Archiwa blogu

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Reklamy

2+2=5

Czyli jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii, jak legalnie pracować i inne informacje praktyczne.

W Nowej Zelandii zima za pasem, a i o nas słuch już dawno tam zaginął. A jednak w naszym poobdrapywanym netbooku jak zwykle widnieje kupka rozpoczętych i rozgrzebanych wpisów, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wśród nich jeden może się jednak okazać bardzo ważny dla braci podróżniczej, więc mimo, że dawno i nieprawda, to jednak wziąłem się na sposób i między pingwinem a flamingiem na patagońskiej Ziemi Ognistej, wyskrobię kilka słów o własnym aucie na antypodach.

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że własne auto w Nowej Zelandii to sprawa banalnie prosta i wyjątkowo godna polecenia.

Patrząc na mapę z europejskiej perspektywy, Nowa Zelandia wydaje się niewielka. Gdy jednak przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że zarówno Wyspa Południowa jak i Północna mają ponad 1000 km długości. Dodatkowo wzdłuż niemal całej Wyspy Południowej ciągnie się łańcuch gór wysokich na trzy do czterech tysięcy metrów, rozdzielający tę krainę na wilgotne, deszczowe wybrzeże zachodnie i  skąpane w słońcu równiny wschodnie.

Kampery na wypasie i życie w autobusie

Podróżując po Wyspie Południowej w sezonie turystycznym ma się wrażenie, że więcej jest tu kamperwanów niż zwykłych samochodów. Firm wypożyczających kampery są setki, a wachlarz dostępnych aut rozciąga się od wielkich kilkutonowych kolubryn, po kolorowe minibusy z przestrzenią wewnątrz zoptymalizowaną na miarę Ikei. I mały van jest według nas chyba najlepszym rozwiązaniem. Pali zazwyczaj mniej niż 10 l na setkę, a masz komfortową sypialnię, kuchnię i salon w jednym.

Nowozelandczycy w szczególności lubują się w wielkich, prawdziwie komfortowych kamperwanach, których reklamy zapełniają nie tylko magazyny podróżnicze, ale i zwykłe czasopisma codzienne. Spotkaliśmy też co najmniej trzy rodziny, które posiadały stare autobusy, niczym polskie Autosany, przerobione na kamperwany, w których mogłoby spokojnie zamieszkać pół drużyny piłkarskiej.

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Samochody są tanie. Bardzo tanie. Mały kilkunastoletni kampervan w Nowej Zelandii kosztuje 2500-4000 dolarów nowozelandzkich, czyli 6-11 tys. zł. A zdarzają się megaokazje. Naszego Żuka kupiliśmy za 1800 dolarów od właściciela drobnej firmy remontowej. Samochód był zupełnie pusty w środku, bo wcześniej przewoził głównie farby i drabiny, ale kosztem może 30 dolarów i dwóch dni pracy przerobiliśmy go na cudo warte ponad 3-3,5 tys. dolarów. To że sprzedaliśmy go jedynie za 2800, wynikało jedynie z presji czasu.

Rejestracja samochodu w Nowej Zelandii jest dziecinnie prosta i zajmuje 10 minut. Odbywa się na poczcie, gdzie podajesz numer nadwozia i mówisz, kto jest nowym właścicielem. Kosztuje bodajże 9 dolarów. Nie potrzeba nawet umowy kupna, nie ma żadnych podatków ani przeszkód. W zasadzie, jeśli zna się numer nadwozia, to można by zarejestrować na siebie czyjś samochód bez wiedzy właściciela. Tylko po co? Za granicę i tak nim nie wyjedziesz.

Koniec jest bliski, Chrystus Cię kocha

A jak wyposażyć surowy samochód, zdobyć materace, kołdry, poduszki, prześcieradła, talerze, garnki, sztućce, pokrowce, a nawet stoły i krzesła? A wszystko to za jakieś 30-50 dolarów? To proste. Wystarczy wsłuchać się w głos Boga.

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić w tym roku i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

W Nowej Zelandii, kraju, w którym każdy człowiek mający przynajmniej pół mózgu i jeden sprawny palec u nogi może w tydzień znaleźć pracę, a dwa lata się dorobić, by godnie żyć, odsetek społecznych nieudaczników jest na tyle wysoki, że zaradne społeczeństwo stara się ich wspomagać, jak może. Podobnie jak w Australii, niemal w każdym średniej wielkości mieście jest co najmniej jedna Armia Zbawienia, a także sklepy z rzeczami za dolara i tzw. „Charity shop”. W bogatym społeczeństwie, w którym przeciętna rodzina kupuje nowy zestaw garnków, bo w tym roku wyszła nowa kolekcja, stare oddaje się dla potrzebujących. Czyste, ładne i bezpieczne rzeczy zalegają regały „Charity shopów” obok setek winyli z lat 60 czy 70, za które dałaby się pokroić połowa kolekcjonerów.

Na marginesie dodam, że w Nowej Zelandii są przynajmniej dwa magazyny (AUTENTYCZNIE MAGAZYNY WYCHODZĄCE CO MIESIĄC CZY KILKA MIESIĘCY), które przedstawiają WYŁĄCZNIE najnowsze trendy w kołdrach. Są także np. targi kołder, gdzie projektanci prześcigają się w nowinkach technicznych i stylistycznych.

I pomyśleć, że na zupełnie nieodległych Wyspach Salomona, na których pomoc przecież rokrocznie łoży Nowa Zelandia i Australia, ograbiając je jednocześnie z surowców mineralnych, ludzie na co drugiej wyspie proszą o koszulkę, bo po prostu ich nie mają. Ale to taka tam dygresja nie na miejscu. Do meritum.

Gdzie kupić i sprzedać

Najlepiej mieć szczęście, a samochód kupić ze sprawdzonego źródła. Od znajomego mechanika albo znajomego znajomego. My tak zrobiliśmy i jeśli ktoś chciałby kupić auto w Christchurch, to możemy polecić znajomego mechanika.

Ale jeśli nie masz takiej możliwości, dobrym rozwiązaniem są giełdy. W Auckland najlepsza giełda to Car Fair  odbywający się w każdą niedzielę nieopodal toru wyścigów konnych. Jest jeszcze sobotnia Auckland City Car Fair , ale to nowy wynalazek skrojony specjalnie dla turystów. Lokalni zazwyczaj nie znają tego miejsca, więc więcej pod koniec sezonu tu sprzedających niż kupujących. Takie miejsca jak Backpackers Car Market  w Auckland czy Christchurch warto rozważyć tylko sprzedając samochód, bo jest tam potwornie drogo (można zarobić) i dużo lewych aut, które nieświadomym i spieszącym się turyściakom próbują opchnąć cwani pośrednicy.

Dobrym pomysłem jest z kolei obejście hosteli w dzielnicy turystycznej i poszukanie prywatnych ogłoszeń. Sporo turystów wyjeżdżających z kraju, zostawia swoje ogłoszenie na tablicach informacyjnych właśnie w tanich hostelach. Sprzedając samochód i my tak zrobiliśmy i po 3-4 dniach otrzymaliśmy kilka telefonów. Niestety samochód był już sprzedany.

Bo tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, czyli czasu. Warto dać sobie nieco więcej czasu na sprzedaż. My, standardowo jadąc na optymistycznej fali, zaplanowaliśmy zaledwie 5 dni (w tym 3 dni długiego weekendu) i mało brakowało, a mogło być krucho. W ostatecznym rozrachunku wyszło nam zatem, że samochód mieliśmy zaledwie 6 tygodni, plus tydzień na sprzedaż. I powiedziałbym, że to jest właśnie czasowa granica opłacalności kupna samochodu. Na krócej polecam autostop.

Pozostaje jeszcze Gumtree czy TradeMe, czyli lokalny odpowiednik naszego Allegro. Tu warto dodać, że samochód z przebiegiem 250-350 tys. km, to jak określił nasz znajomy mechanik „jeszcze dziecko” i przejedzie pewnie drugie tyle.

A jeśli nie pojedzie?

