Archiwa blogu

Science-fiction

Dawno dawno temu była sobie Nibylandia. Jeszcze 100 lat temu Nibylandia była zamieszkana niemal wyłącznie przez rdzennych Niblandczyków. Ale świat rozszerza się znacznie szybciej niż wszechświat i do Nibylandii zaczęli napływać imigranci. Początkowo głównie słynący z zaangażowania robotnicy z Indii sprowadzani do pracy na farmach. Z czasem Hindusi zaczęli sprowadzać rodziny. Jednocześnie w Indiach powoli zaczęła roznosić się wieść o rajskiej, niezatłoczonej Nibylandii, gdzie każdy może zrealizować swój obywatelski sen.

Przybyło jeszcze więcej Hindusów. Z czasem hinduscy imigranci zaczęli odchodzić od pracy na farmach i zajęli się tym, w czym – obok Chińczyków – są chyba najlepsi na świecie. Zaczęli otwierać małe biznesy – sklepy, sklepiki, pralnie, apteki. Mając niewątpliwą smykałkę do interesów, zaczęli także skupować i dzierżawić ziemię. W przeciwieństwie do rodowitych Niblandczyków, których myśl rzadko wybiega dalej niż za jutrzejszy obiad. W pierwszej połowie XX wieku za grosze, a często po prostu za skrzynkę piwa albo hinduskie fatałaszki imigranci wykupili lub wydzierżawili na kilkadziesiąt lat ziemię aż po horyzont.

Po wielu latach spędzonych w Nibylandii doczekali się także obywatelstwa. I prawa wyborczego.

W międzyczasie, niemal niepostrzeżenie, pielęgnując tradycyjny model rodziny 2+12 Hindusi stali się większością obywateli.

I nadszedł wreszcie rok zerowy. Głosami mniejszości, która nie wiedzieć kiedy stała się większością po raz pierwszy wybrano rząd, w którym przeważali Hindusi. I choć premierem został Dr Dobroduszny – rodowity Niblandczyk, to jasne było, że opowiadał się on za zwiększeniem przywilejów dla nowej większości.

To przepełniło kielich, a mleko wylało się wraz z kąpielą. Generał Surowy w okamgnieniu zwołał amię i wyrzucił Dr Dobrodusznego oraz cały jego hinduski rząd na pysk. Świat protestuje, Australia rwie włosy z głowy, Indie grożą bombardowaniem Niblandczyków łajnem wszystkich świętych krów, ONZ wydaje rezolucje 512 przecinek 16, a Brytyjska Wspólnota Narodów zastanawia się czy nie zawiesić niesfornego członka w prawach członka. Ale czy można wyrzucić tak ważne państwo jak Nibylandia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów? Przecież oni tak kochają rugby!

Generał Surowy nie jest jednak Generałem Samo Zło i chce tylko dobra Niblandczyków, więc wkrótce ustępuje i przechodzi na mniej eksponowane stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych, trzymając odbezpieczony pistolet w kaburze. Tysiące Hindusów sprzedają swoje sklepiki i majątki i emigrują do Australii (Nibylandia 2030??).

Tymczasem nowy rząd sporządza konstytucję gwarantującą większość w parlamencie Niblandczykom, a po kilku latach premierem w uczciwych wyborach zostaje Generał Surowy. Ale lata lecą i po niemal dekadzie premierem po raz pierwszy zostaje Hindus – Pan Szanowany. Pan Szanowany szybko kończy jak Dr Dobroduszny, a władzę znów przejmuje wojsko, dzierżąc ją twardo po sądny dzień.

Koniec.

———   * * *  ————   * * *  ————   * * *  ————–

Fikcja na żywo

Jak bardzo fikcyjna jest Nibylandia i rok zerowy?

Czy to Stany Zjednoczone 2020? Holandia 2018? Wielka Brytania 2016?

Niezupełnie. To Fidżi 2011.

Dyktatura pod palmami

Dyktatura pod palmami

W ciągu ostatnich 20 lat turystyczny raj na Pacyfiku przeżył 5 wojskowych zamachów stanu oraz kilka pomniejszych nadszarpnięć demokracji. Pierwszy przewrót odbył się już w 1987 roku. Hindusi stali się wówczas większością obywateli, a Dr Dobroduszny, a w zasadzie Dr Bavadra wyleciał ze stanowiska szybciej niż zdążył uformować hinduski rząd.

Od tamtego czasu władzę w kraju co kilka lat przejmuje wojsko, grożąc palcem, prostując sytuację i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. Co ciekawe w międzyczasie demokracja działa w miarę normalnie, więc premierzy wyrzucani na pysk skarżą się do Sądów Najwyższych i Apelacyjnych, które na zmianę przyznają im rację bądź gnają, gdzie pieprz rośnie.

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Dwa lata temu sprawy zaszły jednak za daleko, a Sąd Apelacyjny wzorem dobrze nam znanych Sądów Lusterkowych i innych Trybunałów uznał, że „wojskowy zamach stanu z 2006 roku był niekonstytucyjny”, w związku z czym trzeba jednak odwołać urzędującego wojskowego premiera.

I co? I Sąd Apelacyjny wyleciał na zbity pysk raz na zawsze, a wraz z nim WSZYSTKIE INNE SĄDY I SĘDZIOWIE. Od 2009 roku wojskowi rządzą na dobre, niczym się nie przejmując i de facto pilnując porządku.

