Archiwa blogu

Trzy kolory: Niebieski

Niedawno stuknęło nam kolejne pół roku w drodze, więc dziś nieco taniego sentymentu i uchylenie rąbka tajemnicy z życia za kulisami podróży dookoła świata.

Czy nie nudzą nas te piękne miejsca? Czy wciąż robią na nas wrażenie cuda świata, które spotykamy na swojej drodze? Czy emocje z nimi związane nie rozwadniają się w natłoku wrażeń? Jak znaleźć w sobie motywację, by wciąż podróżować z pasją?

Faktycznie trzeba przyznać, że natłok wrażeń potrafi przytłoczyć. W długiej podróży niewątpliwie zmniejsza się tolerancja na piękno i niezwykłe miejsca. Ale co zauważyliśmy już dawno, wówczas ludzie wychodzą na pierwszy plan, a ten czynnik prawie w ogóle się nie dewaluuje. A podróżując tak jak my to robimy, często na stopa, włócząc się po przypadkowych miejscach, nierzadko zostając gdzieś nieco dłużej, od czasu do czasu na CouchSurfingu, na swojej drodze spotykamy tak wielu niezwykłych ludzi, że to zawsze robi wrażenie.

Czasem aż dziw bierze, jakie ludzie obierają sobie drogi życiowe. Kilka dni temu jechaliśmy z 19-letnim (!!!) Niemcem, który po odbyciu służby wojskowej, przed decyzją o studiach ruszył w świat, zamieszkał przez pół roku w kibucu w Izraelu, a ostatnio już od kilku miesięcy pracuje w Patagonii jako poganiacz koni w wielkiej posiadłości ziemskiej dla turystów u podnóża Andów. I zostanie tam jeszcze pewnie z pół roku. Kilka dni później wracając z podpatrywania orek na Półwyspie Valdez poznaliśmy dziewczynę, skądinąd też Niemkę, która zajmuje się projektowaniem oświetlenia w teatrach, a raz na jakiś czas wypada w świat na miesiąc czy dwa. Czy ktoś w ogóle słyszał o projektowaniu oświetlenia dla teatrów??

Na kilkakrotnie wywoływanym już Półwyspie Valdes poznaliśmy Ingrid Visser, której życie i pasja do badania orek tak nas zafascynowała, że musimy jeszcze o niej napisać w oddzielnym wpisie.

Pędzenie od atrakcji do atrakcji wyszło nam bokami już w drugim miesiącu podróży, czyli gdzieś w Nepalu. W Azji mocno pchała nas jeszcze do przodu odmienność kulturowa i całkowite zaskoczenia, z którymi spotykaliśmy się średnio co kilka dni. Ale wkrótce zaczęliśmy podróżować dużo wolniej i choć nadal przemieszczając się w zasadzie w kierunku mniejszych bądź większych atrakcji turystycznych, to jednak nie one stały się osią podróży, a właśnie to co pomiędzy nimi. Dziś w naszych historiach i pamięci, to te niecodzienne przeżycia powracają najczęściej, a nie tajskie świątynie, wulkany Indonezji czy fiordy Nowej Zelandii.

Ale oczywiście ani żadne cuda natury, ani ludzie, ani w ogóle nic innego nie jest w stanie sprawić, byśmy nie tęsknili za krajem, rodziną i znajomymi. Oczywiście, że mamy ochotę wrócić i niemal co drugi dzień rozmawiamy o tym, jak fajnie byłoby usiąść na kanapie u rodziców, zjeść ciasto czy napić się piwka z braćmi przy meczyku. Odwiedzić znajomych, spotkać się z kumplem i porozmawiać o imponderabiliach.

Kilka dni temu w podróży zastały nas już trzecie duże święta z rzędu. Tym razem były one o tyle wyjątkowe, że nie było w ogóle wyjątkowo, a wielkanocny poranek spędziliśmy na stacji benzynowej, przemierzając bezkresną Argentynę.

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Pedały w drogę

Fajnie się podróżuje, to fakt. Ale kto podróżował po świecie więcej niż 2-3 miesiące non-stop, wie, że raz na jakiś czas w podróży dobre są zmiany. Po niemal roku spędzonym w Azji jak świeża morska bryza podziałał na nas 4-miesięczny rejs po Pacyfiku. Następnie równie ciekawą odmianą był własny dom na kółkach w Nowej Zelandii przez dwa miesiące.

Ostatnio w Ameryce Południowej przez ponad 2 miesiące poruszaliśmy się stopem i fajnie było odświeżyć autostopowe emocje z Tajlandii, Laosu czy Malezji. Ale stop potrafi męczyć. Trzeba przyznać, że w większości samochodowych rozmów nie wychodzi się poza utarty schemat podróżniczo-rodzinny.

Przez jakiś czas w Patagonii na poważnie rozważaliśmy kupno koni. Jednocześnie w tejże Patagonii napatrzyliśmy się na prawdziwych hardkorowców pedałujących przy huraganowym wietrze, w deszczu czy mrozie i początkowo trochę pukaliśmy się w głowę. Ale wkrótce pomysł mocno dojrzał i postanowiliśmy, że z Buenos Aires, ewentualnie Paragwaju wyruszymy na dwóch kółkach aż do Kolumbii.

Więc miało być dosyć tej gejowizny i miała zacząć się Nowa Era. Era Pedałów. I pewnie na dobre już by się zaczęła, gdybyśmy nie postanowili zamieszkać przez jakiś czas w delcie Parany. Zatem kilka tygodni przygotowań i rozmyślania na temat rowerowej eskapady odkładamy na półkę, bo ostatnio nakręciliśmy się bardzo na pobyty stacjonarne. Już nie możemy doczekać się rozstania z cywilizowaną Ameryką Południową i poznawania życia na wyżynach Boliwii czy w kotlinach Peru.