Mechanicy w Nowej Zelandii nie są aż tak strasznie drodzy, jak się spodziewaliśmy. Jeśli dobrze poszukać oczywiście. W Auckland zrobiliśmy na przykład sporo napraw (wał napędowy, uszczelnienie wydechu, przeciekający zbiornik z płynem do sprzęgła), a za wszystko zapłaciliśmy 250 dolarów.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Dość popularne są też szroty. W niewielkim w sumie Invercargill były 4, a na jednym z nich dostaliśmy akumulator za 40 dolarów (nowy 80-150).

Przed kupnem samochód warto sprawdzić. Na giełdach zazwyczaj jest taka opcja i kosztuje ok. 100-150 dolarów i jest oczywiście bez sensu. Najtańszym i jednocześnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie przyspieszonego przeglądu – WOF. WOF robi się zazwyczaj co pół roku albo 3 miesiące. Jest obowiązkowy dla wszystkich aut. Kosztuje ok. 40-60 dolarów, więc w autoryzowanej stacji diagnostycznej za 50 dolarów możemy za jednym zamachem sprawdzić stan auta i i tak przedłużyć obowiązkowy przegląd. Jak dobrze się postarać, a w wybranym samochodzie WOF wygasa np. za miesiąc może udać się namówić właściciela, żeby to on za niego zapłacił.

Podobnie obowiązkowa jest rejestracja samochodu, tzw. REGO. Wydawane na 3 miesiące kosztuje ok. 60-80 dolarów. Ważne REGO musi zapewnić sprzedający.

A może autostop?

Tak jak pisaliśmy, autostop w Nowej Zelandii działa rewelacyjnie. Więc jeśli jesteś tu tylko na kilka tygodni, lubisz czasem zmarznąć, czasem wbić się komuś na chatę, ale głównie poznać epigonów romantyzmu, albo wiecznie żywych hipisów, to można śmiało ruszać w trasę z kciukiem.

Autostop w Nowej Zelandii ma długą tradycję, a był szczególnie kultowy w latach 70. i 80. Teraz jeżdżą głównie turyści, ale zabierają wszyscy. Główna wada to niestety znacznie mniejsza mobilność i niemożliwość dostania się do pięknych, znacznie mniej odwiedzanych półwyspów i rejonów kraju, którą daje własne auto.

Co nas zauroczyło?

Przede wszystkim zwierzaki i nowozelandzkie podejście do nich. Ale o tym już pisaliśmy. Najciekawszy trek to w naszym odczuciu Tongariro Crossing, czyli przejście przez Mordor. Warto zacząć od strony południowej, bo w przeciwnym kierunku po najlepsze widoki będzie się trzeba cały czas oglądać za siebie.

Tongariro

Tongariro

Świetnie wypadają też półwyspy Wyspy Południowej, czyli Otago i Banks. Na Otago warto wspiąć się na Mt. Charles – niewielkie wzgórze, a panorama nieziemska. W okolicy mocno przereklamowanego Queenstown jedynie co jest fajne, to jednodniowy spacer na Ben Lomond. Naprawdę warto.

We Fiordlandzie najbardziej przypadły nam do gustu Siodło Gertrudy i Key Summit. Cały wielki zamęt wokół tzw. „Great Walks”, czyli Keplera, Milford i Routeburn w naszym mniemaniu można spokojnie ominąć szerokim łukiem. Co fajniejsze odcinki można zrobić w ramach jednodniowych wypadów (np. Key Summit), a zamieszanie i cała marketingowa maszyna, która niczym rak toczy to miejsce, jest godna pożałowania.

Za to w każdym mieście, nawet zapadłej dziurze obowiązkowo musi być Informacja Turystyczna. Zawsze rzetelna, pomocna, rozdająca mapki i służąca wszelką informacją. W Nowej Zelandii nie jest potrzebny żaden przewodnik, a w szczególności Lonely Planet.

Z ciekawostek dodam jeszcze może, żeby nie brać za pewnik nowozelandzkiego bezpieczeństwa. I tu zdarza się, że kradną. W szczególności na Północnej Wyspie, gdzie tak się akurat składa, że mieszka więcej Maorysów. W kraju poprawności politycznej rasistów oczywiście nie ma, ale podobnie jak w Stanach i Wielkiej Brytanii i tak kradną głównie czarni.

Praca w Nowej Zelandii

Wiza do Nowej Zelandii jest darmowa, przyznawana na granicy i ważna przez 3 miesiące. Co ciekawe wszyscy myślą, że Polacy nie mogą legalnie pracować w tym kraju. Jak się jednak niedawno dowiedzieliśmy ambasada Nowej Zelandii każdego roku przyznaje jednak 100 wiz pracowniczych Working Holiday Visa, o które należy starać się w Polsce. W ten sposób pozwolenie na legalną pracę jako geodeci otrzymali na przykład Aga i Krzysiek, którzy w swoim czasie zabrali nas w Nowej Zelandii na stopa…

W lato przy zbieraniu owoców (legalnie lub nielegalnie, co jest dość łatwe) można zarobić 13-16 dolarów za godzinę. W legalnej pracy w biurze dwa lub trzy razy tyle.

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Koszty

Jeśli masz pieniądze, możesz wszystko. Lecieć helikopterem na szczyt góry i wrócić piechotą, wynająć łódź by popływać z delfinami albo skoczyć na spadochronie czy paralotni w co drugim mieście. Jednak Nowa Zelandia jest dlatego piękna, że bez pieniędzy możesz równie dużo.

Nasze średnie dzienne wydatki przez 50 dni w tym kraju wyniosły 37 dolarów nowozelandzkich, czyli 103 zł dziennie. Za dwie osoby oczywiście. Przejechaliśmy ponad 5000 km, na paliwo wydając 900 dolarów NZ. Całe szczęście tej kwoty niemal zupełnie nie odczuliśmy, bo na sprzedaży Żuka zarobiliśmy 800 dolarów.

.

I ostatnia już galeria z Nowej Zelandii. Tym razem z okolic Queenstown i zachodniego wybrzeża.

West Coast i Queenstown, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Imperium słońca, czyli jak złapać jachtostop na Pacyfiku

Na początek rozwiejmy tajemnicę. Jesteśmy w Nowej Zelandii. Po 15 tygodniach spędzonych na morzu rozstaliśmy się z naszym kapitanem i od jakiegoś czasu odkrywamy już hobbiton.

Twarze Nowej Zelandii

Twarze Nowej Zelandii

Tymczasem kilka tygodni temu wpis, w którym dywagowaliśmy nad naszym podróżniczym szlakiem wywołał dyskusję, jakiej już dawno nie mieliśmy. W związku z tym dziś kilka słów na temat porzucenia fenomenalnego jachtu i łapania jachtostopa na Pacyfiku w ogóle.

Jak pamiętacie, wybór spod znaku Alaska czy Argentyna długo zakłócał nam spokój snorklowania z mantami, a obie opcje wciąż wydawały nam się jednakowo atrakcyjne. Nie mogąc się zdecydować, ostatecznie rzuciliśmy monetą. To, że wypadła Nowa Zelandia wydało nam się na tyle nieprawdopodobne, że postanowiliśmy grać do dwóch zwycięstw. Jednak kolejny rzut i wynik 2:0 przekonał nas, że może nie ma się co wadzić z losem i wysiadamy.

Co bardziej dociekliwi pewnie stwierdzą, że całe losowanie było ustawione już w przedbiegach, gdy reszkę przypisaliśmy naszej łodzi, mimo że jak powszechnie wiadomo i tak „zawsze wypada orzeł”.

Przekonując nas do pozostania na łodzi, pisaliście w komentarzach, że taki rejs się nie powtórzy, więc powinniśmy łapać wiatr w żagle i gnać aż po Alaskę. Jak się przekonaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, właśnie z niepowtarzalnością owego rejsu nie do końca macie rację…

W stronę słońca

Ale za nim o nieograniczonych możliwości łapania jachtostopa na Pacyfiku, a nawet w Europie, kilka słów celem rozświetlenia oceanicznego mroku.