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Niblandzka dyktatura wojskowa przeciętnemu obywatelowi w niczym nie przypomina jednak stereotypowej dyktatury. Nikomu nie dzieje się krzywda, w zamachach nikt nie ginie, Hindusi emigrują, jeśli chcą, a ci, którzy nie chcą, nadal dzierżą ok. 90% gospodarki, której to własności nikt im nie odbiera. Fidżyjczycy polityką raczej się nie interesują i spotkaliśmy tylko jednego, który miał sprecyzowane zdanie i orientował się w bieżących wydarzeniach. Skądinąd popierał on opcję wojskową, która „trzyma kraj żelazną ręką i nie pozwala imigrantom przejąć władzy w nie swoim kraju”. Wielu z nich pamięta jednak, że Hindusi wydzierżawiali setki hektarów na długie lata za naręcze ciuchów czy lampę naftową.

Jeśli chodzi o turystów, to większość nawet nie wie, że krajem rządzi wojsko. Biznes turystyczny jednoczy miejscowych chrześcijan, hindusów i muzułmanów, a pieniądz nie zna religii. Wszyscy jednogłośnie krzyczą Bula!

Ale dyktatura to jednak dyktatura. Prawda? I do tego konstytucyjne ograniczenie praw wyborczych gwarantujące jednej nacji parytet większościowy w parlamencie. Jawna dyskryminacja ze względu na rasę.

Ale czy można się Fidżyjczykom dziwić? To nie oni sprowadzili tu pierwszych Hindusów, a Brytyjczycy, którzy skolonizowawszy kraj ponad 100 lat temu zaczęli sprowadzać tanią siłę roboczą do pracy na farmach. Doprawdy trudno turyście rozstrzygać takie dylematy.

A ryby polityką się nie interesują

A ryby polityką się nie interesują

Po zamachu sprzed dwóch lat Komandor Groźny, a w zasadzie komandor Bainimarama zapowiedział, że demokratyczne wybory odbędą się „najpóźniej w 2014 roku”. Ostatnio stwierdził jednak, że w kraju panuje ład i chyba nie będzie takiej potrzeby.

Brytyjska Wspólnota Narodów ostatecznie zdecydowała się zawiesić Fidżi w prawach członka, więc najbliższy kongres nie na Pacyfiku, a najpewniej na Malediwach.

.

Reklamy

W żelaznym uścisku

Wojskowa dyktatura w Birmie to zdecydowanie najbardziej restrykcyjny dla obywateli i destrukcyjny dla kraju system z jakim się dotychczas spotkaliśmy. Militarna junta uwłaszcza się, gdzie tylko może, morduje mniejszości narodowe w połowie kraju i kradnie na potęgę, stawiając pałace generałom. Obecnie wojskowi w białych rękawiczkach udają cywilów i próbują zainstalować się w nowo powoływanych instytucjach na długie lata.

Ponad dwa razy większa od Polski Birma to największy kraj Azji Południowo-Wschodniej. Jej turystyczny potencjał zdecydowanie przyćmiewa pozostałe kraje regionu, jednak w większości pozostaje zamknięty dla świata i niewykorzystany

Ponad dwa razy większa od Polski Birma to największy kraj Azji Południowo-Wschodniej. Jej turystyczny potencjał zdecydowanie przyćmiewa pozostałe kraje regionu, jednak w większości pozostaje zamknięty dla świata i niewykorzystany

Birma to obok Indii niewątpliwie najbiedniejszy kraj Azji. Jednak o ile w Indiach, zamieszkiwanych przez ponad 1,2 mld ludzi trudno się dziwić zaistniałej sytuacji, to Birma powinna być turystycznym prymusem Azji Południowo-Wschodniej. Na północy – przednóża Himalajów wysokie niemal na 6 000 metrów, Bagan i Inle w centrum, prowincje tętniące wieloetnicznym kolorytem niemal wszędzie dookoła, a na południu najdłuższe wybrzeże Morza Andamańskiego w Azji i kilkaset razy więcej wysp niż w Tajlandii czy Malezji razem wziętych. Niestety trzy z czterech wymienionych atrakcji są całkowicie niedostępne dla turystów i pewnie jeszcze długo nie będą.

Jedno Wielkie Chinatown

Tymczasem wojskowi idą na łatwiznę i głównych przychodów kraju upatrują w rabunkowej gospodarce lasów i bogactw naturalnych, lawinowo wyprzedawanych Chińczykom. Chiny już 5 lat temu były w posiadaniu 60% gospodarki Birmy, a tylko w 2005 r. zainwestowały ponad 200 mln USD w pomoc infrastrukturalną dla tego kraju.

Jadąc z Yangonu do Kalaw przez pół dnia mijaliśmy wielki plac budowy. Powstają nowe drogi, majestatyczne pałace i zielone ogrody. Mając takiego sojusznika jak Chiny, junta niewiele sobie robi ze ścisłego embarga, jakim obłożyły ją Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Znając jednak chiński sposób strategicznego myślenia obliczony co najmniej na dziesięciolecia, Birmie można raczej tylko współczuć.