Mieć czy być

Odkąd Fromm zastanawiał się nad jednym z najważniejszych pytań dotyczących naszej egzystencji, niewiele się zmieniło. Podróż przez skrajności poszczególnych kontynentów pozwala czasem spojrzeć na te rzeczy z dystansu. Cztery miesiące na Pacyfiku wśród roześmianych dzieciaków bawiących się w wioskach i ludzi, którzy często nie posiadali nic więcej niż podarta koszulka na plecach dało nam do myślenia, gdy dotarliśmy do Auckland i innych dużych miast.

Szczególnie szokujące wrażenie zrobiła na nas Ushuaia owiana sławą miasta na końcu świata. W centrach handlowych tłumy biegają w poszukiwaniu rzeczy, których nie potrzebują. Ze sklepowych wystaw wylewają się przedmioty, nie warte nawet ćwierci swej ceny. Ktoś pędzi z nowym płaszczem niemal w tym samym kolorze, co przed rokiem. Automat muzyczny drze się wniebogłosy. Na najwyższym piętrze rozwrzeszczane dzieciaki wciągają hamburgery i walą krzesłem o podłogę.

Kilka lat temu Francuska ZAZ śpiewała „Chcę miłości, radości i dobrego humoru. To nie pieniądze uczynią mnie szczęśliwą. Zostaw swoje uprzedzenia i chodźmy razem poszukać wolności”. Czy się z nią zgadzamy? Chyba jeszcze nie jesteśmy pewni. Ale nadal szukamy.

Czy ja to ja?

Niby to jasne jak dwa razy dwa. Ale jakiś czas temu włączam komputer, aktualizuje się Picasa i co widzę? Genialny Google pokazuje nam 800-900 zdjęć i pyta czy my to my. Jak on rozpoznał tego kolesia? Do normalnego życia wrócić będzie pewnie wyjątkowo ciężko. Bo tak jak zmienił się na przykład mój wygląd, równie bardzo zmieniła się zapewne nasza psychika.

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

Pamiętacie jeszcze Fernanda? Gdy podróżowaliśmy z nim przez Patagonię niemal tydzień, ni z tego ni z owego zaskoczył nas takim pytaniem:

– Gdybyście jednym zdaniem mieli podsumować waszą półtoraroczną podróż, to co by to było?

– Najlepsza decyzja w naszym życiu – wypaliłem na szybko.

– Podróż uczyniła nas wolnymi – odparła bez zastanowienia Najlepsza z Żon.

I aż mnie zatkało. Bo wtedy to do mnie dotarło. Rozmowa ta miała miejsce już niemal półtora miesiąca temu, ale genialne zdanie mojej żony co dzień dzwoni mi w uszach.

.

I jak co pół roku, filmik:
.

.

Reklamy

Szczęśliwego Nowego Roku

Rok, nie wyrok, jak zapewne pomyślała Aleksandra Jakubowska, wysłuchawszy werdyktu w sprawie Afery Rywina (której przecież nie było).

Rok, dwa, a może pięć?

Rok, dwa, a może pięć?

My też lecimy tym tropem i po roku podróży jesteśmy jeszcze w szczerym polu błękitnego oceanu. Nie dość, że nie udało nam się nawet dotrzeć do linii zmiany daty, to od kilku tygodni wręcz zaczęliśmy się cofać.

Po sześciu tygodniach oceanicznej przygody dobrnęliśmy do Espiritu Santo – największej wyspy Vanuatu. Tym samym zbliżamy się do północnych peryferii kraju, a przed nami już za kilka dni na horyzoncie powinny ukazać się najbardziej niedostępne archipelagi Banksa i Torresa.

Bezkresnego przestwór oceanu

Tymczasem przemierzamy kolejne wyspy, a żeglowanie spodobało nam się znacznie bardziej niż się spodziewaliśmy. Kilka dni temu snorklowaliśmy z dugongami na Epi, przedwczoraj naszej łodzi na oceanie znów towarzyszyły delfiny, a jutro wybieramy się na Million Dollar Point – zatokę, w której po II Wojnie Światowej Amerykanie zatopili setki pojazdów opancerzonych i tony sprzętu wojskowego, którego nikt nie chciał od nich kupić.

Cieszymy się więc każdym dniem, dopływamy w zupełnie nieodwiedzane rejony i spotykamy lokalnych mieszkańców, którzy są jednymi z najbardziej otwartych i niesamowitych ludzi, jakich odwiedziliśmy.

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Właśnie dzisiaj przedłużamy 30-dniową wizę do Vanuatu, która okazała się zdecydowanie zbyt krótka dla naszego Freestyle’u. Zostaniemy tu przynajmniej jeszcze kilka tygodni, a następnie ruszamy na Wyspy Salomona, które zdają się być jeszcze bardziej rozproszone po oceanie, jeszcze bardziej oddalone od cywilizacji i jeszcze rzadziej odwiedzane. Żeglować będziemy zatem przynajmniej do połowy listopada, a kto wie, co potem.

Czas wyborów

Jak zapewne wiecie, nadchodzi czas wyborów. I to wyborów nie byle jakich.