W żeglowaniu zdecydowanie najważniejszy jest sezon. Na przełomie kwietnia i maja, wraz z ustaniem ostatnich cyklonów, na Pacyfik jak co roku wypłynie flota prywatnych jachtów z Australii i Nowej Zelandii.  Kilka miesięcy wcześniej na spotkanie z nimi wyruszą żeglarze z USA, a także Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy, którzy około lutego zdecydują się przekroczyć Kanał Panamski.

Wszyscy oni będą płynąć na zachód, zgodnie z kierunkiem pasatów. Część wyruszy na północ od równika – na Wyspy Marshalla, Tuvalu, Tokelau i Kiribati (tu ciekawostka – nazwę tego kraju, ku naszemu niegasnącemu zdumieniu, wymawia się „kiribas”). Jednak znaczna większość jachtów wybierze pasaty na południe od równika i popłynie do Polinezji Francuskiej, na Wyspy Cooka, Samoa, Tonga i Fidżi. Będą żeglować do października, a nawet listopada. Gdy dotrą na Fidżi, część zostanie w dobrze chronionych wodach tego archipelagu, a część popłynie dalej – do Australii lub Nowej Zelandii, aby zdążyć przed kolejnym cyklonem. W kolejnym roku wyruszą dalej na zachód (który skądinąd po przekroczeniu linii linii zmiany daty na Fidżi, stanie się już wschodem) – na Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę, Filipiny aż po Indonezję, Malezję i Tajlandię.

Dzień dobry, czy płynie Pan może do Polinezji?

Sezon żeglarski ma poważne implikacje. Po pierwsze od grudnia do marca po południowym Pacyfiku niemal nikt nie pływa, a jacht można złapać w zasadzie wyłącznie na krótkie dystanse – wewnątrz archipelagów Fidżi albo Polinezji Francuskiej. Jest tam na tyle bezpiecznie, że w razie zbliżającego się cyklonu czy poważnego sztormu, zawsze łatwo znaleźć bezpieczną zatokę na kilka tygodni.

Ale jeśli jesteś w Polinezji pomiędzy lutym a czerwcem, na Fidżi czy Tonga od maja do sierpnia, albo na Vanuatu czy w Nowej Kaledonii pomiędzy sierpniem a październikiem, znalezienie jachtu płynącego dalej na zachód jest niemal gwarantowane.

Załogi, szczególnie na wymagające przeprawy do Australii i Nowej Zelandii, potrzebuje prawie co trzeci właściciel jachtu, a reszta tych wyluzowanych, często spędzających całe lata na łodziach ludzi, chętnie przygarnie na kilka tygodni strudzonego wędrowca z plecakiem.

Jon, nieugięty Bask, przeżeglował niedawno jachtostopem z Hiszpanii do Nowej Zelandii w ciągu dwóch sezonów żeglarskich, łącznie na trzech czy czterech łodziach. Podróż kosztowała go tyle, co jedzenie kupowane w supermarketach i okazjonalne wydatki na nurkowanie i rum.

Licząc na siłę uroku osobistego i kontakt bezpośredni, łódź faktycznie najłatwiej znaleźć w marinie. Tu niestety trzeba wiedzieć, gdzie szukać i być w odpowiednim miejscu i czasie. Mariny często znajdują się nie w dużych miastach, a w żeglarskich ośrodkach nieopodal. Przykładowo w Nowej Zelandii jacht najpewniej znajdziemy nie w Auckland, a w portach Opua albo Whangarei, z których na Pacyfik wypływa 90% łodzi. Na Fidżi najlepszym miejscem do szukania jachtostopa jest nie Nadi i Suva, a Vuda Point Marina i Savusavu na Vanua Levu. Z głównych miast duże mariny, gdzie bardzo łatwo złapać jachtostop mają Papete w Polinezji, Port Vila na Vanuatu czy Pago Pago na Amerykańskim Samoa.

Ale co, jeśli nie przechadzasz się akurat koło Kanału Panamskiego ani nie jesteś na Tahiti czy Fidżi?

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane :)

I choć zapewne trudno w to uwierzyć, zdjęcie tego salomońskiego zachodu nie jest nawet w najmniejszycm stopniu modyfikowane : )

Żeglarze internetowi

Cztery miesiące temu naszego kapitana znaleźliśmy w Internecie. Mimo że wirtualnych społeczności zrzeszających właścicieli jachtów jest kilka, strona Find a Crew jest w tym względzie nieoceniona. I dziś, mając nieco więcej doświadczenia, śmiało możemy stwierdzić, że jeśli tylko chcesz żeglować i jesteś wystarczająco elastyczny, możliwości są niemal nieograniczone.

Bruce z Nowej Zelandii, podobnie, jak kilkadziesiąt innych osób w tym kraju (także Amerykanów czy Francuzów przeczekujących właśnie tegoroczne cyklony), szuka właśnie załogantów na maj, gdy wyruszy do Polinezji Francuskiej.

Szwajcar Olivier żegluje właśnie w południowej Argentynie i choćby od jutra chętnie przygarnie jedną lub dwie osoby do pomocy w przeprawie przez Patagonię, Cieśninę Magellana aż po Wyspę Wielkanocną, Polinezję i zachodni Pacyfik.

Jest oczywiście i nasz kapitan Rick, którego chętnie oddamy w dobre ręce, a który poszukuje właśnie załogi na Wyspach Salomona do dalszego rejsu przez Mikronezję i Japonię aż po Alaskę.

A może na Śródziemne?

Ale jeśli chcesz załapać się na jachtostop, nie trzeba oczywiście szukać aż tak daleko. Kilka dni temu napisał do nas Eduardo z Portugalii. Eduardo siedzi obecnie zakotwiczony w Lizbonie i z nosem na kwintę poszukuje szczęśliwca, który pomoże mu przeżeglować Morze Śródziemne. W kwietniu przyszłego roku wyruszy dookoła Hiszpanii, przez Baleary, Maltę, Włochy aż po wyspy greckie. Podobnie jak większość porządnych żeglarzy, Eduardo pokrywa wszystkie koszty związane z łodzią, więc potencjalny załogant zapłaci jedynie za wino i pizze, które przetrawi w portach po drodze. Nie wymagane ŻADNE doświadczenie.

Konkurencję czyni mu jednak Francesco, który aktualnie w Grecji poszukuje chętnych, którzy także za darmo zechcą pożeglować z nim po Cykladach i Sporadach począwszy już od stycznia.

Całe szczęście oferty, nie jak w telefonii komórkowej, można łączyć. W styczniu Francesco, w kwietniu Eduardo. Voila!

Haczyk

Strona Find a Crew ma jedną wadę. Żeby właściciel łodzi mógł skontaktować się z potencjalnym załogantem, jedna ze stron musi wykupić abonament członkowski (ok. 30 USD za miesiąc). Szczęśliwie takimi drobnostkami jak 30 dolarów miesięcznie nie przejmują się zazwyczaj właściciele jachtów, co znacznie ułatwia życie potencjalnej załodze.

Z szukaniem łodzi w Internecie jest także taki problem, że część właścicieli jachtów na Find a Crew załogantów traktuje nie tylko jako pomocników, ale dofinansowanie i życzy sobie po 20-30 dolarów za dzień żeglowania od osoby. Trzeba przyznać, że nie są to zupełnie beznadziejne oferty, zważywszy na brak jakichkolwiek innych wydatków, często dostępny kompresor i sprzęt nurkowy oraz żeglowanie przez niemal nieodwiedzane rubieże Pacyfiku.

Ale fakt faktem 20-30 dolarów dziennie to już czysty biznes dla właścicieli jachtów, a nie szukanie pomocnika do wciągania żagli i kotwicy i wieczorne pogaduchy przy rumie. Ofert czysto żeglarskich, gdzie właściciele oczekują dzielenia kosztów żywności i paliwa nie brakuje, a w tym przypadku koszty maleją do ok. 100-200 dolarów miesięcznie!