Każdy przejazd pociągu bardzo widowiskowym i zarazem strategicznym wiaduktem Gokteik jest nadzorowany przez wojskowych z karabinami

Każdy przejazd pociągu bardzo widowiskowym i zarazem strategicznym wiaduktem Gokteik jest nadzorowany przez wojskowych z karabinami

Birmańscy handlarze jadeitu, z którymi pewnego razu jechaliśmy stopem, twierdzą, że ich kraj to pierwsza na świecie Nieogłoszona Jeszcze Prowincja Chin. Drugie największe miasto w tym kraju – Mandalay przez znaczną część Birmańczyków nazywane jest po prostu Chinatown. Tymczasem na północy kraju język chiński jest już przeważający, a np. w mieście Mong La podstawową walutą rozliczeniową jest chiński yuan.

Realizując Idee Fix

Jak się jednak okazuje wielkie place budowy, które realizowane są przy jedynej turystycznej drodze, to jedynie prowadzone z bizantyjskim rozmachem mydlenie oczu zagranicznym turystom i najnowszy genialny pomysł grupy generałów – nowa stolica kraju wybudowana w szczerym polu, przeznaczona wyłącznie dla instytucji rządowych.

Relatywnie wysokie zarobki żołnierzy i gwarancja dostatniego życia kuszą wielu młodych i ambitnych Birmańczyków

Relatywnie wysokie zarobki żołnierzy i gwarancja dostatniego życia kuszą wielu młodych i ambitnych Birmańczyków

Tłumacząc się zbytnim zatłoczeniem Yangonu, wojskowi kosztem miliardów dolarów niemal na środku pustyni wybudowali wielkiego betonowego molocha – Naypyidaw. W rzeczywistości to miasto-twierdza ma prawdopodobnie uchronić ich przed ewentualnymi rewolucjami i zapobiec utracie władzy. Miasto, w którym według oficjalnych danych żyje ponad 925 tys. osób, zostało zaprojektowane wyłącznie jako siedziba państwowych urzędników i wojskowych.

Birmańska rzeczywistość zdecydowanie przerasta jednak orwellowskie i kafkowskie wizje. Według starannie zaplanowanego układu urbanistycznego wybudowano np. 1 200 czteropiętrowych budynków przeznaczonych dla urzędników ministerialnych. Przydzielane i zamieszkiwane są one zgodnie z zajmowanym stanowiskiem i stanem cywilnym. I tak na przykład w budynkach z zielonymi dachami mieszkają pracownicy Ministerstwa Rolnictwa, a w tych w kolorze niebieskim – Ministerstwa Zdrowia. Generałowie i wojskowi oczywiście w dzielnicy willowej.

Nocny przejazd z Yangonu w jakimkolwiek kierunku na północ, daje doskonałą sposobność do obserwowania tego cyrku. Podświetlane fontanny i kaskady świateł wokół pięknych willi sprawiają wrażenie birmańskiego Las Vegas.

Pomysły w stylu miasta na pustyni nie są nowością, a birmańscy wojskowi mają długą tradycję genialnej myśli strategicznej. W 1970 roku bez żadnego uprzedzenia władze postanowiły zmienić obowiązujące przepisy ruchu drogowego i z dnia na dzień ruch lewostronny, będący pozostałością po brytyjskiej kolonizacji, zastąpiono prawostronnym.

Sęk w tym, że nawet dziś większość samochodów w Birmie albo pochodzi sprzed 1970 roku, albo są to wraki sprowadzane z Tajlandii bądź Japonii – w obydwu przypadkach z kierownicą po prawej stronie. Nawet większość autobusów ma kierownicę po lewej stronie, a Birmańczycy jeżdżą i wyprzedzają, tylko okazjonalnie zwracając uwagę na nadjeżdżające z naprzeciwka pojazdy.

Zamordyzm w sieci

Internet w Birmie to dobro rzadkie i bardzo zakazane. Ministrem telekomunikacji jest syn generała, podobnie jak szefem jedynego  dystrybutora telekomunikacyjnego w kraju.

W tym ponad 50-milionowym kraju zaledwie 400 tys. korzysta z Internetu i raczej nieprędko to się zmieni. Posiadanie routera lub modemu bez rządowego zezwolenia to przestępstwo zagrożone więzieniem.

W kraju pączkują co prawda kawiarenki internetowe, w większości korzystające z serwerów proxy i umożliwiające używanie Gmaila czy Facebooka, ale wojskowi w każdej chwili mogą odciąć sieć. Tak stało się na przykład w 2007 roku podczas tzw. Szafranowej Rewolucji, czyli powstania mnichów, gdy władze wyłączyły Internet w całym kraju, twierdząc, że nastąpiło przerwanie podmorskiego kabla.

Zresztą nawet teraz Internet poza stolicą i Mandalay działa często tylko w godzinach 7-9 i 19-21.

Większość przygranicznych prowincji jest stale kontrolowana przez wojsko w obawie przez kolejnymi powstaniami

Większość przygranicznych prowincji jest stale kontrolowana przez wojsko w obawie przez kolejnymi powstaniami

Czujne oko Wielkiego Brata

Birmańczyków cechuje buddyjska cierpliwość. Ci, z którymi jeździliśmy stopem, nie ukrywali, że większość boi się kul, więc cierpliwie czekają.

Co innego mniejszości narodowe. Shan, Kayah, Kachin. Ci nie chcą czekać, a w ich prowincjach co kilka miesięcy wybuchają niewielkie powstania. Przedstawiciele tych mniejszości otwarcie mówią, że wojsko powinno pilnować granic, a nie panoszyć się im pod domem. Jednak liczba żołnierzy i jednostek wojskowych np. w prowincji Shan jest zatrważająca.