Nasz kapitan płynie do Zjednoczonych Stanów Mikronezji, państwa, o którym nie słyszała nawet większość pasjonatów geografii. Na horyzoncie stany Pohnpei i Chuuk (zobacz na mapie), wspaniałe atole na środku Pacyfiku z dziesiątkami japońskich samolotów zestrzelonych w czasie II Wojny Światowej spoczywających w lagunach. A następnie wyspy Yap, prawdopodobnie ostatnie już miejsce na Pacyfiku, gdzie mieszkańcy nadal chodzą w spódniczkach z trawy, a kobiety dumnie odsłaniają piersi.

Entliczek, pentliczek...

Entliczek, pentliczek...

Tymczasem już namówiliśmy naszego kapitana na Filipiny, na których można by przeczekać sezon cyklonów przez 2-3 miesiące na początku przyszłego roku. Tym samym do Japonii i dalej na Alaskę zamiast przez amerykański Guam wybralibyśmy się przez nieco już nam znany raj na ziemi. Więc kto wie czy zamiast dookoła świata, za kilka miesięcy nie wrócimy znowu do Azji.

Problem tylko w tym, ze wówczas nie odwiedzilibyśmy Nowej Zelandii i Ameryki Południowej. Więc takie oto mamy obecnie dylematy – żeglować w niezbadane czy jechać dookoła świata? Wysiąść na Salomonach i próbować złapać kolejny jachtostop do Australii czy brać to co najlepsze na Pacyfiku??

Głos w tej kluczowej sprawie musimy oddać gdzieś do połowy listopada.

Pół roku w rozkroku

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, pierwsze półrocze upłynęło nam od Indii do Laosu. Już po kilku miesiącach i nieplanowanych odskokach na Filipiny czy do Birmy, plan powoli zaczął się sypać.

Fidżi inspiruje

Fidżi inspiruje

Jednak odkąd sześć miesięcy temu przejechaliśmy cały Laos stopem, nasza podróż wkroczyła w zupełnie nowy rozdział. Przez kolejne 2 miesiące pokonaliśmy stopem Tajlandię, Malezję i Borneo, wielokrotnie lądując u naszych dobroczyńców w domach. Równo trzy miesiące spędziliśmy następnie w Indonezji, wspinając się na wulkany, nurkując z mantami czy pomieszkując z morskimi cyganami Bajo, już zupełnie tracąc z oczu zakładany czas podróży. To właśnie wtedy zapadła też ostateczna decyzja, żeby kontynuować podróż bez daty powrotu przynajmniej przez kolejny rok.

Pan i Władca na krańcu świata

Pan i Władca na krańcu świata

Księżycowe krajobrazy Jawy, bezkresne plantacje herbaty Cameron Highlands, nurkowanie w zupie rybnej na Komodo, roześmiane wioski Akha, najlepsza kuchnia świata w Tajlandii, kopalnie siarki w kraterze wulkanu, sterylne miasto przyszłości w Singapurze, oko w oko z żółwiami morskimi na Derawanie, życie w dobrobycie w australijskim stylu, no i jacht. Oceaniczna przygoda, nauka żeglowania, dzikie wyspy i szum oceanu wprowadzają nas w kolejny rok podróży.

Duchowo drugie półrocze też przyniosło sporo nowości. Kupowaliśmy już niemal bilety powrotne do Polski, rozważaliśmy czy nie osiąść na indonezyjskiej wyspie, chcieliśmy przeprowadzać się do Australii, a obecnie kombinujemy, jak zorganizować kilkaset tysięcy, żeby czym prędzej nabyć piękne pływające cacko oceaniczne.

Korzystając zatem z okazji, chcieliśmy złożyć sobie najserdeczniejsze życzenia z okazji pierwszej rocznicy w podróży dookoła świata (półkuli wschodniej??).

I Szczęśliwego Nowego Roku! Amen.

.

———————————————————-

Podczas oceanicznych wieczorów udało nam się także skompilować kolejną superprodukcję pod hasłem Wyszperane z Naszego Wciąż Puchnącego Dysku, czyli materiały nigdy dotąd nie publikowane.

Czuwaj!

.

.

Z pamiętnika podróżnika – Enter Sandman

Tajskie wyspy leżą i kwiczą, a malajskie plaże ze wstydu zapadły się pod wodę. Enter Sandman, czyli bajki o Togeanach ciąg dalszy.

życie codzienne w wiosce BajoŚroda – dzień 9

Dziś po raz pierwszy wybraliśmy się wreszcie na drugi koniec plaży. Rzadko zdarza się, byśmy nie zeksplorowali naszego najbliższego otoczenia już pierwszego dnia, ale tu wszystko biegnie niecodziennym torem. Przynajmniej wreszcie mamy jakieś zdjęcia z naszego raju.

Okazuje się również, że wewnątrz wyspy szarżują tukany. Te piękne ptaki niedawno widzieliśmy co prawda w Parku Narodowym Lore Lindu, ale są tak imponujące, że dziś znowu wybraliśmy się, by je podglądać.

I posłuchać. Tukanie tukana przypomina raczej szczekanie psa, a ptak ten jest tak duży i ciężki, że gdy leci, słychać jak łopocze pod nim powietrze.

W wodzie też nieprzeciętne akcje. Pełnia księżyca, więc ryby, jak zwykle w takim przypadku, się pochowały. Snorklowanie na Ścianie Taipi fantastyczne, ale ani ja ani Aka nic nie złowiliśmy. Wieczorny połów z łodzi też po raz pierwszy na pusto. Na obiad i kolację ryż z jajkiem i ogórkiem. Fantastyczne uczucie. Jestem przekonany, że jutro będziemy bardziej zdeterminowani.