Reasumując, w żeglowaniu zakochaliśmy się na zabój i na Pacyfik z pewnością jeszcze wrócimy. Jeśli nie własnym jachtem, to z pewnością jako załoganci. Obecnie spokój naszych dusz zakłóca właśnie myśl czy brnąć wkrótce do Ameryki Południowej czy też może poczekać w Nowej Zelandii do kwietnia i wraz z rozpoczęciem nowego sezonu żeglarskiego na Pacyfiku bez problemu złapać jachtostop z kompresorem do nurkowania zmierzający do Polinezji Francuskiej, na Tonga albo Wyspy Cooka.

Ta kluczowa, choć zapewne przypadkowa decyzja będzie musiała zapaść już wkrótce.

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 3

A dziś, kończąc wreszcie wątek indonezyjskich informacji praktycznych, o tym, ile kosztuje życie na tym końcu świata, co ciekawego można tu zjeść i jak to się stało, że na indonezyjskiej wsi poprowadziliśmy lekcję polskiego.

Przykładowe ceny

Na początek obalmy mit. Wbrew temu, co można wyczytać na forach i co wydaje się niektórym quasi-podróżnikom, Indonezja jest tania. Nasze średnie dzienne wydatki przez 3 miesiące wyniosły 85 zł na dwie osoby!! Kwota porównywalna z każdym innym krajem Azji Południwo-Wschodniej. I to bynajmniej nie dlatego, że siedzieliśmy w miejscu, bo odwiedziliśmy niemal pół kraju, który jako się rzekło, mały nie jest. I raptem 10 dni nocowaliśmy na CouchSurfingu.

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nieporozumienie w kwestii tego, że Indonezja jest droga najczęściej wynika z faktu, że ludzie mają mało czasu, a chcą zobaczyć kawał świata i przejechać odległość znacznie większą niż z Portugalii do Finlandii. Lub wykupują wycieczki (na Bromo – 100 zł, na Komodo – 200 zł, itp.). Wszystko to można zrobić taniej i lepiej.

Przelicznik waluty: 10 tys. RPH – 3,3-3,4 zł

Prom Pelni Makasar – Surabaya – 230 tys. (24 h)

Prom Pelni Balikpapan – Palu – 140 tys. (10 h)

Prom lokalny Ampana – Wakai (Togeany) – 40 tys. (4 h)

Autobus Yogyakarta – Surabaya – 60 tys. (6 h, obiad gratis)

Autobus Mataram – Bima – 150 tys. (12 h, obiad i prom z Lombok na Sumbawę gratis)

Pociąg Yogyakarta – Probolingo (3 klasa) – 30 tys. (12 h, raz dziennie o 7:30)

Autobus lokalny Probolingo – Banyuwangi – 25-30 tys. (5h, przez Jember 7 h)

Autobus lokalny Gilimanuk – Denpasar – 25 tys. (2 h, na Bali wszystko droższe)

Kijang: Tanjung Selor – Berau, Makasar – Bira, Poso – Ampana i wszystko inne na dystansie ok. 200 km lub 3-5 godzin jazdy – 50 tys. (Kijang to samochód prywatny pełniący funkcję grupowej taksówki, a raczej minibusa, bo zabiera zazwyczaj 8-10 osób. Nazwa pochodzi od najpopularniejszego modelu Toyoty Kijang, ale równie dobrze może to być Isuzu Panther, jakiś Datsun, Daihatsu albo cokolwiek innego, co ma żółte tablice).

Ojek (motor – taksówka) – 5-10 tys. w mieście do 5 km. 20-30 tys. poza miastem (z Banyuwangi na Ijen, itp.)

Bemo (minibus w mieście) – 4-6 tys. w zależności od miasta

Hotele – 50-60 tys. za dwójkę (w zasadzie wszędzie można znaleźć coś w tej cenie. Nawet w Kucie na Bali poza lipcem i sierpniem. Przez 3 miesiące tylko 4 razy za hotel zapłaciliśmy 100 tys. za dwójkę. W Rantepao w Tana Toraja, 3 razy na Bali – w Kucie o 10 w nocy, na Nusa Lembongan i w Ubud, a także w mega-turystycznym Rutengu na Floresie. W większości przypadków były to jednak najlepsze hotele, w jakich spaliśmy w Indonezji – z pysznym, obfitym śniadaniem, prawdziwym prysznicem i siadaną toaletą – prawdziwa rzadkość i atrakcja sama w sobie. W Rantepao mieliśmy nawet ciepłą wodę – jedyny raz w Indonezji.) Przypominam: 50 tys., czyli 17 zł za dwójkę, nierzadko z herbatą i pączkiem na śniadanie!

Wynajęcie motoru – 30-70 tys. (w zależności od wyspy, na Bali o dziwo najtaniej, na Floresie najdrożej)

Wejściówka do Borobudur / Prambanan – 130 tys. (studencki 65 tys. – niech żyją wieczni studenci!)

Jedzenie – 5 – 10 – 15 tys. (patrz rozdział: Jedzenie)

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Jedzenie

Doprawdy nie wiem, skąd bierze się mit, że jedzenie w Indonezji jest niedobre. Może niewyrafinowane, mało różnorodne, ale niedobre na pewno nie!

Przez pierwsze 6 tygodni (Derawan, Borneo, Celebes, Togeany) niemal codziennie jedliśmy PRZEPYSZNĄ ŚWIEŻĄ rybę morską z zestawem surówek, ryżem, nierzadko darmowym świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Danie takie to koszt 15-25 tys. od osoby. (Ja po prawdzie jadłem ją na zmianę z równie pysznym, zawsze świeżym, smażonym lub grillowanym kurczakiem na chrupko – 10-20 tys.)

Faktem jest, że w Indonezji, szczególnie w dusznych, zatłoczonych miastach w ciągu dnia ciężko zjeść świeżo przygotowane mięso czy rybę. W większości knajp jedzenie jest przygotowywane rano, a następnie przez cały dzień stoi zimne wystawione za szybą (lub lekko ciepłe – nagrzane od słońca). Takie dania w ciągu 90 dni jedliśmy tylko kilkanście razy, niemal wyłącznie na Jawie i Nusa Tengara, czyli od Bali po Flores. W takim przypadku zazwyczaj można jednak zamówić ryż smażony z jajkiem, który przyrządzą świeży na miejscu (5-12 tys.).

Do tego w kraju tym rządzą przepyszne przekąski, szczególnie wieczorową porą:

Terang Bulan („Księżyc w pełni”) – indonezyjskie naleśniki na grubym cieście, coś jakby krzyżówka gofra z naleśnikiem. Faszerowane bananami, orzechami, czekoladą, serem i czymkolwiek chcesz – 8-12 tys. Zjesz jednego i zapomnij o kolacji. Zawsze bierz dwa – będziesz miał na śniadanie!

Martabak – naleśnik bliższy naszym wyobrażeniom, ale za to z jajkiem, cebulą i szczypiorkiem, czasem również mięsem. Pycha za 8-12 tys.

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Ciekawostki i zachowania

Indonezja nie jest trzecim światem. Ludzie zarabiają tu co prawda 300 zł miesięcznie, ale wśród młodych ludzi rządzą portale społęcznościowe. Prawie wszyscy na Facebooku mają po 500-3000 znajomych i nie przepuszczą białemu poznanemu w autobusie czy na promie, aby nie wymienić się kontaktami.

Co za tym idzie, świetnie funkcjonuje tu Couch Surfing. Ludzie spragnieni są kontaktu z obcokrajowcami i chętnie słuchają opowieści z dalekich krajów, dzieląc się wiedzą o Indonezji (pomijam przygodne kontakty i niezliczone prośby o zdjęcie). Couch Surfing w Yogyakarcie okazał się jednym z ciekawszych do tej pory, a CS pod Makasarem to nasz pierwszy kanapowy pobyt na wsi. I od razu wśród pól ryżowych, gdzie w lokalnej szkole poprowadziliśmy lekcję angielskiego / polskiego.

