszy osobiście zerwany kokos

Kilka drobnych skaleczen, zastrzyk adrenaliny na 8 metrach i oto jest - pierwszy osobiście zerwany kokos

Derawan przyćmił niemal wszystko do tej pory. Nie powiem, oczekiwania wobec Indonezji mieliśmy spore. Ale to co dostaliśmy już w ramach pierwszego uderzenia na Borneo, okazało się niemal nokautujące.

Morski wypas

Okolice Derawanu to żółwiowa stolica Koralowego Trójkąta. Tu oraz na pobliskiej Wyspie Sangalaki znajdują się jedne z największych i skupiska gniazdowania żółwi zielonych. A warto wiedzieć, że te morskie olbrzymy, osiągające nawet 2 metry długości, zawsze bezbłędnie wracają na plażę, na której przyszły na świat. I czynią to, mimo że w ciągu całego nierzadko ponad stuletniego życia przemierzają dziesiątki tysięcy kilometrów od Azji po Ameryki.

Delektując się urokami nurkowania i snorklowania w towarzystwie żółwi w okolicy Sipadanu w Malezji, nie mogliśmy wyjść z podziwu dla tych zwierząt. Majestatyczne, ogromne, a jednocześnie niesłychanie zwinne i potrafiące w pół sekundy momentalnie przyspieszyć i zniknąć nam z oczu.

Na Derawanie przyrodnicze pasje mogliśmy zaspokajać bez końca. Tutaj najwięcej żółwi ściąga nie na rafy, ale na płyciutkie, półtora i dwumetrowe wody, gdzie wypasają się na podmorskich łąkach. Początkowo nieśmiałe, czasem płochliwe, nie dają podejść do siebie zbyt blisko.

Ale my w wodzie siedzieliśmy tyle czasu, że niektóre z żółwi niemal udało nam się oswoić. Bez trudu rozróżnialiśmy je już po wzorach pancerza i zachowaniu. Był szybki Guzik, któremu kawałek pancerza odprysnął najprawdopodobniej podczas uderzenia przez łódź. Była nieśmiała Szrama o charakterystycznym niesymetrycznym wzorze.

I była też Nasza. Żółwica może o niezbyt wyszukanym imieniu ale o wielkim sercu. Tymczasowe imię przylgnęło do niej na dobre po kilku dniach, gdy już w ogóle nie zwracała na nas uwagi. Razem pływaliśmy, nurkowaliśmy, szorowaliśmy brzuchem dno. Zabawy z Naszą to z pewnością największy wypas podczas tej podróży.

Oko w oko

Oko w oko

A trzeba przyznać, że lądując na wyspie, nie byliśmy wniebowzięci. Brak rajskich domków przy plaży i w ogóle, jak się wówczas wydawało, brak jakiejkolwiek plaży, a jedynie pomosty wychodzące w morze. Gdzie przypłyną tu jakiekolwiek żółwie, zadawaliśmy sobie pytanie, patrząc na liczne łodzie rybackie i śmieci na dnie niewielkiej przystani.

Już pierwszego dnia wszystkie te wrażenia rozpłynęły się jak ryż kokosowy w ustach. Szybko wyszło na jaw, że żółwie dziesiątkami lawirują między pomostami i łodziami jak najlepsi nawigatorzy, a całe pół wyspy zajmuje jedna wielka niezagospodarowana plaża, skądinąd przeznaczona głównie dla żółwi, które w nocy składają na niej jaja.

Przy odrobinie szczescia noca mozna trafic na wykluwajace sie zolwiki i eskortowac je w drodze do morza

Przy odrobinie szczęścia nocą można trafić na wykluwające się żółwiki i eskortować je w drodze do morza

Klimat równikowy, typ morski, podtyp serdeczny

Choć może wydać się to zaskakujące, to nie żółwie są główną atrakcją Derawanu.

Puszczanie latawców - ulubione zajęcie dzieci i dorosłych

Puszczanie latawców - ulubione zajęcie dzieci i dorosłych

Życie w iście wyspiarskim stylu kwitnie tu w najlepsze i wyziera z każdego kąta. W wiosce o jednej ulicy wszyscy mieszkańcy bez trudu rozpoznają nielicznych turystów, których na wyspie przebywa zazwyczaj koło 8.

W dzień łowienie ryb, po południu obowiązkowa siatkówka, a dla dzieciaków latawce.

W sobotę jeszcze lepiej. Około 16 wioska zamiera. Wszystkie 3 restauracyjki zamknięte, grille wygaszone, kioski zamknięte. W domu rybak też musi poczekać na kolację do wieczora. Gospodynie mają przerwę.

Wszystkie jak jeden mąż gromadzą się na boisku i rozpoczyna się cotygodniowa sesja siatkówki damskiej. Tu nie ma przeproś. Ściny bez pardonu, wymiany po 5-8 przebić i wszystkie zagrania na 3. Włosy stają dęba, gdy obserwuje się miejscową ligę, gdzie kobiety w wieku od 15 do 55 lat, w większości w piżamach i wszystkie na boso, z poświęceniem godnym większej sprawy walczą o każdy punkt.

Siatkarska kadra czeka

Siatkarska kadra czeka

A gdy już mamy przesyt wyspiarskiego życia (o ile to możliwe) i pływania z żółwiami, zawsze można wyskoczyć na pobliskie wyspy – Kakaban i Sangalaki, o których nie śnili nawet w National Geographic. Ale o tym w następnym odcinku..

.

A jak żółwikowi patrzy z oczu na żywo? Zobacz sam.

.

.

I tradycyjnie więcej zdjęć spod ręki wagabundowego operatora.

.

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja

.

—————————————————-

A gdy Ty, drogi Blogoczytaczu, cieszysz swe oczy niniejszym tekstem, w nowym oknie poszukując już biletów do Balikpapan na indonezyjskim Borneo, my już od jakiegoś czasu siedzimy zaszyci na Archipelagu Togean u wybrzeży Celebesu. Bez Internetu, bez prądu.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że miejsce to zapowiada się równie uroczo. Bo choć nie będzie tam żółwi (aż tyle), to rdzennymi mieszkańcami są Bajo – morscy cyganie. Zatem z kamerą wśród zwierząt przenosimy się pośród ludzi.

Pozostajemy w kontakcie.

.