Tymczasem jubilerska pasja rozwinęła się zaskakująco, a Paula wpadła wręcz w perłowy szał. Zanosi się, że wyjedzie bogatsza o 6 naszyjników i 2 bransoletki. Ja zatrzymałem się na 2+1 (wmawiam sobie, że będę miał na wymianę na Papui).

Mój skarbie...

Mój skarbie...

Czwartek – dzień 10

Mimo zakładanego skąpstwa, po 10 dniach niemal zerowych kosztów jednak się złamaliśmy i szarpnęliśmy po dwie stówy na nurkowanie.

Przed przyjazdem tutaj, usłyszeliśmy kilkakrotnie, że na Togeanach nurkuje się dla korali, a nie dla ryb. Traktowaliśmy to jako wymówkę na fakt, że nie ma tu szans na dużego zwierza i nie planowaliśmy tu nurkować. I błąd.

Koralowce są tu nawet piękniejsze niż w Egipcie, co dotychczas wydawało nam się niemożliwe. Dużego zwierza też wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Na wulkanicznej Una-Una pływaliśmy z grupami wielkich karanksów i żółwiami, a barakudy śmiało śmigały nieopodal.

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Koniec i bomba, a kto nie pływał ten trąba

Nie wszystko jest jednak takie piękne, jak wygląda. Nawet Togeany mają smutne tajemnice. Wieczorne rozmowy przy araku – lokalnym alkoholu pędzonym z palmy, po raz pierwszy przyniosły gorzki wątek. Okazuje się, że pod koniec lat 90-tych, gdy śladowa turystyka niemal zupełnie zanikła w wyniku zamieszek na Celebesie, na wyspę ściągnęli rybaccy oportuniści.

Chińska machina, wiecznie głodna i łaknąca wszystkiego, co zagrożone wymarciem, trafiła i na Togeany. Przybyła w poszukiwaniu napoleona, rekinów i innych szlachetnych ryb, których dziś już tu prawie nie ma. Oprócz ryb, ofiarą padli również Bajo. Naturalnym nurkom, od wieków łowiącym na wstrzymanym oddechu, zaproponowano nową technikę – połowów z kompresorem.

Oczywiście nikt słowem nie wspomniał o chorobie kesonowej, niebezpieczeństwie przebywania na głębokościach i szybkim wynurzaniu. Aka przez kilka lat pracował po kilka godzin dziennie na kilkunastu, kilkudziesięciu metrach, podłączony do kompresora na łodzi. Dziś ten 38-letni mężczyzna wygląda na ponad 50 lat i cały czas ma problemy ze stawami.

Choć jak sam mówi i tak miał więcej szczęścia niż wielu jego przyjaciół, których na zawsze zabrało morze. Co najmniej kilkadziesiąt osób. I to tylko z okolicznych wiosek.

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Chodź tu gagatku. Dzisiaj na kolację na pewno nie jem suchego ryżu

Sobota – dzień 12

Dziś obciąłem paznokcie po raz drugi odkąd jesteśmy na Kadidiri. To pierwsza taka operacja w jednym miejscu odkąd wyruszyliśmy 9 miesięcy temu. Pora się zbierać.

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Mistrz Piętaszek i jego uczeń Robinson

Tylko jak znaleźć w sobie motywację, gdy kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. Dziś upolowałem dwie przepiękne, całkiem spore ryby na naszej Ścianie. Nadal jest to śmieszny łup przy tym, co złapał Aka, ale postępy widać gołym okiem.

Jutro znowu odpływa prom na stały ląd. Czuję, że jeśli nie wyjedziemy tym razem, zostaniemy tutaj na zawsze.

Wieczorem zapowiada się kolejna już nasza impreza pożegnalna przy ognisku. Może uda się spoić wszystkich arakiem, lecz tym razem dla odmiany wyjechać wreszcie pod przykryciem poalkoholowej mgły.

.

——————————————————

A jak wygląda podwodne polowanie w wykonaniu cyganów Bajo? Przekonaj się sam.

.

.

I jeszcze kilka zdjęć z podwodnego Celebesu:

.

Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Z orbity w mikrokosmos

Dziś krótka piłka. Niewiele słów, dużo treści i obrazu. Nieopodal magicznego Derawanu znajduje się kolejny cud natury, który może przyprawić o zawrót głowy. To miejsce to Kakaban – jezioro meduz.

Jezioro to, żywcem wyjęte z National Geographic, zajmuje niemal całą wysepkę oceaniczną, gdzie w skutek niebywałego odcięcia od świata i braku drapieżników, meduzy utraciły parzydełka i beztrosko hasają po słonych wodach jeziora. Można się z nimi bawić, podpatrywać i do woli podziwiać dostojne ruchy. Widok niesamowity przywodzący na myśl satelity orbitujące w kosmicznej próżni.

Zresztą niech przemówią obrazy.

.

.

I pomyśleć tylko, że nasza wycieczka na Kakaban była tylko w połowie udana. Tuż obok znajduje się inna Tajemnicza Wyspa, rodem z Juliusa Verne’a. To Sangalaki, gdzie niemal co drugi dzień ławice kilkumetrowych mant olbrzymich przypływają na płytkie wody jak do myjni, dać się czyścić miejscowym rybom.

My na nieszczęście trafiliśmy na ten Co Drugi Dzień, ale choć po mantach nie było śladu, snorklowanie wokół kolejnej Wyspy Żółwiej i Jezioro Meduz były wystarczającą nagrodą.

A więcej zdjęć z jeziora meduz możecie obejrzeć tutaj.

.

Kakaban, Borneo, Indonezja

.