Język indonezyjski jest najłatwiejszy na świecie. Doprawdy nie wiem, dlaczego Zamenhof zamiast wymyślać jakiś bezużyteczny twór nie zajął się propagowaniem indonezyjskiego. Nie ma czasów, rodzajów ani odmian. Wystarczy poznać 9 cyfr i cztery przyrostki, aby nauczyć się liczyć do miliona. Nie ma żadnych wyjątków! Po tygodniu na Borneo, gdzie angielski nie istnieje, bez problemu dogadywaliśmy się na temat mieszkania, jedzenia, cen i przejazdów. Po 3 na temat rodziny, dzieci i pogody, a po miesiącu coś o sobie, naszej podróży, ich pracy, itp. Na Borneo, Celebesie i wschodnich rubieżach Nusa Tengara bahasa indonesia to konieczność.

Każda wyspa w Indonezji to osobny kraj. Wszędzie inny język, ludzie raz ciepli raz chłodni. Warto o tym pamiętać i przestawiać się psychicznie, przekraczając kolejne „kraje”. Postawę bojową należy przybrać jedynie na Jawie i Bali.

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Na obu tych wyspach rąbią w biały dzień. I bynajmniej nie w białych rękawiczkach. Dworzec Ubung w Denpasarze to zbieranina najgorszych naciągaczy na ziemi. Tylko niewiele lepiej jest w Probolingo pod Bromo. Ceny biletów autobusowych z Bali są przerażające i dużo lepiej jest wyjechać z wyspy lokalnym transportem (20-30 tys. do promu i promem na Jawę (6 tys.) / Lombok (36 tys., 4 h). Z Mataram na Lomboku bilety na Sumbawę i Flores i są dużo tańsze. Jak zwykle, gdy ktoś rozpoczyna rozmowę „Hello, my friend!” i pyta gdzie się wybierasz, wiesz, że najlepiej milczeć jak grób. Zasada numer jeden: Wystrzegaj się przyjaciół.

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 2

Gdy masz już wizę do Indonezji lub udało Ci się przedłużyć dotychczasową i wiesz, jak się poruszać, czeka cię najlepsze.

Co warto zobaczyć

Wszystko. Indonezja jest jednym z bardziej fascynujących krajów, jakie dotychczas odwiedziliśmy. Widoki iście księżycowe, wulkany ziejące siarką, rafy chyba najlepsze na świecie, orangutany na Borneo i Sumatrze, smoki na Komodo, a do tego ludzie czasem całkiem mili.

Na Jawie koniecznie trzeba wybrać się na płaskowyż Ijen z ręczną kopalnią siarki i górnikami pracującymi ponad ludzkie siły. Atrakcja bijąca Bromo, które swoją drogą faktycznie jest tak piękne i nieziemskie jak na pocztówkach i zdjęciach w Internecie. Rzecz, która nierzadko się zdarza. Świątynie Borobudur i Prambanan Angkorowi w Kambodży i Bagan w Birmie nie sięgają nawet kostek, ale jeśli jesteś już w okolicy…

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

W pobliżu Jogjakarty dużo ciekawsza jest za to okolica wulkanu Merapi. W październiku 2010 roku wulkan ten zanotował jedną z najbardziej gwałtownych erupcji w historii, całkowicie niszcząc kilka wiosek u podnóża, częściowo zasypując Borobudur i poważnie zagrażając Dżogdży. W okolicy, przechadzając się pośród w połowie zasypanych domów i spalonych samochodów, cały czas można z pokorą obserwować niewyobrażalną niszczycielską moc Matki Ziemi.

Bali, jak to Bali, nie ma się co oburzać. Na południu naprawdę świetny imprezowy klimat, porównywalny z Bangkokiem. A do tego tanie pyszne jedzenie i frykasy dla turystów typu szejki owocowe, pizza czy lody. Rzecz nieczęsta i wielce cenna zarówno po wielu miesiącach podróży, jak i dla turysty przyjeżdżającego na wywczas. Z kolei na północy (szczególnie Amed, Tulamben) świetne snorklowanie i wrak z II Wojny Światowej zatopiony tuż przy brzegu. Najlepsze nurkowanie na Bali jest za to w okolicy Nusa Lembongan, gdzie codziennie można pływać z mantami, a od czerwca do października jest spora szansa na spotkanie mola-mola. Jest to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie faktycznie istnieje sezon, w którym można zobaczyć tę niezwykłą rybę. Nurkowanie na Bali w porównaniu do jakiejkolwiek innej wyspy Indonezji (Celebes, Togeany, Komodo, Sumbawa, Papua, Alor) oczywiście nie może się równać, ale nadal może być świetne i na głowę bijące Tajlandię i Malezję (poza Sipadanem).

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Są co prawda naiwni ludzie, którzy twierdzą, że Tajlandia jest rajem dla nurków, ale kto był w tym kraju i choćby pływał na rafach, raczej nie potrzebuje komentarza. Za to Indonezja pod wodą to chyba największy skarb tego rejonu.

Ale idźmy dalej. Celebes rządzi. Makasar, podobnie jak wszystkie inne duże miasta w tym kraju należy omijać z daleka, ale na prowincji… mniam. Na południu w Birze miejscowi Bugis budują drewniane szkunery tak imponujące, że orkiestra na Titanicu przestaje grać i podziwia w milczeniu. Tuż obok genialne snorklowanie prosto z plaży i nurkowanie (pełno żółwii, rekiny rafowe, często manty i co tylko chcesz). Na północy jedna z największych atrakcji Indonezji – Togeany. Raj na ziemi, do którego chce się wracać w nieskończoność. Tana Toraja mocno turystyczne, ale nadal pasjonujące z wiszącymi trumnami na klifach i kośmi ziejącymi z czeluści jaskiń. Aczkolwiek ciężko liczyć na interakcję z lokalnymi inną niż „one dollar”. Co prawda spotkaliśmy kilka osób, które zakochały się w tym miejscu, poznali przemiłych ludzi, zostali bezinteresownie zaproszeni do domu, trafiali na prawdziwe obrzędy, itp. Być może nie mieliśmy tyle szczęścia.

Borneo tylko jeśli masz duuuuużo czasu. Tanjung Puting na południu to ponoć najlepsze miejsce na Ziemi do podpatrywania orangutanów. Kalimantan wschodni to prawdziwie dzikie Borneo, gdzie przez 3 dni można tkwić w samochodzie w rowie. Tam też czai się jedna z największych atrakcji wyspy – Derawan. Tysiące żółwii, manty, niegroźne endemiczne meduzy, uroczy rybacy i życie w tempie, jakiego się już nie widuje.

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

A ponad połowy kraju niemal nie liznęślimy! Piękna Sumatra, rzadko odwiedzane Moluki, często autentyczna Papua. No i tysiące miejsc, do których nie dociera prawie nikt. Już niemal wybieraliśmy się na takie perełki jak Taka Bone Rate w połowie drogi między Celebesem a Flores, Wakatobi czy Alor ale zawsze nie starczyło czasu albo wizy. Tyle powrotów przed nami…

Klimat

Dobry cały rok. Na różnych wyspach pora deszczowa wypada różnie, ale generalnie zawsze gdzieś jest ładna pogoda. Zresztą jak twierdzą sami Indonezyjczycy, w ciągu ostatnich 5 lat, klimat tak się pozmieniał, że nie sposób coś przewidzieć. Gdy byliśmy w Makasarze w czerwcu, czyli środku pory suchej, dwa razy padał deszcz, który jeszcze kilka lat temu się nie zdarzał. Na Borneo ani razu nie spotkaliśmy deszczy zenitalnych. Padało jedynie trochę, do tego w nocy.

Na Togeanach mówią, że najgorsza pogoda jest w październiku-listopadzie, ale choć morze bywa wówczas niespokojne, nadal można walić tam jak w dym. To samo na Bali – w listopadzie i grudniu pada najbardziej, co bynajmniej nie znaczy, że jest zła pogoda! Po prostu przez dwie godziny masz przerwę od żaru lejącego się z nieba.

Słodka małpka?

Słodka małpka?