Na drogach często poustawiane są posterunki wojskowe, które skrupulatnie sprawdzają miejscowych i cierpliwie spisują turystów. Fakt faktem posterunkowi raczej generałami nie zostaną, bo np. spisując nasze paszporty w większości skupiali się na Mr Rafal, co posłusznie podpisywałem.

Podczas największych jak do tej pory protestów na rzecz demokracji, zainicjowanej przez mnichów tzw. Szafranowej Rewolucji, zginęło kilkuset mnichów, a ponad 6 tys. osób zostało aresztowanych

Podczas największych jak do tej pory protestów na rzecz demokracji, zainicjowanej przez mnichów tzw. Szafranowej Rewolucji, zginęło kilkuset mnichów, a ponad 6 tys. osób zostało aresztowanych

Jednak tajniacy pracują już dużo lepiej. Pewnego dnia w Mandalay wdaliśmy się w dłuższą dyskusję z młodym mnichem. Przypadek nierzadki, bo Birmańczycy gdy tylko mogą, chętnie ćwiczą angielski. Ten mnich jednak, korzystając z okazji, chciał również jak najwięcej dowiedzieć się o świecie i opowiedzieć nam o swoim kraju.

Był jednym z aktywnych uczestników demonstracji przeciwko juncie wojskowej 3 lata temu, a kilku z jego bliskich znajomych zostało wówczas zamordowanych. Gdy tak rozmawialiśmy już dobre 2 godziny i akurat opowiadał nam o permanentnej inwigilacji mnichów, „dwóch birmańskich turystów” właśnie postanowiło pooglądać freski bliżej nas. Ci dwaj cały czas kręcą się w pobliżu świątyni, bacznie nadstawiając ucha. Niewiele później podeszli do nas i udając szacunek wobec mnicha, wymienili z nim kilka zdań. On ze względu na swoją historię już od dawna jest na cenzurowanym, więc szybko zmieniliśmy temat.

Malowana demokracja

Tymczasem dziś Birma przechodzi transformację na naszych oczach. Pod koniec ubiegłego roku wybory wygrała nowo utworzona przez wojskowych „cywilna” partia, która jako jedyna była dopuszczona na listy wyborcze. W lutym tego roku pierwszym prezydentem tego kraju został Thein Sein – cywil, który mundur generała porzucił w kwietniu ubiegłego roku po kilkudziesięciu latach służby. Właśnie uchwalona konstytucja przewiduje, że może on pełnić stanowisko przez dwie 5-letnie kadencje.

Opozycja w Birmie praktycznie nie istnieje, a jej główna liderka – Aung San Suu Kyi 15 lat przesiedziała w areszcie domowym. Po ubiegłorocznych wyborach zakończonych przytłaczającym zwycięstwem nowej „cywilnej” partii, Suu Kyi została wypuszczona, ale czy znajdzie ona w sobie siłę, by w wieku 64 lat jeszcze raz zaczynać wszystko od zera?

To nie jest kadr z filmu z lat 30-tych, tylko tak w XXI wieku buduje się drogi w Birmie

To nie jest kadr z filmu z lat 30-tych, tylko tak w XXI wieku buduje się drogi w Birmie

Korzystając z silnej pozycji, generałowie uwłaszczają się i rozkradają kraj na potęgę. W najlepszej chłodnej okolicy pobrytyjskiego kurortu górskiego Pyin-OO-Lwin, wojskowi utworzyli prywatną strefę ogrodzoną murem, za którym powstają majestatyczne wille i pałace. Dzieci generałów oczywiście wyjeżdżają na studia do Londynu lub Ameryki.

Tymczasem większość Birmańczyków żyje w nędzy, kobiety budując drogi, noszą kamienie na głowach, a dzieci w wioskach wypalają cegły na słońcu.

.

———————————————————

A na koniec zapraszamy na film prezentujący birmańską technologię budowania dróg.

.

.

Nieusuwalne piętno

Zaledwie trzyletnie rządy Czerwonych Khmerów zakończyły się ponad 30 lat temu. Wydawać by się mogło, że tak długi czas pozwoli wyjść Kambodży z traumy. Tymczasem Czerwoni Khmerzy odcisnęli na tym kraju tak makabryczne piętno, że efekty ich rządów do dzisiaj widoczne są niemal we wszystkich aspektach życia.

Świątynia Bayon w kompleksie Angkoru to jedna z najbardziej imponujących budowli średniowiecznego Imperium Khmerów

Świątynia Bayon w kompleksie Angkoru to jedna z najbardziej imponujących budowli średniowiecznego Imperium Khmerów

dzień buddyjskich mnichów rozpoczyna się zbieraniem jałmużny w postaci jedzenia

Dzień buddyjskich mnichów rozpoczyna się zbieraniem jałmużny w postaci jedzenia wśród okolicznych mieszkańców

Kambodża powinna być jak Tajlandia. A w zasadzie lepsza. Khmerzy z natury są bardziej otwarci niż Tajowie i co najmniej równie uczynni. Kompleks świątynny Angkor Wat przyćmiewa nie tylko wszystkie inne ruiny w Azji Południowo-Wschodniej, ale przez wielu słusznie uważany jest za najbardziej majestatyczną wizytówkę starożytnej cywilizacji na świecie (wkrótce galeria na naszej stronce).