—————————————————-

Równik po raz pierwszy

Borneo, szczególnie indonezyjskie, zauroczyło nas nieprzeciętnie. W mdłej, zindustrializowanej i zbytnio cywilizowanej Malezji kontynentalnej nierzadko nachodziły nas myśli o powrocie do kraju. Borneo trafiło jednak w czuły punkt, bez pardonu wdzierając się do czołówki naszych ulubionych miejsc i na trwałe moszcząc sobie miejsce gdzieś pomiędzy Nepalem a Filipinami.

Oprócz orangutanów, żółwi, rekinów, małp długonosych, niezapomnianych przejazdów stopem czy pierwszego podczas tej podróży przekraczania równika, najsilniej wryło nam się w pamięć przedzieranie przez indonezyjską część wyspy – Kalimantan. Przejazd z Berau do Samarindy to historia na pół książki, a nie wpis. Autobus, którym mieliśmy jechać 18 godzin, stał się naszym domem na 3 dni i 2 noce.

Równikowe deszcze rozmoczyły leśne dukty udające drogi, tworząc metrowe rowy i koleiny, w których kolejno utykaliśmy. Wyciąganie autobusu za linę w środku nocy, gotowanie jajek w ognisku pod ciężarówkami czy dwie noce spędzone w rowie mocno zżyły nas z okoliczną ludnością i indonezyjskimi tirowcami, z którymi związał nas los.

Jednym słowem – Borneo, o jakim marzyliśmy.

A niektórzy naiwni wierzą, że Indonezyjczycy z Borneo są niezbyt mili...

A niektórzy naiwni wierzą, że Indonezyjczycy z Borneo są niezbyt mili...

Zatem mimo przejściowych rozważań o powrocie, ku rozpaczy rodziny, jedynie spod uśmiechniętego wąsa okazjonalnie śledzącej nasze poczynania, kontynuujemy eskapadę. Co więcej, przygody takie jak rzeczony przejazd autobusem i nocowanie w borneańskich rowach natchnęły nas kolejną genialną myślą.

Jedziemy na Papuę – etnicznie jedno z najbardziej różnorodnych miejsc na Ziemi, same w sobie będące mikrokosmosem. To tu w części nowo-gwinejskiej mówi się w ponad 800 językach. Z kolei w części indonezyjskiej niektóre doliny górskie zostały odkryte przez białych ludzi dopiero w latach 40-tych i 50-tych, a ich mieszkańcy posługiwali się wówczas narzędziami z epoki kamienia łupanego. Tam nas potrzeba.

.

W żółwim tempie

Rajska plaża, setki żółwi gniazdujących na wyspie i żerujących w okolicznych wodach, ulica rodem z Dzikiego Zachodu oraz jedna jedyna wioska rybacka, w której życie płynie niemal jak przed wiekami. A wszystko to na wyspie, którą można obejść dookoła w niecałą godzinę.

Kilka drobnych skaleczen, zastrzyk adrenaliny na 8 metrach i oto jest - pierwszy osobiście zerwany kokos

Kilka drobnych skaleczen, zastrzyk adrenaliny na 8 metrach i oto jest - pierwszy osobiście zerwany kokos

Derawan przyćmił niemal wszystko do tej pory. Nie powiem, oczekiwania wobec Indonezji mieliśmy spore. Ale to co dostaliśmy już w ramach pierwszego uderzenia na Borneo, okazało się niemal nokautujące.

Morski wypas

Okolice Derawanu to żółwiowa stolica Koralowego Trójkąta. Tu oraz na pobliskiej Wyspie Sangalaki znajdują się jedne z największych i skupiska gniazdowania żółwi zielonych. A warto wiedzieć, że te morskie olbrzymy, osiągające nawet 2 metry długości, zawsze bezbłędnie wracają na plażę, na której przyszły na świat. I czynią to, mimo że w ciągu całego nierzadko ponad stuletniego życia przemierzają dziesiątki tysięcy kilometrów od Azji po Ameryki.

Delektując się urokami nurkowania i snorklowania w towarzystwie żółwi w okolicy Sipadanu w Malezji, nie mogliśmy wyjść z podziwu dla tych zwierząt. Majestatyczne, ogromne, a jednocześnie niesłychanie zwinne i potrafiące w pół sekundy momentalnie przyspieszyć i zniknąć nam z oczu.

Na Derawanie przyrodnicze pasje mogliśmy zaspokajać bez końca. Tutaj najwięcej żółwi ściąga nie na rafy, ale na płyciutkie, półtora i dwumetrowe wody, gdzie wypasają się na podmorskich łąkach. Początkowo nieśmiałe, czasem płochliwe, nie dają podejść do siebie zbyt blisko.

Ale my w wodzie siedzieliśmy tyle czasu, że niektóre z żółwi niemal udało nam się oswoić. Bez trudu rozróżnialiśmy je już po wzorach pancerza i zachowaniu. Był szybki Guzik, któremu kawałek pancerza odprysnął najprawdopodobniej podczas uderzenia przez łódź. Była nieśmiała Szrama o charakterystycznym niesymetrycznym wzorze.

I była też Nasza. Żółwica może o niezbyt wyszukanym imieniu ale o wielkim sercu. Tymczasowe imię przylgnęło do niej na dobre po kilku dniach, gdy już w ogóle nie zwracała na nas uwagi. Razem pływaliśmy, nurkowaliśmy, szorowaliśmy brzuchem dno. Zabawy z Naszą to z pewnością największy wypas podczas tej podróży.