Autostop

Średni. My przejechaliśmy cały Celebes na trasie Lore Lindu – Poso – Tana Toraja – Makasar (czyli z 1500 – 2000 km) bez problemu, ale na innych wyspach bywa różnie. Na Jawie ciężko wydostać się poza teren zurbanizowany, Jawajczycy nie są tak uczynni, jak inni Indonezyjczycy i zawsze najpierw zatrzyma się jakiś tani transport publiczny.

Na Wyspach Południowych ruch samochodowy mały, ludzie biedni i z autostopem nieobeznani. To samo na Borneo. Na Borneo przejechaliśmy co prawda z 300 km, w tym po zaprzyjaźnieniu się z jedną rodziną, z którą razem tkwiliśmy w błocie. Tym samym rodzina wybawiła nas prawdopodobnie od kolejnych kilku nocy w autobusie.

Jeżdżąc stopem trzeba zwracać uwagę na tablice rejestracyjne. Żółte tablice to prywatne samochody przeznaczone do przewozu ludzi – Kijangi. Więc jeśli myślisz, że jedziesz stopem, a na początku nie zapytasz czy to za darmo lub nie ustalisz ceny, to na końcu czekają cię nieprzyjemne przejścia z targowaniem.

.

Ciekawostki

Wulkan Ijen powoli staje się coraz większą atrakcją turystyczną. Część górników w zamian za zdjęcie wyciąga rękę po pięniądze lub papierosy. Jeśli nie chcesz wspierać przemysłu tytoniowego, górnicy równie mocno cieszą się, gdy dostaną batonik czy małą butelkę wody. Ale jako że wody, nawet półlitrowej, ciężko wtaszczyć ze sobą na wulkan więcej niż kilka butelek, warto kupić kilkanaście batoników i rozdawać tym ciężko pracującym ludziom.

Większość mandatów w Indonezji nie przekracza 30 tys. RPH (10 zł) – nawet za przejechanie na czerwonym świetle. Jeśli zatrzyma Cię policja (najpewniej na Bali) i będzie wmawiać ci, że pójdziesz do więzienia, jeśli nie zapłacisz 10/20/50 dolarów, bo nie masz prawa jazdy / dokumentów / ubezpieczenia / kierunkowskazu, itp., nie ustępuj, dopóki nie doprosisz się o wypisany mandat.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Kelimutu i Bajawa, Flores, Indonezja
Flores centralny, Indonezja
Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja
Park Narodowy Komodo, Flores, Indonezja

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 1

Na początek rzecz najważniejsza. Jak duża jest Indonezja?

Otóż Indonezja jest ogromna. Według naszego rozeznania jest to największy kraj, jaki dotychczas odwiedziliśmy. Znacznie większy od Chin i większy nawet od Indii. Jeśli podzielimy Indonezję na 7 makroregionów (Sumatra, Jawa, Papua, Borneo, Celebes, Moluki, Wyspy Południowe), łatwo przekonać się, że żeby poznać je choć pobieżnie, potrzeba około 2 miesiące na każdy z nich. Jakby nie liczyć, daje to w sumie półtora roku.

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

A wierzcie nam, że 2 miesiące na Nusa Tengarę, czyli Wyspy Południowe, albo Moluki to śmiech na sali, a nie szmat czasu. Tak czy siak, trzeba po prostu WYBRAĆ kilka miejsc, które chce się odwiedzić i porzucić mrzonki typu: „Mam 5-6 tygodni, więc zobaczę Jawę, Bali, Celebes i być może zahaczę o Moluki.” Teoretycznie dałoby się to zrobić, odbywając z 5-6 lotów, ale gonitwa byłoby to straszna i żadnej przyjemności z odwiedzanych miejsc. Można przykładowo jechać na Bromo z wycieczką (za 300 tys. RPH – 100 zł), przyjechać do Cemoro Lawang wieczorem, zobaczyć wschód słońca nad Bromo i zawinąć się o 8 rano, pędząc na Ijen albo Bali, jak robi to 80% turystów, ale stracimy wtedy ponad połowę atrakcji.

No ale do rzeczy.

Wiza

Wiza do Indonezji na granicy kosztuje 25 USD i jest wydawana na 30 dni. Do niedawna nie można było jej przedłużyć, co ostatnio się jednak zmieniło, znacznie ułatwiając życie turystom. Niemniej, jeśli tylko mamy czas, dużo lepszym pomysłem jest wiza 60-dniowa do uzyskania w ambasadzie. W różnych krajach z różnymi problemami. Ponoć najłatwiej w Singapurze przez agencję pośrednictwa, co jest jednak dużo droższe niż normalnie. My wizę 60-dniową wyrabialiśmy w Kuala Lumpur (170 RGT – 159 zł, 3 dni), co uchodzi za bardzo trudne. I rzeczywiście sporo osób ma problemy, ponoć głównie jeśli wcześniej było już w Indonezji. Nam o dziwo udało się bez przeszkód, choć, tak jak wszyscy, musieliśmy oczywiście przedstawić bilety wylotowe, których nie mieliśmy. Jak wybrnąć z tej sytuacji, Polaków nie musimy chyba uczyć. Szczególnie jeśli kupili kiedyś w życiu jakikolwiek bilet lotniczy i umieją posługiwać się Photoshopem lub chociaż Wordem czy Paintem.

Nie jest to zresztą wielkie nowum w Azji, bo bilety wylotowe trzeba przedstawić na przykład na granicy Tajlandii, jeśli chcemy otrzymać tzw. „visa on arrival”. Co my również musieliśmy uczynić. Procedura podobna.

Przedłużenie wizy

Dla niektórych i 60 dni to mało. Wizę można przedłużyć niemal w każdym dużym mieście (np. Palu, Makasar, Balikpapan, Denpasar, Yogyakarta, Surabaya, Jayapura). Wizę 60-dniową można przedłużać 6 razy, za każdym razem o miesiąc po 250 tys. RPH. Wizę 30-dniową jeden raz w tej samej cenie. W różnych miastach z różnymi problemami. Generalnie mówią, że im dalej na wschód i od cywilizacji, tym trudniej i drożej. Choć nawet cywilizowany Makasar słynie z urzędniczej chciwości i wymuszania łapówek. Ba, nawet na Bali urzędnicy przyzwyczajeni są do dodatkowych zastrzyków gotówki, bo większość przedłużania odbywa się za pośrednictwem agencji w Kucie, które pobierają characz od turystów i dla spokoju ducha dzielą się nim z urzędnikami. Dwóch turystów, których spotkaliśmy na Celebesie przedłużało wizę na Bali samodzielnie, nie chcąc zapłacić 10 USD ekstra, ale ostatecznie po 2 tygodniach oczekiwania i tak się złamali.

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

My chcieliśmy być twardsi, ale nie dano nam szansy. Przedłużanie wizy w Yogyjakarcie to błahostka. Trwa 3 dni, a urzędnicy nie tylko nie oczekują łapówek, ale nawet krzywo patrzą na pytania o przyspieszenie procedury. Jedyną niedogodnością przedłużania wizy w Yogyakarcie (podobnie jak w każdym innym mieście) jest fakt, że do Urzędu Imigracyjnego trzeba jeździć co najmniej 3 razy. Najpierw składamy kompletny wniosek, za 2 dni przyjeżdżamy płacić, a kolejnego dnia robią nam zdjęcie, pobierają odciski palców i odbieramy wizę. Na Bali i w niektórych innych miastach tę procedurę urzędnicy starają się jeszcze wydłużyć, zmuszając do oddzielnego dodatkowego przyjazdu w celu zrobienia zdjęcia i odcisków.

Ostatnio słyszeliśmy, że przedłużyć wizę można bez problemu także w Surabayi na Jawie, ale to jest już informacja z drugiej ręki, więc nie możemy z całkowitą pewnością jej potwierdzić. Z kolei na Celebesie bez problemu można wizę przedłużyć w Pare-Pare.