Kambodżańskie wybrzeże Zatoki Tajlandzkiej oferuje niemal identyczne atrakcje, co pocztówkowe wyspy Tajlandii, z tym że jest niemal zupełnie nieodkryte i przynajmniej 3 razy tańsze. Na północnym wschodzie mieszkają prawdziwie tradycyjne plemiona, których obyczaje nie zmieniły się od setek lat.

Co więcej po odzyskaniu niepodległości od Francji w 1953 roku Kambodża była na najlepszej drodze do zostania turystyczno-kulturalną mekką regionu. Na zdjęciach z lat 60-tych Phnom Penh kwitnie, a szerokimi ulicami śmigają nowoczesne samochody. Ale potem przyszli Oni.

Więzienie Toul Sleng utworzone na terenie zlikwidowanej szkoły w Phnom Penh stało się jednym z głównych miejsc kaźni

Więzienie Toul Sleng utworzone na terenie zlikwidowanej szkoły w Phnom Penh stało się jednym z głównych miejsc kaźni

Komunistyczna utopia

W 1975 r. po pięciu latach walk Czerwoni Khmerzy pod dowództwem Pol Pota zajęli stolicę i objęli władzę. Nie tracąc czasu, zaczęli wprowadzać nowy porządek, mając na celu utworzenie doskonałego społeczeństwa komunistycznego. Jego doskonałość miała sprowadzać się do całkowitej równości obywateli i wprowadzenia społeczeństwa agrarnego. Rok 1975 stał się Rokiem Zerowym Nowego Kalendarza i z dnia na dzień zaczęto likwidować miasta, zapędzając ludzi do pracy w polu, prowadząc przy tym masowe egzekucje. Zlikwidowano własność prywatną, zdelegalizowano pieniądze, wszystkim kazano ubierać się na czarno, a kobietom jednakowo ścięto włosy.

Trzy lata tego typu rządów doprowadziły do wymordowania ok. 25% społeczeństwa, w tym niemal całej inteligencji. Dokładna liczba zabitych i tych, którzy zginęli z głodu prawdopodobnie nigdy nie zostanie poznana i według różnych szacunków waha się między 1,5 a 2,5 mln osób.

W pobliżu Phnom Penh znajdują się Pola Śmierci, gdzie wykonywano masowe egzekucje. Jako że kule były w cenie, część więźniów mordowano z wykorzystaniem oskardów, szpikulców i innych ostrych narzędzi rolniczych wbijanych w głowę. Dzieci zabijano roztrzaskując ich ciała o drzewo.

Pod rządami Czerwonych Khmerów cała Kambodża zamieniła się w jedno wielkie Pole Śmierci

Pod rządami Czerwonych Khmerów cała Kambodża zamieniła się w jedno wielkie Pole Śmierci

Upośledzone społeczeństwo

Khmerów wyzwolili Wietnamczycy, którzy też mieli już dość podgryzania granicy przez panoszących się coraz bardziej Czerwonych Khmerów. Lata mijają, a w Kambodży gołym okiem widać, co komuniści zrobili z Kambodżańską psychiką. Mimo że inflacji nie ma w zasadzie od lat, w kraju walutą obowiązującą jest dolar. Kambodżańskie riele o wartości 4000 za 1 dolara służą w zasadzie jako waluta pomocnicza do wydawania reszty. Dla turystów to nawet wygodna sprawa – płacisz 2 dolary za obiad i dostajesz 3000 reszty.

Za dolary kupuje się wszystkie bardziej wartościowe dobra, od sprzętu elektronicznego po nieruchomości. Z nieruchomościami to też niebywała historia, bo komuniści zniszczyli niemal wszystkie dokumenty dotyczące własności sprzed Roku Zerowego, więc z początkiem lat 80-tych powracający do miast ludzie zaczęli zasiedlać wszystkie wolne domostwa. Ze względu na fakt, że wymordowano ¼ społeczeństwa, po większość budynków nie miał kto się zgłosić.

W więzieniu Toul Sleng i na pobliskich Polach Śmierci zginęło ok. 17 - 20 tys. osób

W więzieniu Toul Sleng i na pobliskich Polach Śmierci zginęło ok. 17 - 20 tys. osób

Co więcej Kambodżańczycy po dziś dzień nie ufają bankom i oszczędności lokują w nieruchomościach. W kraju, w którym nocleg w tanim hotelu kosztuje 4 dolary, ceny mieszkań są przynajmniej takie same jak w Polsce, więc ludzi w zasadzie nie stać na kupowanie domów dla siebie.

Ponadto w wyniku zniszczeń aktów urodzenia, małżeńskich itp. dokonanych przez Czerwonych Khmerów, znaczna część ludności została bez tożsamości. Pewna khmerska gospodyni, u której mieszkaliśmy na CouchSurfingu, w maju tego roku wychodzi za mąż za Australijczyka. Oprócz tego na papierze w kraju w celach podatkowo-nieruchomościowych wyszła za własnego ojca.

Szukając sprawiedliwości

Tymczasem Czerwoni Khmerzy mają się dobrze i dożywają sędziwych dni w swoich willach lub w najgorszym przypadku w aresztach domowych.

Władze twierdzą, że Pol Pot, zmarł na wygnaniu w dżungli w 1998 r. Jego śmierć nigdy nie została jednak ostatecznie potwierdzona, więc bardzo możliwe, że nadal się ukrywa. Tym bardziej, że rok 1998 stał się momentem zwrotnym dla jego współtowarzyszy, którzy masowo porzucali zużyte polityczne barwy i płynnie przyjęli nowe oblicze.