Oko w oko

Oko w oko

A trzeba przyznać, że lądując na wyspie, nie byliśmy wniebowzięci. Brak rajskich domków przy plaży i w ogóle, jak się wówczas wydawało, brak jakiejkolwiek plaży, a jedynie pomosty wychodzące w morze. Gdzie przypłyną tu jakiekolwiek żółwie, zadawaliśmy sobie pytanie, patrząc na liczne łodzie rybackie i śmieci na dnie niewielkiej przystani.

Już pierwszego dnia wszystkie te wrażenia rozpłynęły się jak ryż kokosowy w ustach. Szybko wyszło na jaw, że żółwie dziesiątkami lawirują między pomostami i łodziami jak najlepsi nawigatorzy, a całe pół wyspy zajmuje jedna wielka niezagospodarowana plaża, skądinąd przeznaczona głównie dla żółwi, które w nocy składają na niej jaja.

Przy odrobinie szczescia noca mozna trafic na wykluwajace sie zolwiki i eskortowac je w drodze do morza

Przy odrobinie szczęścia nocą można trafić na wykluwające się żółwiki i eskortować je w drodze do morza

Klimat równikowy, typ morski, podtyp serdeczny

Choć może wydać się to zaskakujące, to nie żółwie są główną atrakcją Derawanu.

Puszczanie latawców - ulubione zajęcie dzieci i dorosłych

Puszczanie latawców - ulubione zajęcie dzieci i dorosłych

Życie w iście wyspiarskim stylu kwitnie tu w najlepsze i wyziera z każdego kąta. W wiosce o jednej ulicy wszyscy mieszkańcy bez trudu rozpoznają nielicznych turystów, których na wyspie przebywa zazwyczaj koło 8.

W dzień łowienie ryb, po południu obowiązkowa siatkówka, a dla dzieciaków latawce.

W sobotę jeszcze lepiej. Około 16 wioska zamiera. Wszystkie 3 restauracyjki zamknięte, grille wygaszone, kioski zamknięte. W domu rybak też musi poczekać na kolację do wieczora. Gospodynie mają przerwę.

Wszystkie jak jeden mąż gromadzą się na boisku i rozpoczyna się cotygodniowa sesja siatkówki damskiej. Tu nie ma przeproś. Ściny bez pardonu, wymiany po 5-8 przebić i wszystkie zagrania na 3. Włosy stają dęba, gdy obserwuje się miejscową ligę, gdzie kobiety w wieku od 15 do 55 lat, w większości w piżamach i wszystkie na boso, z poświęceniem godnym większej sprawy walczą o każdy punkt.

Siatkarska kadra czeka

Siatkarska kadra czeka

A gdy już mamy przesyt wyspiarskiego życia (o ile to możliwe) i pływania z żółwiami, zawsze można wyskoczyć na pobliskie wyspy – Kakaban i Sangalaki, o których nie śnili nawet w National Geographic. Ale o tym w następnym odcinku..

.

A jak żółwikowi patrzy z oczu na żywo? Zobacz sam.

.

.

I tradycyjnie więcej zdjęć spod ręki wagabundowego operatora.

.

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja

.

—————————————————-

A gdy Ty, drogi Blogoczytaczu, cieszysz swe oczy niniejszym tekstem, w nowym oknie poszukując już biletów do Balikpapan na indonezyjskim Borneo, my już od jakiegoś czasu siedzimy zaszyci na Archipelagu Togean u wybrzeży Celebesu. Bez Internetu, bez prądu.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że miejsce to zapowiada się równie uroczo. Bo choć nie będzie tam żółwi (aż tyle), to rdzennymi mieszkańcami są Bajo – morscy cyganie. Zatem z kamerą wśród zwierząt przenosimy się pośród ludzi.

Pozostajemy w kontakcie.

.

Ludzie lasu

Trzy procent. Tyle różni nasze DNA od kodu genetycznego jednego z naszych najbliższych krewnych. Dayakowie – rdzenni mieszkańcy tych terenów od zawsze traktowali go jako naszego dalekiego kuzyna i darzyli szacunkiem. Nazwali go Orang-Utan, czyli Człowiek lasu.

I na co się tak przyglądacie?

I na co się tak przyglądacie?

Gdy obserwuje się orangutany w naturalnym środowisku, nie sposób nie odnieść wrażenia, że właśnie obserwujemy praczłowieka. Zwierzęta te chodzą, jedzą, wspinają się i zachowują jak ludzie. Podobnie jak inne naczelne, bardzo szybko się uczą, a w towarzystwie ludzi podpatrują nasze zachowania. W Parku Tanjung Puting w południowym Kalimantanie na przykład lubią udawać, że piorą, młotkiem wbijają gwoździe czy pływają łodzią. Wieczorem palcem myją zęby, a w ciągu dnia podpatrują strażników i udają, że kijem piłują drzewo.

Na wolności żyją wysoko na drzewach i rzadko schodzą na ziemię. W koronach drzew budują 2-3 gniazda dziennie, w których odpoczywają i śpią. Gdy zanosi się na deszcz, szukają rozłożystych liści bananowca, żeby zadaszyć swoje domki. Ogólnie są raczej w typie Złotej Rączki i mają doskonały zmysł mechaniczny. Do wyjmowania owadów używają ponad 50 rodzajów narzędzi, do otwierania i przygotowywania owoców – ponad 20.

Baka - ciekawski psotnik

Baka - ciekawski psotnik

Chrześcijański model rodziny

Ewolucja to potęga. W przypadku orangutanów ewolucyjne podobieństwa do ludzi aż rażą w oczy. Ciąża trwa 9 miesięcy. Podobnie jak ludzie, mają przewód pokarmowy przystosowany głównie do trawienia owoców, roślin i orzechów. Zapuszczają brodę i wąsy. Samica rodzi po jednym dziecku, którym opiekuje się co najmniej 5-6 lat. W pierwszą ciążę zachodzi zazwyczaj w wieku 12-20 lat, a w ciągu całego życia zwykle rodzi dwoje lub troje potomstwa. Jak nic – chrześcijański model rodziny 2+3.