Ważne! Starając się o przedłużenie wizy 60-dniowej trzeba mieć sponsora / opiekuna. Musi to być Indonezyjczyk, który na specjalnym formularzu zobowiąże się do pokrycia naszych ewentualnych długów i pomocy w poszukiwaniu nas, jeśli postanowimy znikniąć w kraju. Nie jest to więc sprawa błaha. Nie wiedzieliśmy o tym niewdzięcznym warunku, ale na szczęście przyszła nam z pomocą nasza Couch Surferka w Yogyakarcie. Zdaje się, że posiadanie „sponsora” nie jest warunkiem koniecznym do przedłużenia wizy, ale jak wygląda procedura bez takiego poręczenia, nie możemy zagwarantować.

Dlatego wybierając miejsce do przedłużenia wizy dobrze jest zdecydować się na miasto, w którym jest co robić, a wokół niego nie brakuje atrakcji. Trudno o lepszy wybór niż Yogyakarta. 3-5 dni to idealny czas na miasto, pogrzebane w popiole wioski wokół wulkanu Merapi czy Borobudur i Prambanan.

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Ciekawostka. Jeśli nie możesz przedłużyć wizy w Dżogdży, strasz ich. W Indonezji od kilku lat istnieje tutejsze CBA, o nazwie KPK. Instytucja niewiele robi, ale może dużo, więc wszyscy się boją i wszędzie wiszą ostrzeżenia o karach za korupcję (do 5 lat i 50-250 mln RPH – niewyobrażalne tutaj pieniądze). Więc jeśli znasz choć trochę indonezyjskiego (po dwóch miesiącach nawet małpa by się nauczyła), spisuj nazwiska, wołaj dyrektora, wyciągaj telefon i dzwoń do KPK.

A jeśli szkoda Ci czasu i nie brzydzisz się łapówkami, zawsze (prawie) możesz dać ekstra 100 tys. RPH (35 zł) i wizę przedłużą Ci pewnie bez problemu.

Transport

Jak na te odległości, ceny w normie. Między wszystkimi wyspami można poruszać się promami, więc mitem jest twierdzenie, że w Indonezji trzeba latać. Fakt faktem, prom z Surabayi na Jawie na Papuę płynie 5-6 dni (600-700 tys. RPH w trzeciej klasie – 210-250 zł), a z Bali na Alor czy Timor 3-4 dni (330 tys. RPH – patrz cennik wszystkich promów z Bali), więc latanie czasem jest rozsądnym rozwiązaniem. Na promie są bardzo tanie stołówki, gdzie obiad można zjeść za 10 tys., więc z głodu na pewno nie zemrzemy. Prędzej z nudów. A jeśli nie rozłożymy karimaty na pokładzie, tylko wybierzemy wygodne łóżko na jednym z pokładów wśród kilkuset pasażerów, być może również przez uduszenie od dymu tytoniowego.

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Latanie nie jest dużo droższe od promów (500-900 tys.). Na popularnych trasach czasem może być nawet tańsze (Makasar – Surabaya, Manado – Jakarta czy Surabaya). Najtańszym przewoźnikiem jest Lion Air i Air Asia. Dobre ceny miewa też czasem Merpati, Garuda czy Batavia. Nie wiem, jakim sposobem, ale o dziwo bilety tańsze niż na stronie internetowej można dostać w agencjach turystycznych. Wyjątek stanowi Air Asia i Lion Air, ale i to zawsze warto sprawdzić.

Autobusy długodystansowe bardzo wygodne – klimatyzowane (ok. 80-200 tys. za 8-12 godzin jazdy). Lokalne to typowy standard azjatycki, czyli duszno nie do zniesienia, śmierdzi, kury pieją, a w dymie papierosowym można powiesić worek z kapustą, na którym akurat siedzisz.

Pociągi tylko na Jawie w trzech klasach. Klasa pierwsza i druga rzędu 200-300 tys. z Surabayi do Yogyakarty, więc poza zasięgiem przeciętnego zjadacza ryżu przyjeżdżającego z plecakiem. Za to Klasa trzecia to tylko 25 tys. RPH (tak, tak, 8 zł za 7 godzin niebywałej przygody). Ten sam pociąg jedzie z Yogyakarty aż do Probolingo, więc dla wytrwałych z pewnością jest to najlepszy sposób na dotarcie pod Bromo (30 tys. RPH, 12 h). A na pokładzie piosenki, chodzące stragany, przepiórcze jaja, salaki, banany, żonglerzy, kuglarze i co tylko chcesz. Warto przejechać się choć jeden raz. Ale warto też wziąć ze sobą wachlarz i mały ręcznik do wycierania potu.

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały :)

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały) 🙂

W miastach wszędzie kursują bemo (inna nazwa to „angkot”), czyli minibusy na tysiąc pasażerów (3-6 tys. RPH za przejazd). Jeśli jednak stać Cię, żeby wydać dodatkowe 2 złote, warto zastanowić się czasem nad wspomożeniem beczakowców. „Becak” to miejscowe ryksze, wśród których konkurencja jest niebywała, a popyt nierzadko żaden. Właściciel rykszy robi 1-5 kursów dziennie, czyli czasem zarabia tylko 5 zł.

W Azji nie można uratować wszystkich, ale można redystrybuować dochód tam, gdzie potrzeba.

.

Ciekawostka

W Indonezji palą jak nigdzie. W autobusach, na promach, w urzędach. Palą nawet 10-letnie dzieci. W związku z tym wszyscy proszą o papierosy. Jeśli nie szkoda Ci ich zdrowia, można kupić paczkę i częstować ludzi pracy. Będą wdzięczni i z chęcią pozwolą zrobić sobie zdjęcie.

Jeśli natomiast próbujesz podciąć nogę rakotwórczych gigantów, jak niżej podpisany (przez jakiś czas pracowałem dla tytoniowego kowboja, więc teraz odpokutowuję złą karmę), równie dobrze można ludziom pracy rozdawać słodycze. Sprawdza się to szczególnie dobrze na Ijen, gdzie robotnicy w kopalni siarki są przemili, będąc jednocześnie jednymi z najciężej pracujących ludzi, jakich spotkaliśmy.
.
A o tym co warto zobaczyć, ile kosztuje życie w Indonezji i dlaczego tak tanio, a także pozostała garść ciekawostek już w najbliższym odcinku.

.

——————————————————————

P.S. Gdy przebijasz się autobusami i promami z Floresu na Bali (40 h – łącznie 250 tys. rupii), naprawdę masz dużo czasu. I stąd te informacje praktyczne, które okazały się na tyle przydługie, że trzeba było je rozdzielić na 3 części. W ten sposób w najbliższych dniach będą Was zalewać praktykalia, które miejmy nadzieję, że nie dość że Wam pomogą, to jeszcze zachęcą do odwiedzenia tego niesamowitego kraju.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja
Kakaban, Borneo, Indonezja
Wyspy Togian, Celebes, Indonezja
Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Pierwszy krok w chmurach, czyli tanie loty w Azji

Chcesz lecieć z Azji do Australii za 300 zł? A może na Borneo za 100? Czy wolisz na Filipiny za 50 zł?

Przed wyjazdem w podróż pisaliśmy o tanim lataniu w Europie. Żyjąc w europocentrycznym świecie, wówczas nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo Azja pędzi do przodu. Także w powietrzu.

Żeby daleko nie szukać. Pamiętam, jak z gospodarczego dziennika w Hong Kongu dowiedziałem się o inwestycjach w samoloty i szkole pilotów linii China Southern Airlines. Te nikomu nieznane linie lotnicze (no może poza garstką zatroskanych menedżerów Lufthansy) są obecnie szóstym największym przewoźnikiem na świecie. Pod względem przewiezionych pasażerów znacznie wyprzedzają one takich potentatów jak Air France-KLM, British Airways, US Airways, Emirates czy Singapore Airlines. Linia ta dysponuje obecnie 344 samolotami, a właśnie zamówiła kolejne 245. Tym samym China Southern oczekuje na ponad 2 razy więcej samolotów niż US Airways i ponad 3 razy więcej niż Lufthansa czy Ryanair. Na świecie jest tylko jedna linia lotnicza, która zamówiła obecnie więcej samolotów – aż 257.

Jaka? Air China.