Ieng Sary - jeden z przywódców Czerwonych Khmerów został aresztowany w 2007 r. Jego proces właśnie trwa.

Ieng Sary - jeden z przywódców Czerwonych Khmerów został aresztowany w 2007 r. Jego proces właśnie trwa.

Premierem Kambodży jest obecnie Hun Sen, który zajmuje tę pozycję nieprzerwanie od 1985 roku, a w 1975 r. wraz z Pol Potem wyzwalał Phnom Penh. W październiku 2010 r. publicznie wezwał on do zaprzestania procesów Czerwonych Khmerów, które od 2001 roku powolnie prowadzi specjalny Trybunał ONZ. Hun Sen uważa, że postawienie przed sądem mniej istotnych oficerów reżimu może zagrozić pokojowi w Kambodży i zatruć panujące w kraju stosunki społeczne.

Zaledwie 3 miesiące wcześniej, w lipcu 2010 r. trybunał skazał wreszcie Kainga Gueka Eava na 35 lat więzienia. Eav znany pod pseudonimem Duch był naczelnikiem więzienia Toul Sleng, w którym bezpośrednio nadzorował zamordowanie 17-20 tys. osób w największym zakładzie reedukacyjnym w Demokratycznej Kambodży (swoją drogą to ciekawe, że wszystko co w nazwie ma Demokrację, używa tego słowa wyłącznie jako przykrywki).

Niemal w centrum stolicy znajduje się jezioro Boeung Kak. A w zasadzie do niedawna się znajdowało, bo kilka lat temu nabył je jeden z generałów i od kilku lat zwozi w to miejsce tysiące ciężarówek piasku. Osuszanie jeziora sprawia, że w trakcie pory deszczowej a także każdego innego większego deszczu ulice wokół centrum zamieniają się w rwące potoki głębokie na pół metra. W kraju, który w Indeksie Percepcji Korupcji Transparency International znajduje się na 154 miejscu, nikogo to jednak nie dziwi. A na terenie jeziora już wkrótce znajdzie się warta miliony dolarów największa w Phnom Penh działka budowlana.

Zdaje się, że żywot komunistycznych zbrodniarzy w postkomunistycznych czasach wszędzie jest podobny.

.

Z pamiętnika podróżnika – Kambodża

Ze względów socjalnych i logistycznych tym razem w Kambodży zabawiliśmy jedynie tydzień. Tym razem, ponieważ jasne jest, że po Tajlandii i Birmie wrócimy tu na dłużej, żeby spróbować zrozumieć ten arcyciekawy kraj. A póki co urywki z końca Wietnamu, środka Kambodży i początku Tajlandii.

rynek w Chau Doc15.01 – Can Tho, Chau Doc

Na śniadanie szczur. Trzeba przyznać, że bardzo dobry, choć nie aż tak jak wczorajszy wąż. Mięso lekkie i delikatne, ale raczej nie zagości w moim menu na dłużej, bo dłubaniny z kośćmi co nie miara. No i podobnie jak w przypadku węża trudno stwierdzić czy danie takie wyborne z powodu mięsa czy po prostu sposobu przyrządzenia. Również na słodko, z imbirem, chili, limonką i dalekowschodnią zieleniną.

Poza tym nic specjalnego. Trzy godziny dojazdu do Chau Doc i aklimatyzacja w nowym miejscu. Organizacja obozu, ryneczki, te sprawy.

18.01 – Phnom Penh

Przygnębiający dzień. Śladem zbrodni Czerwonych Khmerów. Muzeum Toul Sleng i Pola Śmierci. Poruszające.

Podczas 3 lat rządów Czerwonych Khmerów zginęło ok. 2-3 mln osób, czyli 25% ludności Kambodży

Ale za to wieczorem na głównym placu byliśmy świadkami niezwykłych pokazów tanecznych. Na skwerze gromadzą się liczne grupy od kilkunastu do ponad stu osób i z własnym wielkim nagłośnieniem ćwiczą muzyko-aerobik. Ot, takie tańce synchroniczne w środku miasta. Wiele grup jest naprawdę dobrych.

Dziś młoda Kambodża żyje czym innym niż przedłużające się w nieskończoność procesy Czerwonych Khmerów.

19.01 – Phnom Penh, Siem Reap

W autobusie przez 6 godzin melodramatyczne, rzewne i słodkie do bólu karaoke. Azja Południowo-Wschodnia w pełnej krasie. Po trzech godzinach nawet się wciągnęliśmy. No i iPod. Nawet trudno sobie wyobrazić, jaką frajdę sprawia słuchanie polskiej muzyki podczas tak długiej nieobecności w kraju.

mnisi buddyjscy

Za to podczas postojów na prowincji pełen folklor. Karaluchy smażone na głębokim tłuszczu i pająki w typie Tarantuli. Przyznam, że smaku karaluchów prawie nie czuć. Początkowo raczej mają teksturę i chrupkość czipsów niż jakiś określony smak. Dopiero po przeżuciu pojawia się jakaś dziwna, prawdopodobnie chitynowa, nuta smakowa – zgoła nieciekawa. No i później, przez jakieś dwie godziny nieapetycznie odbijają się wysmażone pancerzyki.