Orangutany trzymane w niewoli jeszcze bardziej upodabniają się do ludzi. Próbują chodzić w pozycji wyprostowanej i nierzadko mają nadwagę. Często znają kilkadziesiąt słów i potrafią budować zdania. Jeden z orangutanów zrobił nawet coś, co do niedawna uchodziło wyłącznie za ludzką umiejętność.

Nauczył się kłamać. Potrafił oszukać swojego opiekuna, mówiąc mu, że wykonał zadania, o które tamten go prosił. Co więcej czasem dla zabawy udawał, że dusi się pestką albo że zrobił sobie krzywdę.

Homo erectus?

Homo erectus?

Semenggoh – oaza w Sarawak

Obserwowanie orangutanów to niemal mistyczne przeżycie. W parku Semenggoh w Malezji żyją one w stanie pół-dzikim. Jest ich tu ponad 20 i niemal wszyscy są indywidualistami.

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Będą tu dla mnie jakieś banany?

Jest Nora. Przez pracowników parku nazywana „Hot Mama”, gdyż w ciągu 15 lat urodziła już trójkę maluchów i chyba ma ochotę na kolejne. Zwykle spokojna i milusińska, ale niech tylko ktoś spróbuje podejść bliżej do jej najmłodszego dziecka – Baki… Może huknąć kokosem albo metrową gałęzią. A trzeba wiedzieć, że orangutany są znakomitymi miotaczami.

Jest Ritchie – samiec alfa, przywódca klanu. Ma 29 lat, jest o połowę większy od innych orangutanów i ma własny kodeks, którego wizytujący muszą przestrzegać. Nie lubi jak się do niego czymś celuje – statywem, kijem, a nawet palcem. Nie trawi lampy błyskowej. Nie lubi, gdy ktoś się śmieje, kiedy zrobi coś śmiesznego. I nie zna się na żartach.

Zresztą nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, żeby nie łamał kodeksu Ritchiego. Przeciętne orangutany są 4 razy silniejsze od dorosłych ludzi i bez problemu mogą nam wyrwać rękę. Rozeźlony Ritchie potrafi wyrywać drzewa. Tak ogromna siła pozwala orangutanom, godzinami wisieć na jednej ręce czy nodze, zajadając owoce. Jednocześnie może jednak w okamgnieniu zmienić je w bestie, przy których Spiderman czy Hulk z bohaterów komiksów przeistaczają się w komików.

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

Ritchie - samiec alfa. Rocznik '82, koleś przy masie, szelmowska bródka i przenikliwe spojrzenie. Czy kogoś Wam to nie przypomina??

I stała się jasność

Do niedawna w Semenggoh był także Aman. Ciekawski nonkonformista. Gdy podrósł, zaczął nawet kwestionować pozycję Ritchiego, czym kilka razy rozpętali tu takie piekło, że trzęsła się cała dżungla.

Kilka lat temu z ciekawości zapuścil się daleko poza granice parku i ugryzł przewód wysokiego napięcia. Prąd porządnie pokiereszował mu twarz, a w ciągu kolejnych dwóch lat całkowicie stracił wzrok. Z żalu popadł w apatię, przestał jeść i wydawało się, że nie ma dla niego ratunku.

Jego historią zainteresowało się jednak dwóch amerykańskich weterynarzy pracujących w Afryce i postanowili mu pomóc. Przeprowadzili pierwszą operację wzroku u orangutanów i przywrócili mu wzrok. Aby zażegnać narastający konflikt o przywództwo, Aman został przeniesiony do pobliskiego centrum, gdzie orangutany uratowane z niewoli przechodzą wstępną rehabilitację. Tam jest samcem alfa i został rozpłodowcem. Dziś żyje jak pączek w maśle.

.

Zobacz, jak żyliśmy zanim zeszliśmy z drzew.

.

.

I obejrzyj więcej zdjęć orangutanów.

Orangutany Borneo, Semeggoh, Malezja

.

————————————————————

Informacje praktyczne

Semenggoh Wildlife Centre to najlepsze miejsce w całej malezyjskiej części Borneo, aby obserwować orangutany. Żyją tu one w stanie pół-dzikim i przychodzą tylko na dokarmienie 2 razy dziennie – o 9 i 15.

Większość turystów przyjeżdża właśnie w tych godzinach i zostaje na jedną sesję. Nas orangutany zauroczyły do tego stopnia, że przyjechaliśmy 2 dni z rzędu, obserwować je 4 razy. I każdy raz był inny. Orangutany przychodzą codziennie, ale często różne.

Niektóre, tak jak Arnorma nazywany „Księciem dzikich orangutanów” pojawiają się raz na kilka tygodni. Aby spotkać Ritchiego też trzeba mieć wiele szczęścia. Nam raz ono dopisało.

orangutan borneo semenggoh malaysia female

Między 10 a 14 w parku nie ma nikogo oprócz pracowników, a ci chętnie służą wszelkimi informacjami. Mimo że tak fantastyczne, Semenggoh nie jest w ogóle nawiedzane przez tłumy. W przeciwieństwie do Centrum Sepilok w Sabah, do którego przyjeżdża ok. 1000 osób dziennie i które nie ma nic z mistycznej atmosfery obserwowania orangutanów w stanie dzikim. Sepilok jest jak turystyczne zoo położone we wschodnim Borneo, gdzie bilet kosztuje 30 zł (bilet do Semenggoh kosztuje 3 zł).