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Nasza gloria (chwały??) w drodze do Szanghaju

Birma, Australia, Sri Lanka i co tylko chcesz

To samo dzieje się wśród tanich przewoźników. Pod tym względem konkurencja na azjatyckim niebie jest chyba jeszcze większa niż w Europie. Rządzi oczywiście Air Asia, którą można latać niemal wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej – do Indii, Birmy, Indonezji, na Sri Lankę czy Filipiny. Ba, nawet do Iranu i Australii. Także z Londynu i Paryża.

My bilet z Bali do Perth w Air Asia z miesięcznym wyprzedzeniem kupiliśmy za 400 zł (tą i wszystkie inne ceny w tym wpisie podaję ze wszystkimi opłatami i haraczem za 20 kg bagażu). A z Indonezji do Australii spokojnie można latać za 200 zł i mniej. Tym samym mit, że lot do Australii kosztuje majątek, można między bajki włożyć.

Choćby teraz bilety z Londynu czy Paryża do Kuala Lumpur na początek przyszłego roku w Air Asia można znaleźć za 250 USD w jedną stronę (plus ok. 100 USD różnych haraczów). Nie jest to może latanie za pół darmo, ale obecnie nie ma żadnej promocji, więc i loty wydają się relatywnie drogie…

W innych krajach jest podobnie. W Chinach rządzą Spring Airlines, którymi można przelecieć cały kraj taniej niż przejechać pociągiem średniej klasy. My z Hong Kongu do Szanghaju, kupując bilet z trzydniowym wyprzedzeniem, polecieliśmy za 230 zł.

Na Filipinach są aż trzy główne tanie linie lotnicze – Cebu Pacific, Zest Air i Airphil Express. Mówię główne, bo 5 kolejnych lata tylko na najpopularniejszych trasach i międzynarodowo. Z Cebu Pacific lecieliśmy na przykład z Manili do Wietnamu za 210 zł i z Chin do Manili. Ten ostatni lot kosztował nas aż 410 zł i był naszym najdroższym lotem w Azji. Ale wówczas zależało nam jeszcze na czasie i na Filipiny lecieliśmy w połowie grudnia – finansowy absurd – do katolickiego kraju niemal przed świętami. Ale za to już lot wewnętrzny na Filipinach – z Manili na Palawan – kupiliśmy w Zest Air za 54 zł.

Uroki filipińskich przestworzy

Uroki filipińskich przestworzy

Podniebni drapieżnicy

Z Singapuru do wielu indonezyjskich wysp, a także m.in. Wietnamu czy Tajlandii lata Tiger Airways. My do Kuching na Borneo polecieliśmy z tygrysem za 130 zł.

Z kolei w Indonezji rządzi inny drapieżnik – Lion Air. Bilety z Jawy na Celebes, Sumatrę, do Singapuru i kilku innych miejsc często można dostać poniżej 100 zł. Ale w Lion Air i innych indonezyjskich liniach lotniczych – Batavia, Merpati, Garuda, Sriwijaya jest inny problem. Na popularnych trasach często po prostu brakuje miejsc. Znajomi, z którymi przemierzaliśmy Wyspy Południowe dla oszczędności czasu chcieli kupić bilety z Bali na Flores w lipcu, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już miejsc. Niemniej jednak na Celebes (Makasar, Manado) z Jawy łatwiej i taniej jest często dolecieć Air Asia czy Lion Air niż płynąć promem.

10 lotów za 1 900 zł

W ciągu 10 miesięcy pobytu na tym kontytnencie odbyliśmy w sumie 10 lotów za łączną sumę 1 900 zł za osobę, z czego tylko 2 loty odbyły się wewnątrz kraju (na Filipinach). Wszystkie pozostałe były międzynarodowe, a jeden – do tego wcale nie najdroższy – nawet międzykontynentalny.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, drogo latać jest tylko w Nepalu. My z Kathmandu do Hong Kongu lecieliśmy za 1 010 zł i był to najtańszy sposób wydostania się z tego kraju. Tego lotu nie uwzględniłem jednak w ogólnych rachunkach, bo lecieliśmy narodowym nepalskim przewoźnikiem – Nepal Airlines, a nie tanimi liniami. W tym miejscu warto też dodać, że w Nepalu, podobnie jak np. w Indonezji szukając biletów lotniczych warto udać się do agenta turystycznego. O dziwo, często u siebie w systemie mają oni dostęp do dużo tańszych biletów, niż są ogólnie dostępne w Internecie.

Nepalska gehenna lotnicza

Planując dłuższą podróż i wybierając się do Nepalu, warto pamiętać, że do Chin nie można wjechać od strony Tybetu lądem, a w ruchu z Indiami też są ograniczenia. Posiadając wizę hinduską, nie można wjechać do tego kraju ponownie w ciągu 2 miesięcy po jego opuszczeniu. Oznacza to, że przylatując do Indii (co jest najtańszym sposobem dostania się do Azji z Europy), a następnie wjeżdżając do Nepalu, nie można wrócić do Indii przed upływem 2 miesięcy w Nepalu. Przepis głupkowaty, ale przestrzegany (choć jak się ostatnio dowiedzieliśmy, ponoć można zdobyć przepustkę w ambasadzie w Katmandu uprawniającą do wcześniejszego powrotu do Indii – warto sprawdzić).

A jak na złość, lotnisko w Katmandu jest jednym z najśmieszniejszych i najmniejszych lotnisk miedzynarodowych, jakie widzieliśmy. Ochroniarze bilety sprawdzają już przed wejściem do malutkiego budynku, a dziennie lata tu tylko kilka linii. Do tego tani przewoźnicy latają tylko do Indii (m.in. JetLite). Zatem jeśli przez ograniczenia wizowe nie możemy lecieć z Katmandu do Indii, najtaniej z Nepalu wydostać się do Bangkoku lub Hong Kongu, ale i tak jest to koszt 250-350 USD. W takim przypadku warto przynajmniej kupić bilet w ciągu dnia, żeby popatrzeć z góry na Himalaje.

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Jeśli dobrze udało nam się ustalić, to po lewej Mount Everest a po prawej Lhotse

Co, gdzie, za ile?

Przydatnym narzędziem podczas szukania tanich lotów w Azji i na całym świecie jest strona Attitude travel, gdzie wyszukać można tanie linie latające do wybranego kraju.

Warto popatrzeć też na siatki połączeń, bo może się zdarzyć, że loty można łączyć w bardzo nieoczywisty sposób. Przykładowo nasza znajoma Indonezyjka z Celebesu, u której pomieszkiwaliśmy przez kilka dni na Couch Surfingu, chciała wybrać się do Tajlandii i Wietnamu. Kupiła więc taki bilet:

Makasar (Celebes) –> Kuala Lumpur

Kuala lumpur –> Ho Chi Minh

Bangkok –> Medan (Sumatra)

Medan –> Hong Kong

Macau –> Kuala Lumpur

Kuala Lumpur –> Makasar

Za wszystkie 7 lotów w Air Asia zapłaciła łącznie ok. 150 USD, czyli niecałe 420 zł. No i po drodze będzie miała okazję spędzić kilka dni w niesamowitym Hong Kongu czy na Sumatrze.

A oto przykładowe tanie linie latające w Azji:

Indie – SpiceJet, Tiger Airways, Kingfisher, Condor (do Niemiec), Air India Express i kilkanaście innych

Filipiny – Cebu Pacific, Zest Air, Jetstar Asia, Asian Spirit, South East Asian Airlines

Indonezja – Lion Air, Air Asia (lata prawie wszędzie w Azji), ValueAir, Jetstar International, Tiger Airways, Merpati, Garuda, Sriwijaya, Batavia

Australia – Freedom Air, Pacific Blue, Skywest, Jetstar International, Jetstar Asia, Jetstar Airlines, Virgin Blue

Tajlandia – Bangkok Airways, Nok Air, Firefly, Jetstar, Tiger, Cebu Pacific, Air Asia

Chiny – Spring Airlines, Bangkok Airways, Air Asia, Tiger, Cebu Pacific

.

————————————————-

A na koniec Ziemia z nieba, czyli azjatycki pan przestworzy.

.

Ziemia z nieba

.