Za to pająk znacznie lepszy. Na słodko, też dobrze wysmażony, drobne owłosienie na kończynach prawie niewyczuwalne (ze specjalną dedykacją dla Mikiego filmik ze spożywania:)

Obie potrawy polecane raczej dla poszukiwaczy niecodziennych doznań niż smakoszy. Smak poprawiłem świeżym ananasem.

A cały wieczór przegadaliśmy z koleżanką z liceum, która onegdaj zaginęła w Azji. Dziś uczy tutaj angielskiego, zakochana w azjatyckim tempie życia, gdzie nie musisz mieć, żeby być. Podobnie jak wielu innych, z Cywilizacji Zachodu wygnała ją gonitwa za posiadaniem. A ściągnęły świeże kokosy, hamak i szczery uśmiech dzieci bawiących się patykiem.

21.01 – Siem Reap

Jeden z najdłuższych dni do tej pory. Angkor pochłonął nas od świtu do zmierzchu i wyjątkowo zauroczył. Najciekawsze świątynie to w naszym mniemaniu – Ta Phrom, gdzie dżungla upomniała się o swoje dziedzictwo i bezwzględnie odbiera sobie należną ziemię oraz Bayon – w pełni pokazująca majestat i potęgę Imperium Khmerów, gdzie 216 kilkumetrowych twarzy Buddy dumnie patrzy na 2 miliony turystów rocznie.

Świątynia Ta Phrom dzięki Tomb Raiderowi nazywana również Świątynią Angeliny Jolie

W jednej ze świątyń zagadnął nas tajski mnich, też tutaj turystycznie i równie jak my urzeczony. Przegadaliśmy szmat czasu, zgłębiając tajniki klasztornego życia, religii i tajskiej codzienności. Doskonały prognostyk przed rozpoczynającą się już jutro tajską przygodą.

Jednak najbardziej poruszającą rozmowę przeżyliśmy wieczorem w restauracji. Okazało się, że obsługujący nas 20-letni kelner pracuje w Siem Reap, żeby zarobić na szkołę i jednocześnie utrzymuje rodzinę na wsi. Wydawać by się mogło, że historia jakich wiele, bo niemal wszędzie w Azji edukacja jest płatna i najczęściej bardzo droga. Rozmowa zaczęła się niewinnie, bo chłopak chciał się po prostu dowiedzieć, ile może kosztować niewielki laptop – taki jak nasz. W tym roku skończy liceum i chciałby uczyć się dalej. Ma jednak nikłe szanse na uzbieranie 50 USD miesięcznie na opłacenie studiów. Jego wymarzonym kierunkiem byłaby informatyka, stąd marzenia o komputerze, którego prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie miał. Póki co stara się wysyłać pieniądze rodzinie na wsi.

Problemy dnia codziennego mieszkańców Azji nie są wydumane. Szczere, radosne, lecz mimo wszystko zatroskane oczy tego chłopaka zostaną z nami chyba na zawsze.

Ile wart jest jeden dolar?

23.01 – Bangkok

Dziś Pałac Królewski i ping pong show.

Dzielnica „czerwonych latarni” Patpong stała się jednak czymś na kształt cyrku dla turystów, gdzie po zmroku ściągają setki spragnionych wrażeń obcokrajowców. Tajowie tymczasem golą ich aż miło. Prawdziwe kluby „tajskiego masażu” poprzenosiły się najprawdopodobniej w inne okolice, a na Patpongu naciąganie trwa w najlepsze. Naprawdę ciężko nie paść ofiarą jakiegoś przekrętu. Nam się nie udało.

Chętni zobaczyć ping pong show, czyli partyjkę pingla z waginą ściągają w szemrane rejony, gdzie wprawieni naciągacze zawyżają rachunki i zaciągają naiwnych turyściaków do podstawionych melin wyspecjalizowanych raczej w przekrętach niż w go-go.

A pałac jak to pałac – imponujący. Dziewczyny powalił na kolana – a mnie średnio, bo było gorąco i kazali założyć mi długie spodnie.

(Uwaga redaktorska – sczytanie prototypu pamiętnika przez tym razem czworo damskich oczu, zaowocowało buntem wobec niewystarczającego majestatu pałacu. A zatem:).

Pałac jest niewybrednie majestatyczny. Niemal wszystkie wieżyczki, stupy i świątynie zdobione są szczerym złotem. Ich majestat onieśmiela nawet największych laików, a majestatyczne dekoracje, skądinąd wszystkie z mozołem ręcznie wykonane, powalają swoim majestatem. No i kazały jeszcze dopisać o złocie. Złoto, złoto, złoto. Warto zabrać okulary. Naprawdę.

demony z tajskiej mitologii strzegą pałacu, a jeśli coś ukradniesz, będą Cię prześladować w nocy

Ciekawostka: Szmaragdowy Budda, znajdujący się w głównej świątyni pałacu, wykonany z jednego kawałka jadeitu (nota bene naprawdę ciekawa historia, o której warto więcej poczytać) w ciągu roku przyobdziewany jest w trzy różne ubranka – na lato, zimę i porę deszczową. Jako że obecnie trwa tajska zima i mamy zaledwie 32 st. Celsjusza, Budda obleczony jest szczerozłotym kubraczkiem, żeby nie zmarzł.