Do Semenggoh odległego od Kuching o 20 km można dojechać autobusem miejskim nr K6 z centrum miasta. Wrócić bez problemu można stopem.

.

Podwodny raj Jacquesa Cousteau

Na lewo kolorowe jak tęcza papugoryby obgryzają korale. Na prawo żółw. Odruchowo wstrzymujesz oddech, gdy powoli, majestatycznie mija Cię rekin. Nie zatrzymujesz się jednak i płyniesz dalej. Po chwili wpadasz w oko cyklonu i otacza Cię ławica półtorametrowych barakud. Wiesz na pewno – jesteś na Sipadanie.

Sipadan to miejsce szczególne. Ta malusieńka wyspa położona jest zaledwie 40 km od wybrzeży Borneo. Nie jest ona jednak częścią szelfu kontynentalnego, a wynurza się bezpośrednio z głębi oceanicznej.

I właśnie to nadaje jej niesamowity charakter. Sipadan jest w zasadzie wierzchołkiem podmorskiego krateru wulkanicznego, a jego ściany opadają bezpośrednio 600 metrów wgłąb morza. Prądy wynoszące plankton z głębin ściągają na tę niezwykłą rafę tysiące oportunistów. Ogromne półtorametrowe żółwie zielone i żarłacze białopłetwe mieszkają tutaj na stałe. Stałymi bywalcami są również rekiny szare, nierzadko pojawiają się rekiny młoty. Od czasu do czasu przypływają też rekiny wielorybie i bliżej nieznane ryby z oceanicznych głębin, jak np. mola-mola.

Na samym cyplu Barracuda Point, gdzie bogactwo ryb jest największe, prąd jest tak silny, że człowiek nie ma szans pod niego płynąć. Gdy chcemy się czemuś przyjrzeć albo po prostu zatrzymać na chwilę, nie wystarczy już trzymać się blisko rafy, a trzeba po prostu zaprzeć się o jakąś skałę.

Ale za to w poszukiwaniu łupu przypływają tu liczące setki osobników ławice ogromnych barakud, a czasem niczym ściana wyrasta przed nami tuńczykopodobnych karanksów.

Miejsce to powszechnie uchodzi za jedno z najlepszych nurkowisk na świecie. Jacques Cousteau twierdził, że jest najlepsze.

W stu procentach potwierdzamy tę tezę. Na Sipadanie trudno zdecydować się, na czym skupić wzrok.

.

Sami też możecie podejrzeć odrobinę Sipadanu. O tutaj:

.

.

A tu macie jeszcze parę zdjęć.

Sipadan – podwodny cud świata, Borneo, Malezja

.

—————————————————

Informacje praktyczne

Nurkowanie na Sipadanie nie jest tanie, szczególnie jeśli chcemy zanurkować wyłącznie tam. Nie jest też jednak kosmicznie drogie, jak mogłoby się wydawać. Jeden dzień nurkowania na Sipadanie (3 nury) kosztuje 500-600 RGT, a cena bardzo korzystnie spada, jeśli zanurkujemy też na innych wyspach. Trzydniowy pakiet 9 nurkowań, z czego 3 na Sipadanie, w najtańszym i bardzo dobrym Sipadan Scuba można dostać już za 1050 ringitów czyli ok. 980 zł.

Najtańszą i chyba najlepszą opcją jest jednak Billabong Scuba. Pakiet 6 nurkowań (3 na Sipadanie) z wyżywieniem i jednym noclegiem na koralowej wyspie Mabul kosztuje 840 ringitów. Za 120 RGT więcej na wyspie można zostać jeszcze jedną noc, otrzymując dodatkowe nurkowanie. My niestety nie mogliśmy skorzystać z tej opcji, bo w Billabong Scuba musielibyśmy czekać tydzień na najbliższe wolne miejsca na Sipadan.

Mabul nie jest tani, bo najtańszy nocleg na tej wyspie kosztuje 70 RGT od osoby, czyli jakieś 4 razy drożej niż w Sempornie i normalnie na Borneo. Zaletą Mabulu jest jednak to, że mieszka się bezpośrednio nad przepiękną rafą i można snorklować, a Semporna nie daje takich możliwości.

Generalnie zamierzając nurkować na Sipadanie, warto miejsce zarezerwować wcześniej przez Internet. My nie zrobiliśmy tego, licząc, że na miejscu w Sempornie będzie największy wybór. Po części to prawda, ale i tak we wszystkich biurach rezerwacja odbywa się przez Internet. Korzystając z Sipadan Scuba, też musieliśmy zamówić nasz pakiet bezpośrednio na komputerze w biurze. Większość biur nie miała miejsc na 5 dni wprzód, a oblegany i zdecydowanie przereklamowany Scuba Junkie aż na najbliższy miesiąc.

120 pozwoleń wydawanych dziennie na wyspę dzielone jest między wszystkie biura, które sprzedają je we własnym zakresie w pakietach bądź pojedynczo. Nurkowanie na Sibuan, Mantabuan czy Mabul nie są oczywiście już tak niesamowite jak na Sipadanie, ale to i tak nurkowa górna półka.

Nurkowanie na Sibuan jest zdecydowanie najsłabsze, ale za to wyspa jest najpiękniejsza. Generalnie na 9 nurkowań z żółwiami pływaliśmy aż 7 razy. Wówczas wydawało nam się to niezwykłe. Tak było do czasu, gdy odwiedziliśmy Derawan.

Ale o tym w następnym odcinku…

.