24.01 – Bangkok

Relaks. Parki, ambasada Birmy (mówiłem już, że w lutym lecimy na miesiąc do Birmy?), straganowe przysmaki, itp.

Informacja dnia – dziewczyny zakupiły niezłe bransoletki.

Z innej beczki – kubełki tajskiej whiskey z colą (25 zł) to świetny wynalazek. I pomagają pisać pamiętnik.

w ferworze walki z myślami podczas procesu twórczego

Informacja dnia 2 – w Parku Lumphini w jeziorach pływają półtorametrowe legwany, dwucentymetrowe mrówki gryzą do krwi, a Tajowie grają w takraw, czyli siatkonogę – najbardziej widowiskowy sport, jaki udało nam się do tej pory zaobserwować.

bardzo popularny w Tajlandii takraw, czyli siatkonoga (mają tu nawet mistrzostwa)

.

P.S. Zapraszamy do galerii z Angkoru.

Angkor, Kambodża

P.P.S. Udało nam się również wrzucić w eter filmik z delty Mekongu zawierający m.in. relację z farmy pangi na rzece – do obejrzenia w poprzednim wpisie.

.

Totalna militaryzacja

5-6 lat – tyle mniej więcej życia poświęca przeciętny Izraelczyk na służbę w armii. Do tego doliczyć należy od pół do jednego roku, które po wyjściu z wojska młodzi ludzie przeznaczają na wyjazd do Indii bądź na Daleki Wschód, aby odreagować przeżyty stres.

Żołnierz izraelski

Służba wojskowa w tym kraju jest obowiązkowa. Rozpoczyna się w wieku 18 lat i trwa 3 lata dla mężczyzn i 2 lata dla kobiet. Przygoda z wojskiem nie kończy się jednak w wieku 21-22 lat. Po odbyciu służby wojskowej wszyscy obywatele pozostają w rezerwie do ukończenia 50 lat i odbywają regularne szkolenia wojskowe średnio przez 1 miesiąc w roku.

Szkolenia te nie mają charakteru ciągłego, a mogą przybierać formę nawet kilkudniowych treningów przeplatanych regularną pracą. Na czas służby wojskowej rekruci otrzymują zwolnienia z pracy i żołd wyższy nawet od ich normalnego wynagrodzenia, a pracodawca nie może ich za taką nieobecność zwolnić.

I tak Eran, który studiuje w Jerozolimie, w tym roku odbył już jedno dwutygodniowe szkolenie na pustyni Negev w marcu, w przyszłym tygodniu wybiera się do wojska na kolejne 2 dni, a w październiku jeszcze na tydzień.

Wojsko nie bajka

Taki układ tegorocznych szkoleń bardzo go cieszy, bo przynajmniej nie został oddelegowany do strefy Gazy ani na Zachodni Brzeg. Właśnie stacjonowanie na posterunkach drogowych w Autonomii Palestyńskiej Eran wspomina najgorzej. Ich nieodłącznym elementem jest obcesowe traktowanie Palestyńczyków, których tereny Izrael okupuje od 1967 r. Rutynowe przeszukania, zatrzymywanie samochodów, wyciąganie ludzi z autobusów jadących do Jerozolimy i innych większych miast to codzienność 18 i 19 latków oddelegowanych do służby na terytoriach okupowanych.

Żołnierz izraelski

Żołnierz izraelski

Roi, student archeologii w Jerozolimie, wspomina, że w tak młodym wieku łatwiej wykonywać rozkazy i służyć w Autonomii Palestyńskiej. Teraz niejednokrotnie zastanawia się czy dziś byłby w stanie stacjonować na terenach palestyńskich, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat temu.

Sami mieliśmy okazję najlepiej przekonać się jak wygląda codzienność pracy na posterunkach, podróżując arabskim autobusem z palestyńskich przedmieść Abu Dis do Wschodniej Jerozolimy i po Zachodnim Brzegu. Z autobusu niemal za każdym razem zatrzymywano kilku Palestyńczyków, kierując się widzimisię żołnierzy, a i nas zostawiano w spokoju dopiero po okazaniu polskich paszportów.

Indie albo pustelnia

Nic dziwnego, że po zakończeniu służby wojskowej większość Izraelczyków zmienia klimat, aby odpocząć od codzienności. Noa przez trzy miesiące podróżowała po Indiach, odwiedzając joginów. Roi półtora roku spędził w Azji Centralnej, przemierzając stepy i góry od Kirgistanu i Tadżykistanu po Turcję. Muli, który nad eskapady geograficzne przedkłada podróże duchowe przez rok pracował na farmie, hodując alpaki, żyjąc niemal jak eremita na pustyni Negev. Yonatan wybrał się do Indonezji, a niemal 40-letni dziś Morry, przemierzał Amerykę Południową na początku lat 90.

Co ciekawe, zdecydowana większość młodych Izraelczyków, których spotkaliśmy, zdecydowanie opowiada się za zakończeniem konfliktu i przekazaniem terytoriów okupowanych Palestyńczykom. Niestety, jak sami przyznają, w najbliższych latach nie ma co nawet liczyć na taki obrót spraw – przynajmniej dopóki krajem rządzą jastrzębie spod znaku Benjamina Netanjahu (więcej o konflikcie izraelsko-palestyńskim i odczuciach obu stron na ten temat w kolejnym wpisie już wkrótce).

Tymczasem na zakończenie piosenka. Jak zwykle ponadczasowy – Kult.

.